Like Toy Soliders <--Silhouette-->

Rozdział I


Po wyjątkowo upalnym dniu słońce powoli zaczęło chylić się ku zachodowi. Starsi wracali do domu a młodzi powoli zaczęli wychodzić na ulicę. Nadchodził mrok...Mrok, który oni wszyscy kochali. Ciemność, w której można się ukryć, schować od ludzi. Też ją kochałam...Podciągnęłam kolana pod brodę i westchnęłam głośno. Włosy opadły mi na twarz zakrywając ciemne oczy podkreślone czarną kredką. Wbiłam wzrok w krzak koło płotka. Krzak ruszał się lekko na boki. Wytrzeszczyłam oczy i szybko odgarnęłam włosy z oczu. Dałabym sobie głowę uciąć, że krzak gapił się na mnie. Przysiadłam na kolanach i otworzyłam okno. Oślepił mnie błysk flesza. Zamknęłam oczy i wystawiłam, fakesa w stronę ,,krzaka”. Szybko zeskoczyłam z parapetu. Zamknęłam okno i zasłoniłam szczelnie zasłony. Nawet we własnym domu nie można mieć chwili spokoju. Trzeba się chyba będzie zaszyć w Arabii Saudyjskiej albo na Syberii. Padłam na łóżku i wlepiłam wzrok w sufit. Czasem chciałabym żeby było jak wcześniej. Być normalną dziewczyną, żadnej sławy, żadnego zespołu...Kocham muzykę i chcę dalej grać...Ale są momenty...
-Sariel!- Drzwi pokoju otworzył się z hukiem.
-Co się znowu stało?- Zapytałam.
-Próba! Ty się jeszcze pytasz, co się stało!- Wydarła się Carolina.
-No spokojnie...Już idę.- Wstałam i wzięłam gitarę.- Świat się nie zawali jak raz się spóźnię.- Mruknęłam.
-Świat może nie...Ale pamiętaj, że jutro jedziemy na gale Comet i jeżeli wygramy...
-No ciekawe czy wygramy.- Burknęłam i pchnęłam drzwi prowadzące do sali prób.
-Trzeba myśleć pozytywnie!- Powiedziała Carol.
Przeszłam przez salę prób i usiadłam na krzesełku przy oknie. Cały czas czułam na sobie wzrok perkusisty, który siedział w drugim końcu sali. Carol usiadła na samym środku i wzięła do ręki mikrofon.
-Nawet się ze mną nie przywitasz?- zapytał Joel i uśmiechnął się zawadiacko.
-Cześć.
-Bardzo entuzjastyczne.- burknął.
-Cisza na sali!- krzyknęła wokalistka.- Później się przywitacie!
-Przeżywasz jak mrówka okres.- stwierdził John.
-Oh zamknij się!- krzyknęłyśmy obie.
_***_
Carolina męczyła nas 3 godziny. W końcu jako tako się jej spodobało i nas puściła. Byłam zmęczona ma maxa i ręce mnie bolały. Na nieszczęście na schodach natchnęłam się na perkusistę.
-Co ty taka niewyraźna?- zapytał i położył rękę na moim policzku.
-Jestem zmęczona...- mruknęłam i chciałam iść dalej.
-Ej kochanie...dawno nie rozmawialiśmy.- zbliżył swoją twarz do mojej.
-Chciałeś chyba powiedzieć ,,całowaliśmy się”.- zakpiłam.
-Mogę wiedzieć o co ci chodzi?
-O nic...zupełnie o nic....jestem zmęczona i chcę iść spać.- wyminęłam go.
-A kochasz ty mnie jeszcze?!
-Tak.- mruknęłam i weszłam do pokoju.
_***_
Rano panowało ogromne zamieszanie. Wszyscy latali po domu jak oparzeni i co chwila się przepakowywali. Tylko ja jedna już od godziny siedziałam na walizkach.
-No brygada! Raz, dwa, raz, dwa za chwilę jedziemy!- krzyknęła Kimberly.- Uff jacy oni są roztrzepani.- westchnęła i usiadła na walizce obok mnie.- A ty już spakowana?
-No...a co ja mam tam brać? Tylko ubrania.
-To dobrze, a pamiętasz że gracie na żywo?
-Tak wiem...przerabialiśmy to już 1000 razy!
-No dobrze, dobrze ja tylko przypominam.
-A ty już znasz wyniki?- zapytałam.
-Nie ja nic nie wiem...serio!
-Ughm...a jak tam listy przebojów czy coś?
-Ym na razie mamcie drugie miejsce co do płyt. A za to królujecie na listach przebojów.
-A kto ma pierwsze?- zapytałam zainteresowana.
-Tokio Hotel i Zimmer 483.- odrzekła.
-Ah słyszałam coś o nich.- mruknęłam.- Kaulitz i Spółka ZOO.
-Jeszcze parę tygodni i ich pobijecie. Ja ci to gwarantuję.- powiedziała i walnęła mnie lekko w bok.- Gracie świetnie i do tego jesteście ładne dziewczyny z czego macie fanów płci męskiej.- zaśmiała się.
-Już jestem!- Carolina postawiła walizy obok moich.- Stęskniłaś się? xD.
-Oh tak xD właśnie wypłakiwałam się Kim.- złapałam kobietę za rękaw i udałam że wycieram łzy.- Aż się popłakałam ;(.
-Oh wszystko będzie dobrze.- czarnowłosa przytuliła mnie.- Nie płacz mała...znajdziesz sobie inną.
-Ale ja nie chce innej ;( Ja kocham tylko Caroline.
-A co ze mną?!- oburzyła się.
-Ej no bez homosexualizmu mi tutaj.- zaśmiała się moja sis.- A to raczej pedofilstwo xD 25 letnia kobieta i 16 letnia dziewczyna.
-Jakie pedofilstwo?- zapytał Joel.
-Silviia i Kim są bardzo blisko^_^.
Odkleiłam się od czarnowłosej i pobiegłam do chłopaka. Rzuciłam mu się na szyję i pocałowałam w policzek.
-O i to mi się podoba.- zaśmiał się i objął mnie w pasie.
-O nie!- zapiszczała Carolina.- Złamałaś nam serca! ;(
-To chodź Carol odegramy się na nich.- Kimberly stanęła obok mojej sis.- Zemsta nadejdzie.- zmrużyła groźnie oczy.
-Joel...ja się boję!- schowałam się za mojego boya.
-Nie bój się...ja je załatwię.- wypiął dumnie pierś.
-To my cię potraktujemy pazurkami.- oznajmiła Carol i razem z Kim wystawiły pazury w jego stronę.
-Połamią się wam!- krzyknęłam.- A kiedy jedziemy?
-Oh! Aaaa! Za 30 minut mamy samolot! Już ładujemy się do vana! Szybko!- Kimberly jak oparzona wybiegła z domu.
Cała nasza czwórka pobiegła za nią. Szybko władowaliśmy walizki do bagażnika i ruszyliśmy na lotnisko.
Po chwili byliśmy już na miejscu. Panowało tam ogromne zamieszanie. Wszędzie było pełno fotoreporterów i fanów. Joel objął mnie w pasie i ruszyliśmy w tłum. Dziewczyny płakały i piszczały na jego widok. Rzucały stanikami i majtkami. Ja tylko schylałam się żeby ani jedno ani drugie nie wylądowało na mojej głowie.
-Sariel! Sariel! Zadzwoń do mnie.- jakiś chłopak wcisnął mi miśka z doczepionym numerem telefonu.
-Jasne.- uśmiechnęłam się krzywo.
W końcu udało nam się dotrzeć do samolotu. Zanim doszła reszta rozdaliśmy parę autografów.
-No dobra kochani ładujemy się.- Kim zaczęła nas pchać do samolotu.
_***_
-Uwaga...- czarnowłosa otworzyła drzwi samolotu.
Piski, krzyki. Znowu to samo. Całe lotnisko było kompletnie zapełnione. Razem z Caroliną zeszłyśmy na ziemię. Fani przyciskali się wzajemnie do barierek i wrzeszczeli.
-Chyba nic się nie stanie jak dam parę grafów co?- zapytałam i zaczęłam się podpisywać.
-Raczej nie, najwyżej nauczysz się w końcu poprawnie pisać swoją ksywę xD.- odrzekła mi siostra i też zaczęła się podpisywać.
-S-A-R-I-E-L.- przeliterowałam i zaśmiał się.
-Brawo! xD.
Ręka już mnie z deka bolała ale dalej się podpisywałam. Przecież nie mogę zaniedbywać swoich fanów. Carolina biegała w to i z powrotem bo już w końcu nie wiedziała gdzie ma iść xD. Reszta siedziała jeszcze w samolocie. Lenie śmierdzące wolą się wylegiwać xD. A my tu musimy harować. Piski i krzyki stawały się coraz głośniejsze i wszyscy spojrzeli w górę. Ja także wzniosłam oczy ku górze. Zobaczyłam samolot który powoli lądował. Wielkimi białymi literami pisało na nim ,,Tokio Hotel” oh no tak. Nie ma to jak skromność. Niektóre dziewczyny poleciały w stronę samolotu który właśnie wylądował obok naszego. Ja tylko westchnęłam i dalej się podpisywałam.
-Skromni jak zwykle nie?- zapytała Carol.
-A ja nie wiem...nie interesuję się nimi.
-Może czas zacząć?
-Po kiego?
-To nasza konkurencja.
-Dla mnie nie liczy się żeby ich pobić...chcę po prostu robić swoje...
-No tak...racja...
-Sariel! I love you!- krzyknął mały chłopiec który właśnie stał przede mną.- Kochanie podpisz mi się z dedykacją! Dla Patricka.
-E jasne.- uśmiechnęłam się i napisałam ,,Sariel dla Patricka”.
-Super! Dasz mi całusa?
-Oh to słodkie.- cmoknęłam go w policzek.- Wiesz nie powinnam tak robić xD ale raz można. Jesteś słodki i taki...
-A czy ja też dostanę autograf z dedykacją i całusa?- usłyszałam głos za sobą.

Rozdział II


-A czy ja też dostanę autograf z dedykacją i całusa?- usłyszałam głos za sobą.
Odwróciłam się i zobaczyłam wysokiego bruneta. Oczy miał pomalowane na czarno i patrzył na mnie jakoś tak dziwnie swoimi ciemnymi oczyma.
-Oh jasne...- skrzywiłam się.- Ty dostaniesz specjalnego bonusa!
Stanęłam na palcach aby jako tako zrównać się z nim twarzą w twarz. Odgarnęłam mu włosy z czoła i napisał na nim ,,Sariel”.
-Głupia jesteś?!- zapytał i ręką zaczął trzeć czoło.
-Chyba ty...- mruknęłam.- Żeby dostać całusa musiałbyś mnie upić do nieprzytomności.- oznajmiłam i wróciłam do podpisywania się fanom.
-Głupia.- burknął i też zaczął dawać autografy.
-Hihi xD następnym razem podpisz mu się na dupie.- zaproponowała Carol.
-No co ty^__^ pewno ma jakąś krościatą xD. Nabawię się zapalenia skóry xD. Wolę nie.
-Ty on się tak na ciebie patrzy jakby chciał cię zabić xD i ciągle pociera dłonią o czoło^__^.
-Chłopak ma pecha...to marker wodoodporny xD.
_***_
-Silviia! Ty trochę przystopuj z tym podpisywaniem się zawsze i wszędzie!- krzyknęła Kim.- Teraz Jost ma do mnie pretensje że Kaulitz nie może zmyć twojej ksywy z czoła!
-Ale to on prosił o autograf a że nie miał kartki to już nie moja wina.- mruknęłam.
-Jesteś najmłodsza i najbardziej pyskata.
-No czymś muszę nadrabiać.- stwierdziłam i położyłam nogi na stół.
-Tak, tak jeszcze na żyrandol z tymi nogami.
-Obawiam się że nie da rady.
-Co ja ma z tobą zrobić?
-Kochaj mnie, kochaj mnie xD.
-O nie...Stalin się w grobie przewraca!- stwierdziła czarnowłosa.
-Tak mi przykro xD.
Drzwi otworzyły się i do garderoby wleciała reszta zespołu. Joel trzymał w ręku pumeks a Carolina wodę i mydło. John zaś stał za nimi z ręcznikiem w ręku.
-Postanowiliśmy we trójkę naprawić błąd Sil.- oznajmiła poważnie Carol.
-Już się boję.- mrukneła Kim.- Co znowu zrobiliście?
-Umyliśmy Kaulitza.- Joel zamachał pumeksem.- Dorwaliśmy go na dole w barze.- wyszczerzył się.
-I co?- zapytałam rozbawiona.
-Potraktowaliśmy go pumeksem i mydłem xD Autograf zszedł.- oznajmiła moja sis.
-Zabiję was!- krzyknęła Kim i rzuciła się na nich z pazurami.
-AAA! Dyktator atakuje!- wrzasnął John i wybiegł z garderoby a pozostała dwójka za nim.
Ja zostałam sama w garderobie i śmiałam się. No nie xD Jeszcze parę dni i Kaulitz wysiądzie psychicznie po czym przejdzie na emeryturę^__^. Kimberly też niedługo wykończymy xD. Usłyszałam jak ktoś zbliża się do naszej garderoby.
-I co ty jej powiesz?- zapytał jeden z głosów.
-Nic jej nie powiem tylko się odpłacę.
-Bill...to głupi pomysł...
-Nikogo w garderobie nie ma...więc nie ma się czego bać.
Nikogo w garderobie nie ma? To się przeliczyłeś koleś. Oparłam się o ścianę obok drzwi i czekałam na nich. Było ich dwóch. Jeden brunet i drugi w dredach. Czarny stanął na środku garderoby i zatrzymał wzrok na mojej gitarze.
-O tak...- powiedział cicho i otworzył pisaka.
-Nie Bill! Nie rób nic gitarze! Gitary to świętość!
-Przecież to nie twoja!
-Szukają panowie czegoś?- zapytałam.
-O Matko Boska Częstochowska!- Kaulitz opuścił markera i podskoczył ale nie odwrócił się w moją stronę.- Wiesz...właściwie to ja tylko chciałem zobaczyć jak macie w garderobie...eee...- zaśmiał się nerwowo.
-Ta...- stanęłam za nim.- Kurde...ty to masz przechlapane w życiu co nie?- zapytałam.
-D...Dlaczego tak sądzisz?
-Hym...wiesz że zaszedłeś mi za skórę?- zapytałam.- To może się dla ciebie źle skończyć Kaulitz.- szepnęłam mu na ucho.
-Nic mi nie zrobisz...- zacisnął pięści.
-Nie bądź tego taki pewien...Czas waszego Tokio Motel minął z dniem kiedy pojawiło się Immortal Dream wiesz?
-My sami doszliśmy do sławy...was wypromował tatusiek.
-Co powiedziałeś?!- krzyknęłam i stanęłam naprzeciwko niego.- Powtórz!
-Nic...
-Powtórz Kaulitz!
-Was wypromował tatusiek.- wycedził przez zęby.
-Przegiąłeś!- spoliczkowałam go.- Nikt nas nie wypromował!- krzyknęłam mu prosto w twarz.- Wynoś się!- wskazałam mu drzwi.
-No dobra już idę...tylko się tak nie krzyw bo zbrzydniesz.- uśmiechnął się ironicznie i wyszedł.
-Ty i tak już brzydszy nie będziesz...- stwierdziłam.- Powodzenia! Obyś dotarł do garderoby cały i zdrowy! Nie przewróć się na tych swoich krzywych nogach!- krzyknęłam za nim.- I podejrzewam że nie tylko nogi masz krzywe!- zaśmiałam się.
Czarny nic mi nie odpowiedział. Po prostu odszedł razem z tym drugim. Znałam go zaledwie od paru minut a już pałałam do niego czystą nienawiścią. A kto ze mną zadarł nie wyjdzie z tego cało.
_***_
Byliśmy już na sali. Joel siedział po mojej prawej stronie a Carola po lewej. Kim i John siedzieli obok mojej sis. A przed nami nasze kochane Tokio Hotel. Aż mnie rączki swędziały żeby wyrządzić małą krzywdę Ferbiemu, ale wtedy Kim zabiła by mnie na miejscu i bym nie wiedziała jakie będą wyniki;(. Więc tylko położyłam nogi na siedzenie Kaulitza.
-Weś te nogi.- mruknął i spojrzał na mnie.
-Bo co?- zapytałam.
-Bo ci je odgryzę.- zakpił.
-Podobają ci się moje buty?- zapytałam i pomachałam nogami przed jego nosem.- Ładne nie?
-Sariel! Uspokój się.- skarciła mnie Kim.
-Ja nic nie robię, Billuś się nie skarży prawda?
Czarny skrzywił się i odwrócił twarzą w stronę sceny. Na scenę weszła jakaś kobieta z kopertą.
-Dzień dobry!- krzyknęła do mikrofonu.- No więc...w kategorii ,,Najlepsze Video” nagrodę otrzymują... Immortal Dream!
-O cholera jasna!- rzuciłam się Carolinie w ramiona.- Nie wiedziałam że to jest aż takie dobre.
-Wiedziałam, wiedziałam.- Kim przytuliła nas obie.- Moje dziewczyny! No i chłopacy! Lećcie szybko na scenę po nagrodę!
-Kolejno Carolina- wokalista, Silviia- gitarzystka, Joel- perkusista i John- basista!- krzyknęła baba.
Carolina wzięła od niej mikrofon i ze łzami w oczach zaczęła mówić.
-Bardzo chcemy podziękować rodzinie i przyjaciołom. Oczywiście Kimberly Zwanzig naszej menagerce i naszemu ojcu!
Kaulitz i reszta gapili się na nas jakby duchy zobaczyli. No tak! Oni pierwsi raz są drudzy. Czułam ogromną satysfakcję. Zabrałam Carolinie mikrofon.
-Ah no i oczywiście chcemy podziękować naszym kochanym fanom!- w sali rozległy się krzyki i piski.- Kochamy was!
-No dobrze a teraz scena jest wasza!- kobieta uśmiechnęła się.
Weszliśmy na scenę. Poczułam dziwne mrowienie na całym ciele. Wzięłam gitarę i zaczęłam grać początek. Carolina wystukiwała sobie nogą rytm. Po chwili zaczęła śpiewać. Z refrenem dźwięki stawały się coraz mocniejsze i ostrzejsze. Publika śpiewała razem z nią. To było wspaniałe. Pierwszy raz na live. Wszystko się we mnie gotowało. Szarpałam struny gitary, wyładowywałam na niej wszystkie swoje emocje. Ostatnie uderzenia pałeczkami, ostatnie szarpnięcie gitary. Koniec. Szybko się skończyło. Wróciliśmy na swoje miejsca.
-Byliście wspaniali!- zachwycała się Kimberly.- O a teraz Beste Band.
Niestety ta kategorie wygrało Tokio Hotel. Kaulitz wystawił mi język i dumny ruszył po nagrodę z resztą zespołu. Pyszałek...została jeszcze jedna najważniejsza kategoria. Super Comet.
-Wygramy to.- powiedział Czarny.
-W snach chyba.- syknęłam.
-Oj mała, mała nie znasz życia.
-Mała to jest twoja pała.- burknęłam.
-Nie wiesz co mówisz...takiej jeszcze w życiu nie widziałaś.
-I mam nadzieję że nigdy nie zobaczę.- znowu położyłam nogi tuż przed jego nosem.
-Tak...pragniesz tylko żeby ją...
-Stul pysk!- krzyknął Joel i objął mnie.- Od mojej dziewczyny trzymaj się z daleka bo jak nie to pożałujesz.- zagroził mu.
-To twoja dziewczyna?- zapytał Bill.
-Tak a co? Zazdrościsz?
-Nigdy...- burknął.- Prędzej chyba zjadł bym swoje glany niż się z nią związał.- oznajmił i wskazał na mnie.
-A nagrodę Super Comet zgarnia zespół...- oznajmił mężczyzna na scenie.- To naprawdę super zespół! Polecam gorąco! A ten zespół to...
-Tokio Hotel.- szepnął Bill.
-Immortal Dream.
-A założymy się?
-O co?
-Jak wygra Tokio Hotel to...pozwolisz mi się pocałować...
-Dobra.
-Namiętnie z języczkiem.
Zamilkłam i spojrzałam na niego. Możemy wygrać...ale jak nie...to...na samą myśl o całowaniu Kaulitza niedobrze mi się robi.
-Tchórzysz?- zapytał.
-Nie...zgadzam się...
-Sariel! Zwariowałaś?!- zapytał Joel.
-Jeżeli my wygramy...nie...ja nic od ciebie nie chcę...- uniosłam wyżej nos.- Po prostu będę miała z tego czystą satysfakcję.
-Super Comet zdobywa...Tokio Hotel!

Rozdział III


Zdębiałam. O nie...Joel spojrzał na mnie z wyrzutem. Musze to jakoś odkręcić...nie pocałuję go...chyba że w stanie śpiączki.
-No to przygotuj się na małe całowanko.- rzucił ironicznie i wstał.- Nigdy nas nie...
-Ojej przepraszam...to nie ta koperta.- ogłosił mężczyzna i zaśmiał się.- Ah jaki ze mnie gapa. Wybaczcie. Super Comet zgarnia zespół... Immortal Dream! Zapraszamy po raz kolejny na scenę bliźniaczki Valo i spółkę!
-Haha nie ma tak dobrze.- zaśmiałam się i wystawiłam język Czarnemu.
Mina mu zrzedła. Znowu wyszliśmy na scenę.
-No już chyba nie będziemy powtarzać tych podziękowań.- powiedziała Carola.- Po prostu dzięki! Kochani jesteście!
_***_
-Wymiatamy, wymiatamy!- chodziłam po pokoju i cieszyłam się z podwójnego zwycięstwa.
-Aż mi się gorąco zrobiło jak oni się pomylili i powiedzieli że nagrodę zgarnia Tokio Hotel.- oznajmiła Carol.
-Myślisz że bym go pocałowała? ^__^ Już chyba wolę całować żaby i szukać księcia xD.
-Wiedźma z ciebie.- oznajmiła sis.
-Ze mnie? xD Serio? :PP.
-W niecały dzień uprzykrzyłaś Kaulitzowi życie że hola xD.
-Ktoś musi.- usiadłam na łóżku obok niej.- A między wami to coś iskrzy?
-Między mną a Billem?!
-Nieeeee xD Między Tobą a Kim^_^.
-Ożesz ty! Przecież to było na żarty!- oburzyła się.
-No wiem przecież wiem xD. Żartuję :P.
-Słyszałaś i tym że Jost miał pretensje do Kim za twoje zachowanie?
-Billuś się poskarżył? xD.
-Istotnie...^__^
-Ale o co? Co ja znowu zrobiłam? Chyba nie poskarżył się o te buty na jego fotelu xD.
-O całokształt dnia.
-To ja zaraz pójdę do Josta i mu powiem że Kaulitz mnie molestuje^_^.
-A molestuje cię?
-Nie^_^ ale zawsze może zacząć xD Aaa on chciał żebym go pocałowała! A ja jestem nieletnia...aaaa on tak a w Anglii to zabronione xD.
-O boże Silviia xD.
-No i jeszcze chciał pomazać moją gitarę! I włamał się do mojej garderoby! No i wystawiał mi język w bardzo dziwny i bardzo mi to się kojarzyło z pedofilstwem xD Taki długii i obślizgły jęzor...blee xD. Idę do Josta!
-Zwariowałaś?! Ja myślałam że ty to na żarty...eee.- Carola otworzyła usta ze zdumienia.
Wyszłam z pokoju i ruszyłam w stronę garderoby Tokiohotelowców. Stanęłam przed drzwiami i już miałam zapukać. W tej samej chwili drzwi się otworzyły i zamiast zapukać w nie zapukałam w czoło czarnowłosej kobiety.
-O Kim xD Cześć, co tu robisz?
-Byłam właśnie u Josta...znowu ma pretensje.- syknęła.- A Ty?
-Ja też idę do Josta...muszę z nim porozmawiać.
-O nie! Nie, nie, nie! Do pokoju!
-Ej no wyluzuj kobieto xD Ja załatwię sprawę!
-Nie! Nie zgadzam się!- Kim złapała mnie za rękę i zaczęła ciągnąć w stronę pokoju.
-Ej...ej no Kimberly! Dobra nie pójdę do Josta ale puść mnie!
-Nie!- otworzyła drzwi mojego pokoju i weszłyśmy tam razem.- Daj klucz.
-Spadaj!
-To sobie sama wezmę!- wyjęła mi klucz z kieszeni.- Dobranoc!
Zatrzasnęła drzwi i zamknęła mnie na klucz. Ona oszalała! Zamknęła MNIE Silviię Valo w pokoju! Na całą noc! Zaczęłam walić pięściami w drzwi.
-Oho no i nasza mała księżniczka uziemiona.- usłyszałam głos zza drzwi.
-Zamknij się Kaulitz i lepiej mi pomóż.
-Oho chciałabyś...- zaśmiał się.
-Teraz nic ci nie zrobię...ale przyrzekam że jutro wyrwę ci te kudły!
-Haha nie boję się ciebie!
-Nie...?
-Nie!
-Ani trochę?
-Ani ciupkę.
-Na pewno?
-TAK!
-No to zobaczymy jutro...albo dzisiaj jak chcesz...ale musisz mnie wypuścić!
-Nie haha xD
-Dobra to turlaj dropsa.- burknęłam i oparłam się o drzwi po czym wolno zaczęłam się po nich osuwać aż padłam na podłogę.
-Idę sobie do baru...napić się!
-Idź i nie wracaj...
Kaulitz poszedł. Westchnęłam głośno. Ah mam telefon! Zadzwonię do Caroli ona mnie wypuści! Szybko wyciągnęłam telefon z kieszeni. ,,Słaba bateria” pojawiło się na wyświetlaczu a fon się wyłączył.
-Co za zjeb!- rzuciłam telefonem o łóżko.
Usłyszałem kroki. Szybko wstałam i zaczęłam walić pięściami w drzwi. Ten ktoś zatrzymał się przed drzwiami mojego pokoju.
-Kto ty?- zapytał.
-Sariel...
-Ah...no tak Kim cię uziemiła.- zaśmiał się.
-A ty kto?
-Tom...gitarzysta.
-Ah! Dred! Pomożesz mi?
-Ty chyba śmie...a czekaj...co z tego będę miał?
-Nie wiem...a co chcesz?
-Hym...umów mnie ze swoją siostrą!
-Z Caroliną?
-A masz jakąś inną?
-Eee...nie...w sumie to nie.
-No to jak będzie?
-Eee...no dobra tylko wykradnij Kim klucz i wypuść mnie!
-Dobra, to czekaj mała zaraz wrócę.
Tom pobiegł w prawą stronę. Usiadłam na podłogę naprzeciwko drzwi i czekałam. Czekałam i czekałam...Po około 15 minutach Dred wrócił.
-Masz klucz?!- zapytałam i szybko wstałam.
-Mam, mam.- włożył klucz do zamka i przekręcił go.
Szybko pchnęłam drzwi. Ah wolność! Zamknęłam pokój i schowałam klucz do kieszeni.
-No i co z wynagrodzeniem?
-Pogadam z Carol i jutro dam ci cynk...Żegnaj.- powiedziałam i ruszyłam w stronę baru.
_***_
Siedziałam z Caroliną w pokoju. W końcu czas zacząć rozmowę o randce o której ona nic nie wiem.
-Wiesz co...kochana siostrzyczko...- zaczęłam.
-Słucham cię?
-No bo jest taka sprawa...eee.- uśmiechnęłam się nerwowo.- No bo ja...Kim zamknęła mnie w pokoju i...ja poprosiłam Toma żeby zwędził Kim ten klucz...no i ja mu obiecałam że w zamian...
-Co?- zapytała i założyła ręce na piersiach.
-No...pójdziesz z nim na randkę.- oznajmiłam.
-CO?!- wrzasnęła i zrobiła minę jakbym właśnie jej powiedziała że Bożego Narodzenia w tym roku nie będzie.- Porąbało cię całkowicie?!
-No ale Carol...uspokój się...bądźmy poważni...wdech, wydech. Pójdziesz z nim na tą randkę nic ci nie zaszkodzi!
-Odwołaj to!
-Nie da się!
-Zabiję cię!
-Ale...pójdziesz prawda?- zrobiłam słodkie oczka.
-No...no dobra...- bąknęła.

Rozdział IV
Otworzyłam jedno oko. Potem drugie. Leżałam na łóżku w pokoju Carol a ona leżała obok mnie i chrapała sobie w najlepsze. Co ja tu robię? Czyżbym JA o czymś nie wiedziała xD. Zaśmiałam się cicho i wstałam. Udałam się do swojego pokoju w celu ubrania się i w ogóle xD. Po drodze na szczęście na nikogo nie wpadłam. Ubrałam się i umalował po czym poszłam budzić resztę zespołu xD. Chłopacy już nie spali. Tylko Carol i Kim jeszcze kimały w swoich pokojach xD.
-Josh chodź pomóż mi obudzić te śpiochy xD.
-Jak?- zapytał basista.
-Wstawać!- zaczęłam się drzeć Kim do ucha.- Pobudka! Atak!
-A co gdzie?!- czarnowłosa zaczęła się rzucać po łóżku czego efektem było że wylądowała na podłodze.
-O menagerka już załatwiona.- zaśmiałam się.- Jeszcze tylko Carol xD.
Weszliśmy do jej pokoju. Dziewczyna tuliła się do poduszki i gadała coś przez sen. Ona tak od małego xD.
-Carol! Carol wstawaj!
-Co?!- zapytała zaspana.
-Wstawaj! Idziemy na zakupy xD dzisiaj masz randkę!
-Nie będę się stroić dla tego Mopa...
-Owszem będziesz!
_***_
Razem z Carol wyszłyśmy z jej pokoju i udałyśmy się do windy. Podjechała po chwili i otworzyła się. W środku stał Bill.
-O nie!- krzyknął i chciał wyjść.
-Nie ma tak!- pchnęłam go z powrotem do windy.
Drzwi się zamknęły. Razem z Caroliną zaczęłyśmy ciskać wszystkie guziki po kolei. Winda jeździła w górę i w dół, a Kaulitz krzyczał i obijał się o ściany. My miałyśmy z tego niezłą bekę.
-O kurwa jaka zabawa.- śmiałam się i ciskałam guziki.
Nagle winda zatrzymała się gdzieś na środku xD.
-Ty patrz...zacięła się.- powiedziała Carol i zaczęłyśmy się śmiać.
-O jeny?! I co teraz zrobimy?- zapytałam przesłodzonym głosem.
-Pójdziemy na zakupy!
-O tak, tak!
-Sariel! Carol! Wypuścicie mnie! Pomocy!- krzyczał Kaulitz.
-Słyszałaś coś?- zapytała Carolina.
-Nie...nic zupełnie nic xD.- odrzekłam i obie zbiegłyśmy na dół.
_***_
Po około trzech godzinach wróciłyśmy z zakupów. Windę już naprawili xD.
-Ok. to ja idę na chwilę do Toma, powiem mu że się zgodziłaś a ty się przygotuj.
-Ale...na pewno nie da się tego odkręcić?- zapytała sis i zrobiła błagalną minę.
-Nie...a jak mu to powiem to on mnie zamknie w pokoju na wieki wieków.
-Toż mnie wrobiłaś.- mruknęła Carola.
-Weś tą czarną.- podałam jej czarną bluzkę z króliczkiem playboya xD.
-No gdzie...Weś bo się Dred podnieci.
-I dobrze!
-To nie mój styl!
-Ale jego za to tak xD.- wcisnęłam jej bluzkę.- Nakładaj!
-No ale...ale ja nie chcę żeby on się podniecił...nie chcę żeby on sobie pomyślał że się stroję dla niego...czy coś.
-Oj tam xD o to chodzi! On się podnieci i zacznie do ciebie startować ^_^ a potem będziemy się z niego śmiać xD.
-No to może ty pójdziesz za mnie?!- zapytała i oparła ręce na biodrach.
-Ale on ciebie pragnie xD.
-Ale ja go nie.
-No to co...można się nim zabawić xD.
-Ale...ty jesteś bez serca!
-Nie prawda...potrafię kochać...jeżeli tylko ktoś na to zasłuży...- mruknęłam i spuściłam głowę.
-A ja zasłużyłam?- dziewczyna usiadła obok mnie.
-Jasne...ty tak.- przytuliłam ją mocno.- Nikt na to nie zasłużył tak jak ty...nikt.
-U mnie jest tak samo.
-No i tato...
-I mama...
-Żałuję że nie może być teraz z nami...patrzeć na nasz sukces.
-Ona na nas patrzy...z góry i jest z nas dumna...- powiedziała Carol i wzniosła oczy ku górze.
-Tak...chciałabym się do niej przytulić.
-Pamiętasz...jak byłyśmy małe to ja byłam twoją mamusią.- sis uśmiechnęła się do mnie.
-Yhym...
-Ty zdaje mi się miałaś iść do Toma i mu powiedzieć...o randce.
-Oho! Czyli jednak chcesz!
-Nie prawda!
-No dobra to ja idę...
Wyszłam z pokoju i udałam się do garderoby TH. Zapukałam do drzwi. Usłyszałam jak ktoś biegnie i przepycha się. Drzwi otworzył mi Bill. Spojrzał na mnie tak jakby zobaczył ducha i uciekł. Zaśmiałam się i weszłam do środka. Bill przycupnął gdzieś za kanapą. Tom siedział na fotelu. Usiadłam na stole naprzeciwko niego.
-Słuchaj Kaulitz bo dwa razy powtarzać nie będę.
-No słucham, słucham.
-Karolina się zgodziła pójść z tobą gdzieś tam, nie wiem gdzie przyjdź po nią za godzinę.
-Boże...Sariel...jestem...dzięki! Mogę cię przytulić?!
-A w życiu!- wstałam.- Żegnam was!
_***_
Siedziałam sobie w pokoju i brzdąkałam na gitarce. Carola wyszła dopiero jakieś 2 godziny temu i chyba szybko nie wróci. Drzwi mojego pokoju powoli zaczęły się otwierać. Cóż to za onieśmielony człek? W drzwiach zobaczyłam Joela.
-Hey, chodź! Co ty się tak skradasz?
-A w sumie to nie wiem...po tym jak potraktowałaś Kaulitza to trochę się ciebie boję.- uśmiechnął się niepewnie i usiadł obok mnie.
-Ty nie masz czego.- musnęłam ustami jego policzek.
Chłopak zbliżył się do mnie. Usiadłam na jego kolanach przodem do niego. Zaczęliśmy się całować. Chłopak złapał mnie za pośladki. Nie za dużo on sobie pozwala? Położył mnie na łóżko i zaczął całować.
-Przestań!- rozkazałam i próbowałam usiąść.
-Sariel no co ty.- zaczął mnie całować po szyi.
-Daj spokój! Joel przestań!- zaczęłam go odpychać.
-O co ci chodzi dziewczyno?- zapytał i skrzywił się.
-O to że ja nie chcę!
-Całować się nie chcesz?
-Myślisz że nie wiem do czego zmierzasz? Że jestem taka młoda i głupia?
-Wcale nie myślę że jesteś głupia...
-No to daj spokój i puść mnie.- warknęłam.
Joel usiadł na brzegu łóżka a ja obok niego. Chłopak spuścił głowę a po jego minie można było wyczytać że za bardzo szczęśliwy to nie jest. Nic nie mówił. Przez chwilę panowała dobijająca cisza. Wstałam i nic nie mówiąc wyszłam z pokoju. Udałam się do baru. Usiadłam na jednym z tych wielkich krzeseł i zamówiłam Red Bulla. Nie będę pić alkoholu xD.
-A co piękna pani robi tu sama?- zapytał jakiś chłopak i usiadł obok mnie.
-W sumie to nie wiem, ale co robi tu taki brzydal jak ty?- zapytałam i łyknęłam z puszki.
Chłopak chyba zrył się moim pytaniem bo siedział jak wryty. Odchrząknął głośno. Ja uśmiechnęłam się tylko pod nosem. Facet nie był w moim typie. Miał brązowe, proste włosy do ramion i jakiś taki przykrzywy ryj xD. W końcu odzyskał głos.
-Ehem...jestem Georg.- oznajmił i wypiął pierś do przodu.
-Sariel.- odrzekłam.
-Ah ty z Immortal Dream.- mruknął.
-A ty z Tokio Hotel.
-Ale to chyba ci nie przeszkadza co?- zapytał i posłał mi ,,czarujący” uśmiech.
-E...eh no wiesz w sumie...zależy...e w czym...miało by przeszkadzać? O co ci chodzi koleś?- zapytałam nieco zmieszana.
-Piękna pani zgrywa niedostępną?
-Ah o to! Palant! Jestem zajęta.
-Kto cię już zajął? Bill, Tom?
-Żaden z nich.- skrzywiłam się.- Mam już chłopaka od dawna.- odrzekłam.
-No tak...najładniejsze to zawsze zajęte.- mruknął.
-Moja siostra Carol jest wolna.- oznajmiłam.- Jest śliczna, naprawdę, ja przy niej to nic.- podpuszczałam go.
-Serio?! Gdzie ją mogę znaleźć?
-Chwilowo wyszła gdzieś z Tomem...ale nie szykuje się nic większego, jutro z nią sobie pogadasz.
Wkopałam ją w kolejnego kolesia. Carol mnie zabije. Josh tym bardziej bo jemu się chyba moja siostrzyczka podoba a ja ją tu swatać próbuję xD. Ale tym z Georgiem to już przegięłam. Toć to chyba zrobili na próbę i zapomnieli zabić. Wstałam.
-O już idziesz?- zmartwił się brzydal.
-Jestem strasznie zmęczona.- wymusiłam ziewnięcie.- Ja już pójdę na górę.
Szybko wybiegłam z baru i popędziłam na górę. Każda wymówka aby wykręcić się od siedzenia z Georgiem jest dobra. Zobaczyłam że drzwi mojego pokoju są otwarte na oścież co bardzo mnie zaniepokoiło. Joel przecież by je zamknął. Może...może ktoś tam jest? Może Kaulitz chce się odegrać za tą windę dzisiaj rano. Szybko wpadłam do pokoju. To co zobaczyłam totalnie mnie zaszokowało.

Rozdział V


Wszystkie moje ubrania i akcesoria leżały na podłodze. Niektóry ciuchy były porozrywane, gitara nie miała żadnych strun. Zrobiłam wielkie oczy i powoli zaczęłam się zbliżać do okna które było otwarte na oścież. Firanki poszarpane jakby ktoś próbował ciąć je czymś tępym. Z łazienki wydobywała się woda. Otworzyłam drzwi i jeszcze bardziej się przeraziłam. Na kafelkach leżały wszystkie moje czarne i białe cienie i kredki do oczu. Lakiery były porozlewane z czego woda stała się czarno-biała. Na lustrze czerwoną szminką pisało ,,Sariel to suka” i ,,Zginiesz dziwko”. Zacisnęłam mocno pięści. Nie no...wojna wojną ale teraz to już przesadził.
-Nienawidzę cię Kaulitz!- wrzasnęłam i walnęłam pięścią w lustro.
Ono rozpryskało się na duże i mniejsze kawałki. Dalej waliłam. Teraz już w drewno. Moje ręce były mocno poranione i krwawiły ale to w jakiś sposób dawało mi ulgę. Wrzasnęłam głośno i ostatni raz uderzyłam pięściami w drewno. Zajebie go. Wybiegłam z pokoju i nie pukając wpadłam do garderoby TH. Czarny siedział na kanapie razem z Gustavem i grali w karty.
-Zajebie cię Kaulitz!- wrzasnęłam i rzuciłam się na niego.
-Uspokój się! Hey!- chłopak złapał mnie mocno za ręce.- Za co tym razem?!
-Za co?! No to chodź ze mną i zobacz!- wrzasnęłam.- No chodź!
Chłopak wstał i poszedł za mną. Jednym ruchem ręki otworzyłam drzwi. Bill zdębiał i otworzył szeroko usta.
-No ale to nie wszystko! Idź do łazienki...a lustro to moja sprawka.
Ferbi wszedł do łazienki. Kopara opadła mu w dół. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Hym...dobrze grał.
-Wiesz co pisało na lustrze?- zapytałam.
-N...nie.
-Sariel to suka i zginiesz dziwko.- założyłam ręce na piersiach.- Co masz mi do powiedzenia?
-Ja...bardzo mi przykro.- bąknął.
-Bardzo ci przykro?! A mam cię zajebać?!
-Ale...ale to nie ja!- krzyknął z wyrzutem.
-A kto? Święty Walenty?
-Byłem cały czas z Gustavem!
-Twój koleżka może dać ci alibi, skąd mam mieć pewność że nie kłamiecie obaj?
-Silviia...ja...no przyznam że nie pałam do ciebie sympatią...ale takiego czegoś bym nie zrobił!
-Ciekawe.- mruknęłam.
-Naprawdę! Przyrzekam że to nie ja...nie mam pojęcia co to za idiota...może jakiś anty fan?
-W jaki sposób dostałby się do hotelu?
-N...nie wiem...ale to nie ja! Naprawdę!
-I tak cię zabiję!- znowu się na niego rzuciłam.
Chłopak złapał mnie mocno za ręce. Syknęłam z bólu, rozcięcia na rękach bolały.
-Może powinnaś to zabandażować co?- zapytał i spojrzał na krew cieknącą po moich i jego rękach.- Poczekaj pomogę ci.
-Spieprzaj, sama sobie poradzę...
-Co tu się znowu dzieje?!- do pokoju weszła Kim i od razu zawiesiła głos.
-Ktoś zdemolował jej pokój...i ona myśli że to ja!- oznajmił Bill.
-A to nie ty?- zapytała Zwanzig i spojrzała na niego krzywo.
-No jasne że nie ja! Takiego czegoś bym nie zrobił nikomu...jej też nie.- wytłumaczył.
-Nie martw się mała...to na pewno jakiś zazdrosny anty fan.- Kim podeszła i objęła mnie.
-O no właśnie to samo mówiłem.- oznajmił Czarny.
-Ty się lepiej nie odzywaj tylko spiep...tylko idź sobie.- powiedziała czarnowłosa.- Cyt, cyt...musimy to zabandażować...no i oczywiście posprzątać.
-To ja mogę pomóc.- wtrącił.
-Wynocha!- wskazałam mu drzwi.
-No dobra, dobra już idę.- warknął i wyszedł trzaskając drzwiami.
Kimberly poszła po bandaże i wodę utlenioną a ja usiadłam na łóżku i westchnęłam głośno. Skoro to nie Kaulitz to kto w takim razie? Kto tak bardzo mnie nienawidzi i za co? Czarnowłosa wróciła z całą apteczką. Usiadła obok mnie i zaczęła obmywać rany.
-Nie wiem co to za debil ale jak się dowiem to zajebie gnoja.- powiedziała.
-Ja też...
-Kaulitz to chyba się przejął twoim losem.- zaśmiała się.- Łazi pod drzwiami i podsłuchuje co się dzieje, jak mnie zobaczył to niby że do baru szedł.
-Ta...idiota.
-Chce się podlizać bo się boi.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Miałam ogromną satysfakcję. Bo oto gwiazda muzyki boi się mnie. Ah co za uczucie. Menagerka obandażowała mi ręce i spojrzała na wielki harmider w pokoju.
-No dobra mała...bierzemy się za to.- oznajmiła.- Ja posprzątam te szkło a potem pójdę to recepcji zapłacić za szkody...
_***_
Leżałam na łóżku i myślałam. Kto? Po co? Dlaczego? Przekręciłam się na lewy bok i wbiłam wzrok w zamknięte drzwi. Dopiero po 22 a ja już leżę w łóżku. Nie mogłam wytrzymać dłużej...Po prostu jestem wyczerpana psychicznie. Drzwi powoli się otworzyły i stanęła w nich Carol. Minę miała kwaśną. Rzuciła torebkę w kąt i usiadła obok mnie.
-Kicha! Kicha! Kicha! Ciągle pieprzył mi o gitarach!- wykrzyknęła z wielkim żalem w głosie.
-Mi by się to spodobało.- uśmiechnęłam się i wyjęłam zabandażowane ręce spod kołdry.
-To następnym razem ty z nim pójdziesz na randkę. A tobie co się stało kochana?- zapytała i zrobiła wielkie oczy.
-Ktoś zdemolował mi pokój...pociął niektóre ubrania i zasłony...wszystkie kosmetyki wyrzucił na ziemię i puścił wodę...z czego teraz nie mam się czym malować i nie bardzo w co ubrać, a na lustrze szminką napisał ,,Sariel to suka” i ,,Zginiesz dziwko”...
-O jasna cholera! Kto to?!
-Myślałam że to Kaulitz...rozpieprzyłam pięściami lustro i stąd te rany...poszłam do niego i już go miałam zajebać. Wypierał się i wypierał...ale był tak wiarygodny...to chyba naprawdę nie on...
-On by nie był zdolny do takiego czegoś...
-Też tak myślę...potem zaczął się podlizywać i chciał pomóc mi i Kim...ale go pogoniłyśmy.
-Boi się ciebie.
-Tak.- uśmiechnęłam się cwaniacko.- Wiem o tym.
-Co na to Joel?
-Joel? Nic...nawet nie wiem czy o tym wie...nie chciałam się z nim całować...no wiesz do czego on zmierzał.- skrzywiłam się.- I się chyba na mnie obraził.
-A to debil...
-Istotnie...idź się przebierz, umyj i chodź do mnie pogadamy jeszcze.
-No łokej. Daj mi parę minut.- wybiegła z pokoju a ja znowu zostałam sama.
Westchnęłam głośno. Tak bardzo cieszę się że mam Carol i Kim. Bez nich to bym chyba zdechła. Usłyszałam jak ktoś biegnie po korytarzu. Usiadłam. Drzwi mojego pokoju otworzyły się i do środka wparował Tom.
-Ej a ty tu czego?- oburzyłam się.
-To nie Bill!- wykrzyknął.- Mój brat by nie był zdolny do takiego czegoś!
-Ale spokojnie...chodzi ci o to zdemolowanie mojego pokoju?- zapytałam.
-Zdemolowali ci pokój?- zdziwił się.
-No...a nie o to ci chodzi?
Tom pokręcił głową i usiadł obok mnie. Wyręczył mi jakiś list. Otworzyłam go. Ktoś napisał to na komputerze. To ja może lepiej treści nie zamieszczę. Było tam pełno wyzwisko pod moim adresem no i ten ktoś kazał mi zostawić Billa w spokoju bo jak nie to następnym razem zrobi coś gorszego niż zdemoluj mi pokój.
-O co w tym chodzi?- zapytałam go.
-Nie mam pojęcia...
-To...musi być jakiś anty fan...- bąknęłam.
-Posłuchaj mała...
-Sariel miło mi.- wyciągnęłam do niego dłoń.
-Tom.- uścisnął ją.- Więc...posłuchaj Sariel...ja osobiście radzę żeby zamontować w twoim pokoju kamerę czy coś w tym guście...wtedy zobaczymy kto robi ci...CHWILA!- Kaulitz stanął na równe nogi i wybiegł z pokoju.
-Tom! Ej co ci?!- krzyknęłam za nim.
Chłopak nie zatrzymał się tylko pognał niewiadomo gdzie. Co on zamierza? Westchnęłam głośno i spojrzałam w sufit. Ile jeszcze niespodzianek mnie czeka?

Rozdział VI


Toma nie widziałam już dwa dni. Resztę TH też nie. Z tego co wiem Dred nie wraca nawet na noc do pokoju. Siedzi gdzieś całą noc i dzień. Nosi ze sobą żarcie i w ogóle. Co on kombinuje? Chce wykombinować jakąś super, małą, niewidzialną, niewyczuwalną kamerę? xD.
-Silviia...ty śpisz? Ejo, Ejo!- Carol pomachała mi ręką przed oczyma.- Pizza ci stygnie!
-Ah no tak! Zamyśliłam się.- zaczęłam wcinać obiad.
-Ciekawe o czym...albo i kim.- mruknęła sis.
Zaśmiałam się i wcinałam dalej. Zobaczyłam że do baru wchodzi Georg. Gdy zobaczył mnie i Carol poprawił włosy i ruszył w naszą stronę. Ups...zapomniałam o nim całkowicie xD.
-Cześć dziewczyny, tu wolne?- zapytał i wskazał na krzesło między nami.
-Nie.- odrzekła Carol.- Tu siedzi mój niewidzialny przyjaciel.- rzuciła ironicznie.
Brzydal potraktował to jako ,,tak” i dosiadł się do nas. Zamówił sobie hamburgera i zaczął gadkę.
-I co wiesz już kto cię tak urządził?- zwrócił się do mnie.
-Nie mam zielonego pojęcia.
-Pewnie jakiś anty fan.- zauważył mądrze.
-Tak...albo jakiś zazdrośnik.- dodała Carol.
-A wiecie że macie z nami trasę koncertową?- zapytał Georg.
Carolina wypluła z powrotem colę do szklanki a ja zaczęła dławić się pizzą. Trasę koncertową?! Z nimi! O nie!
-Eeee...to super.- wydusiłam i sięgnęłam po szklankę żeby się napić.
-Będziemy mogli lepiej się poznać.- chłopak puścił oczko do Carol.
-Taa.- ona próbowała się uśmiechnąć, ale wyszedł jej szczękościsk.
-Elo moje piękne panie!- do baru wpadł Josh.
-O Josh!- obie ucieszyłyśmy się na jego widok.
-Wiem że za mną tęskniłyście.- cmoknął nas po kolei w policzki(oczywiście Georga nie).
-I to cholernie.- Carol się ożywiła.
-No ty to wiem.- poruszył lekko brwiami.- A ten co tu robi?- zapytał i wskazał na Georga.
-Przypałętał się.- odrzekłam.
-No...no właśnie.- zgodziła się ze mną sis.- I nie chce sobie iść.
Georg zrobił wielkie oczy i patrzał to na mnie to na Carol. W końcu zrobił poważną minę.
-To ja już pójdę.- oznajmił i wyszedł.
-Haha dzięki...pomogłeś nam się pozbyć tego natręta!- powiedziała Carol.
Kelnerka podeszła do naszego stolika.
-Dla kogo miał być ten hamburger?- zapytała.
-Może być dla mnie.- Josh wziął od niej żarcie.- Dzięki.
-A co się dzieje z Tomem?- zapytałam go.
-A co chcesz się z nim umówić na randkę i pogadać o gitarach?- zapytała Carolina.
-A żebyś wiedziała.- wystawiłam jej język.- Nie ale tak serio...wiesz coś?
-Ostatnio Gustav mówił że cały czas siedzi u operatorów kamer, nikt nie wie co on znowu kombinuje.
-Zdurniało dziecko.- zaśmiałam się.
-No w sumie to on od zawsze durny był.- powiedziała Carol.
-No też racja. Ok. to wy tu sobie siedźcie a ja skoczę do Kim muszę jeszcze z nią coś obgadać.
-Co znowu?- zapytał Josh.
-Jutro sesja zdjęciowa tłuki. Będzie fajnie! Już się nie mogę doczekać!
-Ah no tak!- Carol walnęła się w głowę.
-Lecę!- pobiegłam na górę.
Wcześniej zobaczyłam czy z moim pokojem jest wszystko w porządku i zamknęłam go porządnie. Potem poszłam do Kimberly. Kobieta leżała na łóżku i słuchała muzyki na fula. Myślałam że mi uszy odpadną. Wyłączyłam wierzę i usiadłam na jej łóżku.
-Co tam?- zapytała.
-Czemu mi nie powiedziałaś że mamy trasę z Tokio Wypłoszami?- zapytałam.
-Zapomniałam na śmierć! Daruj...
-Eh...no nic, a co z sesją?
-Wszystko już jest gotowe. Jutro o 15 u fotografa.- odrzekła.
-Ah no to super!- ucieszyłam się.
-Eee...ale potem mamy sesję z Tokio Wypłoszami jak ty to mówisz.- oznajmiła.
-Aaa! Zabiję!
-Ale to tylko parę zdjęć! I tak pewnie jak już coś to tobie zrobią sesję z Mopem bo oboje gracie na gitarze.
-Może nie będzie tak źle.
-Przecież lubisz Toma.
-Nie powiedziałam że go lubię, ale nic do niego nie mam. Za krótko go znam żeby powiedzieć że go lubię.
-No...nie będzie tak źle.- czarnowłosa uśmiechnęła się do mnie.
-Mam nadzieję...
_***_
Na drugi dzień o 14:45 byliśmy już gotowi do sesji. Mnie ubrali w taką fajną białą bluzkę z naszywkami i mini czarną, a do tego takie fajne coś na nogi i glany. Do tego mi jeszcze dwa kucyki zrobili. Co za zjeby. Na początku robili zdjęcia całemu zespołowi, potem mi i Carol a na końcu każdy po kolei. Potem weszło TH i po ich sesji przyszła kolej na mieszaną sesję.
-Na początku...klony chodźcie.
Od razu wiedziałam że będzie sesja z Kaulitzami. Oni już stali przed aparatami. A Carol i ja nie jesteśmy klonami więc stałyśmy dalej poza obiektywami.
-No i wy panienki też.- dodał fotograf.
Powoli powlekłyśmy się do Kaulitzów. Ja szybko zawiesiłam się Dredziażowi na ramieniu a Carol niemalże zabijając mnie wzrokiem stanęła obok drugiego bliźniaka.
-A tobie co?- Tom zaśmiał się i spojrzał na mnie.
-Wolę stać obok ciebie niż obok...
-Nie, nie, nie tak nie...Silviia i Carolina...zamieńcie się...będziesz bardziej pasować do Billa.
-Nie prawda.- burknęłam.
-Tak, tak, stań obok niego.
Carolina wystawiła mi język i stanęła obok Dredziarza. Więc ja musiałam obok Billa. Chłopak zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu. Blask flesza już zaczął mnie oślepiać. To co oni już zdjęcia robią?
-Silviia...no bliżej do tego Billa...toć cie nie zje.- rozkazał fotograf.
Westchnęłam głośno i zawiesiłam się na ramieniu Ferbiego. Zaczęłam się sztucznie uśmiechać a oni robili zdjęcia. Już mnie szczęka bolała od tych uśmiechów.
_***_
-Ała plecy mnie już bolą.- zajęczał Bill.
-Słaby jesteś.- stwierdziłam i złapałam go za ramiona.
-Nie ja jestem słaby tylko ty za ciężka...te twoje glany ważą z 5 kg.- burknął.
-A co może jeszcze chcesz się zamienić?- zapytałam.- Ja mam cię wziąć na barana tak?
Fotograf zrobił jeszcze parę zdjęć. Bill już słaniał się na nogach pod moim ciężarem. Co za debil wymyślił to żeby on mnie na barana nosił? Jeszcze mnie zboczeniec na uda trzymał.
-No dobra dość.
Czarny puścił mnie natychmiast czego efektem było to że wylądowałam na dupie na podłodze.
-Ojej przepraszam.- powiedział przesłodzonym głosem i poszedł do garderoby.
-Nienawidzę go.- syknęłam i wstałam.
Też poszłam do garderoby. Carol siedziała przed lustrem i malowała się na nowo. Usiadłam obok niej i zaczęłam zmywać makijaż.
-I jak tam po sesji?- zapytała.
-Kaulitz nosił mnie na barana...kurde musze iść się zaraz umyć, a potem mnie puścił dureń i wylądowałam na podłodze.
-Odpłaca się.- zaśmiała się dziewczyna.
-Jak ja mu się odpłacę...eh szkoda gadać.
-Witam moje piękne panie.- do garderoby wpadła Kim.- Nie martw się mała.- zwróciła się do mnie.- Już skarciłam Davida za ten pomysł z baranem.
-On to wymyślił?!- zapytałam i z nerwów zrobiłam sobie czarną kreskę od oka do ucha.
-Tak.- czarnowłosa zaśmiała się.- Twój nowy image?
-Oj nie.- zmyłam kreskę i pomalowałam się od nowa.- To co jedziemy?
-A tak, tak chodźcie.- ruszyłyśmy do samochodu.
_***_
-Moje kochane precelki!- wrzasnęła Zwanzig wchodząc do garderoby.
-Precelki?- zapytałam i na chwilę przestałam malować paznokcie.
-Tak moje rogaliczki! Jedziemy do Paryża!- zachwyciła się.
-Ja jestem Seven Daysem!- oznajmiła Carol.
-A ja Głodzillą!- krzyknęłam.
Już obie wstałyśmy żeby zacząć się gonić i zjadać nawzajem xD.
-Carol i Sariel! Siadajcie!- rozkazała Kim.
-No dobra już dobra.- burknęłam i usiadłam.
-Jutro jedziemy do Paryża! Na sesję i w ogóle na pierwszy koncert!
-O to fajnie...kiedy wyjeżdżamy?- zapytał Josh.
-Jutro rano! Pakować się ale to już!
-Nie mogłaś nam wcześniej powiedzieć?- zapytałam wychodząc z garderoby.
-Sama się dowiedziałam przed sekundą, może pomóc panience?
-Nie! Poradzę sobie sama pedofilu.
-Nie jestem pedofilem!- oburzyła się czarnowłosa.
-Nie w ogóle ok. mniejsza.- ruszyłam na górę.
-Wiedźma!
-Wcale nie!- weszłam do pokoju.
Wywaliłam wszystko z szafy i zaczęłam się pakować. Ciekawe czy TokioHotelowcy wybierają się z nami. Znając moje szczęście to pewnie tak.
-Silviia...- usłyszałam za sobą głos Czarnowłosego.

Rozdział VII


-Czego chcesz?- zapytałam nie zaszczycając go nawet spojrzeniem.
-Na dole jest impreza...
-Ta...i co?
-I kazali mi po ciebie przyjść.- bąknął.
-I?
-I masz zejść na dół!
-Oh...nigdzie nie idę.
-Jak sobie chcesz...ale ja idę...jakby co to wszyscy są na dole.
-Spoko niech sobie są.
-W sumie to mi też nie za bardzo chce się tam iść.- oparł się o ścianę i wbił wzrok w szafę.
-No to idź sobie gdzie ci się żywnie podoba tylko wyjdź z mojego pokoju!- zbulwersowałam się.
-Ah no tak, tak jasne, już idę...- wyszedł z mojego pokoju.
Znowu zostałam sama. I dobrze...tak jest najlepiej. Może jednak by pójść na tą imprezę? W sumie to nic by się nie stało a ja bym się trochę rozerwała przed podróżą do Paryża. Przebrałam się w czarną gotycką mini i jakąś tam bluzkę z naszywkami. Poprawiłam makijaż i już byłam gotowa. Wyszłam z pokoju i zamknęłam go dokładnie. Teraz to ja jakąś obsesję mam. Ale chyba nie dziwicie mi się, co?
-A jednak idziesz...
-O Jezu...przestań mnie prześladować.- burknęłam.
-Wcale cię nie prześladuję...to przeznaczenie.
-To niech te przeznaczenie imieniem Bill da sobie spokój i pójdzie spać bo już dawno po dobranocce.- powiedziałam.
-Ty jesteś młodsza...więc sama lepiej pakuj się do łóżeczka spaciu, niech ci Zwanzig bajkę na dobranoc opowie.
-Tak...o czterech Teletubisiach z naprzeciwka.- skrzywiłam się.- Dobra, nie chcę sobie psuć humoru więc idę.- zbiegłam na dół do baru.
-Odezwała się Baba Jaga!- krzyknął za mną.
Pozdrowiłam go serdecznie środkowym palcem i weszłam do sali. Ludzie tańczyli sobie. Carol siedziała przy barze z Joshem. Eh nie będę im przeszkadzać. Usiadłam sama przy jednym ze stolików i przyglądałam się tańczącym ludziom i parą.
-Ejo kochanie.- Joel wyrósł jak z pod ziemi i dał mi kissa w policzek.- Jak tam?- klapnął obok mnie i objął mnie w tali.
-Ah spoko.- uśmiechnęłam się do niego.- Przepraszam że wtedy cię odepchnęłam i zwiałam...ale wiesz...myślałam że ci chodzi tylko o jedno, naprawdę przepraszam. Kocham Cię bardzo.
-Ja ciebie też.
Pocałował mnie w usta a ja oddałam mu pocałunek. Zaczęliśmy się całować namiętnie. Nasze języki łączyły się w dzikim tańcu namiętności. Chłopak objął mnie mocno. Ludzie rzucali nam ukradkowe spojrzenia i uśmiechali się pod nosem. No cóż...zakochani nie zwracają uwagi na nic;).
_***_
Siedzieliśmy tak na tych kanapach w sali i rozmawialiśmy. Oczywiście nasze rozmowy przerywały pocałunki którymi obdarzaliśmy się nawzajem.
-Ludzie się patrzą.- oznajmiłam i uśmiechnęłam się.
-To co...zakochanych nie widzieli to muszą popatrzeć!- odrzekł Joel.
-No tak racja. Teletubisie jadą z nami do Paryża?
-Tak Silviiuś tak Tinky Winky i Po i Dipsi i Lala...piłaś coś?
-O TokioHotelowców mi chodzi!
-Aaa no tak, jadą.
Wtedy zauważyłam że do sali wszedł Tinky Winky(czyt. Bill xD). Rozejrzał się i ruszył w stronę baru. Zapewne do Georga który też tam siedział i próbował kogoś podrywać. Oczywiście bez powodzenia.
-Chodź na górę.- Joel wstał i złapał mnie za rękę.
-Jasne, z tobą zawsze i wszędzie...tylko bez żadnych ekscesów.- uprzedziłam go i ruszyliśmy na górę.
-No jasne, jasne słonko.- cmoknął mnie.
-Nie przesładzaj.
-Wcale nie przesładzam!
-Wcale tak!
-Wcale nie!
Weszliśmy do pokoju. Ja zamknęłam go na klucz a na klamce wywiesiłam karteczkę z napisem ,,Nie przeszkadzać!”.
_***_
Było już po 24. Leżałam w łóżku i nie mogłam spać. Impreza ciągle trwała a z dołu było słychać krzyki i te okropne techno. Nienawidzę techna. Postanowiłam że się ubiorę i zejdę zobaczyć co się tam ciekawego dzieje. Założyłam jakieś tam spodnie i bluzkę. Zamknęłam pokój i zbiegłam na dół. Tinky i Geo siedzieli przy barze. Obaj wstawieni. Usiadłam między nimi.
-Jednego Red Bulla poproszę.- powiedziałam do barmana.
-Ym na mój rachunek.- oznajmił Bill i podniósł rękę do góry.
-Niech pan go nie słucha.- uśmiechnęłam się uroczo do barmana i sama zapłaciłam za napój.
-Ale następnego ja stawiam.- wybełkotał Geo.
-Właśnie że ja.- Bill szedł w zaparte.
-Nie bo ja.
-Ja.
-Ja.
-Cicho! Następnego nie będzie.- oznajmiłam.- Może lepiej pójdziecie już spać. Hę?
-Nie...ja będę tańczył.- oznajmił Bill.
-No właśnie...ja też.
-To chyba za sobą.- rzekłam.
-Z Geo?- Czarny spojrzał krzywo na swojego kolegę.- Nieeee.
-Nie wiem jak ty ale ja tańczę z tą piękną panią.- Żeo wskazał na mnie.
-No, no ja też.
-Chyba w snach.- rzekłam.
Z prawej strony Billa usiadła jakaś blond lala i zamachała kudłami. Czarny spojrzał na nią krzywo i odchylił się na tyle że gdybym go nie podtrzymała to spadł by z krzesła.
-Co to jest?- krzyknął i wskazał na ową dziewczynę.
-Tinky...to jest dziewczyna.- szepnęłam mu do ucha.
Chłopak spojrzał na nią a potem na mnie. Parę razy powtórzył tą czynność.
-Ty jesteś ładniejsza.- stwierdził i odwrócił się tyłem do blondyny.- Drinka dla tej pani.
-Ja nie chcę! Nie proszę pana naprawdę nie.- rzekłam do barmana.- Ferbi...
-Jestem Bill Kaulitz z Tokio Hotel mam 18 lat mieszkam w Loischste urodziłem się 1 września 1989 roku.- wybełkotał szybko i wyciągnął do mnie rękę.- Moja mama z zawodu jest krawcową a tato...
-Miło mi Silviia Valo mam 16 lat urodziłam się 1 lutego 1991 roku, mieszkam Helsinkach.- nie uścisnęłam jego dłoni.
-Miło mi panią poznać. Można pocałować?- zapytał i wskazał na moją dłoń.
-Nie, nie można...posłuchaj...my się nienawidzimy...a ty jesteś pijany.- próbowałam mu uświadomić.
-Ja pijany? Ja jestem pijany?! Ja wcale nie jestem pijany!- oburzył się Bill.
-Ależ oczywiście.- uśmiechnęłam się krzywo.
-Może zatańczymy?- zapytała Czarny i uniósł lekko prawą brew.
-Nie...wiesz nie umiem tańczyć.
-Umiesz...każdy umie.
-Spadaj Kaulitz. Burknęłam.- Nie lubię cię...bardzo cię nie lubię!
-A to czemu?- zasmucił się.
-Weś ty wytrzeźwiej...to będziesz wszystko wiedział.
-Ja jestem trzeźwy.- uparcie twierdził Bill.
-Tak, tak oczywiście.
Sama już nie wiem który Bill jest gorszy. Pijany czy trzeźwy. Chłopak ciągle się na mnie patrzył, a dokładniej na dekolt. No tak, każdy pijany to tylko o jednym. Do sali wpadł Tom. Podbiegł do mnie dysząc ciężko.
-Co się stało?- zapytałam go.
-Sariel.- złapał mnie za dłoń i mocną ją ścisnął.- Chodź ze mną proszę...muszę ci coś pokazać.
-Ej!- oburzył się Bill.- Zostaw ją! Nie widzisz że ją podrywam?!
-Ale tu chodzi o jej bezpieczeństwo pacanie!- krzyknął Tom.- Chodź ze mną proszę!
-No, no dobra.- wstałam z krzesła.
-Szybko Sariel szybko!- pociągnął mnie za rękę i razem zaczęliśmy biec na górę.
-Ale o co chodzi?!
-Zaraz ci powiem.
Weszliśmy do jego pokoju. Panował tu totalny bałagan. Nie wiedziałam o co chodzi Dredziażowi. Tom złapał się za głowę i zaczął chodzić w kółko po pokoju. Co on ode mnie chce. Chłopak usiadł na łóżko i westchnął głośno.
-Nie wiem jak mam ci to powiedzieć...nie wiem jak zacząć...
-Najlepiej to od początku...
-No więc słuchaj mnie uważnie.- zaczął i spojrzał mi w oczy. -Ja...ja wiem kto cię tak urządził...

Rozdział VIII


-Ja...ja wiem kto cię tak urządził...
-KTO?! BILL?! KTO?! ZAJEBIĘ!
-Posłuchaj...spokojnie, to nie Bill...nikt z hotelu.
-Kto w takim razie?
-Spokojnie ja już wezwałem policję...
-ALE KTO TO?!
-Ja jeszcze dokładnie nie wiem, wiem że to jakiś gościu...taki zwykły...widziałem to na kasecie...- wyznał.- Kamera to zarejestrowała ale wtedy nie było nikogo...nikt tego nie widział, nikt go nie powstrzymał...
Zamarłam. Dlaczego? Dlaczego komuś tak bardzo zależało żeby...żeby zrobić mi takie coś? Co ja znowu zrobiłam? Może to zwykła zazdrość? Ktoś się chciał na mnie odegrać...za co?
-Spokojnie...już jesteś bezpieczna.- Dredziarz stanął tuż obok mnie.
-Za to załatwię ci tyle randek z Carol ile tylko będziesz chciał.
-Dzięki.- uśmiechnął się nieco krzywo.- Nie rób nic na siłę...ona raczej nie chce się ze mną spotykać. Poza tym nie zrobiłem to dla tych randek...tylko po to żeby nie obudzić się pewnego dni i usłyszeć że jakiś debil cię zabił...bo w sumie to się nie znamy...ale pomyśl jak przeżyłaby to Carol.
-No tak, dla Carol to wszystko.- uśmiechnęłam się.
-Ale nie! To nie tak!- Dredziarz próbował się wykręcać.
-Aham, aham, ależ oczywiście. No i co ja teraz mam zrobić?
-Policjanci są już pod hotelem. A ty najlepiej się połóż do Carol...ewentualnie możesz do Billa.- zaśmiał się.
-AAAAAAAAAAAAAAAAA! Gdyby nie Twoje dobre intencje to bym cię zabiła xD.
-To ty idź się połóż do Carol...dobranoc.
-I tobie też, cześć.- wyszłam z jego pokoju i udałam się do Carol.
Nie wiedziałam co mam teraz myśleć. Tom tyle dla mnie zrobił. Uratował mi życie...gdyby nie on...kto wie co by się ze mną mogło stać. Muszę mu się jakoś odwdzięczyć. Otworzyłam drzwi do pokoju siostry. Spała...tak słodko. Hym...jakbym była Tomem to też bym się z nią chciała umówić. Przebrałam się i położyłam obok siostry. O jeny...ale ja nie jestem lesbijką jakby co.
_***_
Obudziły mnie jakieś wrzaski na korytarzu. Tupoty nóg, krzyki mężczyzn. Szybko wstałam i zobaczyłam że zegarek wskazuje 4:22. Carol już w łóżku nie było. Wybiegłam z pokoju. Na korytarzu stali chyba wszyscy mieszkańcy hotelu. Nie wiedziałam za bardzo co się stało. W końcu zobaczyłam jak z mojego pokoju wyprowadzają jakiegoś kolesia. Był młody. Spojrzał na mnie i wtedy przeszedł przeze mnie zimny dreszcz. Widziałam obłęd w jego oczach.
-To on cię tak załatwił.- usłyszałam głos siostry.
Nie odpowiedziałam jej. Nie mogłam wyksztusić słowa. Carol mnie przytuliła i stałyśmy tak chwilę.
-Sariel, Carol, idźcie już spać.- Kim podeszła do nas.- A ty mała się już nie martw, wszystko już dobrze.- uśmiechnęła się.- Idźcie spać bo za 4 godziny jedziemy.
-Ja...muszę jeszcze coś załatwić.- wydusiłam.
-Eh no dobra, tylko zaraz wracaj.- Carol poszła do pokoju.
Wszyscy rozeszli się już do pokojów. Ja ciągle byłam w szoku. Ten człowiek wyglądał na chorego psychicznie...Przełknęłam głośno ślinę i ruszyłam do pokoju Toma. Zapukałam cicho.
-Proszę.- usłyszałam jego głos.
Weszłam do środka. Tom był chyba w łazience a na łóżku leżał Bill i gapił się w sufit. Chyba już trochę wytrzeźwiał.
-Tom...jesteś?- zapytałam.
-Tak w łazience, daj mi sekundę.
-Co od niego chcesz?- zapytał Czarny.
-Nie twoja sprawa.- syknęłam.
-Ughm...jasne nie moja...co zrobiłaś temu kolesiowi? Że tak cię nienawidzi?
-Ona mu nic nie zrobiła.- Tom wyszedł z łazienki.- Dajcie sobie na spokój...
-Ja...chciałam ci tylko bardzo, bardzo podziękować...nie wiem jak mam się odwdzięczyć.
-Nie musisz mi się odwdzięczać, ale jest jeszcze jedna sprawa o której powinnaś wiedzieć.
-Tak?
-Usiądź.- wskazał mi łóżko.
-Eee...wiesz nie, postoję.- powiedziałam i spojrzałam z odrazą na Tinkiego rozwalonego na łóżku.
-Bill może byś wstał?- zapytał Tom.
-Nie.
-Wieśniak, no więc...- zaczął Dred.- Ten koleś uciekł z psychiatryka...zobaczył cię w jednej z gazet i mu się spodobałaś...ajajaja a jak się dowiedział że masz swojego Joela to postanowił cię...- przejechał palcem po szyi.- No wiesz o co chodzi...,,Nie będziesz moja nie będziesz niczyja”. Kumasz?
-Okropne...
-Ale już nie masz się czego bać.- uśmiechnął się.
-Dzięki jeszcze raz, idę...papa do jutra.- wyszłam z jego pokoju.
_***_
Budzik zadzwonił o 6:30. Obie z Carol wygrzebałyśmy się z łóżka. Bez słowa poszłam do siebie. Nie mogłam zapomnieć o wczorajszym zdarzeniu. Obmyłam twarz zimną wodą i spojrzałam w lustro. Zobaczyłam normalną nastolatkę z piercingiem w ustach i nosie. Bez makijażu wyglądałam trochę dziwnie. Lubiłam jednak swoją twarz. Wyszczerzyłam się do lustra w celu zobaczenia swoich nie do końca prostych zębów. Wzięłam szczoteczkę do zębów i zajęłam się ich pielęgnacją. Potem pomalowałam oczy i uczesałam włosy. Wyszłam z łazienki i zaczęłam się ubierać w to co przygotowałam sobie wczoraj. Czyli poszarpane spodnie i czarny top. Wzięłam walizkę i zeszłam na dół. Oczywiście jeszcze nikogo tam nie było. Usiadłam na walizkach jak zwykle i czekałam na resztę. Pieprzone śpiochy i lenie. Podparłam głowę rękoma i gapiłam się w kałuże naprzeciwko mnie. Pamiętam że jak byłam mała to razem z Carol i naszymi kolegami kąpaliśmy lalki w kałużach. Ale do końca życia też nie zapomnę jak pięcioletnia Carolina utopiła w kałuży mojego chomika. Ja za to w zemście oskubałam jej kanarka. Usłyszałam za sobą czyjeś kroki. Nie odwróciłam się jednak. Czarnowłosy chłopak postawił walizki obok moich i też usiadł na jednej z nich. Spojrzał na mnie kontem oka po czym zadarł nos prawie że do chmur i udawał że mnie nie zauważył. No w końcu ja tez go nie znam. Chłopak znowu zaczął spoglądać w moją stronę. Co za...pierdoła.
-Nie patrz się na mnie.- burknęłam.
-Chciałabyś.- znowu zadarł łeb do chmur.- Wcale się na ciebie nie patrzę.
-Ojej raczej bym nie chciała.
-Tylko o tym marzysz, żebym na ciebie spojrzał.
-A ty o czym marzysz? O namiętnych pocałunkach?
-Eee...to było dla żartu.- bąknął i spalił cegłę.- Wcale bym nie chciał cię pocałować! Nie daj Boże!
-No i nawzajem.
-Ta...myślisz że ci uwierzę? Pragniesz mnie.- wypiął dumnie pierś.
Zaczęłam się dławić i kaszleć. O mała nie spadłam z walizki.
-Ty już lepiej nic nie mów bo się udławię.- wydusiłam.
-No a wiesz ty co? Z tego co ja zauważyłem to w tobie się sami psychopaci zakochują.
-A w tobie upośledzone dziewczynki i faceci...chwila...SAMI psychopaci?!- wstałam i podeszłam do niego.- To miała być jaka aluzja do Joela?- oparłam ręce na biodrach.
-E no wiesz...ja do Joela nic nie mam ale chłopak sobie tylko życie z tobą marnuje.- odrzekł i uśmiechnął się krzywo.
-O ty jebany popaprańcu.- pocisnęłam mu w policzek pieszczochą.- Ja się dziwie jak z tobą wytrzymuje reszta zespołu.- skrzywiłam się.
Chłopak trzymał się za policzek i patrzył tępo w chodnik. Może wreszcie się czegoś nauczy. Usiadłam z powrotem na walizki.
-Heyo już jesteśmy!- z hotelu wybiegło całe Immortal Dream i TH.
-A temu co?- zapytał Joel.
-A no trochę musiałam go przyprowadzić do porządku.- odrzekłam i założyłam ręce na piersiach.
-A co on znowu zrobił?
-Powiedział że sobie ze mną życie marnujesz...i że kochają się we mnie tylko psychopaci...
-Dobrze zrobiłaś...
Przy Billu oczywiście już zebrał się cały zespół i Jost. Słyszałam jak chłopak użala się nad sobą. Jak zwykle on jest najbardziej cierpiący.
-No to ładujemy się!- krzyknęła Zwanzig.
Posłusznie ruszyliśmy za nią...
_***_
-Patrz! Wieża Einsteina!- krzyknęła Carol i wskazała na wieżę w kształcie litery A.
-To wieża Eiffla a nie Einsteina!- zaśmiałam się.
-Ojej...ale na E! A ty się zawsze czepiasz szczegółów.- oburzyła się sis.
-Ze szczegółów składa się całość.- zauważył mądrze Joel.
-No i ty jak zwykle przeciwko mnie.- oburzyła się Carol.- Bo jak razem to zawsze se racje przyznajecie...FOCH.
-Zdaje ci się.- zaśmiałam się.
-Ja sobie też kogoś znajdę i nie będę sama!
-Czyżby ktoś kogoś szukał?- zapytał Josh i podszedł do nas.
-Owszem...Carol szuka sobie faceta.- odrzekł mój boy.
-Nie prawda!- zaprzeczyła sis.- Nie faceta tylko wsparcia duchowego!- zaśmiała się.
-Na jedno wychodzi.- basista uniósł lekko jedną brew.
-Nie na jedno, nie na jedno.- Carolina szła w zaparte.
-No dobra, powiedzmy że nie na jedno...- ustąpił jej chłopak.
Wtedy nasz autobus nagle stanął. Mnie i Carol odrzuciło do tyłu a wszystko co stało na stoliku wylądowało na nas albo na ziemi. Josh upadł na podłogę a Joel wylądował na stole.
-Co kurwa się dzieje?- zapytał basista i wstał z podłogi.
-To koniec świata! Aaaa! Jesteśmy zgubieni!- perkusista schował się pod stół.- Sariel...
-Tak?- zapytałam i zaczęłam pozbywać się chipsów z mojej bluzki.
-Chodź tu do mnie...nie chcę zginąć sam.
-Joel nie wygłupiaj się.- powiedziałam i zajrzałam pod stół.
Chłopak złapał mnie za rękę i wciągnął pod stół. Z nim to gorzej niż z dzieckiem...koniec świata spędzimy pod stołem.
-A oni teraz się pod stołem obściskiwać będą.- westchnął Josh.
-Ciesz się że tylko obściskiwać!- powiedziała Carol.
-Ja mam rączki tutaj.- Joel wystawił ręce spod stołu.
-Ja też.- zrobiłam to co on.
-No ale macie jeszcze nogi!- krzyknął Josh.
-No a Joel nawet trzy ręce.- dodała Carol.
-Ta, 10.- mruknął perkusista.
-I gdzie ten koniec świata?- zapytałam.
-A ja nie.- zaczął Joel ale przerwały mu piski zza okno.- O właśnie! Nadszedł.- chłopak wylazł z pod stołu i podszedł do okna.- Carolina...tu jakiś koleś się pyta czy byś mu dała...ciekawe.
-Sam mu daj.- burknęła.
-On pragnie ciebie.- stwierdził Ross.
-Podrzucimy mu Sariel, w końcu siostry.- powiedział Josh.
-Ja się nie zgadzam!- krzyknęliśmy razem ja i Joel.
-Jakie zgodne małżeństwo...- zauważyła Carol.
-Moje ślimaczki!- do pomieszczenia weszła Zwanzig.- Niestety tłum fanów zablokował drogę i nie mamy jak dalej jechać.
-To zróbmy sobie pielgrzymkę!- zaproponował Josh.
-Pod warunkiem że będziesz mnie niósł na barana.- mruknęła Carol.
-No a Kaulitz weźmie Sariel...już się wprawił.- zaśmiał się basista.
Joel spojrzał na niego groźnie. Gdyby jego wzrok zabijał Josh leżał by już trupem.
-Oj toć tylko żartowałem.- chłopak schował się za Carol.- To ona weźmie Kaulitza na barana, i będzie go tak mocno za pośladki ściskać żeby nie spadł.
-Aaa!- Joel zaczął goni Josha.- Zabiję cię!
-Przestańcie!- ryknęła Kim.- Musimy myśleć co zrobić żeby pojechać dalej.
-Wyrzućmy Joela do tłumu, oni go sobie wezmą a my pojedziemy.- zaproponował Josh.
-Chyba ciebie.- burknęłam.
-No dobra coś się wymyśli.- oznajmiła Kim i upadła na fotel.
_***_
-Paryż! Paryż! Sklepy! Sklepy! Zakupy! Zakupy!- krzyknęła Carol i wyskoczyła z naszego autobusu.
-Wieża Einsteina.- zaśmiałam się i wyszłam za nią.
-Yhyhyhy a ty mi teraz wypominać będziesz.- burknęła i zrobiła obrażoną minę.
-Ja wcale nie wypominam!
Z autobusu obok wyszły Teletubisie. Tinky Winky spojrzał na mnie po czym szybko odwrócił wzrok. Tom dosłownie rozbierał Carol wzrokiem, Georg zresztą też. Ta dziewczyna to ma powodzenie. Josh też spoglądał na nią co chwila. Ruszyliśmy do hotelu. Wow co ja widzę. Basen...mmm. No to będzie fajnie. Udaliśmy się do naszych pokoi. Normalnie...szok! Wielkie łóżko, telewizor, duża łazienka. Bosko! Od razu rzuciłam się na miękkie łóżko. Jak w niebie...Wtuliłam się mocno w poduszkę i już miałam ochotę spać.
-Sariel! Sariel leniu wstawaj idziemy na obiad!- krzyknął Josh.
-Na obiad? Nie jestem głodna tylko zmęczona.- mruknęłam.
-Chodź!- chłopak ściągnął mnie z łóżka za nogę.
Chcąc nie chcąc wstałam i razem z resztą udaliśmy się na obiad. TH już tam było. Specjalnie usiadłam obok nich tuż za Tinkym xD. Podali nam jedzenie. Kurde takie pyszne że aż mi szkoda na niego marnować. Zjadłam trochę po czym wzięłam w garść trochę groszku i powoli i bezszelestnie wrzuciłam je czarnemu do spodni.
-Cholera co to?!- zapytał i wstał.- A! Valo!
-Kaulitz.- uśmiechnęłam się ironicznie.- Coś ci chyba w spodniach utknęło.
-Ożesz ty wiedźmo!- jęknął.- Zabiję cię! Przyrzekam zabiję!- wziął w garść ziemniaki i cisnął nimi we mnie.
-Teraz to ja cię zabiję!
Rzuciłam się na niego z pazurami. Oboje wylądowaliśmy na stole. Normalnie brzydziłabym się tą bliskością ale teraz byłam za bardzo wkurzona żeby o tym myśleć.
-Ej no!- wrzasnął.- O gwałcie nie było mowy!
-Nie chcę cię gwałcić.- syknęłam i wzięłam talerz.
-Nie proszę! Silviia nie...- próbował się bronić rękoma.
-Głupek!- całą zawartość talerza wyrzuciłam na jego twarz.- Ale teraz smaczny jesteś...mmm.- zaśmiałam się chłodno.
Chłopak zrzucił mnie z siebie i wstał. Wszyscy zgromadzeni w sali patrzyli się na nas jak na idiotów. Jost od razu do nas przyleciał.
-Ty głupia małolato!- krzyczał wymachując rękoma.- Odczep się od Billa!
-A co Bill potrzebuje mamusi?- zapytałam i skrzywiłam się.- Sam nie może sobie trochę ze mną ,,powalczyć”?
-O...Yh...on...ee...Daj nam spokój gówniaro!
-David...daj spokój.- mruknął Bill.- Zostaw ty ją w spokoju.
-I jeszcze ją bronisz?!- oburzył się menager.
-Nie bronie jej! Ale naprawdę zachowujesz się jak przewrażliwiona mamusia.- odrzekł Czarny.
-No...Yh!- Jost wkurzył się i odszedł.
-Sel...chodź już.- Joel złapał mnie za rękę i wyciągnął z sali.- Uspokoiłabyś się może trochę co?
-Nie...ty też masz zamiar prawić mi kazania?
-Nie chcę ci prawić kazań...ale uspokój się trochę, to się może źle skończyć.
-Chyba dla niego!- burknęłam i wyrwałam dłoń z jego uścisku.- Idę! Pa!
_***_
Leżałam na łóżku i myślałam. Może i rzeczywiście przesadzam z tym wszystkim. W sumie to on przecież nie zrobił mi nic złego. Ale od samego początku jak go zobaczyłam...wiedziałam że go nie trawię, nie lubię. Chodź nawet go nie znałam. Nienawiść z niczego...to nie takie proste...Może źle robię...może powinnam...nie! Nigdy. Nienawidzę go...sama nie wiem czemu...nie potrafię tego wytłumaczyć. Zazdrość? Nie...jesteśmy równie sławni. Więc co? Po prostu czysta nienawiść z niczego...Moje ,,filozoficzne” przemyślenia przerwało ciche i nieśmiałe pukanie do drzwi...

Rozdział IX


-Proszę wejść!- powiedziałam i usiadłam.
Do pokoju wszedł Josh.
Jego najmniej się spodziewałam. Już większe szanse były na to że wpadnie tu Bill ze spodniami i każe mi je prać. Chłopak usiadł na łóżku i spojrzał mi głęboko w oczy. Jego niebieskie teńczówki wyraźnie krzyczały ,,Sariel pomóż mi!”.
-Cześć.- szepnął.
-Hey Josh, co się stało?- zapytałam zmartwiona.
-Ja...chyba się zakochałem...
-Zakochałeś? W kim?
-No...w Carol.- spalił totalną cegłę i odwrócił wzrok.
-Oh to piękne...mówiłeś jej już to?
-Nie...przyszedłem się ciebie poradzić.
-Mnie? Ja jestem totalnie bezuczuciowa w mniemaniu niektórych osób.
-Kochasz Joela prawda?
-Nawet nie wiesz jak bardzo...
-No właśnie! Więc jesteś uczuciowa!
-No...czasem, ale w czym ja mam ci pomóc?
-Powiedz mi jak Joel ci wyznał że...no wiesz że cię kocha...
-Ty chyba zgłupłeś! To bardzo prywatne a jak już to idź do Joela.
-No dzięki, dzięki.- zaburczał.
-No...ojej idź i jej powiedz wprost, pocałuj delikatnie i ten teges...no...- uśmiechnęłam się do niego.
-No dobra...to idę, dzięki pa.- wstał i ruszył do drzwi.
-Powodzenia!
-Nie dziękuję.- uśmiechnął się i wyszedł.
Ja znowu położyłam się na łóżko. Teraz kiedy Josh poruczył temat miłości zapomniałam o nienawiści do Billa o której myślałam wcześniej. Teraz wróciły te dobre wspomnienia.
Czternastoletnia dziewczyna siedziała na murku szkolnym. Był środek grudnia. Strasznie zimno, śnieg padał gęsto. Ona siedziała i pisała smsa do taty żeby ten łaskawie po nią w końcu przyjechał. Brązowe włosy opadały jej na twarz zakrywając całą. Poczuła że ktoś siada obok niej i nieśmiało odgarnia włosy z jej twarzy. Uniosła głowę i zobaczyła swojego ukochanego. Chłopak uśmiechał się do niej promiennie. Tak że aż zrobiło jej się ciepło. Mimo tego śniegu i mrozu było jej gorąco.
-Cześć Silviia.- powiedział.
-Hey Joel.- dziewczyna posłała mu piękny uśmiech.
-Musze ci powiedzieć coś ważnego, coś bardzo ważnego, co nie może czekać.
-Jasne...mów.
-No bo...od pewnego czasu czuję do ciebie coś wielkiego...to nie jest zwykła przyjaźń która łączyła nas dotychczas. To jest coś większego...ja...ja cię kocham...
-Joel.- ciemnowłosa zbliżyła swoją twarz do jego twarzy.- Ja...
-Tak?- zapytał cicho a jego usta zaczęły drgać.
-Ciebie też.- lekko pocałowała go w usta...

To jedno z najpiękniejszych wspomnień w moim życiu. Wcześniej było źle. Ojciec pił, palił. Kariera była dla niego ważniejsza niż ja i Carol. Matki nie miałyśmy...zmarła na raka gdy miałam 6 lat. Wtedy ojciec zaczął pić...Wtuliłam głowę w poduszkę a z moich oczu pociekło kilka łez. Było mi wtedy bardzo ciężko. Ale nie na tyle ciężko by się poddać...
Trzynastoletnia dziewczyna wróciła właśnie ze szkoły. Rzuciła plecak w korytarzu i krzyknęła na cały dom.
-Tato?! Tato jesteś w domu?!- odpowiedziała jej cisza.
Powoli zdjęła buty i wolnym krokiem zaczęła zmierzać w stronę salonu. Wiedziała co znowu się stało. Jej ojciec znowu jest pijany. Albo w ogóle nie ma go w domu. Weszła do salonu i jak zwykle zobaczyła ojca zalanego. Leżał na kanapie i mruczał coś pod nosem.
-Znowu to zrobiłeś.- wycedziła przez zęby.- Znowu się upiłeś! Obiecałeś że więcej nie będziesz!
-Silviia.- wymruczał ojciec.- To nie tak...
-A jak?! Powiedz mi jak?!- dziewczyna podeszła do niego bliżej.
-Tylko raz...
-Tydzień temu też był TYLKO raz!- wrzasnęła.
-Teraz to już ostatni...
-Nie wierze ci! Tato pomyśl trochę! Przez to możesz umrzeć! Ciekawe ile twoja wątroba jeszcze wytrzyma! Straciłam matkę...i nie chcę stracić jeszcze ojca! Więc pomyśl też o mnie i o Carol...co my zrobimy jeżeli ciebie jeszcze zabraknie? Oddadzą nas do domu dziecka i nasze wspólne marzenia się nie spełnią...rozumiesz?! Przecież chcesz żebyś miały zespół...a ty musisz nam w tym pomóc! Ale w takim stanie...to raczej ci się nie uda...

I od tamtej pory nie pije, nie pali...Można powiedzieć że uratowałam własnego ojca. Z tej jednej rzeczy byłam dumna. Zamknęłam oczy i nawet nie zauważyłam jak zmorzył mnie sen.
_***_
Trzask drzwiami. Głośne bezradne westchnięcie. Ktoś usiadł obok mnie na łóżku. Wtuliłam twarz w poduszkę i próbowałam spać dalej.
-Sariel, Sariel obudź się.- usłyszałam głos Carol.
-Co?- mruknęłam i przewróciłam się na plecy.
Siostra była jakaś dziwna. Smutna...nie promieniowała szczęściem jak zawsze. Usiadłam i spojrzałam w jej teńczówki. Były dziwne. Pozbawione blasku. Wiedziałam że coś się stało.
-Silviia.- powiedziała cicho a jej usta zadrżały.
-Co jest?- usiadłam obok niej i złapałam ją za ręce.- Stało się coś...prawda?
-Tak.- powiedziała szeptem.
_***_
Szybko wysiadłam z samochodu i razem z Carol pobiegłyśmy w stronę szpitala. Pierwsza dopadłam do recepcji. Złapałam oddech i szybko powiedziałam.
-Ville Valo...uff...gdzie leży?
-Panie z rodziny?- zapytała kobieta z nosem jak klamka od zachrystii i zmierzyła nas wzrokiem.
-Córki.- wyręczyła mnie siostra.
-Tam na końcu korytarza.- zaskrzeczał gargulec i wskazał swoim długim palcem drzwi z numerem 205.
Razem z Carol rzuciłyśmy się biegiem w tamtą stronę jakby to był jakiś maraton. Ja niestety nie zdążyłam zatrzymać się przed drzwiami i walnęłam prosto w ścianę.
-Panienki spokojnie.- przed nami jak z pod ziemi wyrósł lekarz.- Po szpitalu się nie biega.
-Co z moim ojcem?- zapytałam.
-Naszym ojcem!- poprawiła mnie Carol.
-No więc...żadnych poważnych obrażeń nie ma.- oznajmił.- To niegroźne. Na razie śpi...
Nie czekając na dalsze słowa lekarza weszłam do sali. Tato leżał sobie w łóżeczku i spał jakby nigdy nic. Był trochę posiniaczony ale nie wyglądało to strasznie że aż strasznie. Carol weszła powoli do sali i usiadła na krzesełku obok łóżku. Ja zaś usiadłam na łóżku obok ojca.
-Jak zwykle nikogo się nie słuchasz.- powiedziała Carol i skinęła głową na lekarza stojącego za szybą.
-To mój ojciec, mam prawo.
-No w sumie to racja.
Valo zachrapał tak głośno że ja i Carol aż podskoczyłyśmy na tyłkach. Spojrzałyśmy po sobie i zaśmiałyśmy się.
-Widać dobrze się ma.- zauważyłam.
-Ta...bardzo dobrze!
_***_
-Silviia, Carol co wy tu robicie?- usłyszałam głos ojca jakby z oddali.
Uniosłam lekko głowę. Tato już nie spał. Tylko ja kimałam z głową na łóżku.
-O już nie śpisz.- uśmiechnęłam się.- Która to godzina?- zapytałam.
-Po 5 rano.- odrzekła mi sis i ziewnęła.
-A może moje piękne panie pójdą spać co?- zapytał Valo.
-Nie jesteśmy zmęczone.- odrzekłam.-A co ty robisz w szpitalu w Paryżu?- zapytała podejrzliwie.
-No jechałem do was i nagle jakiś tir zajechał mi drogę. Normalnie masakra!
-Co za ludzie.- mruknęła Carolina.- A po co do nas jechałeś?
-A żeby was zobaczyć.- ojciec uśmiechnął się.- Jesteście moje jedyne. Opowiadajcie co tam u was.
-No Sariel to już zdążyła zatruć życie jednemu chłopakowi.- wypaliła Carol.
-Natrętny adorator?- zapytał tato.
-Nie...w ogóle się nie lubimy. Nie chcę o tym rozmawiać.- burknęłam.-A tato masz dla mnie tą nową płytę z akustycznymi wersjami piosenek?
-Ah oczywiście kochanie że mam...tam w torbie.
Wstałam i podeszłam d torby. Wygrzebałam z niej płytę z niebieską okładką przedstawiającą jakąś babkę. Na szyi miała naszyjnik z heartagramem. Taki sam jak ja mam. Wyciągnęłam z pod bluzki medalionik na rzemyku. Ścisnęłam go w ręku i uśmiechnęłam się do ściany.
_***_
Czas leciał szybko. Był już początek sierpnia. Nasza płyta ciągle siedziała na drugim miejscu. Tato czuł się lepiej a słońce mocno grzało. Josh dostał kosza od Carol ale dzielnie to przeżył i ciągle są przyjaciółmi. Taka postawa mi się podoba u chłopaków. Siedziałam sobie na leżaku w wielkich czarnych goglach i opalałam się popijając przy tym chłodzoną herbatę. Jakieś dzieci bawił się w basenie. Chlapały na siebie i zjeżdżały i w ogóle. Fajnie jest tak czasem posiedzieć i popatrzeć na małe dzieci. Takie beztroskie bez problemów.
-Dziewcynko pobawis się ze mną?- zapytał malutki chłopiec i spojrzał na mnie prosząco.
-Oh kochanie.- uśmiechnęłam się do niego.- Nie wiem czy umiem.
-Umiesz na pewno!- zaczął ciągnąć mnie za rękę.- Chodź.
-Nie, nie, nie mały. Nie dzisiaj. Dzisiaj jestem zmęczona.
-No to nie.- oburzył się chłopiec i wrócił do kolegów.
Zaśmiałam się cicho. Nie no...dzieci mnie lubią. Wtedy zauważyłam że z hotelu ktoś wychodzi. O mało nie spadłam z leżaka jak zobaczyłam samą skórę i kości w spodenkach kąpielowych z wielkimi goglami na nosie. To coś podeszło do mnie i usiadło na leżaku obok.
-Co Valo, nabieramy kolorków?- zapytał i spojrzał na mnie.
-Aa! Kaulitz to ty?!- zapytałam i zrobiłam wielkie oczy.
-No a co ty się Księcia z Bajki spodziewałaś?
-Eee...nie...chociaż...Joel mógłby tu przyjść.- odrzekłam.
-Hyh...o jakie ładne dzieci.- spojrzał w stronę maluchów i wziął do ręki szklankę z moją mrożoną herbatą.
-Ej to moje!- oburzyłam się a on i tak i tak załyczył.
-Dobre...Doskonale gasi pragnienie.
-Małpiszon.- burknęłam.
Wtedy znowu podleciał do mnie ten chłopiec co wcześniej. Ściskał w ręku bukiet kwiatków i był strasznie zmieszany. Bill aż zdjął okulary żeby mu się lepiej przyjrzeć.
-Cześć.- mruknął młody.- Jestem Ryan...
-Eee...Sariel.- uśmiechnęłam się.
-Wiesz co?- chłopiec usiadł na skrawku leżaka.- Kocham cię.
-Ojej...to strasznie słodkie.
Bill gapił się na chłopca tak jakoś dziwnie. Jego wyraz twarzy był też taki raczej nie do rozszyfrowania. Potrząsnęłam głową i znowu uśmiechnęłam się do malca.
-Jak tak się do mnie uśmiechasz to mi ta...rumienię się.- wyznał Ryan.
-Mały, nie umiesz podrywać.- wtrącił Bill.
-A ty to umiesz?- zapytał chłopiec i zmierzył Czarnego wzrokiem.
-No ba.- chłopak usiadł na skraju swojego leżaka i spojrzał mi w oczy.- Silviia...kochanie...dzień taki piękny i w ogóle...może zgodziłabyś się pójść ze mną...hym...na spacer! A potem na romantyczną kolację...hym?
-Wiesz...w sumie to dzisiaj jestem zajęta.- zaśmiałam się.- Powiedz mi Ryan, czy on umie podrywać?
-Nie...
-Hym...nie umiem podrywać kogoś kogo nie lubię.- mruknął Czarny.
-Więc nie bierz się za to...- powiedziałam.- Ach Ryan jesteś dla mnie za młody, zresztą mam już chłopaka.
-No tak...za młody!- burknął i wstał.- No to nie! Bez łaski!- i odszedł(kwiatki też zabrał).
-Ty patrz twój jedyny adorator się na ciebie obraził.- powiedział Bill.
-Ty masz więcej ADORATORÓW tak Bill ja o tym wiem.
-Przepraszam, ale czy to miała być jakaś aluzja?
-Nie, zdaje ci się.- odrzekłam z ironią w głosie.
-Wiesz jakbym mógł to...to nie wiem co bym ci zrobił.
-O Boże Kaulitz! Co za groźba! Boję się!
-Zamknij się.- syknął.
-To ty się zamknij.
-Ty.
-Ty.
-Dobra już się do mnie nie odzywaj.- burknął i zaczął czytać gazetę.
_***_
Do mojego pokoju wkradała się delikatna smuga światła. Księżyc świecił jasno na niebie. Była pełnia. Siedziałam na łóżku i czytałam książkę o dziewczynie z ulicy. Bez rodziców, bez przyjaciół. Smutna historia...bardzo. Mi też było ciężko w życiu, ale zawsze miałam Carol i Joela. Westchnęłam głośno i dalej czytałam.
-A co tam moja kochana robi?
-A! Joel! Chcesz żebym zawału dostała? Jak się tu dostałeś?
-Zapomniałaś zamknąć drzwi słodziutka.- odrzekł i objął mnie.- Co ty tam czytasz?
-A taką jedną książkę.
-No to teraz ją odłóż. Już późno. Idziemy spać.- zarządził i wlazł pod kołdrę.
-Łóżka pomyliłeś?- zaśmiałam się.
-Nie, dzisiaj śpię z tobą.
-Tak? A pozwoliłam?- położyłam się obok niego.
-No ty mi zawsze na wszystko pozwalasz!
-Tak?- udawałam zdziwienie.
-No!
Zaśmiałam się i przytuliłam do Joeal. No niech już zostanie ze mną. Uśmiechnęłam się pod nosem i niedługo potem zasnęłam.

Rozdział X


Promienie słońca wkradały się do mojego pokoju i oświetlały pomieszczenie. Przetarłam oczy i ziewnęłam szeroko otwierając przy tym usta. Joela nie było już w łóżku. Pewnie mój zapracowany mężczyzna już od dawana lata po hotelu jak szaleniec i nie wiadomo co robi. Uśmiechnęłam się pod nosem i wstałam w celu doprowadzenia się do porządku. Zrobiłam makijaż a usta lekko potraktowałam błyszczykiem. Potem ubrałam się w coś tam i byłam już gotowa żeby wyjść z pokoju do ludzi. Opuściłam samotnię i udałam się do jadalni w poszukiwaniu Fiony, Osła i Ciastka. Cała trójka siedziała w jadalni tuż obok TH. Młodszy Kaulitz spojrzał na mnie i wstał. Wziął swój talerz i razem z nim wyemigrował do stolika na samym końcu sali. Zaśmiałam się i usiadłam między Joelem i Carol.
-Witam moją bandę przeciętnych inaczej.- powiedziałam i wyszczerzyłam się.
-Witamy Shreku.- mruknęła Carol.
-A co nasza Fiona taka smutna?- zapytałam.
-Fiona?!- oburzył się Ross.- Skoro ty jesteś Shrekiem to ja powinienem być Fioną!
-Nie.- sprzeciwił się Josh.- Sariel powinna być Fioną a ty Shrekiem. Przecież tak bardzo lubisz zielony.
-No bardzo śmieszne, hahaha.- zakpił Joel.
-Jakiś koleś napisał do mnie list.- wyznała moja sis.
-O no to super!- stwierdziłam.- A ty się jeszcze smucisz!
-Ale nie wiem kto to...
-Śmiem twierdzić że o to właśnie chodzi.
-Pewno jakiś fan.- wtrącił basista.
-Pocieszające.- burknęłam.
-Napisał że nie jest fanem...
-Josh...- spojrzałam podejrzliwie na chłopaka.
-Josh pisać nie umie.- oznajmił mój boy i poklepał kolegę po ramieniu.
-No...no właśnie.- zasmucił się basista.
-A może to Georg?!- zapytałam.
-Cicho!- zganiła mnie Carol.- Siedzi za tobą!
Odwróciłam się. Rzeczywiście Geo siedział za mną. Prawie opieraliśmy się plecami. Skrzywiłam się i przesunęłam bliżej Joela. Tom widząc moją reakcję parsknął w swój talerz. Gustav zaśmiał się a Geo nie wiedział o co chodzi. Carol uśmiechnęła się lekko. Któż to może być? Moja sis ma kolejnego cichego wielbiciela. Tylko pozazdrościć urody i w ogóle.
-Co dzisiaj robimy?- zapytał Josh.
-Dzisiaj...nie wiem zapytam Kim.- odrzekłam.
-Moglibyśmy pójść na zakupy!- powiedziała Carol.
-No ja jestem za.- przyznałam racje siostrze.
Do jadalni wbiegła Kim. O dziwo była ubrana bardzo ładnie. Miała na sobie niebieską sukienkę i buty na obcasach. O mało się na nich nie zabiła. Cała nasza czwórka wybuchła śmiechem na widok menagerki i jej krzywego i wolnego biegu xD.
-Bardzo śmiesznie.- burknęła i usiadła obok Josha.- Idziemy do Luwru! Musze jakoś wyglądać.
-O widzisz, idziemy do Centrum Handlowego.- powiedział Joel i spojrzał na mnie.
Wszyscy spojrzeli na niego jak na idiotę. Joel chyba nigdy jeszcze nie słyszał o Luwrze. A z Carol to się śmiałam jak pomyliła Eiffla z Einsteinem.
-Luwr to dawny pałac królewski, obecnie muzeum sztuki.- wyjaśniła mu Carol.
-Ah! A o to chodzi! No to super!- wykrzyknął Joel.
-Możemy wybrać się z wami no nie?- zapytał Dredziarz i wepchał się między mnie i Carol zabierając nam po kawałku krzesła.
-Gdzie ty wpychasz ten swój gruby tyłek hę?- zapytałam.
-Jaki gruby tyłek?- oburzył się Tom.- Chcesz zobaczyć jaki jędrny?- wystawił mi język.
-Tylko bez takich propozycji! Mój chłopak tu siedzi!- wskazałam na Joela.
-Elo, elo! Może pogadacie sobie później o jędrnych pośladkach Kaulitza co?- zaproponowała Kimberly.
-Tak psze pani.- zgodził się Tom i zrobił bardzo ,,poważną” minę.- Porozmawiamy o tym w muzeum.
-A kto powiedział że wy idziecie z nami?- zapytała nasz menagerka i założyła ręce na piersiach.
-Ale Pani Zwanzig...ja i Bill wprost kochamy sztukę! Da Vinciego i w ogóle!
-Hym...nie jesteśmy w najlepszych kontaktach.- kontynuowała Kim.
-No to dzięki tej wycieczce poznamy się lepiej i może nawet zaprzyjaźnimy!- Tom szedł w zaparte.
-Co wy na to?- czarnowłosa spojrzała na nas po kolei.
-Obojętnie.- mruknęła nasza czwórka.
-No to super!- Tom wstał.- Bill idziemy do Luwru!- pobiegł do brata.
-Ah co za dzieci.- mruknęła Carol i spojrzała na braci który przytulali się do siebie.
_***_
Wysiedliśmy z autobusu i weszliśmy do pałacu. Rozległy się ciche och i ach wśród naszej 7(Geo i Gucio nie mieli ochoty zabrać się z nami. Jost też nie).
-Bosko tu.- Carol rozglądała się ciągle dookoła.
-Witam państwa!- przywitał nas młody facet, pewno przewodnik.
-Dzień dobry...eee my...- zaczęła Kim.
-Ah tak ja wiem.- przewodnik uśmiechnął się do niej czarująco.- Proszę wyłączyć telefony i za mną.
Wszyscy powyciągali telefony i je wyłączyli. Potem ruszyliśmy za przewodnikiem. Kim szła z tym facetem na przedzie. Coraz lepiej idzie jej te chodzenie na szpilkach. Ja szłam obok Toma a obok niego Billosław Tchórzliwy. Dredziarz cały czas wodził wzrokiem za pupą mojej siostry która szła przed nami. A to zboczeniec!
-Nawet o tym nie myśl zboczeńcu!- złapałam go za ucho.
-Ała! Ale o co chodzi?- oburzył się.
-Co ty tak się napalasz na Carol?
-Ja?! Ja się nie napalam tylko się patrzę. A tak w ogóle to mieliśmy kontynuować rozmowę o moich jędrnych pośladkach.
-Taa...ja dalej utwierdzam że pewnie masz celulitis.
-Co to jest celulitis?- zdziwił się Dredziarz.
-Oh takie coś. Co ja ci będę tłumaczyć.
-Pfy, no to nie.- burknął.
_***_
Było trochę nudnawo. Oglądać te wszystkie obrazy i w ogóle. Kim przysypiała już oparta o ścianę a ten przewodnik zerkał co chwila w jej kierunku. Tom ziewał co chwila a Billa to chyba bardzo interesowało bo słuchał uważnie. Reszta też prawie spała oparta o ściany.
-I co powiesz coś jeszcze na temat mojego jędrnego tyłeczka?- zapytał cicho Dredziarz.
-Już nie mam nic do powiedzenia. Znudził mi się twój tyłek. Podyskutujmy o innym.
-O czyim? Może o Billa?
-O fuj on to ma pewno kościsty i krościasty!
-No gdzie tam kościsty!- oburzył się Tom.- Spójrz tylko na te jego pośladki!- wskazał na tyłek Billa.
Nie mogłam już wytrzymać i zaczęłam cicho rechotać. Złapałam za rękaw bluzki Toma i wcisnęłam w niego gębę żeby stłumić śmiech. Dredziarz zaczął się odsuwać i próbował wyrwać mi z rąk kawałek materiału. Ja jednak mocno trzymałam i stałam już tylko na jednej nodze.
-Weś bo osmarkasz!- powiedział i zaczął ciągnąć za rękaw bluzki.
-Uspokójcie się!- zganił nas Bill.- Tu nie można się tak zachowywać.
-Sariel chce cię obmacać.- powiedział Tom.
-Że co?!- młodszy Kaulitz zrobił wielkie oczy.
-On kłamie!- zaczęłam brechać.- W życiu bym cię nie dotknęła!
-A nie to mi się pomyliło. To Bill ciebie chce obmacać. O tak!
-NIE!- oburzył się Kaulitz.
-Oglądaj obrazy.- Tom wskazał na jakieś malowidło.- Odwróci się bo musimy obgadać twój tyłek.
-Zboczeńcy!- burknął i odwrócił się.
_***_
Staliśmy właśnie przy obrazie Mony Lisy. Teraz wszyscy się ożywili bo historia obrazu była dość ciekawa. Sama znałam ją na pamięć. No ale kto nie?
-Tom, Tom!- usłyszałam szept Billa.
-Co?- zapytał Dredziarz.
-Musze siusiu!
-No to idź do łazienki.- odrzekł mu brat.
-Nie wiem gdzie jest!
-Na końcu korytarza po lewej.- wtrąciłam.
-Oh dzięki!- burknął i szybko pognał w tamtą stronę.
-Mamy go teraz z głowy na parę minut.- stwierdziłam.
-Powiedz mi co lubi twoja sister ok.?
-A po co ci to?
-A ja tylko chcę porównać nasze zainteresowania.
-Muzykę lubi...rocka.
-O to całkiem ciekawe, ja wolę hip hop.-wyznał i razem z grupą ruszyliśmy dalej.
_***_
Właśnie skończyliśmy zwiedzać. Wszystkich tyłki obgadane. Tomowi najbardziej podobał się Caroliny mi tradycyjnie Joela.
-Chwileczkę, a gdzie jest Bill?- zapytała Zwanzig i rozglądnęła się.
-Ty...on jeszcze w tym kiblu?- zapytałam Toma.
-A no...nie wrócił.- zaśmiał się Dred.
-W jakim kiblu?- zapytała Kim.
-No bo jak oglądaliśmy Mone Lise to Bill poleciał do kibla za potrzebą.- wytłumaczyłam.
-No to idźcie po niego.
-Czemu my?!- oburzyłam się.
-Nie marudź!
-No dobra.- burknęłam i razem z Tomem ruszyłam w stronę kibla w którym prawdopodobnie znajdował się Bill.
Gdy doszliśmy na miejsc usłyszeliśmy rozpaczliwie wołanie Czarnego. Wybuchneliśmy śmiechem i otworzyliśmy drzwi od łazienki.
-Kto to?!- zapytał przerażony Byll.
-Freedy Kruger.- odrzekł Tom zmienionym głosem.
-AAAAAAA!- Czarny zakwiczał jak zarzynane prosie i usłyszeliśmy jak obija się o ściany drapiąc w nie paznokciami.
-Idę po ciebie Billu Kaulitzie!- razem z Tomem podeszliśmy do kabiny w której był młodszy Kaulitz.
-Nie błagam! Błagam nie zabijaj mnie jestem za młody!
Tom kucnął a ja stanęłam nogami na jego ramiona żeby wyciągnąć Billa góra. Chłopak siedział na klopie z podwiniętymi nogami i skomlał jak pies.
-Ej Kaulitz podaj mi ręce.
-SILVIIA!- krzyknął na mój widok i stanął na kiblu.- Chodź tu szybko! On tam jest! Zabije nas!
-Ale Bill to tylko...
Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć chłopak złapał mnie za ręce i pociągnął w swoją stronę. O mało nie rozbiłam sobie głowy o posadzkę ale jakoś udało mi się wylądować na nogach.
-Ja wiem że ty mnie nie lubisz, ja ciebie też nie ale w takich chwilach nawet wrogowie muszą współdziałać!- chłopak przytulił się do mnie.- Przebaczam ci wszystko!
-Puść mnie idioto! Tam nie ma żadnego Freedego Krugera! To Tom zmienił głos!
-Nie pocieszaj mnie!- załkał Bill.
-Ej co wy tam robicie?!- zapytał Tom.
-Tom...to ty?- zapytał Czarny i uspokoił się.
-Tak to ja! A ty się Krugera spodziewałeś?!
-AAAAA! Jednak ci nie wybaczam!- chłopak odepchnął mnie.
Stanęłam na kibel i wylazłam z kabiny. Niestety wylądowałam na Tomie. Osz ten zawsze musi stać tam gdzie nie trzeba. Zaraz za mną skoczył Bill i wylądował na mnie. Bosko. Trójkącik jak w mordę strzelił. Szybko się pozbieraliśmy i wyszliśmy z łazienki.
-Jaki on jest naiwny.- stwierdziłam.
-Raz jak go nastraszyłem Krugerem to się zlał w majtki.- zaśmiał się Tom.- Nieźle umiem go udawać.
-Miałem wtedy 7 lat.- bronił się Czarny.
-Chyba 17.- zaśmiałam się.
-Wiesz co Valo...czasem to mi się zdaje że ciebie to matka nie kocha a ojciec tylko w nocy.- mruknął Bill.
Nic mu nie odpowiedziałam tylko spuściłam głowę. Co jak co ale to już było chamskie ponad wszystko. Że ciebie to matka nie kocha. Najpierw trzeba mieć tą matkę. Moje usta dość niebezpiecznie zadrżały pod wpływem emocji i żalu. W gardle jakby mi coś stało. Przełknęłam głośno ślinę i nic nie mówiłam. Obaj bracia przyglądali mi się dziwnie. Zatrzymaliśmy się.
-Coś...się stało?- zapytał Tom.
-Nie...no coś ty nic zupełnie nic.- zakpiłam.
-Powiedziałem coś nie tak?- zapytał Czarny.
-Nie no oczywiście że nie!- powiedziałam z ironią w głosie.- Wiesz Kaulitz...trochę się pomyliłeś. Ja...- przełknęłam głośno ślinę.- Moja matka mnie kocha...tylko ja tego nie odczuwam...ona mnie nie przytuli, nie pocieszy...nie ma jak.- wydusiłam.
-Dlaczego?- zapytał Czarny.
-Bo...moja mama jest aniołem, jest w niebie.- oznajmiła.- Czyli nie żyje jakbyś nie zrozumiał.
Zapadła totalna cisza. Tom spojrzał na Billa a Bill na Toma. Nie zwróciłam na nich uwagi i jak gdyby nigdy nic ruszyłam do wyjścia.

Rozdział XI


Weszłam do pokoju i rzuciłam torbę w kąt. Otworzyłam szeroko okno aby wywietrzyć w pokoju przed snem. Właśnie wróciliśmy z wielkich zakupów. Centra Handlowe są tu otwarte naprawdę bardzo długo, ale to dobrze. Otworzyłam szufladę w poszukiwaniu moich zaskórniaków. Mam zamiar kupić sobie parę pieszczoch i obroży ale to jutro bo sklep z ciuchami rockowymi i akcesoriami był już zamknięty. Wywalając wszystko z szafki do rąk wpadł mi mały pamiętniczek w brązowe misie. Zdziwiłam się. Co on tu robi? Nie pamiętam żebym go brała. Ciekawość jednak była wielka. Otworzyłam go. Akurat na dacie 15 lipca 2000 rok
Drogi pamiętniczku. Babcia znowu zabrała nas do siebie i powiedziała że tato strasznie źle się czuję i nie może się nami zająć.
Źle się czuje? Na pewno był wtedy pijany. Czytałam jednak dalej bo chciałam zobaczyć co za rzeczy pisałam pare lat temu.
Ostatnio tato często czuję się źle. Wakacje spełnimy u babci i chyba pojedziemy razem nad morze. Tato jak zwykle za wszystko zapłaci. Carol ma chłopaka. Ostatnio mówiła że się z nim całowała. Też bym chciała ale to chyba raczej nie dla mnie są chłopcy. Nie umiem się z nimi dogadywać bo są głupi. Ale kiedyś znajdę takiego który mnie pokocha naprawdę, taka jaką jestem i zaakceptuje wszystkie moje wady.
Miałam zaledwie 9 lat i już pisałam takie mądre rzeczy? Jestem zdziwiona...Po kim ja jestem taka mądra? Ah...tato mówił zawsze że po mamie. Żałuję że jej nie pamiętam. Przewróciłam kolejne pare stron.
2 września 2001
Dzisiaj pierwszy dzień w 4 klasie. W ławce siedzę z Jessicą jak zawsze. Do naszej klasy doszedł jeden chłopiec. Dziwne że ciągle się na mnie gapił Nie jest nawet brzydki. Całkiem ładny i nie głupi. Nazywa się Dereck. Carol znowu ma jakiegoś nowego mena. Ona to jest normalnie...ja w czwartej klasie i jeszcze nikogo nie miałam. Ja czekam na tego jedynego.
Boże jaka ja byłam romantyczna. Nie chociaż ja...ja ciągle jestem romantyczna tylko po prostu okazuję to tylko jednej osobie. Westchnęłam głośno i uśmiechnęłam się. Dalej.
12 grudzień 2002
Tato leży w szpitalu. Od picia wysiadła mu wątroba. Lekarze obiecali że do Świąt spróbują go wyleczyć. Mam nadzieję że nie będziemy musieli spędzać Wigilii w szpitalu. Do domu naprzeciwko wprowadził się świetny chłopak. Ale jest starszy ode mnie aż o 3 lata. Na pewno nie zwróci na mnie uwagi. Z tego co wiem nazywa się Joel. Jest na serio świetny.
Boże...pamiętam jak zobaczyłam go pierwszy raz. Wracałam ze szkoły a oni akurat się wprowadzali. Pamiętam jakby to było wczoraj.
Dwunastoletnia dziewczyna wracała właśnie ze szkoły. Do domu naprzeciwko jej chyba ktoś się wprowadzał. Stał tam wielki samochód a ludzie wynosili z niego meble. Czyli mamy sąsiadów. Zrobiła jeszcze parę kroków i zobaczyła ładnego chłopca który stał obok samochodu i gawędził z mężczyznami noszącymi meble. Ciemnowłosa zatrzymała się na chwilę bo wprost nie mogła oderwać wzroku od chłopca. I wtedy on ją zauważył. Ona od razu odwróciła wzrok i chciała uciec do domu.
-Poczekaj!- krzyknął za nią nieznajomy i dognił ją.- Mieszkasz tu prawda?
-Tak.- odrzekła trochę zmieszana.
-Ja jestem Joel, Joel Ross.- wystawił do niej dłoń.
-Silviia, Silviia Valo.- odrzekła i uścisnęła jego dłoń.
Chłopiec zamrugał oczami, potem jeszcze raz i drugi. Jego gałki oczne powiększyły się prawie do wielkości pięciozłotówek. Dziewczyna nie lubiła gdy tak na nią reagowali. A raczej na jej nazwisko.
-No...masz bardzo ładne imię.- chłopak uśmiechnął się promiennie.- Może wyskoczymy gdzieś razem?
Czy on proponował jej randkę? Ciemnowłosa zmieszała się znowu i nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Odgarnęła kosmyk włosów z oczu i spojrzała na chłopaka.
-Z chęcią.

To była moja pierwsza randka. Dopiero w 5 klasie. Ah, ale lepiej późno niż wcale. Odłożyłam pamiętnik i uśmiechnęłam się szeroko. Usiadłam na parapecie i patrzyłam na księżyc, na gwiazdy na ludzi którzy czasem pojawiali się na chodniku przed hotelem. Nagle zobaczyłam że dwie postaci wychodzą zza rogu i siadają na bujanej ławce obok małego ogródka z kwiatami. Z daleka trudno było mi je zidentyfikować, a do tego było ciemno. Jednak jedna osoba posiadała makaron...to znaczy dredy na głowie więc to Tom. Aż mi żal dupe ściskał że było tak ciemno i nic nie widziałam. Siedzieli blisko i zapewne o czymś gadali. Z kim Tom tam może być do jasnej cholery?! Idę to sprawdzić! Ale nie sama. Zeskoczyłam z parapetu i pobiegłam do pokoju Carol. Był otwarty ale jej w środku wcale nie było. Czyżby to ona tam z Tomem siedziała?! Aaaa jednak ona się z nim spotyka! Och...dała mu jeszcze szansę? Może Tom przestał nawijać o gitarach? I wróciłam do swojego pokoju razem z moją niezaspokojoną ciekawością tego co dzieje się na dole na huśtawce.
_***_
Obudziłam się przed 11. Przewróciłam się na drugi bok i chciałam jeszcze spać, jednak coś mi nie dawało zasnąć ponownie. Kręciłam się jak nie powiem co nie powiem w czym.
-Cholera mam takie dziwne wrażenie że...- wkurzona usiadłam i chwyciłam swój kalendarzyk.- Coś dzisiaj...
5 LIPCA- WYWIAD W PARYŻU! 17:00
Szybko wstałam i zaczęłam się ubierać. W sumie mam jeszcze 6 godzin ale o 12 miała być mała próba o 14 obiad a potem jeszcze trzeba się przygotować i zanim tam pojedziemy i w ogóle. Szybko naciągnęłam na siebie bluzkę i pobiegłam się pomalować. Była już 11:30. Malowanie zajęło mi około 15 minut. Szybko rozczesałam włosy chwyciłam gitarę i zbiegłam na dół do sali prób. Wszyscy już oczywiście tam byli.
-Jak zwykle na ciebie trzeba było najdłużej czekać.- mrukneła Carol.
-Przecież się nie spóźniła...- zauważył Joel.
-Ale jakby przyszła wcześniej to byśmy już zaczęli.
-Przepraszam.- mruknęłam i usiadłam na swoje miejsce.
-W porządku.- odrzekła mi Carol.- Zaczynajmy.
_***_
O 16 wyjechaliśmy na galę. Zabraliśmy się jednym busem razem z TH bo nie było sensu ładować się w Tourbusy. Tom słuchał jak zwykle muzyki. Carol cały czas coś nuciła pod nosem. Pewnie piosenkę którą mieliśmy zagrać. Byłam całkiem odprężona za to reszta chyba bardzo się denerwowała.
-Gdzie potem jedziemy? Po Paryżu.- zapytałam siostry.
-Eee...Polska, Rosja, Niemcy...a potem to nie wiem.- odrzekła.
-Aha...spoko.
Znowu zapadła cisza. Nikt nie chciał gadać. Noo super. Westchnęłam głośno i spojrzałam za okno. Wszędzie pełno samochodów, wieżowców i ludzi wracających z pracy. Nas bus zatrzymał się. Pierwsze co zobaczyłam to reporterzy i fani. Fani krzyczeli i wymachiwali transparentami a reporterzy na łeb na szyję pchali się jak najbliżej busa.
-No dobra...chodźcie moje gwiazdeczki!- krzyknęła Kim i jako pierwsza wyszła z autokaru.
Carol, Ja Josh i Joel podążyliśmy za nią a tuż na nami Jost i Tokio Hotel. Do moich uszów nagle uderzyły głośne wrzaski i oślepiały mnie flesze aparatów. Poczułam się słabo, myślałam że zaraz zwymiotuję. Szybko złapałam się Kim za łokieć aby ustać na nogach.
-Sariel.- kobieta potrzymała mnie.- Co z tobą?
-Eee...nic.- wydukałam po chwili zastanowienia.- Po prostu zrobiło mi się słabo, już wszystko w porządku.
-Na pewno? Jesteś na siłach żeby grać?
-Jasne, jasne.- potrząsnęłam głową i uśmiechnęłam się do reporterów których właśnie mijałam.- To było chwilowe.
-To dobrze...ale jakby coś się działo to mów.
-Jasne...- uśmiechnęłam się blado.
_***_
-Ale tam będzie tłumacz prawda?- denerwowała się Carol.
-Będzie, będzie.- odrzekła Kim.- A w ogóle to nie ma się czym denerwować.
-Jak zwykle potrafisz pocieszyć człowieka.- moja sis uśmiechnęła się krzywo.- Ale to nie ty będziesz tam siedzieć i odpowiadać na jakieś zidiociałe pytania zidiociałych bezmózgich prowadzących!
-Uspokój się Carolina!- wrzasnęła czarnowłosa i zrobiła poważną minę.- Wdech, wydech...przyj.
-Ciekawe co urodzi.- zaśmiałam się.
-Aliena.- burknął Josh i zmierzył moją siostrę wzrokiem.
-Co się stało?- zapytałam go szeptem.- Dalej jesteś zły bo nie chciała być twoją...
-Nie...ona się prowadza z Kaulitzem.
-Z którym? Ich jest dwóch.
-Z tym oo z tym.- wskazał na Toma.
-Tom jest w porządku, ja myślę że fajnie by było jakby się zeszli.
-Dzięki za wsparcie!- Josh wstał.- A ty mogłabyś się zejść z tym drugim! Siostry i bracia! Jakie to piękne!- zakpił.
-Nigdy w życiu.- syknęłam i stanęłam naprzeciwko niego.- Ja i Tinky? W najgorszych snach nie!
-Nie kłóćcie się.- Kim spojrzała na nas.
-Z nią nie da się gadać normalnie.- burknął Josh.
-Z nim też nie!- stanęłam obok Carol.
-Uwaga teraz wy!- czarnowłosa szybko zaczęła popychać nas w stronę drzwi.
-A teraz zapraszamy zespół Immortal Dream!- krzyknął prowadzący.
Wyszliśmy z garderoby. Publika zaczęła klaskać a w naszą stronę poleciało trochę maskotek i kwiatków. Ja gapa potknęłam się o ślicznego pluszowego króliczka i gdyby nie to że Carol mnie podtrzymała pewnie wyrżnęłabym orła. Wszyscy oczywiście zaczęli się ze mnie brechać. Ja tylko uśmiechnęłam się i usiadłam na kanapę obok Carol.
-Witam jak wam się podoba w Paryżu?- zapytał prezenter.
-Super!- Carol wzięła mikrofon.- W Luwrze jest zajebiście tylko coś im się trochę łazienki zacinają.- siostra spojrzała na mnie i uśmiechnęła się.
-A poza tym to wszystko w porządku.- wyrwałam jej mikrofon z ręki.- Hotel jest zajebisty.
-Josh o mało nie utopił się w basenie!- krzyknął Joel.
-Nie prawda!- oburzył się basista.
-Macie dziewczyny, chłopaków?- zapytał ten koleś.
-Ja i Josh nie ale Sariel i Joel są parą.- odrzekła Carolina.
-Ej i znowu wygadałaś!- zaśmiałam się.- Ona nie potrafi trzymać języka za zębami!
-A ty tylko potrafisz trzymać język w ustach Joela! O!
-Carol...proszę cię...nie publicznie.- poprosiłam.
-No dobrze, a co powiedzie o swojej nowej płycie?
-Jest super!- krzyknął Josh.- Kupujcie!- wyszczerzył się do kamery.- Osoba która kupi najwięcej albumów gratisowo dostanie czerwone stringi gitarzystki!
-Nie noszę stringów!- oburzyłam się.
-No dobrze, a czego słuchacie? Jakiej muzyki?
-Jo to uwielbiam Blog 27.- zaczął Josh i zrobił bardzoo poważną minę.- Nie a tak poważnie to Metalica i Placebo.
-Ja to słucham Linkin Parka i HIM.- odrzekł mój boy.
-Teściowi chce się przypodobać.- zaśmiał się basista.
-Nie prawda!- oburzył się Joel.
-MChR, Sum41, Simple Plan, 30 Seconds To Mars.- oznajmiła Carol.
-A ja MCR,AFI,HIM, Evanescence i Fall out Boy.- wypaliłam.- Serdecznie pozdrawiam Pete.- zaśmiałam się i wystawiłam język do kamery.
_***_
Było już po wywiadzie. Teraz na ruszt poszło TH a my byliśmy w garderobie.
-Muszę z tobą porozmawiać.- Joel złapał mnie za łokieć i odciągnął na bok.
-Co?- zapytałam i zmarszczyłam brwi.- Zrobiłam coś?
-Owszem...- odrzekł.

Rozdział XII


-Co?- zapytałam i zmarszczyłam brwi.- Zrobiłam coś?
-Owszem...- odrzekł.
-Mogłabym wiedzieć co?
-Jeszcze się pytasz?!
-Nie wiem o co ci chodzi to się pytam...
-A kto cały czas szlaja się chuj wie gdzie z...z tą Ścierą i w ogóle Tom to i Tom tamto i Tom i Tom.
-To tylko mój kolega.- skrzywiłam się i wyrwałam mu łokieć.
-Kolega.- prychnął.- Może chcesz podyskutować o jego jędrnych pośladkach co?
-Daj spokój, wiesz że to wszystko na żarty. Nie musisz robić z tego afery.
-Może i żarty, ani nie powinnaś tak żartować. W końcu nie jesteś sama.- burknął.
-A ty powinieneś wrzuć na luz! Zresztą Tom lata za Carol i zadaje się ze mną tylko dlatego bo jestem jej siostrą i wiesz...myśli że wtedy jakoś się do niej zbliży.
-Ciekawe co on zamierza.
-Odczep się do niego. Jeden porządny chłopak z Teletubisiów.- mruknęłam.
-Aha...może ten ,,porządny” chłopak ci się podoba?
-Tom?! Ależ oczywiście!- krzyknęłam.- A Tinkiego to kocham...wprost pożądam go i jego ,,świetne” ciałko.
-Naprawdę mnie pożądasz?- usłyszałam głos za sobą.
-Aaa Kaulitz!- krzyknęłam i odwróciłam się przodem do niego.
-Hym?- lekko uniósł brew.- Jeżeli chcesz zapytać czy się z tobą umówię to powiem, że muszę rozważyć wszystkie za i przeciw. Jeżeli zmienisz nastawienie do mnie to masz szanse.
-Wal się.
-Twoje szanse spadły do zera.- uśmiechnął się ironicznie.
-I bardzo się z tego cieszę!
-W głębi duszy to cierpisz że nie możesz spotkać się z kimś takim jak ja.- oznajmił i wypiął dumnie pierś.
-Haha, zabawny jesteś.
-Dajcie już sobie na spokój.- do akcji wtrącił się Tom.- Ja nie wiem co wy do siebie macie...
-To że ta mała suka jest taką okropną wiedźmą i to ONA zaczęła tą wojnę.- odrzekł Bill.
-To że ten chuj to taki narcyz...myśli że wszyscy go kochają, puszy się jak paw. Po prostu jak go zobaczyłam...od razu znienawidziłam!
-A ja chciałem tylko całusa i autograf.- powiedział cicho Tinky.
-I chciałeś za dużo!
Brunet zacisnął zęby czego efektem było że jego wargi zacisnęły się. Spojrzał w drugą stronę i zawiesił wzrok na lampie. Trochę było mi głupio...w końcu on mi nic nie zrobił...Znowu ta sama myśl. Ale...to czysta nienawiść z niczego.
Przecież on Ci nic nie zrobił. Ciągle słyszałam to zdanie gdzieś w mojej głowie.
-Czemu nic nie mówisz?- zapytał cicho Tom.
-Nie mam nic do powiedzenia.- burknęłam i odeszłam zostawiając ich.
_***_
Weszłam do swojego pokoju i włączyłam wierzę. Włączyłam FOB i rzuciłam się na łóżko. Już jutro wyjeżdżamy...a ja nie chcę. Tu jest tak pięknie. Wtuliłam się w poduszkę i westchnęłam głośno. Zaczęłam wsłuchiwać się w cichą muzykę i powoli zasypiałam. Ja mogłabym przespać nawet całą pierwszą i drugą wojnę światową, więc muzyka to była kropla w morzu...
Trwał koncert. Było to dość dziwny koncert. Ciemnowłosa dziewczyna grała na gitarze a mężczyzna z brązowymi włosami śpiewał. Gitarzystka niepewnie spoglądała co jakiś czas w jego stronę, a on posyłał jej piękne uśmiechy. Dziewczyna czuła że zaraz exploduje. Wszystko się w niej mieszało, było jej strasznie ale to strasznie gorąco. Brązowowłosy zaczął zbliżać się w jej stronę. Ciemnowłosa poczuła jak serce o mało nie wyskoczyło jej z piersi i nie pognało do tego przystojniaka naprzeciwko.
-Silviia.- zaczął cicho i złapał ją za podbródek.
-Taak?- zapytała nieśmiało.
-Kocham cię.- wyszeptał jej wprost do ucha i zbliżył swoją twarz do jej twarzy.
Już chwila i ją pocałuje. Dziewczynie wszystko w środku skakało. Był coraz bliżej. Czuła jego ciepły oddech...

-Sariel wstawaj!- usłyszałam głos Josha.
-Aaa! Co ty tu robisz?!- szybko usiadłam.
-Przyszedłem cię obudzić...Kim kazała nam się pakować, a co ty taka całuśna?
-Ja?
-No.- zaśmiał się basista.- Usta w dziubek i buzi, buzi xD. Powiem wszystko Joelowi!
-A skąd wiesz że ja właśnie o Joelu nie śniłam co?
-Noo o swoich chłopakach się raczej nie śni. Zawsze się śni o tym zakazanym owocu xD.
-Oh jaki ty mądry!- zaśmiałam się.
-No dobra pakuj się i jedziemy.- wyszedł.
-Zabiję, zarżnę, wypatroszę i wykastruję!- wkurzyłam się i wstałam z łóżka.- Nie mogli poczekać z tym pięć minut?!- rzuciłam walizkę na łóżko i zaczęłam się pakować.- Zawsze muszą wszystko zepsuć!
_***_
Dyrektor hotelu chyba żegnał nas z ulgą. Gdy tylko się oddaliliśmy oparł się o ścianę i dałabym sobie uciąć rękę że powiedział coś w stylu ,,Nareszcie te wredne dzieciaki sobie pojechały”. I mówiąc szczerzę nie dziwię się dyrektorowi...mieć takiego Kaulitza pod dachem swojego hotelu xD.
-Eee Kim.- do naszej menagerki podszedł Jost.- Mamy MAŁY problem.- zaczął nieśmiało.
-O co chodzi?- burknęła kobieta i założyła ręce na piersiach.
-Bo w tym rzecz że no...eee.- David zaczął kręcić młynki palcami.
-No szybciej Jost! Śpieszymy się!
-Bo autobus nam się spsuł...i nie mamy jak pojechać do Warszawy...
-Iii co w związku z tym?- Kim udawała że nie wie o co chodzi.
-Możemy się zabrać z wami? Przyrzekam że będziemy grzeczni!
-Nie pomieścimy się!- krzyknął Joel.
-Macie trzy sypialnie w łóżkami dwuosobowymi i cztery łóżka na piętrach.- wtrącił Tom.
-No to się pomieścimy!- zaśmiał się nerwowo Jost.
-No dobra.- burknęła Zwanzig.
Wszyscy władowali się do autobusu. Spokojnie się tu pomieścimy. Tylko teraz została sprawa kto z kim i jak ma spać xD.
-No to moi chłopcy na piętrowych a wy w sypialniach, ok.?- zaproponował David.
-Moje łóżeczko.- zrobiłam smutną minę i spojrzałam na łóżko na górze po prawej.
-Ja śpię na górze po prawej!- krzyknęli Geo i Bill razem.
-Georg ty lęk wysokości masz!- upierał się Bill.
-Sam masz!
-A Geo to w nocy konia wali!- podkablował Czarny.- Spuści ci się w pościel!
-To ja zostanę na swoim łóżku a Geo będzie spał z Carol.- powiedziałam.
-O nie!- wrzasnęła moja sis i spojrzała na mnie z wyrzutem.
-Chłopcy śpią na piętrowych łóżkach a Ty z Carol w jednej sypialni, Josh i Joel a drugiej a ja w trzeciej.- oznajmiła Kim.
-Ale ja chcę spać z Sariel.- zaprotestował mój boy.
-Oszczędźcie gościom tych swoich nocnych ekscesów.- zaśmiał się Dred.
-Ej!- oburzyłam się.
-Niech zostanie tak jak jest, jest ok.- stwierdziła Carol.
-Ale Joel nie zaśnie bez cyca.- zaśmiał się Josh.
-To possie twojego dla odmiany!- powiedziała sis.
-Ej! Joel wcale nie ssie moich cycków!- oburzyłam się.
-To dzisiaj zacznie.- wtrącił Tom i trącił mnie łokciem.
-Odczep się od moich piersi! Sam nie masz i mi zazdrościsz! xD.
-Ja mam coś lepszego.- wytknął mi język.
-Ale ty masz jedno a ja mam dwa.- oznajmiłam i wypięłam piersi do przodu.
-To jeszcze ktoś się załapie na drugiego cyca.- zaśmiał się.- Ciekawe kto...hym.- udawał że myśli.- Geo?
-Nie!
-Bill?
-W życiu!
-Gucio?
-Nie!
-Ja? xD.
-Turlaj dropsa!
-Czyżby Kimberly?- zaczął brechtać.
-TOM! Zabiję cię dzisiaj! Przyrzekam!
-Ona mi grozi!- krzyknął Tom.
Nikt go jednak nie słuchał bo każdy gadał z kimś innym. Było nas tu strasznie dużo bo aż dziesięć osób. W końcu wszyscy się porozchodzili. Ja i Carol do jednej sypialni, Joel i Josh do drugiej a chłopacy z TH byli tuż za naszymi drzwiami. Można się było nawzajem podsłuchiwać xD. Tylko głupio było że dzieliły nas tylko drzwi. Żadnego korytarza nic. Jakoś przeżyjemy.
_***_
Było już po 22. Ja i Carol siedziałyśmy pod kołdrą już w piżamach i oglądałyśmy TV oraz obżerałyśmy się wszystkim co wlezie xD. Właśnie leciała nasza ukochana bajka Pt. ,,Włatcy Móch”. No nie jak pięcioletnie dzieci. Drzwi otworzyły się i stanął w nich Tom oraz jego brat ze skurczonym mózgiem xD. Obaj byli w samych bokserkach i bluzkach.
-Możemy na seans?- zapytał Dredziarz.
-Ty tak.- odrzekłam.- Ale on nie!- wskazałam na Billa.
-Noo Weś ja też chcę!- zasmucił się Czarny.
-No dobra...- odrzekłam zrezygnowana.- Tylko grzeczni macie być!
-Oczywiście mamusiu!- krzyknął Tom i wcisnął się między mnie i Carol a Bill miedzy mnie a Toma.
-Nie możecie się zamienić miejscami?- zapytałam z nadzieją w głosie.
-Nie!- odrzekła mi chórem cała trójka.
-No...dobra, spokojnie...
Oglądaliśmy sobie dalej bajkę. Billowi bardzo się Czesio spodobał. Nawet podobni do siebie są xD. Czarny wpierdzielił popcorn i chipsy na akord chyba, albo na kilogramy raczej! Ile on może tego zmieścić?
_***_
Trwał koncert. Było to dość dziwny koncert. Ciemnowłosa dziewczyna grała na gitarze a mężczyzna z brązowymi włosami śpiewał. Gitarzystka niepewnie spoglądała co jakiś czas w jego stronę, a on posyłał jej piękne uśmiechy. Dziewczyna czuła że zaraz exploduje. Wszystko się w niej mieszało, było jej strasznie ale to strasznie gorąco. Brązowowłosy zaczął zbliżać się w jej stronę. Ciemnowłosa poczuła jak serce o mało nie wyskoczyło jej z piersi i nie pognało do tego przystojniaka naprzeciwko.
-Silviia.- zaczął cicho i złapał ją za podbródek.
-Taak?- zapytała nieśmiało.
-Kocham cię.- wyszeptał jej wprost do ucha i zbliżył swoją twarz do jej twarzy.
Już chwila i ją pocałuje. Dziewczynie wszystko w środku skakało. Był coraz bliżej. Czuła jego ciepły oddech...Już byłą gotowa go pocałować, gdy nagle zauważyła że nie ma już przed nią wysokiego ciemnowłosego mężczyzny z lekkim zarostem, a młody brunet.
-AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!- ciemnowłosa zaczęła drzeć się i uciekać od bruneta.
-Ej poczekaj!- wrzasnął za nią.- Miałaś mnie pocałować!
-Wal się Kaulitz!- ciemnowłosa rzuciła w chłopaka gitarą.
Wbiegła do garderoby i zamknęła się na klucz. Głupi Tinky Winky! Wylazła przez okno na podwórko i zobaczyła że w koło domu biegają małpy i wszystkie gonią Georga. Silviia zrobiła wielkie oczy i zaczęła się śmiać. Sama do końca nie wiedziała o co chodzi małpom...chyba musiały być na haju, żeby gonić Georga. Raczej powinny od niego uciekać. Rozglądnęła się w około żeby zobaczyć czy nigdzie nie ma przypadkiem Tinkiego, nie było go. Na szczęście!
-SILVIIA! KOCHANIE!- usłyszała za sobą krzyk.- Zostawiłaś gitarę!
-Weź ją sobie! Nie potrzebuję już jej!- krzyknęła i zaczęła uciekać.
-Ale ja nie umiem grać!
Odwróciła się na chwilę. Brunet biegł za nią w bokserkach w kaczuszki i z jej gitarą w ręku. Oprócz tego nie miał na sobie nic oprócz makijażu.
-Tom cię nauczy!
-Ty mnie naucz!!!

-Nie! Kaulitz nie będę cię uczyła grać na gitarze!- darłam się jak głupia.- Spieprzaj i Weś sobie tą gitarę!
-ALE JA WCALE NIE CHCĘ ŻEBYŚ UCZYŁA MNIE GRAĆ NA GITARZE!
-Co?!- zapytałam i usiadłam.
Byłam w sypialni. Siedziałam na środku łóżka a zimny pot ściekał mi po twarzy i placach. Rozejrzałam się w poszukiwaniu Georga i zgrai małp. Jednak zobaczyłam tylko Billa siedzącego na rogu łóżka. Gapił się na mnie jak na idiotkę.
-Dobrze się czujesz?- zapytał i zaczął się bawić piłeczką kauczukową.
-Miałam koszmar.- z powrotem rzuciłam się w poduszki i wbiłam wzrok w sufit.- A co ty tak w ogóle tu robisz?
-Kazali mi tu zostać.- burknął.- Na wypadek...w sumie nie wiem na jaki wypadek. Kazali mi tu siedzieć i już. Co ci się śniło?
-A co ja ci się mam spowiadać? Pokaż tą piłeczkę.
-W sumie nie, łap.- rzucił do mnie małą kulkę.
-A ty to chyba już nie masz co robić.- zaczęłam ją podrzucać.- Piłeczkami kauczukowymi się bawisz?
-Tom wygrał ją w jakimś automacie z zabawkami.
-Wspaniały prezent dla brata, nie ma co.- rzuciłam piłeczką o ścianę a ona zaczęła odbijać się o wszystko i w końcu trafiła Billa w czoło zostawiając czerwony ślad.
-Bosko...- mruknął.
-Wiesz...idź już.
-Jasne, jak chcesz.- wstał i ruszył ku drzwiom.
Tym sposobem znowu zostałam sama. Przekręciłam się na bok i myślałam czy spać czy nie. Mogę spać i znowu może mi się przyśnić ten piękny sen i może w nim nie być żadnych debili xD. Ale może także mi się przyśnić coś gorszego...Np. Kaulitz ganiający mnie nago...Na samą myśl wzdrygnęłam się ale postanowiłam jednak jeszcze pospać.
_***_
Czułam jak lekko podskakuje na łóżku i przetaczam się z jednego boku na drugi. Co my kurde w Andy jedziemy czy do Warszawy? Ostatecznie spadłam z łóżka robiąc przy tym niezły łomot. Podniosłam z podłogi swój szanowny zad i wygrzebałam ubrania z walizki. Zamknęłam drzwi na klucz i szybko się przebrałam po czym weszłam do pokoju obok. Istny bałagan...Joel siedział na łóżku Gucia i grali sobie w karty. Georg leżał tyłem do nas i spał. Billa nie było już w łóżku. Pewno nasza gwiazdeczka okupuję łazienkę. Tom chrapał głośno a jedna z jego nóg zwisała z łóżka.
-Wstajemy Panie Dredzie!- zaczęłam ciągnąć go za nogę.
-No...no...tak mamo...ja nie chcę do szkoły!- krzyknął przez sen.
-Nie pójdziemy do szkoły.- powiedziałam cicho i słodko.
-Gdzie pójdziemy?- pytał.
-Gdzie chcesz...Np. do wesołego miasteczka.
-Tak chcę iść do wesołego miasteczka!
-To pójdziemy.- obiecałam.- A teraz wstawaj!- krzyknęłam.
-Co?! Co?- zapytał i rozejrzał się w około.
-Sariel właśnie umówiła się z tobą w wesołym miasteczku.- burknął Joel.
-Nie umówiłam się, to było na żarty.- zaśmiałam się i usiadłam obok Joela.
-Spadaj gówniaro.- mruknął i wstał.- Zostawiam cię z nimi samą! Podrywaj ich wszystkich i dawaj na prawo i lewo! Czekaj zaraz jeszcze zawołam twojego ulubieńca!- krzyknął mi prosto w twarz.
-Ale Joel...- powiedziałam cicho i wyciągnęłam rękę w jego stronę.
-Pieprz się!- wrzasnął i wyszedł.

Rozdział XIII


Zamarłam...tak po prostu? ,,Pieprz się” Za wesołe miasteczko? Za przyjaciela? Za jędrne tyłki? Czułam jak do moich oczu napływają łzy. Nie chciałam płakać, ale nie mogłam powstrzymać łez. Jak to możliwe że ta twarda, bezuczuciowa Sariel która dręczy Kaulitza płacze za chłopakiem? Widocznie możliwe...a ja wcale nie jestem taka twarda, przeliczyłam się. Za bardzo pewna siebie się stałam. Może dlatego wszyscy się ode mnie odwrócili? Czarne łzy kapały na moje ubrania i podłogę.
-Sariel...nie płacz.- powiedział cicho Dredziarz.
-Kocham go.- powiedziałam cicho.- Płaczę...wcale nie jestem taka twarda jak myślałam...
-Posłuchaj...każdy płacze...to wcale nie znaczy że nie jesteś taka no wiesz, twarda.- powiedział i uśmiechnął się.-A Joel to zwykły zakochany w sobie laluś który myśli że może mieć sobie ciebie na własność i ogranicza się do nie mienia przyjaciół płci brzydkiej.
-Bardzo filozoficzne.- wtarłam rękawem łzy.
-No widzisz, taki ze mnie filozof jak z Georga model.- zszedł z łóżka i stanął obok mnie.- No już nie płacz, nie płacz.- chłopak przytulił mnie.- On nie jest ciebie wart, skoro cię tak traktuje.
-Dzięki.- powiedziałam i przytuliłam go mocno.
-No to już nie płaczemy.
Tak, prawdziwy przyjaciel. Co z tego że z konkurencji, co z tego że płeć brzydka, ale ważne że przyjaciel. Niby znamy się kilka dni. Boję się tylko że ta przyjaźń to tylko ze względu na Caroline, że ja mam być tylko przepustką do niej. Odsunęłam się od niego i ponownie wytarłam twarz.
-Nie wiem co bym bez ciebie zrobiła.
-Bez wątpienia byś zginęła.- odrzekł mi chłopak.
-Bardzo skromny jesteś.- zaśmiałam się i pociągnęłam nosem.
-Wiem, jeżeli chcesz to ja mogę iść trochę pogadać z tym twoim pseudo facetem.- oznajmił Tom i założył ręce na piersiach.
-No właśnie!- krzyknął Gustav.- Pójdziemy razem!- oparł się plecami o plecy gitarzysty.
-Co dwie głowy to nie jedna.- zauważył mądrze Dredziarz i zadarł nos do nieba.
-Co dwa chuje to nie jeden.- powiedział Gustav i zadarł nos.
-Gustav...serio masz?- zapytał Dred i spojrzał na przyjaciela.
-Nie kurde! Kredkę sobie wsadziłem!
-Nie, kredek to Geo używa.- oznajmił Tom.
-Wiecie...jesteście kochani ale ja pójdę już do siebie, dzięki za wszystko.- powiedziałam i uśmiechnęłam się przez łzy.
-Czekaj, czekaj.- zatrzymał mnie Dredziarz.
-Co?
-O tu, tu, tu.- wyszczerzył się i nadstawił policzek.
-A proszę cię bardzo.- przyłożyłam mu lekko w twarz.
-Ej no!- oburzył się.
-Przecież nie bolało, dobra tak czy inaczej ja już pójdę, muszę sobie parę spraw przemyśleć, dzięki za wszystko, cześć.
-Cześć, tylko nie rób nic głupiego, jak coś to jesteśmy za ścianą możesz się do nas przytulić.- oznajmił Gucio.
-Szczególnie do Gustava, on potrzebuje miłości!
-Chyba do Toma, bo go mama ani tato nie kocha, tylko Bill go pożąda.
-No dobrze, dobrze, do obydwu się przytulę.- oznajmiłam i weszłam już jedną nogą do swojego pokoju.
-Nie rób nic głupiego!- krzyknął Tom.
-No przecież nie będę, dzięki, pa.- weszłam do pokoju i zamknęłam się na klucz.
Przyjaźń, miłość, nienawiść. Tyle uczuć mieszało się w moim sercu. Rzuciłam się na łóżko i wbiłam wzrok w przeźroczysty sufit. Niebo było błękitne i bezchmurne. Słońce świeciło i pogoda była wręcz boska. W moim życiu za to było pochmurnie. Chłopak którego kocham ma mnie za dziwkę bo mam przyjaciela...może to zazdrość? Ale aż do tego stopnia? To dziecinne. Może to rzeczywiście moja wina? Może powinnam z nim porozmawiać?
_***_
Siedziałam na parapecie w pokoju hotelowym. Koncert skończył się przed chwilą więc byłam nieco zmęczona i strasznie bolała mnie głowa. Chłodne powietrze dostające się do pokoju przez otwarte okno dawało wiele ukojenia, ale niestety ból od tego nie przechodził. Tabletki nie pomagały, nie mogłam spać. Do tego jeszcze męczyła mnie myśl o tym że Joel tym dzisiejszym oświadczeniem przekreślił nasz związek czy to tylko chwilowe? Przed koncertem w garderobie nie odezwał się do mnie nawet słówkiem mimo że ja próbowałam z nim rozmawiać. To wszystko przyprawiało mnie o jeszcze mocniejszy ból głowy. Jeszcze chwila i ją sobie utnę. Schowałam głowę między kolanami ale to nie łagodziło bólu. Jeszcze chwila i zwariuję. Chyba pójdę do Kim po jeszcze jedną tabletkę. Do trzech razy sztuka. Zeskoczyłam z parapetu i udałam się do sypialni menagerki. Jak zwykle leżała na łóżku z słuchawkami na uszach i śpiewała. Już wiem czemu postanowiła zostać menagerką...
-Dzień Dobrrrryyy.- powiedziałam i usiadłam obok niej.
-Co? Co jest?- zapytała i zdjęła słuchawy z uszu.
-Weś mi daj jeszcze jedną tabletkę...głowa mnie boli.
-No przestań, wzięłaś już dwie, nie można brać ich aż tak dużo bo wylądujesz w szpitalu.
-Jeżeli nie wezmę jeszcze jakiś proszków to wyląduję w psychiatryku BO JA ZARAZ ZWARIUJĘ!
-Połóż się i leż, więcej prochów ci nie dam...
-Ale...
-Nawet nie proś! Słodkie oczka nie pomogą więc przestań tak mrugać!
-Coś mi wpadło do oka.- burknęłam i wstałam.- IDĘ!
-Powodzenia, uważaj na drodze.
-Dzięki.- mruknęłam i wyszłam z pokoju trzaskając drzwiami.
Tak, tak wszyscy przeciwko biednej, delikatnej, bezbronnej, schorowanej gitarzystce. Weszłam do pokoju po czym udałam się do łazienki aby wziąć prysznic. Zrzuciłam z siebie ubrania i weszłam do kabiny. Puściłam na siebie wodę i zaczęłam się myć(chyba każdy wie jak ta czynność się odbywa xD). Potem wytarłam się i owinęłam ręcznikiem.
-Pieprzona głowa.- mruknęłam i podeszłam do lustra.
Oparłam ręce o umywalkę i gapiłam się na swoje odbicie. Nie jestem piękna, nie dziwo że Joelowi się już znudziłam. Puściłam wodę i chlusnęłam sobie nią w twarz. To mnie trochę ożywiło ale głowa ciągle bolała. Wzięłam szczoteczkę do zębów i zaczęłam je szorować. Teraz marzyłam tylko o ciepłym łóżeczku i miękkiej poduszeczce. Mimo że było dopiero po 20 byłam cholernie zmęczona i senna. Naciągnęłam na siebie czerwone damskie bokserki i białą bluzkę za uda po czym wskoczyłam do łóżka i niemal natychmiast zasnęłam.
_***_
Usłyszałam jak drzwi mojego pokoju powoli się otwierają. Słyszałam i czułam jak ktoś podchodzi do łóżka i siada obok mnie. Ciekawe co to za...
-Sariel wstawaj! Dopiero po 22! Zaczyna się nasze nocne życie!- Tom zaczął mnie szturchać.
-Chyba twoje nocne życie.- burknęłam i odwróciłam się do niego tyłem.- Branoc, głowa mnie nawala! Jestem zmęczona! Idź do Carol.
-A ja miałem nadzieję że ty ją zawołasz.- powiedział cicho.
-Smerfuj kłodę, ja chcę spać!
-Ale miło...- zasmucił się.
-Tom błagam cię...wyjdź, chcę spać, nie wiem, idź sobie do Carol, idź do braciszka pobawcie się samochodzikami albo pograjcie w chińczyka, cokolwiek ale daj mi się wyspać!
-Ale ja nie wiem co mam robić...
-Dałam ci tyle propozycji...zobacz może w TV jakiś fajny pornol będzie.
-O! Ty wiesz że dzisiaj miał być ten z Paris Hilton!- wykrzyknął Tom i wstał.
-Ooo no właśnie to leć oglądać Tomusiu leć.
-Ale jutro robimy pidżama party!- oznajmił mi i wstał.
-Tak jasne, może jeszcze porno party?
-O tak! Wspaniały pomysł! Porno Party w twoim pokoju! Będzie gorąco.- zaczął się śmiać.
-Spadaj!- rzuciłam w niego moim starym jaśkiem z Kubusiem Puchatkiem.
-No dobra, dobra już idę.- burknął i wyszedł z pokoju.
_***_
-Wstawaj! Elo!- usłyszałam wrzask nad uchem.
-Kurwa co znowu?!- wkurzyłam się i usiadłam.
-No robimy pidżama party.- oznajmił Tom i wyszczerzył się.
Miał na sobie wielką, skejtowską, żółtą piżamę w biedronki, a tuż za nim siedział Bill w niebieskiej piżamie z wielką żabą na bluzce i małymi żabkami na spodniach.
-No...a co tu robi ta ropucha?- zapytałam i skinęłam głową na Billa.
-Przypałętała się, boi się spać bo zapomniał kocyka.
-Ale zabawne.- burknął Czarny.
-Rebek ,rebek.- ,,zarechotałam”.
-Hahahaha.- skrzywił się młodszy Kaulitz.
-Pójdziesz po Carol?- zapytał Tom i zrobił słodkie oczka.
-Jasne, nie będę tu z wami siedziała sama.-oznajmiłam i wygrzebałam się z pościeli.- Możecie zamknąć oczy?
-Śpisz nago?- zapytał Ropuch.
-Nie, ale nie chcę żebyś patrzył na moje nogi.- burknęłam.
-Ja jestem przyzwyczajony do widoku roznegliżowanych kobiet.- oznajmił Tom.
-Idioci.- wstałam z łóżka i ruszyłam do drzwi.
-Ładne nogi.- podsumował Tom.- Bill bierz się za nią! Nie możesz całe życie być prawiczkiem!
-Wolę być prawiczkiem do końca życia niż się z nią przespać.
-Taaa on straci prawictwo, ale chyba z jedną z tych krów które widzieliśmy jadąc tu.- skrzywiłam się i nacisnęłam klamkę.
-Ciebie to nawet żadne zwierze nie chciałoby tknąć, Joel chyba wreszcie zobaczył z kim się związał...przejrzał na oczy. Zostaniesz sama.
-Nie zostaniesz...nie słuchaj go.- powiedział cicho Dred.
-Tom niedługo zejdzie się z Caroliną i o tobie zapomną, będą za bardzo zajęci sobą...zobaczymy co wtedy zrobisz, jak już Joel ostatecznie da ci kosza i w ogóle...
-Zamknij się!- wrzasnęłam.- Wynoś się stąd!- wskazałam mu drzwi.- Nie chcę cię widzieć!
-Proszę was...uspokójcie się.- zaczął cicho Tom.
-Ja nie zacząłem.- burknął Ropuch i zaczął zbliżać się do drzwi.
-Ty zawsze jesteś święty.- stwierdził Mop i podszedł do nas.- Przeproście się ładnie i kontynuujmy pidżama party.
-W życiu, ja się chce bawić bez niego!- otworzyłam drzwi i wyrzuciłam Kaulitza z pokoju.- Idź spać już późno! Dawno po dobranocce!
Kaulitz stanął naprzeciwko mnie. Zacisnął pięści z zęby. Wyglądał teraz jak...jak rozwścieczona ropucha.
-Jesteś zwykłą głupią, tanią dziwką.- wysyczał przez zęby.
-Zamknij się!- spoliczkowałam go.- Odezwał się romantyk od siedmiu boleści.- skrzywiłam się.- Idź lepiej zapładniać te swoje krowy i nie wchodź mi w drogę Kaulitz...ty pomiocie Belzebuba!
-Po nazwisko to po pysku Valo.- oznajmił i chciał mi oddać ale się schyliłam i przywalił otwartą dłonią w ścianę.
-Bill...idź już...- powiedział cicho Tom.
-Nie idziesz ze mną?- zdziwił się Czarny.
-Nie...zostanę...idź już.
-Dzięki.- mruknął Czarny i odszedł.
-Idiota.- stwierdziłam i założyłam ręce na piersiach.
-Uważam że powinniście się wreszcie...
-NIE Tom! Nie chcę się z nim godzić, rozumiesz? Mi jest dobrze jak jest, jemu widać też, może się na kimś wyżyć, powyzywać od dziwek, ja też, wszyscy zadowoleni.
-Wszyscy oprócz mnie, Bill jest moim bratem i go kocham a ty jesteś moją przyjaciółką i nie chcę żebyście się nie lubili.
-Najwidoczniej musisz zrezygnować z tej przyjaźni skoro coś jest nie tak.- powiedziałam i weszłam z powrotem do swojego pokoju.
-Ale nie o to chodzi! W ogóle nie o to!
-A o co?
-Chodzi o to...- podszedł do mnie i złapał mnie za ramiona.- Że zachowujecie się jak dzieci!- zaczął mną potrząsać.- Jak pięcioletnie dzieci! Jedno do drugiego ma żal o to że drugie ma więcej zabawek czy coś w tym stylu!
-Jeżeli myślisz że zazdroszczę mu sławy to się mylisz!
-Nie...to był tylko przykład, nie myślę tak wcale, nie myślę.- powiedział i przytulił mnie.- Tylko mi tu się nie rozklejaj, idź po Carol.
-Ty tylko z tym swoim ,,idź po Carol”.- zaśmiałam się.- No ale chodź pójdziemy razem.
-No ale jakby co to ja nie chciałem, ja tylko do towarzystwa.
-Tak, tak kolega do towarzystwa.- nacisnęłam klamkę od pokoju siostry.- Ile bierzesz za noc?
-Jak dwa was to 99% zniżki.- wyszczerzył się.
Otworzyłam drzwi i zamarłam. Carol nie była tam sama...

Rozdział XIV


-Joel?- zdziwiłam się i spojrzałam na nich.
-To ja już chyba pójdę.- perkusista wstał i wyminął mnie jak gdyby nigdy nic.
-Joel...zaczekaj, musimy pogadać.- próbowałam go zatrzymać.
-Nic nie musimy.- burknął.
-Joel! Poczekaj! Chociaż wyjaśnij mi dlaczego...
-Mówiłem ci!- zatrzymał się i odwrócił przodem do mnie.
-Ale...porozmawiajmy jeszcze.- poprosiłam.
-Nie chcę.
-A kochasz mnie jeszcze?- zapytałam.
Chłopak zamilkł w wbił wzrok w swoje buty. Carol patrzała na nas smutno a Tom złapał mnie za nadgarstek i wciągnął do pokoju po czym zatrzasnął drzwi.
-Widać Joel chyba nie chętny do rozmowy.
-Ej! Idioto!- krzyknęłam i otworzyłam z powrotem drzwi ale perkusisty już nie było.
-Najlepiej będzie jak porozmawiacie sami, bez świadków, rano.- oznajmił Tom.
-Co on od ciebie chciał?- zapytałam siostry.
-W sumie to nic.- odrzekła zmieszana.
-W sumie to mnie nie oszukuj.
-Chciał się tylko pożalić...
-No tak...pożalić...mówił ci jak mnie nawyzywał?- zapytałam.
-Eee...powiedział, że nazwał cie tak jak nie chciał cię nazwać, że to były emocje i w ogóle...
-Hyh, ale rozmawiać nie chce.- stwierdziłam.
-Po prostu...po prostu się wstydzi, albo się boi że go zostawisz czy coś...
-To nie jest wytłumaczenie.- powiedziałam cicho.- Tak czy inaczej idę do siebie, wy sobie pogadajcie.- oznajmiłam i wyszłam z pokoju zostawiając ich samych.
_***_
Obudziłam się około 11. Było dzisiaj wyjątkowo pochmurno. Granatowe chmury pędziły szybko po niebie i lało jak z cebra. Ja dopiero wstaje a Bill już pewno od 6 krowy zapładnia w stodole. Wygrzebałam się z pościeli i podeszłam do okna. Przed hotelem było pare kałuży a jakieś dzieci kucały obok jednej i robiły sobie pączki z błota. Ja też się tak kiedyś z Caroliną bawiłam, ale my to jeszcze brałyśmy talerze z domu a potem tato szukał w błocie sztućców...ale to było tak dawno, kiedy byłam mała zawsze chciałam być duża, mieć te 16 lat i w ogóle. Teraz za to dużo bym dała żeby być małym, beztroskim dzieckiem. Ale cóż...takie jest życie, ludzie ciągle na coś narzekają. I tak źle i tak też nie dobrze. Świat schodzi na psy a my razem z nim. Odeszłam od okna i wyciągnęłam z szafy bieliznę, czarne bojówki i czarny top z czaszką i łańcuszkiem z tyłu na plecach.
Wyszłam z pokoju i udałam się do pokoju basisty. On musi coś wiedzieć, musi mi pomóc. Ja...z Carol nie bardzo mu pomogłam więc...czy jest sens? Cofnęłam rękę od klamki jakby parzyła. Chyba lepiej będzie jeżeli pójdę od razu do Carol. Boję się że Josh potem powtórzy wszystko Joelowi. Westchnęłam głośno i nacisnęłam jednak klamkę do pokoju siostry, ale zamknięte było.
-No tak, ja potrzebuję się wyżalić, a jej nie ma.- mruknęłam do siebie.- Idę do Toma, tylko ciekawe który to jego pokój.
Postanowiłam sprawdzić wszystkie po kolei. Otworzyłam jedne i to co zobaczyłam przyprawiło mnie prawie o zawał. Jakaś para w średnim wieku zabawiała się w łóżku. Kobieta była ubrana w czarny obcisły strój i trzymała w ręku bicz z ćwiekami. Mężczyzna zaś był przykuty kajdankami do łóżka.
-Ups...przepraszam...eee pomyliłam pokoje.- zaczęłam się jąkać.- Eee...do widzenia...miłej zabawy!- zatrzasnęłam drzwi i złapałam się za serce.
Boże, co ci ludzie robią w dzisiejszych czasach? Mam nadzieje że mój przyszły mąż nie będzie mnie zmuszał do takiego czegoś. Chyba bym zawału dostała. Powoli otworzyłam drzwi do następnego pokoju. Tu jakaś babcia siedziała i na drutach robiła, powoli zamknęłam drzwi i otworzyłam kolejne. Zobaczyłam Georga leżącego na łóżku z książką.
-Sariel! Jak miło!- wykrzyknął na mój widok.
-Georg!- z mojej strony można było odczuć radość...radość nagiego w pokrzywach.- Szukam pokoju Toma.- uśmiechnęłam się sztucznie.
-Ale po co do Toma? Możesz ze mną pogadać.- wyszczerzył się.
-Wiesz...jednak wolę pogadać z Tomem, pójdę już.- chciałam wyjść.
-Ale poczekaj, poczekaj!
-Co?
-Może pójdziemy gdzieś razem?- Geo wstał.- Myślę że jestem tym którego szukasz.
-Eee..za stary dla mnie jesteś!- broniłam się.- W ogóle to ja mam już kogoś...idę, cześć!- wybiegłam z pokoju basisty i otworzyłam kolejny.
-O Sil! Jak miło, co tam?- zapytał Gucio.
-E nic.- zatrzasnęłam drzwi pokoju i weszłam do następnego.
Tom i Bill siedzieli na łóżku w bokserkach i bluzkach i oglądali pornola. Jakaś baba obciągała kolesiowi a oni się tym podniecali. W ogóle mnie nawet nie zauważyli. Jak miło...
-Ekhem, Ekhem...- odchrząknęłam głośno.- Dzień Dobrrry!
-A! Sariel!- krzyknął Tom na mój widok.- Bill wyłącz to!
-Ale ja nie mam pilota!
-A gdzie jest?
-Nie wiem! Ty go miałeś!
-Kłamiesz! Ty miałeś!
Kaulitzowie zawzięcie się kłócili i pilota szukali, a baba w ekranie jęczała jak ten koleś ją w dupe ruchał. Ja stałam i brechałam z nich. Skąd się tacy ludzie biorą?
-Bill no zrób coś! Nie wypada żeby dziewczyna oglądała takie coś!- krzyknął Tom i szukał pilota pod łóżkiem.
-Ale czemu ja? Ja mam ją gdzieś!
-Zrób coś mówię!
-No dobra!- oburzył się Bill.
Czarny wstał i zasłonił sobą telewizor. Miał na sobie czarne bokserki ze smokiem na genitaliach. Zaczęłam jeszcze bardziej brechać a ten spalił buraka i zasłonił swojego smoka dłońmi.
-A nie pomyślałeś może żeby...- podeszłam do Billa.
-Żeby co?- zapytał.
-Żeby wyłączyć TV ręcznie, idioto.- nacisnęłam czarny guziczek i uśmiechnęłam się złośliwie.- No tak ty i twój SMOK nie myślicie.- A teraz wyjdź muszę pogadać z twoim bratem.
-Nie będziesz mnie wypraszać z pokoju mojego brata.
-Bill wyjdź, Sariel chce ze mną porozmawiać.- powiedział Tom.
-Oh! W takim razie cześć!- Czarny wkurzył się i wyszedł.
-Poczekaj chwilę.- nakazał Dredziarz.
Tom westchnął głośno i otworzył szafę. Wyciągnął z nich spodnie i naciągnął na tyłek. Rozejrzałam się po pokoju i zobaczyłam parę filmów DVD z okładkami z gołymi babami i napisami typu ,,Hot Sex”. Kaulitz zebrał filmy i wrzucił je niedbale do szafki.
-No to o co chodzi?- zapytał i usiadł obok.
-No o Joela!- odrzekłam jakby to było rzeczywiste.
-Eh...co znowu?
-Jeżeli nie masz ochoty mnie słuchać, to po prostu powiedz, nie obrażę się.
-Nie, nie, nie, mów.
-No bo...ja nie wiem co mam zrobić...
-Rozmawiałaś z nim?
-Nie...boję się...
-Nie masz czego, jeżeli go naprawdę kochasz to możesz zawalczyć i tak nie masz nic do stracenia, ale wiele do zyskania.
-No...w sumie to masz racje...ale wczoraj widziałeś jak mnie olał!
-Bo byłaś ze mną, zdenerwował się i tyle, jak teraz pójdziesz sama to rzuci się na ciebie wycałuje i powie że jest najgłupszy i że cię kocha i że jest tak strasznie zazdrosny bla, bla, bla.
-Skąd wiesz?- zapytałam podejrzliwie.
-Domyślam się.
-Czyli mówisz, że mam iść do niego i pogadać?
-Tak, tak mówię ja- Tom Kaulitz gitarzysta Tokio Hotel!
-Może rzeczywiście masz rację...
-Na pewno mam rację! Leć do niego TERAZ a potem przyjdź i mi opowiedz wszystko okej?
-No dobra, dobra.- wstałam i podeszłam do drzwi.
Nacisnęłam na klamkę i gdy otworzyłam drzwi zobaczyłam młodszego Kaulitza klęczącego na podłodze. Szybko wstał i otrzepał się po czym spojrzał na mnie z powagą.
-Szukałem pierścionka.- wytłumaczył.
-Jasne, podsłuchiwałeś gnido!- wyminęłam go i ruszyłam w stronę pokoju Joela.
-Powodzenia Valo! Będzie ci potrzebne!
-Tobie by się przydało trochę rozumu.- krzyknęłam nie odwracając się.
Stanęłam przed drzwiami do pokoju perkusisty i zapukałam cicho. Nikt mi nie odpowiedział. Zapukałam jeszcze raz, dwa razy mocniej.
-Właź Josh.- usłyszałam przez drzwi głos Joela.
W sumie...nie jestem Joshem, ale wejdę. Musimy pogadać, teraz albo nigdy. Nacisnęłam na klamkę i weszłam do pokoju. Chłopak stał tyłem do mnie i podpierał się rękoma o parapet. Powoli weszłam do pokoju i zamknęłam za sobą drzwi.
-Josh...ja naprawdę nie wiem...zachowałem się jak idiota! Wiem, wiem to! Nie raz mi już to mówiłeś! Ale to mnie dobija! Po co ta jebana trasa z tymi Tokio Ciotami? Mop i Transwestyta! A ten Georg to już niewiadomo co to jest...Wiem że może przewrażliwiony jestem...- przełknął głośno ślinę.- Ale ja ją kocham...
Od razu jakoś inaczej mi się zrobiło...poczułam przyjemne ciepło w sercu a na moich ustach powoli zaczął malować się szczery uśmiech. Usiadłam na skraju łóżka tuż za perkusistą i czekałam co będzie.
-Wiem że jestem samolub ale nie zamierzam się dzielić moją dziewczyną z nikim a już na pewno nie z tym tępym Mopem, no dobra...może to i tylko przyjaciel ale i tak mi przeszkadza...
-Wyluzuj kochany.- powiedziałam cicho i stanęłam obok niego.- Tom nie jest dla ciebie żadną konkurencją, nikt inny zresztą też nie.
-Co ty tu robisz?
-Stoję.- odrzekłam i puściłam do niego oczko.- Czyli zapominamy o tamtej kłótni?
-Taak.- chłopak objął mnie i pocałował w usta.
Przeszła mnie ogromna fala gorąca. Ross położył swoje ręce na moich biodrach i pchnął mnie na łóżko. Wymienialiśmy coraz to namiętniejsze i dłuższe pocałunki. Chłopak wplótł dłonie w moje włosy a ja wodziłam swoimi po jego plecach.
-Przepraszam, widzieliście może średniej wielkości pierścionek i czachą?- usłyszeliśmy cichy głos.
Spojrzeliśmy w stronę drzwi, były lekko uchylone a między nimi a futryną znajdowała się głowa młodszego Kaulitza. Joel zrobił minę Pt. ,,Spadaj bo cię zajebię.” Ropuch chyba jednak źle to zinterpretował i zapytał ponownie.
-To widzieliście czy nie?
Joel mu nie odpowiedział tylko wstał z łóżka i chwycił za pałeczkę od perkusji. Bill uśmiechnął się głupkowato i zaczął się wycofywać.
-Eh...trudno poszukam jeszcze...jakbyście coś znaleźli to ten...eee dajcie mi znać...cześć!- zamknął drzwi.
Perkusista ścisnął w dłoni pałeczkę i wybiegł za nim.
-Zabiję cię Kaulitz!
-Ale ja tylko szukałem pierścionka!- dało się słyszeć krzyk z oddali.

Rozdział XV


Czarny siedział na łóżku Gustava i przyciskał do czoła worek z lodem. Jego spotkanie z pałeczką mojego chłopaka nie skończyło się za dobrze. Joel dorwał go na dole przy wyjściu i zdzielił. Teraz biedaczek siedział u Kim i słuchał kazania na temat szkodliwości przemocy, a ja siedziałam z Gustim i tym idiotą.
-Jenny jak boli.- skomlał Ropuch.- Ten twój Joel powinien płacić mi za to odszkodowanie!- zbulwersował się Kaulitz.
-Jeszcze słowo i ja cię poszkoduję jeszcze bardziej.- burknęłam i spojrzałam na niego.
Moją uwagę przykuła dłoń Ferbiego...ta którą przyciskał sobie lód do czoła. Zmarszczyłam czoło i przyjrzałam się jej dokładniej. Na jego wskazującym palcu znajdował się średniej wielkości srebrny pierścionek z...czachą! A to blagier w dupe ruchany!
-Co się tak patrzysz?- zapytał.
-Szukałeś się zdaje pierścionka z czachą! A masz go na palcu kłamczuchu!
-Znalazłem! Tuu u Gucia w pokoju.
-Jasne.- skrzywiłam się.- Powiem Joelowi.
-Jak powiesz to ja naśle na ciebie Geo!- zagroził.
-Geo woli przelecieć ciebie, bardziej atrakcyjny jesteś.
-Morda w kubeł Valo bo kiedyś ci skwaszę tą twoją śliczną buźkę.
-Hahahaha.- zaczęłam się śmiać.- Taa z tymi twoimi bicepsami to rzeczywiście się boję...AAA Ratunku!
Kaulitz ściskał mocno worek z lodem. Gdyby był silniejszy to z pewnością lód by się rozkruszył. Płoną ze złości i zaciskał zęby. Jeszcze chwila i mu wszystkie powypadają.
-Ty mała wredna mendo! Ja cię kiedyś zabiję...zobaczysz!
-Prędzej ja ciebie...
-No dobrze, zostawcie te swoje groźby na później.- wtrącił się Gucio.
-Zagrajmy w pokera!- zaproponował młodszy Kaulitz.
-Na cukierki!- krzyknął Gucio.
-Gdzie tam na cukierki! Ja chcę na rozbieranego!- kłócił się Czarny.
-Ale tylko ty będziesz się rozbierał!- oznajmił Gucio.
-To może na zadania?- zaproponowałam z błyskiem w oku.
-Dobra!- zgodził się Czarny.- Ale to lepiej w butelkę!- oznajmił i wyciągnął z pod łóżka blondyna butelkę po coli.- Kręcę!
_***_
Czarnowłosy stał przed drzwiami do pokoju ,,gorącej pary”. Za to ja i Gustav chowaliśmy się za drzwiami od pokoju blondyna. Bill wysłał nam zabójcze spojrzenie i zapukał. Otworzyła mu ta sama kobieta co wtedy tego faceta pejczem okładała.
-Eeee...dzień dobry.- wyjąkał.
-O witaj chłopczyku, czego szukasz?
-No bo ja...ja...- zaczął kręcić młynki palcami.- Ja słyszałem że pani ma...ten...zestaw taki do...chłostania...no bo ja tak...się przyszedłem zapytać czy by pani pożyczyła...bo ja z bratem lubię experymentować.
-Wiesz mały...- zmierzyła go wzrokiem.- Nie pożyczam takich rzeczy...ale mojego męża nie ma, możesz poeksperymentować ze mną.- uśmiechnęła się zalotnie i otworzyła szerzej drzwi.
-Eee...nie! Ja dziękuję...nie jestem zainteresowany...dziękuję.- wyburczał i uciekł.
-Haha czemu się nie zgodziłeś?- zapytałam.
-Yh, zemszczę się na tobie Valo.- mruknął.
-No to kręć, kręć.- ponaglił go Gustav.
Czarny wziął do ręki butelkę i zakręcił nią. Wirowała jakiś czas po czym zatrzymała się na mnie...wiedziałam. Kaulitz uśmiechnął się chytrze i spojrzał na mnie.
-Co by tu...Hymmm.- myślał głośno.- Wiem! Idź do Josta i zacznij do niebo zarywać! Ha! Potem posądzimy go o pedofilstwo!
-Eeee...głupi jesteś Kaulitz ale rozkaz to rozkaz.- wstałam i ruszyłam do drzwi.- Podrywać Josta.- mruknęłam sama do siebie.
Wyszłam z pokoju i zapukałam do pokoju menagera Tokio Hotel. Otworzył mi w samych spodniach, chyba trochę się zdziwił moją obecnością. Uśmiechnęłam się prowokująco i zmierzyłam go wzrokiem od stóp do głów.
-Cześć, oo ale Klata.- stwierdziłam.
-A ty co tu robisz...mała?- zapytał.
Haha staruch chyba połknął haczyk. Tylko żeby Gustav z Billem wpadli na czas bo z takim to niewiadomo.
-No to zapraszam.- odsunął się i wpuścił mnie do pokoju.
Nieśmiało weszłam do pokoju menagera. Bałam się z deka, Kaulitz to ostatni idiota. Mam nadzieję że Gucio mnie nie zawiedzie. Powoli usiadłam na łóżko i rozejrzałam się. Jost stał kilka stóp ode mnie i uśmiechał się zawadiacko.
-No to co robimy?- zapytał i usiadł obok mnie.
-No...nie wiem.- wydukałam.- Co chcesz...
-No ty już wiesz co ja chcę, chyba po to tu przyszłaś.
-No...w sumie to tak.- oznajmiłam i uśmiechnęłam się sztucznie.
-No właśnie.- mężczyzna zbliżył się do mnie.- Wyskakuj z ciuszków.
-Stop!- drzwi otworzyły się i do pokoju wpadli Bill i Gucio.
Oboje mieli czarne okulary i pistolety w rękach. Boże ci idioci zawsze coś wymyślą. Gustav podszedł do nas, złapał Josta za łokieć i odciągną ode mnie. Kurde Normalnie jak w w11!
-Ale hej! O co chodzi?- zdziwił się menager.
-Jesteś oskarżony o pedofilstwo!- Czarny podszedł do niego i wyciągnął z kieszeni różowe kajdanki z puszkiem.- Dawaj ręce!
-Ale ej...o co się rozchodzi?!- pytał David.
-Dawaj ręce!- powtórzył Bill.
-No już dobra no!- Jost wystawił mu ręce.
Bill skuł go i uniósł nos do chmur. Bardzo z siebie dumny musiał być.
-Chodź Silviia.- kiwnął na mnie głową.- Zaraz go oskarżysz!
-Ale ona sama do mnie przyszła!- krzyknął Jost.
-Zamknij się! Idziemy do Zwanzig.- Gucio kopnął go w tyłek i wyprowadził z pokoju.
Ja z Billem szłam z tyłu i zlewałam z nich. David to chyba myślał że go na serio wsadzą bo taki przestraszony był.
-Skąd wy macie te pistolety?- szepnęłam do Billa.
-Z kiosku na rogu.- odrzekł mi i psiknął na mnie wodą z pistoletu.
-Ożesz ty...a ja nie mam czym się obronić...ale...mam glany! Mogę cię kopnąć w dupę?
-Jasne.- zgodził się.- Jak mnie potem w tą dupę pocałujesz.- klepnął się w tyłek i pokazał rządek krzywych, białych zębów.
-Kup sobie lepiej aparat na zęby.- poradziłam mu.
-Cicho bądźcie!- zganił nas Gucio i otworzył drzwi do pokoju Kim.
Czarnowłosa zrobiła wielkie oczy gdy zobaczyła nas i Josta skrępowanego różowymi, puszystymi kajdankami po czym roześmiała się głośno.
-To nie jest śmieszne!- zbulwersował się Jost.- Po co mnie tu przyciągnęliście?
-On chciał Silviię zgwałcić!- krzyknął Bill i wskazał na mnie.- Widziałem!
-Nie prawda! Ona sama do mnie przyszła!
Kimberly leżała na łóżku i po prostu się śmiała. Ja z Billem opieraliśmy się o futryny i też brechaliśmy. Gustav próbował zachowywać powagę przez co parę razy niechcący napluł na plecy menagera. Jost był mocno wystraszony bo nie wiedział o co tak ogólnie się rozchodzi. Przecież w sumie nie zrobił nic złego.
-Ej co się dzieje?- zapytał Tom i stanął między mną a Billem.
Wyglądał na zaspanego. Najprawdopodobniej go obudziliśmy.
-Jost Silviię chciał zgwałcić.- odrzekł Bill ze śmiechem.
-SERIO?!- krzyknął Tom i spojrzał mnie.- Jakoś mi nie wyglądasz na ofiarę gwałtu!
-Bo nie jestem nią...to wkręt. Idź spać.- powiedziałam.
-Ale...co?- Tom akcji nie kumał.
-Idź ty spać!- Bill pchnął go w stronę pokoju.- Idiota.
-I kto to mówi.- mruknęłam.
-Dobra, o co tu chodzi?- zapytała Zwanzig i założyła ręce na piersiach.
-Graliśmy w butelkę na rozkazy.- zaczął Gucio.- I Bill...
-Kazał mi iść zarywać do Josta.- ciągnęłam dalej wypowiedź Gustava.- I oni wpadli do pokoju żeby on przypadkiem na serio mnie nie zgwałcił.
-Tą czynność Bill pozostawił sobie na sam koniec gry.- wytłumaczył Gucio.
-Zamknij się przydupasie!- syknął Bill.
-No dobra...weźcie go rozkujcie.- nakazała Kim.- Ale ty jesteś idiota Jost...dać się skuć dzieciakom.
-Debile! Totalne debile!- wkurzył się David i zaczął masować obolałe nadgarstki.- Zemszczę się!- zagroził i wyszedł z pokoju.
-O boże wy jesteście debilni.- stwierdziła czarnowłosa.
-To Kaulitz wymyślił.- wytłumaczyłam.
-A ty mi kazałaś iść do tych zboczeńców!- oburzył się.
-Do jakich zboczeńców?- zapytała Zwanzig.
-Jest tu taka jedna para co się pejczem napierdziela.- wytłumaczył Gucio.
-Eh...bywa, ludzie mają różne pragnienia.- westchnęła Kim.- A wy idźcie spać bo jutro po śniadaniu wyjeżdżamy. Dobranoc, papa.- wypchała naszą trójkę z pokoju.
-Jak miło.- stwierdził Gustav.
-Cholernie, aż mi się ciepło na sercu zrobiło.- rzuciłam z ironią.- No to dobranoc panowie.
-Ty chcesz iść spać?- zdziwił się czarnowłosy.
-Tak a co?- zapytałam.
-Myślałem że jeszcze trochę pogramy, tym razem u ciebie.
-To źle myślałeś, dobranoc.
-Cześć.- mruknęli i zniknęli w ciemnym korytarzu.

Rozdział XVI


Ciągnęłam za sobą walizkę i na wpół śpiąc maszerowałam w stronę naszego autobusu. Niestety autobus Tokio Hotelowców czeka na nich w Niemczech i musimy znowu razem jechać.
-Może ci pomóc?- zapytał Joel i wziął ode mnie walizkę.- A tobie co? Co ty w nocy robiłaś?
-W butelkę grałam.- odrzekłam i wtoczyłam się do autobusu.
-No tak, słyszałem o nocnej akcji Josta, brawa dla Kaulitza że pomyślał o tym żeby ciebie potem oswobodzić.
-Widocznie nie jest taki głupi na jakiego wygląda.
-Ty mu tak nie pochlebiaj bo będę zazdrosny!- oznajmił Joel.
-Już ci coś mówiłam na ten temat.- usiadłam na kanapę i wyłożyłam nogi na stole.- Inni chłopacy mnie nie interesują.
-O no to dobrze...- walnął banana.
-A ja wiem że Kaulitz wczoraj kłamał!- podkablowałam.- Miał ten pierścionek na palcu, widziałam.
-Zdarzają się spięcia w inkubatorze.- stwierdził Joel i spojrzał na Czarnowłosego który zbliżał się do nas.- O nasz ukochany kłamczuszek.- zakpił perkusista.
-Co robicie?- zapytał i usiadł na stole.
-Wypieprzaj stąd.- syknął mój boy.
-No co już przyjść i pogadać nie można?- zdziwił się Czarny.
-My nie chcemy z tobą gadać.- wyjaśnił Ross i wstał.- Daj nam spokój Kaulitz i idź ruchaj te swoje krowy.- oboje wstaliśmy i ruszyliśmy w stronę jednej z sypialni.
-A wy idźcie posuwać się nawzajem!- krzyknął za nami.- Tylko się zabezpieczcie bo brzydkie by z Was dzieci były.
-Zajebie cię!- wrzasnęłam i już chciałam się na niego rzucić.
-Zostaw!.- Joel złapał mnie za ręce.- Nie warto marnować czasu na tego pedalskiego hipisa.
_***_
Autobus zatrzymał się przed jednym z Niemieckich hoteli. Wszyscy zaczęli z niego wyłazić i jak zwykle było niezłe zamieszanie. Ferbi zapomniał skarpetek w kwiatki a Carolina tamponów. No jak zawsze ktoś czegoś zapomina tylko nie ja. Ale to jest dowód na to jaka ze mnie dokłada kobitka.
-Sex Shop!- wrzasnął Tom i zrobił wielkie oczy.- Sex Shop naprzeciwko naszego hotelu! Kumacie?!- podniecał się.
-Oh Tom, kupisz sobie wibratorek?- zapytała Carol.- Tylko jakiś dyskretny a nie żeby go było słychać na cały hotel.- wytknęła mu język.
-Tom ma wibrator wbudowany w dłoni.- stwierdziłam.
-Skąd wiesz?- zapytała podejrzliwie siostra.
-Bo jak mi rękę podaje to wibruje xD.
-I mówią że ja zboczony jestem!- oburzył się starszy Kaulitz.
Chwyciłam swoją walizkę i ruszyliśmy w stronę hotelu. Eh...jak tylko dopadnę się do łóżka to śpię i nie wstaję. Przez te nocne granie w butelkę złapałam zamuła.
-To ja może wezmę twoją torbę co?- usłyszałam głos za sobą.
-Załamiesz się fizycznie.- burknęła moja sis.
-Oj nie załamie się.- upierał się Dredziarz.- Daj mi to, damy nie powinny dźwigać!
Ah jaki ten Tom kulturalny jest. Przypodobać się chce pacan jeden xD. Ale z drugiej strony to dobrze...Joel to za mną plecaka nawet nie nosił, a co dopiero torbę.
-Witamy w naszych skromnych progach.- powitał nas elegancko właściciel hotelu.
Otrzymaliśmy klucze do pokoi i ruszyliśmy na górę. Oho te pokoje też wypasione. Uśmiechnęłam się błogo na widok łóżka z mnóstwem miękkich poduszek. Postawiłam bagaż pod ścianą i szybko rozebrałam się do bielizny po czym wskoczyłam do łóżka. Ahhh jak przyjemnie. Muszę odespać te nocne zabawy. I znowu idę spać przed dobranocką...
_***_
-O nie a ty znowu śpisz?!- usłyszałam głos Toma.
-A ty znowu mnie budzisz!- wkurzyłam się i nakryłam głowę kołdrą.
-Musimy poważnie pogadać, Sariel proszę cię!
-Nie możesz poczekać do rana?!
-NIE NIE MOGĘ! Jest 18 więc chyba nie tak późno co?!
-No, no dobra już dobra.- burknęłam i usiadłam.
Trochę mi było wstyd że kładłam się spać tak wcześnie więc postanowiłam z nim pogadać. Ale w końcu też jest moim przyjacielem, a od tego są przyjaciele. Żeby wysłuchać i pomóc.
-No dobrze, więc o co chodzi?- zapytałam i uśmiechnęłam się.
-O Carol...no bo ja...
-Co...zakochałeś się?
-Ale...ja nie wiem...ja...nie wiem jak to jest kochać...naprawdę...nigdy tego nie czułem...nigdy...
-No to w końcu niedługo zobaczysz jak to jest.- uśmiechnęłam się do niego.
-A co to jest miłość? Powiedz mi.
-Ehh...nie ma definicji miłości...to jest po prostu silne uczucie...no nie wiem jak to wytłumaczyć...to trzeba czuć.
-Ale...ja nie wiem czy ja to coś czuję...Eee...nigdy tego nie czułem...
-Jak się zakochasz to będziesz wiedział. Wierz mi.
-No...może...
-Nie może, tylko na pewno.
Tom uśmiechnął się i wzniósł oczy ku sufitowi. Jego mina mówiła że marzy o czymś. Pewnie o Carolinie. Wtedy drzwi pokoju otworzyły się nagle i stanął w nich Czarny. Był smutny i przygaszony. Podniósł powoli głowę i spojrzał na nas. Jego oczy były takie dziwne...takie smutne...W tym momencie było mi go szkoda, nawet nie miałabym serca go teraz kopnąć.
-O cześć.- przywitał go Dred.- Co jest?
-Ym...Mama i Gordon przyjechali.- powiedział cicho.
-O ja a po co oni tutaj?- zbulwersował się Tomasz.
-Nie mam pojęcia.- odrzekł i spojrzał na mnie.
Znowu te oczy, takie smutne, przygaszone, jakby nie jego, jakby podmienione.
-No dobra już idę, idę.- straszy Kaulitz wstał.- No to cześć, miłych snów.- puścił mi oczko i wyszedł razem z bratem.
_***_
Całe ID i Th siedziało w naszej melinie. Tzn. pokoju Toma i oglądaliśmy Franklin i Skarb Jeziora. Georg Gustav Josh Carol i Tom siedzieli na podłodze a ja i Joel leżeliśmy na łóżku na brzuchach, takie bossy xD.
-A gdzie jest Ferbi?- zainteresowałam się i rozejrzałam po pokoju.
-Z Gordonem w pokoju rodziców, chciał coś od niego.- odrzekł Dred nie przestając oglądać filmu.
-Czemu on cię tak interesuje?- szepnął mi Joel na ucho.
-Po prostu...nie ma się z kogo nabijać.- odrzekłam.
Wciąż mnie nękał obraz smutnego Kaulitza. Co on się własnych starych boi czy jaki chuj? Coś mi to wszystko podejrzanie wygląda. Kurde...pomyśle nad tym później ale najpierw muszę do kibelka.
-Nad czym tak rozmyślasz?- zapytał mój boy.
-Muszę do WC.- oznajmiłam i wstałam.
-Mogę iść z tobą?- zapytał Gucio.
-Ej!- Joel trzepnął go w głowę.
-No przecież żartowałem!- oburzył się Gustav.
-Poradzę sobie sama.- oznajmiłam i wyszłam z pokoju.
Na korytarzu nie było nikogo. Było ciemno i cicho. Ruszyłam więc do łazienki na drugim końcu korytarza.
-Zostaw! Przestań! Ja nie chcę! Nie, proszę.- usłyszałam głos młodszego Kaulitza z lewej strony.
Dochodził on z jednego z pokoi. Zaniepokoiło mnie to więc przyłożyłam ucho do drzwi i nasłuchiwałam.
-Przestań machać tymi łapami bo ci je ukręcę, Bądź grzecznym chłopczykiem.
-Ale ja nie chcę!
Usłyszałam jakiś huk, plask, jęk Billa. Serce biło mi chyba ze 100 razy szybciej. Tam dzieje się mu krzywda i chodź jest moim wrogiem...to jest także człowiekiem...człowiekiem który w tej właśnie chwili potrzebuje mojej pomocy.
-Hey Bill!- złapałam za klamkę nie myśląc o tym co będzie dalej.

Rozdział XVII


-Hey Bill!- złapałam za klamkę nie myśląc o tym co będzie dalej.
-Kto tam?- zapytał mężczyzna.
-Ja...Ja jestem gitarzystą Immortal Dream...
-Ale po co tu przylazłaś?
-Musze Billowi coś powiedzieć...Eee to bardzo ważne i muszę to zrobić TERAZ.
-Ale Bill jest teraz zajęty.- powiedział stanowczo.
-Ale jego mama...- zaczęłam.
-Co z Simone?!- zainteresował się facet.
-Ona...zemdlała! Tak, tak jest na dole!- kitowałam.
Drzwi szybko otworzyły się i zobaczyłam w nich mężczyznę. Był bardzo zdenerwowany. Zmierzył mnie wzrokiem zatrzymując się na dekolcie i udach. Zboczeniec jakiś.
-Na dole mówisz?
-Tak, tam na dole przy holu!
Mężczyzna zbiegł szybko po schodach zostawiając za sobą otwarte drzwi. Wbiegłam do pokoju i zobaczyłam że na środku puszystego dywanu leży skulony Bill. Płakał. Miał na sobie tylko spodnie a jego bluzka leżała w kącie pokoju. Co tu się stało? Co ja mam teraz zrobić? Mam coś powiedzieć? Mam iść po Toma? Powoli ukucnęłam obok niego. Wyglądał okropnie. Makijaż rozmazany, blada twarz i siniak pod okiem.
-Bill...co on ci zrobił?
-Nic.- odrzekł i schował twarz w dłoniach.- Zostaw mnie w spokoju.
-Wstawaj i chodź, nie zostawię cię na pastwę tego brutala, jak się skuma że kłamała...no chodź proszę cię.
-Od kiedy się tak o mnie martwisz co?- zapytał.
-Słuchaj....może i cię nie lubię, ale jesteś człowiekiem i nie zostawię cię na pastwę losu...rozumiesz?!- wstałam i wzięłam jego bluzkę po czym rzuciłam nią w niego.- Ubieraj się i chodź! SZYBKO!
Kaulitz powoli wstał i naciągnął na siebie bluzkę. Złapałam go za pasek od spodni i wyciągnęłam z pokoju.
-Jesteś zboczona!- oznajmił i złapał mnie za nadgarstek żeby nie wywinąć orła.
-I kto to mówi?!- oburzyłam się i wepchnęłam go do swojego pokoju po czym zamknęłam go na klucz.
Oparłam się o drzwi i westchnęłam głośno. Uratowałam Kaulitza przed ojczymem brutalem. Oby teraz nas nie znalazł bo nas potnie i rany solą będzie posypywał. Odwróciłam się tyłem do drzwi i spojrzałam na Billa. Chłopak stał parę stóp ode mnie. Ciągle był smutny i zagubiony.
-Dzięki.- powiedział cicho nie patrząc na mnie.
-Spoko...Eh chyba musisz...tu zostać...
-Spoko, przekimam na podłodze.- oznajmił i usiadł na dywanie.
-No...dam ci koc i poduszkę.- powiedziałam.
Podeszłam do łóżka i wzięłam jedną z poduszek i wygrzebałam koc po czym podałam to Billowi. Chłopak ułożył to obok łóżka i westchnął głośno.
-Coś za szybko się to wszystko dzieje...najpierw mnie nienawidzisz...bijesz, wyzywasz, teraz mnie ratujesz i pozwalasz mi tu spać a do tego jesteś tak Chojna i dajesz mi poduszkę i koc...- stwierdził.- Ty jesteś chora? A może masz okres?
-Nie Kaulitz! Nie jestem ani chora ani nie mam okresu, chciałam po prostu pomóc...ale jeżeli coś ci nie pasi...
-Przepraszam...potrafię tylko narzekać.
-No...zgadzam się z tobą, a teraz mi powiedz co się stało.
-Nic...no...pokłóciłem się z ojczymem.- wydukał.
-Chyba nie pierwszy raz co?
-Nie ważne...nie chcę o tym rozmawiać, szczególnie z tobą.
-Nie to nie, ja idę pierwsza do łazienki.- oznajmiłam i ruszyłam w stronę łazienki.
No tak, ja Tu się narażam, daję mu poduszkę i koc a do tego pozwalam w ogóle przekimać w moim pokoju a ten jeszcze pyskuje. Niewdzięcznik. Zrzuciłam z siebie ubrania i weszłam do kabiny prysznicowej. Puściłam wodę i zaczęłam się myć. Byłam totalnie zmęczona, zaraz zasnę. Joel pewnie się wścieknie, ale mam nadzieję że uda mi się go udobruchać. W końcu zrobiłam to z dobrego serca. Wytarłam się i wskoczyłam w bokserki i białą bluzkę prawie do kolan.
-Teraz twoja kolej.- powiedziała beznamiętnie wychodząc z łazienki.
-Ok.- mruknął i zajął łazienkę.
Usiadłam na łóżku po turecku i zaczęłam piłować paznokcie. Ten ojczym to jakiś brutal, ale matka tego nie zauważyła? Może nie zauważyła...a może...nie chciała zauważyć...kto go wie. Kaulitz wyszedł z łazienki i westchnął głośno. Nie za korzystnie wyglądał z tym siniakiem. Będzie potrzebny metr pudru. Chłopak usiadł obok mnie i zmierzył mnie wzrokiem. A ten co? Legowiska pomylił?
-A ty co? Chyba miałeś spać na podłodze nie? A w ogóle co ty się tak roznegliżowałeś? Bądź gentelmanem i nałóż koszulkę, specjalnie nie masz się czym chwalić.
-Maruda jesteś.- stwierdził i poszedł do łazienki po bluzkę.
-Wymagam!- krzyknęłam za nim.
-Właśnie widzę.- mruknął gdy wyszedł z łazienki i znowu usiadł obok mnie.
-Mówiłam że masz spać na podłodze.
-Ale ja przecież nie śpię! Zresztą tu jest wygodniej, może zagramy w karty czy coś? Chyba nie zamierzasz już spać co?
-Nie wiem...ale...jak jutro twój ojczym nas dorwie?
-Nie możemy być sami, wtedy nic nam nie zrobi, zresztą mają jechać o 11 do domu, po prostu nie będziemy wychodzić z pokoju.
-Powiesz mi co się stało?
-Nie.- odrzekł bez zastanowienia.- Zagramy w te karty czy mam iść spać?
-Możemy zagrać.- mruknęłam i wzięłam karty z szafki nocnej.
_***_
-Ha jestem mistrzem pokera.- zaśmiał się Czarny i zgarnął z łóżka kupkę cukierków krówek.
-Oszust.- burknęłam.
-Hej no nie bądź taka obrażalska, nie jestem chamem, podzielę się z tobą.
-Nie musisz, trochę schudnę.
-Nie no bierz jak chcesz, chyba nie myślisz że zjem to sam.- uśmiechnął się i przesunął kupkę cukierków w moją stronę.
-A ty co taki miły?
-A ty?
-Dzień dobroci dla zwierząt Ropuchu.
-No właśnie...krowo.
-No tylko nie krowa! Swoje krowy to ty masz tam w stodole, dobra idziemy spać.- wlazłam pod kołdrę.- A ty na swoje legowisko ale to już!
-A było tak miło.- zabrał swoje cukierki i wlazł pod koc.- Dobranoc krowo.
-Nie jestem krową!
-Nie denerwuj się tak bo ci czarne łatki wyblaknął.
-Yh! Głupi jesteś!- odwróciłam się tyłem do niego i nakryłam głowę kołdrą.
Leżałam tak przez chwilę, już prawie zasypiałam, ale w tej właśnie chwili ktoś zapukał mocno do drzwi. Wygrzebałam się z pościeli i ruszyłam do drzwi. Mam nadzieję że to nie Joel. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Carol.
-A ty już śpisz? Czemu nie wróciłaś z łazienki?- zapytała siostra.
-No bo...bo...- zaczęłam się jąkać.
-Ah nie jąkaj się nie ma wiatru.- wyminęła mnie i weszła do pokoju.
Od razu ją zamurowało. Zrobiła wielkie oczy i spojrzała na śpiącego już Czarnowłosego.
-Ah, no to już wiem czemu nie wróciłaś.- powiedziała z ironią w głosie.
-To nie tak...
-A jak?!- krzyknęła.
-Ciszej bo Ferbiego obudzisz!- zganiłam ją.- Jeszcze tego nam trzeba.
-Więc co on tu robi?- zapytała i założyła ręce na piersiach.
-Ojczym o mało go chyba nie zabił.- skrzywiłam się.- To też człowiek i potrzebował pomocy, to nawkręcałam coś Gordonowi i ukryłam go w moim pokoju, on by go zabił.
-Ciekawe co na to Joel.
-Joel się nie dowie! Prawda?- zapytałam z naciskiem na ,,prawda”.
-A co ty taka dobra jesteś?
-Myślę że on zrobił by to samo dla mnie, czy tam dla ciebie, nadal go nie lubię...i tyle.
-Już myślałam że coś ci się stało, że piorunem oberwałaś czy coś w tym stylu.
-Haha to by było ciekawe.- zaśmiałam się.- Powiedz reszcie że się źle poczułam i już śpię.
-No jasne, cześć.- powiedziała i wyszła.
Mam nadzieję że mi uwierzyła. W końcu wie jak bardzo nienawidzę Kaulitza. Położyłam się do łóżka i zasnęłam.
_***_
Obudziłam się około 10. Bill już nie spał. Leżał na podłodze i jadł swoje krówki(cukierki of curse xD).
-Chcesz?- zapytał i pomachał cukierkiem.
-Dawaj.- wyrwałam mu cuksa i wsadziłam do buzi.
-Łapczywa.- stwierdził i wstał.- O to już po 12!- ucieszył się i usiadł obok mnie.
-No, to już możesz sobie iść.
-Ale najpierw chciałbym ci podziękować...wczoraj ty mi pomogłaś a ja zachowałem się chamsko.- powiedział cicho i zbliżył się do mnie.
-No, powinieneś być mi wdzięczny.
-Jestem wdzięczny.- zbliżył swoją twarz do mojej.- Bardzo, bardzo wdzięczny.
Chłopak przymknął lekko oczy i potarł swoim nosem o mój. Tak całują się Eskimosi...ej!
-Hej uważaj sobie!- zbulwersowałam się i wstałam a on zastygł w bez ruchu.
-Poniosło mnie.- mruknął i potrząsnął głową.- Jeszcze się dobrze nie obudziłem.
-Właśnie widać...a teraz możesz już iść.
-Ale...
-Wyjdź!- powiedziałam nieco głośniej i wskazałam mu drzwi.
-No dobra już idę.- wziął swoje spodnie i cukierki.- Cześć.- mruknął i wyszedł trzaskając drzwiami.

Rozdział XVIII


Wracałam kulturalnie z WC gdy napadł mnie Tom.
-Ty wiesz co się stało Billowi?- wypalił.- Podobno spał u ciebie? Co się stało?
-Chwila...spał na podłodze ok.? To po pierwsze, a po drugie to coś tam było że się z ojczymem pokłócił, nie chciał go widzieć i...przechowałam go.
-Ale jedna sprawa...siniaka pod okiem nie musiałaś mu nabijać.
-Ale...to nie ja.- wypaliłam zanim ugryzłam się w język.- Zawalił w ścianę.
-Ah, a już myślałem że go pobiłaś...z tobą to wszystko możliwe.- mruknął.- Sorry za oskarżenia.
-Jasne, wszystko co złe to ja.- uśmiechnęłam się krzywo.
-Nie...nie o to chodzi...po prostu ty nie lubisz Billa...i jesteś zdolna do wszystkiego.
-No...w sumie to masz rację...a...jak on się czuje?
Ałć co ja gadam? =/
-A dobrze, uspokoił się trochę, a czemu pytasz?
-Z kultury.- wytknęłam mu język.
-A może ty się o niego martwisz co?- zapytał podchwytliwie.
-Bujaj się.
-No dobra, no dobra wiem że nie.
-No właśnie, to dobrze że wiesz, co dzisiaj robimy?
-No w sumie to mamy zgodę na ognicho.- wyszczerzył się.
-OGNICHO!- z pokoju wyleciał Geo.- Geo chce ognicho!- zacząć skakać w miejscu jak pięcioletnie dziecko.
-Tak, tak Georgusiu, będzie ognicho.- Tom westchnął głośno.- Zwariował ostatnio.- wytłumaczył mi.
-No właśnie widzę...
-Geo idzie po zapałki i coś na rozpałkę.- zatarł chytrze ręce i zniknął w swoim pokoju.
Na początku było słychać stękanie Georga, potem jakiś trzaski. Tom to już chciał lecieć zobaczyć co się dzieje ale go powstrzymałam. Niedługo potem z pokoju wyszedł Georg z noga od krzesła w ręku.
-Mam na rozpałkę!- ucieszył się.
-Eee...nawet nie mów mi że połamałeś hotelowe krzesło.- oznajmił mu Tom.
-Połamałem hotelowe krzesło.
-PROSIŁEM ŻEBYŚ TEGO NIE MÓWIŁ!- wkurzył się Dred.
-Dobra, nie powiedziałem tego.
-Ufff.- odetchnął z ulgą starszy Kaulitz.
-Kiedy te ognisko?- zapytałam.
-A nie wiem, jak będziemy robić to cię zawołamy.- oznajmił Dred.
-Trzymam cię za słowo.
-Wolałbym żebyś trzymała mnie za coś innego.
-Spadaj zboczeńcu.- wytknęłam mu język i uciekłam do pokoju.
_***_
Siedzieliśmy wszyscy przy skupisku gałęzi. Tom i Gustav latali w około paleniska i próbowali to jakoś podpalić.
-Ja pierdziele, nigdy bym nie pomyślał że to takie trudne jest!- oznajmił Tom i włożył między gałęzie podpaloną kartkę.
-Geo chce ognicho.- zasmucił się basista i próbował się do Josha przytulić.
-Będzie ognicho!- krzyknął Dred gdy gałęzie powoli zaczęły się jarać.- Bill dawaj kiełbaski!
Czarny wstał i podreptał do hotelu po kiełbasę. Nie no to będzie na pewno niezapomniane ognisko xD. Bill wrócił z całą reklamówką(taką z biedronki) kiełbasek. Może dla Georga styknie. A ten idiota dalej zaciesza bo ognicho jest...
-Pieczemy kiełbaski.- Joel też zaczął zacieszać i nabił kiełbaskę na badyla.- Sariel chcesz?
-Nie dzięki, poradzę sobie bez.
-Ja ci swojej nie dam.- zagroził mój boy i zaczął swoją piec.
-No dobra, nie chcę.- wystawiłam mu język.
-O nie!- zawył Geo.- Kiełbaska mi do ogniska wpadła.- zasmucił się.
-Bill użyczy ci swojej.- oznajmił Gucio.
-Serio Bill?- zapytał rozczulony basista.- Kochany jesteś!
-Spadaj nie oddam ci mojej kiełbachy!- krzyknął Czarny i zaczął machać kijem w wyniku czego Zajebał Joshowi w oko.
-Ała! Uważaj ty z tą swoją parówą.- burknął i zaczął Se oko ,,masować”.
-No Bill to ma nieokrzesaną kiełbache.- zaśmiał się Dred.
-Odczep się!- zbulwersował się wokalista.
-Skąd się takie dzieci biorą?- zapytała siostra która nagle znalazła się obok mnie.
-Chyba z kapusty kiszonej.- mruknęłam.
-Całkiem możliwe, te całe ognicho to jakieś...- przerwała.
Gustav zaczął skakać w około ogniska a Tom lał go ścierką po tyłu próbując w ten sposób ugasić ogień na jego tyłku.
-Moja dupa!- wrzeszczał Gucio i biegał w kółko.
Bill odkręcił colę i wylał całe dwa litry na tyłek perkusisty. Ugasił pożar ale Guciowi na spodniach dziurę wypaliło i było widać jego różowe majtki z dniem tygodnia xD.
-To już sobota?- zdziwił się Joel.- Ale w kalendarzu pisze że wtorek!
-Gustav majtki pomylił.- stwierdził Georg.- Następnym razem ci z Billem pomożemy.
-Odwal się wreszcie ode mnie!- wrzasnął Czarny i tupnął nogą.- Nie jestem homo!
-Oho *Żampol się wkurzył.- stwierdziłam.
-Księżniczka się odezwała.- skrzywił się Bill.
-Zamknijcie się wszyscy!- ryknął Gustav.
Nastała cisza. Georg Joel i Josh nie mieli nawet odwagi się poruszyć. Carol odchrząknęła a ja ziewnęłam. Gucio zmierzył nas wszystkim wzrokiem po czym oznajmił.
-Grzeczne dzieci, teraz wujek Gucio idzie zmienić spodnie.
-I majtki!- wtrącił Joel.- Dzisiaj wtorek jest.
-A ty jakie majtki masz?- zapytał Josh.- Te takie ze spidermanem?
-Nie, z Batmanem.- rzucił ironicznie mój boy.
-Nigdy więcej ognisk.- oznajmiłam i wstałam.- Idę spać, jestem zmęczona.
-Ja z tobą idę.- oznajmił Joel.
-Mogę być chrzestnym?!- wypalił Tom.
-Tak, od razu dziadkiem.- uśmiechnęłam się i ruszyłam w stronę hotelu.
_***_
Obudziłam się w ramionach Joela. Uśmiechnęłam się pod nosem i postanowiłam jeszcze poleżeć. Dopiero po 9, wszyscy pewnie jeszcze śpią.
Z tego co wiem to wczorajsze ognisko nie skończyło się zbyt dobrze. Słyszałam tylko jak ktoś krzyczał żeby mu włosy zgasili. Mam nadzieję że to Ferbiemu się podjarało. Wtedy usłyszałam głośne krzyki dochodzące z korytarza. Wstałam i przyłożyłam ucho do drzwi.
-Ty idioto! Ty to taka ciapa jesteś!- wrzeszczał Bill.
-Bill...sorry nie chciałem.- próbował tłumaczyć Geo.
-Ty to taka ciapa jesteś...kurwa taka ciapa! Jakby był konkurs na największą ciapę to byś drugie miejsce zajął!
-Ale...dlaczego drugie?
-Bo taka kurwa ciapa jesteś!
-Ale ja na serio nie chciałem...ja tylko...chciałem sobie paznokcie na czarno pomalować...
Geo na czarno paznokcie? Co to się dzieje? Brechać zaczęłam i już chciałam wyjść z pokoju, ale ja przecież w samych majtkach i bluzce się Geo nie pokażę. Naciągnęłam na tyłek spodnie i wyszłam z pokoju. Bill trzymał w ręku bluzkę pobrudzoną czarnym lakierem, tuszem i cieniem.
-Zamknijcie się! Porządni ludzie chcą spać.- burknęłam.
-Geo upieprzył mi całą bluzkę!- wytłumaczył Czarny.
-Ja tylko paznokcie malowałem!- pokazał palce do połowy wybrudzone w czarnym lakierze.
-Jak ślicznie paznokcie pomalowałeś...- oznajmiłam.
-Ja mam ładniejsze.- powiedział Bill i zaprezentował swoje dokładnie pomalowane pazurki.
-Ale Georgusia są takie oryginalne.- stwierdziłam.- A twoje takie oklepane!
-A tak w ogóle to do budy Geo.- Bill wskazał mu drzwi pokoju.- Muszę porozmawiać z Silviią.
-To ja z wami porozmawiam.- wyszczerzył się Listing.
-Spadaj Żorż.- syknął Bill.
-No dobra...idę!- Georg rzucił focha i zniknął w swoim pokoju.
-No dobra...mów szybko o co chodzi.- powiedziałam i założyłam ręce na piersiach.

Rozdział XIX


-No bo...wczorajszy wieczór był nawet taki miły, ta gra w karty...śmialiśmy się, rozmawialiśmy i w ogóle...myślę, że nie są nam potrzebne te kłótnie, wyzwisk i te krzywe spojrzenia...jeżeli byśmy się postarali to moglibyśmy zostać dobrymi przyjaciółmi.
-Chyba sam w to nie wierzysz.- burknęłam.
-Chcesz się kłócić? Bo ja nie, wszystkich tu lubisz tylko nie mnie...ciągle się ze mnie śmiejesz, wyzywasz...
-Chodzi ci tylko o to żebym cię nie wyzywała? Oj biedny Billuś, ja przynajmniej nie szydzę z twoich rodziców.
-A ja z twoich tak?
-Matka cię nie kocha a ojciec tylko w nocy.- zacytowałam.
-Nie wiedziałam że twoja matka nie żyje...
-Chodzi tu o całokształt...zresztą jakoś sobie nie wyobrażam żebym mogła żyć z tobą w zgodzie.
-No to nie masz za bujnej wyobraźni.
-A ty aż nadto...- rzuciłam i wróciłam do pokoju zostawiając go samego na korytarzu.
Może Kaulitz nie jest aż taki zły? W sumie to nawet fajnie grało się z nim w karty, ale jednak nie wyobrażam sobie zgody między nami. Chce się pogodzić tylko dlatego bo nie chce być inny, żebym się z niego nie śmiała? Nie wiem o co mu chodzi. Wlazłam pod kołdrę i wtuliłam się w plecy Joela. Nie ważne...nie obchodzi mnie on...ani trochę...
_***_
-Wstawaj księżniczko już po 12.- usłyszałam cichy głos nad uchem.
-Już wstaję mój książkę.- usiadłam i ziewnęłam.
-Dobrze się spało?- zapytał Joel i uśmiechnął się.
-Świetnie.- odrzekłam i położyłam głowę na jego torsie.- Ale o 9 obudzili mnie Kaulitz i Żeo. Potem Ropuch chciał się godzić.
-No i co? Pogodziliście się?
-Nie, ja nie chcę.
-A właśnie...apropo Ropucha to widziałem jak wczoraj wychodził po 12 z twojego pokoju...w samych bokserkach i bluzce, ze spodniami w ręku.
Ups...no to mam problem...
-A no wiesz...wpadł rano bo mu się cień zgubił...eee a wiesz że ja oczy maluje.
-I pół goły tak sobie wpadł po cień? Kiepska wymówka.- odepchnął mnie i wstał.
-Ale Joel...znowu będziemy się kłócić?
-To po co mnie okłamujesz? Lepsza straszna prawda niż kłamstwo? Zdradziłaś mnie?
-Nie, chyba musiałabym być pijana. Ale nie mogę ci powiedzieć prawdy...powiem ci tylko to była sprawa nadzwyczajna i nie mógł wróci na noc do swojego pokoju...spał na podłodze, do niczego nie doszło, zjadł mi wszystkie krówki a rano sobie poszedł.
-I tak paradował pół nagi przy tobie tak?
-Jakbym nigdy nie widziała chłopaka.- prychnęłam.- Powtarzam po raz setne że NIE INTERESUJĄ MNIE INNI CHŁOPACY A SZCZEGÓLNIE ROPUCH! Dotarło?- krzyknęłam i wstałam.
-Udowodnij.- rozkazał i podszedł do mnie.
-Kocham ciebie i tylko ciebie.- oznajmiłam i pocałowałam go namiętnie.
_***_
Drzwi mojego pokoju otworzyły się i stanęła w nich Kim z Carol. Obie miały na sobie duże ciemne okulary i bluzy z kapturem. To znaczy że...
-Idziemy na zakupy.- oznajmiły.
-Super! Tylko wezmę okulary i bluzę.
Szybko wzięłam okulary. Nałożyłam je na nos a bluzę zarzuciłam na ramiona. Wzięłam kasę i wyszłam na korytarz....a tam stał jeszcze Ferbi i poprawiał makijaż.
-A ten tu czego?- zdziwiłam się.
-Idę z wami.- odrzekł beztrosko.
-W takim razie ja zostaję.- oznajmiłam.
-Oj no nie wydurniaj się.- Carol wzięła mnie pod rękę i zaczęła ciągnąć po schodach.
-Pozwoliłyście mu iść?!- zdziwiłam się.
-No co? Żaba też forma życia.- stwierdziła Kim.- Zresztą Jost nas o to poprosił, za te W11.
Władowaliśmy się do małego busika i ruszyliśmy. Ja siedziałam z Carol, Kaulitz i Kim oddzielnie. Nie dziwię się menagerce. Czarny siedział za spuszczoną głową i pykał coś na komórce. Pewno smsy z Geo pisze... ,,NIE JESTEM HOMO DAJ MI WRESZCIE SPOKÓJ!” xD. Siostra słuchała mp3 więc nawet sobie z nią nie pogadam.
Po około 10 minutach dojechaliśmy na miejsce. Cała nasza czwórka wyskoczyła z autobusu. Bill naciągnął kaptur na głowę i wszedł do pierwszego z brzegu sklepu a my poszłyśmy za nim.
-O ja chcę tą mini, tą mini.- Carolina od razu rzuciła się do jakieś spódniczki.
Wszyscy się rozeszli po sklepie a ja zostałam sama na środku. Wypatrzyłam zajebistą spódniczkę w kratkę i poszłam do przebieralni żeby ją przymierzyć. Zdjęłam spodnie i nałożyłam spódniczkę. Bardzo fajnie leży. Uśmiechnęłam się do lusterka i postanowiłam kupić mini. Wtedy zobaczyłam kawałek białego adidasa należącego do właściciela w przebieralni obok. KAULITZ! Uklęknęłam na kolana i spojrzałam przez szparkę między przebieralniami. Bill właśnie przymierzał spodnie, ale szczęście nie widziałam nic oprócz jego butów i podłogi. Dyskretnie wsunęłam rękę na jego ,,teren” i powoli zaczęłam przyciągać do siebie spodnie leżące na podłodze. Ha! Zdobyłam spodnie Kaulitza a ten idiota tego nie zauważył. Zaśmiałam się cicho i wstałam z podłogi po czym jak gdyby nigdy nic wyszłam z przebieralni i powiesiłam jego spodnie na jednym z pustych wieszaków po czym wróciłam do przebieralni przebrać się i podsłuchiwać Czarnego.
-O kurwa gdzie moje spodnie?- zapytał cicho sam siebie.- Gdzie moje spodnie?! UKRADLI MI SPODNIE!- wrzasnął.
Siedziałam w swojej przebieralni i brechałam z niego. Kaulitz padł na kolana i zajrzał do mojej przebieralni.
-Ej Valo, widziałaś może moje spodnie?- zapytał.
-Nie, nie widziałam.- powiedziałam jak najpoważniej się dało.
-Szlag...
-A co zgubiłeś?
-No były...i nie ma...a...ej! ty je masz wiedźmo!
-Nie mam twoich spodni, odczep się ode mnie!
-Masz.- warknął.
-Nie mam! Mam tylko swoje!
Bill wstał i wyszedł z przebieralni. Ja też. Chłopak zaczął szukać swojej własności. Zaglądał pod lady i biurka. W końcu zostało mu już tylko biurko z kasą. Kaulitz ukląkł i zajrzał pod nie.
-Przepraszam, widziała może pani moje spodnie?- zapytał ekspedientki.
-Zboczeniec!- wrzasnęła kobieta i zdzieliła go po łbie parasolką.- Wyłaź spod tego biurka!
-Ale ukradli mi spodnie!- zbulwersował się i zaczął masować po głowie.- To ona mi ukradła!- oznajmił i wskazał na mnie.
-On zwariował.- wytłumaczyłam i skrzywiłam się.
-Wcale nie zwariowałem!- zbulwersował się.- Ty mi zajebałaś spodnie idiotko!
-Po co mi niby kurwa twoje spodnie?! Do szczęścia mi nie potrzebne! zresztą zobacz że nie mam ich! Mam je gdzieś? Może w majtkach schowałam?
-Wiem że to twoja sprawka.- mruknął i wstał.- Płacę za te spodnie.- powiedział i wskazał na spodnie które aktualnie miał na dupie po czym wyłożył forsę na ladę.- Zapłacisz mi za to wszystko Valo, zemszczę się na tobie, pożałujesz że ze mną zadarłaś.
_***_
Łaziłam właśnie po drogerii i wybierałam perfumy i najróżniaste kosmetyki. Ciekawe co porabia Joel i reszta. Wrzuciłam do koszyka jakąś perfume i czarny lakier. Pewno siedzą i oglądają Księżniczkę Łabędzie na DVD bo Geo kupił ostatnio na bazarze, co za dzieci. Dorzuciłam do koszyka dezodorant i ruszyłam do kasy. Zapłaciłam po czym wyszłam ze sklepu. Po drugiej stronie ulicy stał Bill i trzymał w ręku swoje spodnie które mu podprowadziłam. Oho wreszcie je znalazł. Spojrzałam przed siebie i zaczęłam iść do kolejnego sklepu jak gdyby nigdy nic.
-Ej! Valo zaczekaj!- krzyknął za mną.
Przyśpieszyłam kroku a on przebiegł przez ulicę i zaczął mnie gonić. Ja wzięłam nogi za pas i przebiegłam na drugą stronę ulicy. Skręciłam w prawo i biegłam chodnikiem który prowadził do placu zabaw dla dzieci. Zwinnie przeskoczyłam przez niewysokie ogrodzenie i ruszyłam w stronę ślizgawki. Dzieci bawiły się i śmiały, zero trosk, zero łez…Uśmiechnęłam się na sam widok tych beztroskich słodkich buziek…Boże Kaulitz! Zapomniałam o nim. Szybko schowałam się pod jedną ze ślizgawek…miejmy nadzieję że mnie nie znajdzie.
-Kim jesteś dziewcynko?- zapytał chłopiec i ukucnął naprzeciwko mnie.
-Jestem Silviia.- odrzekłam.
-A co tu lobis?
-Chowam się przed takim jednym idiotą.- odrzekłam i zaczęłam się rozglądać.
-Zakochał się w tobie?
-Eee…nie chce mnie zabić bo mu zabrałam spodnie.
Wtedy zaczęły się schodzić dzieci. Było ich chyba ze 10.. Otoczyły mnie ze wszystkich stron i przyglądały mi się…Jeden chłopiec odepchnął tego który kucał obok mnie i zajął jego miejsce. Dzieci są brutalne!
-Co to?- zapytał i pociągnął mnie za kolczyk w nosie.
-Ała to boli gówniarzu!- wrzasnęłam i złapałam się za nos.- Uważaj sobie co?
-O tu też masz!- złapał mnie za kolczyki w wardze i pociągnął.
-Ej, ej młody.- usłyszałam znajomy głos.- Nie wiesz jak postępować z dziewczynami, więc za to się nie bierz.- poradził mu Czarny.- A już szczególnie nie ciąga się dziewczyn za kolczyki.- złapał go za ucho i pociągnął do góry.- Miło?
-Ała, Ała puść mnie!- wrzasnął chłopczyk i wstał.
-A będziesz tak robił?
-Nie, nie będę obiecuję!- zapiszczał młody.
-No to teraz spadać.- nakazał Bill i puścił go.- Wszyscy…ale to już!
Dzieciaki porozbiegały się i zostawiły ślizgawkę w spokoju. Czarny usiadł na piasek i położył sobie spodnie na kolana. No to bardzo ładnie z dziećmi umie postępować.
-Poradziłabym sobie.- oznajmiłam.
-Taa ja wiem ale nie chciałem żebyś posłała tego dzieciaka do szpitala.
-Myślę że tak źle by nie było.- zaśmiałam się i podciągnęłam kolana pod brodę.
-A kto ci go tam wie…z tobą nic nigdy nie jest pewne…
-Hyh...nie znasz mnie…znaczy znasz tylko z tej złej strony.
-No właśnie…- powiedział cicho.- Ale nie pozwalasz mi się poznać od tej drugiej, dobrej strony.
-Nie zasłużyłeś…
-No tak…nie zasłużyłem.- powiedział cicho i spojrzał w drugą stronę.- Ja na nic nie zasługuje…ani na to żeby być sławnym, ani na to żeby ciebie poznać…może nawet na to żeby żyć.
-Nie wymyślaj już.
-Nie wymyślam, gdyby nie było mnie na świecie, to bym nie musiał przeżywać tego co przeżywam…
-A co takiego przeżywasz?
-Nie powiem ci…
-To po kiego chuja zaczynasz temat?
-Przepraszam…nie powinienem…pójdę już…- wstał i ruszył w stronę płotu zostawiając mnie samą pod ślizgawką.

Rozdział XX


Wyszłam z pokoju i cicho zamknęłam drzwi. Joel spał smacznie, a mnie wzywa siostra. O 4 w nocy jej się zachciało zwierzeń. Na paluszkach przemknęłam do jej pokoju. Karolina siedziała na łóżku i rozmyślała nad czymś. Nawet mnie nie zauważyła…Coś za często ostatnio mnie ludzie nie zauważają. Jak miło…
-Cześć, przyszłam.- oznajmiłam głośno.
-Co? Aaa Sariel!- zauważyła mnie.- Siadaj, siadaj.
Usiadłam naprzeciwko i spojrzałam w jej oczy. Jakby nie była w tym świecie, ale w świecie marzeń…Pewno marzy o super przystojnym księciu.
-Miło, że mnie w końcu zauważyłaś…- rzuciłam beztrosko.- A o co chodzi że wyciągasz mnie z łóżka o czwartej nad ranem?
-Zauważyłaś że Tom ostatnio stał się jakiś dziwny?
-Ogląda mniej pornosów?
-Nie…
-Więcej pornosów?
-Nie…
-Nie podrywa żadnych lasek?
-NIE O TO CHODZI!
-No…a o co?
-No…taki inny jest…nie tak jak na początku…nie taki macho…tylko taki miły, sympatyczny koleś.
-Dla mnie to on zawsze będzie niewyżytym zboczeńcem.- oznajmiłam.- Nie…nie zauważyłam tego.
-Widzę, że jestem sama ze swoim zdaniem.
-Może…on zmienił stosunek tylko do ciebie, Hym?- zapytałam podejrzliwie.
-A…a czemu miałby się zmieniać w stosunku do mnie?
-Bo Np. zakochał się?
-Ah! Daj spokój!- powiedziała a jej policzki oblał rumieniec.- Głupoty gadasz…
-No nie wiem, Tom to mój przyjaciel...i wiesz...
-WIESZ COŚ?!- krzyknęła i złapała mnie za ramiona.
-Nie, nic nie wiem.- bawiłam się z nią w kotka i myszkę.
-Wiesz!
-Nie, a nawet jakbym wiedziała, to bym nie powiedziała...nie zabrałabym tej przyjemności Dredowi.- powiedziałam i uśmiechnęłam się chytrze.
-Jesteś cham.
-Nie jestem cham...na serio nic nie wiem...no.- mruknęłam i skrzyżowałam palce za plecami.- To tylko moje podejrzenia.
-Aha...twoje podejrzenia.- mruknęła siostra.
-A co, zakochałaś się?
-Pfy...chyba śmieszna jesteś.- mruknęła i odwróciła wzrok.- Wcale nie.
-No, ciekawe...
-Weź mi tu nie wymyślaj.
-Nie wymyślam, ja tylko sugeruję.
-Więc przestań to robić!- warknęła siostra.
-No dobra, nie wkurzaj się już bo zzieleniejesz jak Czesio.
-Eh...myślałem że mi pomożesz.
-Ale, ja nie wiem jak, nie wiem co ci powiedzieć.
-Nic nie mów...- mruknęła.
-Nie wiem jak ci pomóc...chyba już pójdę...
-Jak chcesz.- burknęła i wtuliła się w poduszkę.
-Nie musisz się obrażać.- prychnęłam i otworzyłam drzwi.- Po prostu nie wiem i tyle!
-Nie obraziłam się.
-Wcale.- warknęłam i wyszłam trzaskając drzwiami.
_***_
Dzisiaj 1 września. Urodziny bliźniaków i w tym koniec trasy koncertowej. Idziemy do klubu żeby się wyszaleć i napić. Sama nie wiem czy to dobry pomysł, ale w końcu raz się żyje. Tom się chyba podnieci prezentem. Zaśmiałam się i spojrzałam na wielką koszulkę z napisem ,,Sex Gott” i zdjęciem Dredziarza pod napisem. Na pewno będzie w niej spał xD. A Bill to mnie udusi serpentyną za prezent, ale to moje dobre intencje. Wskoczyłam w moją całkiem nową mini w kratkę i białą bluzkę z kołnierzykiem i naszywkami. Do tego glany i jakieś łańcuchy. Wzięłam ze sobą dwie paczki i wyszłam z pokoju.
-Co tam dla mnie masz?
-AA! Chcesz żebym zawału dostała?- zapytałam i schowałam torby za siebie.- Nie pokażę!
-Ale co tam masz, no pokaż.- Tom zrobił słodkie oczka.
-W A L S I Ę.
-To chociaż pokaż co Billosławowi kupiłaś.
-Spiżdżaj, zobaczysz na imprezie.
-Chamka.
-Spadaj.- wystawiłam mu język i zbiegłam po schodach na dół, gdzie już czekał na mnie Joel.
-Jak sexownie.- uśmiechnął się.- To dla mnie czy dla Kaulitzów?
-Dla Żeorża.- wystawiłam mu język.
-Oh ty niedobra!- zbulwersowała się.
Zaśmiałam się i oboje wyszliśmy z hotelu. Bus już na nas czekał a w środku cała reszta oprócz Dreda i Ropucha. Załadowaliśmy się do busa i ruszyliśmy.
-Co masz da braci K?- zapytałam siostry.
-Dla Toma mam puzzle z gołą babą a dla Billa zbiór bajek Disneya.
-Ooo Tom to będzie bardzo zadowolony, a Bill to nie wiem.
-Niech tylko spróbuje się nie cieszyć!
-Pobijemy go.
-Obwiniemy sraj taśmą i w piwnicy zamkniemy.- oznajmiła siostra i zaśmiała się diabelnie.- To będą najlepsze urodziny w jego życiu.
_***_
W klubie było pełno osób. Nikogo tu nie znałyśmy oprócz Gustava i Żorża, a bracia Kaulitz mieli wparować do Sali w wielkim stylu. Przez okno wpadną jak supermeni. Żorż wodził wzrokiem za tyłeczkami dziewczyn. Pedofil.
-Chodź idziemy do baru.- szepnął mi na ucho Joel.
-Już chcesz pić? Jeszcze się impreza nie zaczęła.- mruknęłam.
-Oj no chodź.- nalegał.
-Taak kochanie, najlepiej najebać się na samym początku i potem nic już nie pamiętać.- powiedziałam i skrzywiłam się.
-Przesadzasz.
-Nie, to ty przesadzasz mój drogi.
-Idę.- oznajmił i ruszył do baru.
-Ty, on alkoholikiem jest?- zapytał Gucio.
-Amator Alkoholik.- odrzekłam.
-A Geo Amator Podrywacz.- powiedział Gusti i spojrzał na przyjaciele który próbował poderwać jakąś pannę.- Strzeli mu w prawego policzka.
-A ja ci mówię, że w lewego.
-W prawego.
-W lewego.
-Dobra, to jak w prawego to stawiasz mi drinka a jak w lewego to ja ci.
-Dobra.- zgodziłam się.
Usiedliśmy oboje do stolika i oberwaliśmy Żeo i jego koleżankę. Obleś próbował ją jakoś obmacywać, ale chyba nie wiedział jak ma się do tego zabrać. Biedny, Tom chętnie by mu pomógł gdyby tu teraz był. Strzel go w lewego, w lewego, w lewego. Listing w końcu przełamał pierwsze lody i złapał laskę za tyłek, on za szybki jest.
-AA! Z prawego! Z prawego!- ucieszył się blondyn.- Stawiasz mi drinka! Stawiasz mi drinka!
-Ale tu i tak wszystko za darmo jest.- oznajmiłam i wyszczerzyłam się.
-No to postawisz mi kiedyś, jak będzie płatne.
-A Kaulitzowie mają zamiar tu wjechać…na krowach?
-Nie, Bill na Tomie.- odrzekł i wytknął mi język.
-Ooo bardzo ciekawe.- zaśmiałam się.
_***_
Drzwi Sali otworzyły się nagle a z sufitu urwały się balony i serpentyny. Do środka wparowali bracia Kaulitz z głośnym wrzaskiem. Na środek wprowadzili jakiś extra wielki tort. Bill od razu chciał kroić ale Georg go powstrzymał. Ja i Gustav wszystko obserwowaliśmy ze stolika.
-Bill nie będzie zachwycony.- mruknął blondyn.
-Dlaczego?- zapytałam.
-Zaraz zobaczysz.
Nastała cisza. Tom uśmiechał się cwaniacko, a Bill był nieco zdziwiony i chyba trochę zaniepokojony. Wieko tortu otworzyło się i wyskoczyły z niego dwie laleczki w stringach z ogonkiem, staniku i opaskach z uszami królika. Młodszy Kaulitz skrzywił się i natychmiast odszedł od brata i tych dwóch dziewczyn.
-To okropne!- wrzasnął i usiadł między mną a Gustavem.- Tom to się zaraz wyślini na śmierć.- stwierdził i spojrzał na brata którego otaczały dwie panienki.
-On taki już jest.- stwierdził perkusista.- Ja ten…do kibla muszę.- oznajmił i wstał.
-Ej!- krzyknęłam i spojrzałam na niego z wyrzutem.
-Podać coś?- zapytał kelner który właśnie podszedł do naszego stolika.
-Ja RedBulla poproszę, a ty, pijesz coś?- zapytał mnie Czarny.
-Niech będzie to samo.
-Dobrze, za chwilkę przyniosę.- oznajmił koleś i odszedł.
Czarny patrzył się gdzieś w tłum i stukał paznokciami o stolik. Chyba o czymś myślał…oczy miał przymrużone i lekko zmarszczone czoło. Proste włosy swobodnie opadały na jego twarz…Jak tak się dłużej przyjrzeć, to wcale nie jest taki brzydki…ale żeby nie było że mi się Ropuch podoba.
-Wolałbym normalny tort.- powiedział nagle.- Po chuja te laski…chyba obie dla Toma, przeleci je po kolei.
-Myślałam że kochasz brata…
-Ale on przesadza, tylko mu seks w głowie, mógłby się wreszcie zakochać.
-To ty nic nie wiesz?- zdziwiłam się.
-No coś tam burczał o Carolinie…a ja nie wiem, do czego on naprawdę zmierza.
-Może trzeba mu zaufać?
-Na pewno trzeba…
-No właśnie…
-Dla państwa.- koleś podszedł do nas i podał nam Redbulle.
-Dzięki.- mruknął Bill i zaczął sączyć przez słomkę napój.
-Mam coś dla ciebie.- oznajmiłam.
-Serio?- zdziwił się.
-No.- odrzekłam i podałam mu małą torebeczkę.
-O ja pierdzielę!- wykrzyknął na widok prezentu.- Zawsze o tym marzyłem! Gdybyś mnie lubiła, to bym cię wyściskał.
Zaśmiałam się i aż mi się zrobiło lżej na sercu. Myślałem że on mnie zabije, a ten zaciesza. Chłopak wyjął z torebeczki dwa tamagotchi i uśmiechnął się pod nosem.
-Drugie możesz dać dla dziewczyny, a potem ich połączyć w parę.- wyszczerzyłam się.- Albo ewentualnie dać dla Geo, może on marzy aby być dziewczyną.
-Hehe, nie obchodzi mnie o czym Geo marzy.- oznajmił i włączył swoje tamagotchi.- Ha…to ja sobie wezmę laskę, tak dla kontrastu, a ty masz feceta.- powiedział i rzucił mi drugie ,,jajko”.- Nazwij go Bill, będzie fajnie.
-Ale ja chcę żeby on nazywał się Żorż!
-A jak ja swoje nazwę Sil to potem się połączycie razem.- zaczął się śmiać.
-O tak, tak na wieki wieków amen, nazwę go Joel.
-No to ja swoje przechrzczę na Kim.- zagroził.- Bill albo żaden.
-To jest szantaż! Podam cię na policję! Zobaczysz!
-Jestem zawodowym szantażystą.- wytknął mi język.
Chwila…to za daleko poszło…Opamiętaj się Sariel! Kurde, pomyśli sobie Kaulitz niewiadomo co...Wstałam od stolika i odrzuciłam mu tamagotchi.
-Za daleko to poszło, daj te drugie komu tylko chcesz, tylko nie mnie.
-Ale o co chodzi?- zapytał.- Jeżeli cię uraziłem to przepraszam, ale nie odchodź…
-Ym…muszę zobaczyć co Joel robi…Nie chcę żeby pił za dużo.
-Ale wrócisz, prawda?- zapytał z nadzieją w głosie.
Nie wiedziałam co mam mu odpowiedzieć. Niby go nie lubię…ale gada się z nim naprawdę fajnie i może za szybko go oceniłam. Może należy dać mu szansę i poznać tak naprawdę…
-Taak, raczej zaraz wrócę.- powiedziałam i uśmiechnęłam się.
Chłopak odwzajemnił uśmiech i spojrzał mi w oczy. Po raz pierwszy zobaczyłam jego śliczne orzechowe oczy. W tej chwili błyskały w nich małe iskierki szczęścia, jak w oczach dziecka. Ejejej, chyba znowu coś jest ze mną nie tak. Potrząsnęłam głową i ruszyłam w stronę baru. Nie wiem czemu, ale czuję że zrobiłam coś złego…a przecież, tak naprawdę to nic nie zrobiłam. Joel siedział przy barze i pił nie wiem które już piwo.
-I co? Znowu się napiłeś tak?- zapytałam.
-Tylko trochę.- wymamrotał.
-Tylko trochę?!- zbulwersowałam się.- Jesteś totalnie zalany! Wstyd mi za ciebie.- syknęłam.
-Chodź tu mała…napij się ze mną!- zaproponował Joel.
-Wal się, chociaż raz mógłbyś nie narobić sobie wiochy i nie pić…ale nie wóda i browary ważniejsze od wizerunku.- oznajmiłam i skrzywiłam się.
-Rozluźnij się i chodź pod koc na noc.- zaśmiał się.
-Zboczeniec i pijak, nie odzywaj się do mnie!- burknęłam i ruszyłam w stronę łazienki.
Każda impreza zaczyna się textem w stylu ,,Silviiuś tylko jedno piwko” i kończy się na holowaniu do autobusu. Weszłam do łazienki w celu opłukaniu twarzy. Po otwarciu drzwi do moich nozdrzy uderzył zapach papierosów. No jak w każdym kiblu w klubie. Widać znajomi Billa i Toma to nałogowi palacze. Podeszłam do umywalki i puściłam wodę. Wzięłam trochę w dłonie i chlapnęłam sobie na twarz.
-Ał Tom uważaj!- usłyszałam głos siostry dobiegający z jednej z kabin.
-Te puzzle to mogły być z twoim wizerunkiem.- mruknął Kaulitz.- Niekoniecznie nagim…ale można by.
Oho Tom przystępuje do akcji Uwodzenie Karoliny. Zaśmiałam się cichutko żeby mnie nie usłyszeli. Chyba się nie obrażą jak trochę sobie posłucham. W sumie miałam wrócić do Billa…ale co tam Bill, poczeka sobie.
-Tom, nie uważasz że to za szybko się toczy?
-Aj tam...narzekasz.- dziwne mlaśnięcia.- To najlepszy prezent na urodziny, namiętny pocałunek od ślicznej kobiety.
No, no Tom robi postępy. Czasem to bym chciała, żeby mnie Joel od nowa zdobywał, tak romantycznie było…a teraz? Buzi, buzi, Mizi, Mizi i picie w jego przypadku. Potrzebuję kogoś żywiołowego…aaaa grry.
-No to może już dość co?- zapytała sis.- Wróćmy do ludzi!
-No dobra, dobra…
Oho trzeba się zmywać. Szybko zwiałam z łazienki i schowałam się za drzwi. Kaulitz i Carol wyszli z kibla jakby po prostu się tam załatwiali…No to teraz mogę wracać do Billa…Idę poplotkować z nim o Tomie i Carol…Billowi już dość dupę obrobiłam wcześniej xD. Powoli zaczęłam cofać się do tyłu…i nagle poczułam w okolicach pośladków coś…twardego. Usłyszałam za sobą szybki oddech chłopaka.
-No kochanie, teraz już jesteś tylko moja, moja i koniec.- poczułam jego dłonie na swoich pośladkach.
-Zostaw mnie zboczeńcu! Nie możesz tego zrobić! NIE!
-Mogę, zamknij się i bądź grzeczna.- chłopak zatkał mi usta dłońmi i zaczął ciągnąć w stronę drzwi za nami.

Rozdział XXI


Wierzgałam nogami i próbowałam bić go pięściami ale się nie dało.
-Zwariowałeś?!- zapytała gdy już mnie puścił.- Najebałeś się, potem będziesz żałował…daj mi spokój.- wstałam z kolan i chciałam wyjść z małego ciemnego pomieszczenia.
-Nigdzie nie pójdziesz.- warknął i pchnął mnie na ścianę.
-Właśnie że pójdę!- próbowałam go wyminąć ale znowu pchnął mnie na ścianę z jeszcze większą siłą.- Uspokój się i wypuść mnie…
-Nie.- syknął a w jego oczach zaiskrzyły iskry szaleństwa.
-Obłąkany jakiś jesteś.- skrzywiłam się.
-Nazywam się Martin, a nie per Obłąkany.
-Odejdź ode mnie idioto.
-Jesteś taka śliczna.- powiedział cicho.- Taka delikatna.- zbliżył się do mnie i przejechał palcem po moim ramieniu.- Będziesz dzisiaj moja.
-Chyba z snach.- skrzywiłam się i znowu spróbowałam zwiać.
-Nie tak szybko.- przycisnął mnie swoim ciałem do ściany.- Coś powiedziałem…- szepnął mi do ucha i położył dłoń na moim udzie.
Przeszedł mnie zimny, nieprzyjemny dreszcze. Dlaczego ja? Zawsze ja…
-Proszę…nie…
-Zamknij się dziwko.
-Nie jestem dziwką!- wrzasnęłam.
-Ostrzegałem cię, mówiłem żebyś zostawiła tego swojego chłopaczka.- warknął i zerwał ze mnie bluzkę.- Ale wy wszystkie jesteście głupie…jeszcze pogorszyłaś sytuację wzywając policję, myślałaś że się ode mnie uwolnisz?
-Zostaw mnie…proszę.- błagałam go a po policzkach zaczęły płynąć łzy.
-Nic z tego suko.
To koniec…nie chcę tego, nie proszę, niech mi ktoś pomoże, byle kto. Tom, Carola, Bill, Gustav, Georg…Panie Boże proszę…może i nie byłam nigdy wzorową chrześcijanką ale…Mężczyzna złapał mnie za pośladki i zaczął całować mnie po szyi. To okropne…nie, proszę. Zaczęłam się wyrywać i próbowałam krzyczeć…ale to wszystko na nic…Zamknęłam oczy...nie chcę na to patrzeć…nie…Facet zerwał ze mnie mini i zostałam w samej bieliźnie. Oczy mnie piekły od płaczu. Otworzyłam je i zobaczyłam że w drzwiach stoi Bill. Usta miał szeroko otworzone i oczy niemalże wychodziły mu z oczodołów. Niechże on coś zrobi!
-Rette Mich!- wrzasnęłam.
-Zamknij dupę szmato.- warknął koleś i wymierzył mi policzek.
Znowu spojrzałam w stronę drzwi, ale jego już tam nie było…uciekł i zostawił mnie. Jak on mógł?! Wszystko stracone. Ponownie zamknęłam oczy, nie miałam już siły płakać i krzyczeć, w gardle mi zaschło, oczy mnie piekły. Mężczyzna rozpoczął drogę ku rozpięciu mojego stanika, byłam pewna że go rozepnie…Wtedy jednak usłyszałam głośny wrzask i huk. Nie czułam już nacisku na swoje ciało…byłam wolna, oswobodzona. Powoli osunęłam się po ścianie na zimną podłogę. Co się stało? To już koniec? Podkuliłam nogi pod brodę, ale nie otworzyłam jeszcze oczu.
-Już dobrze, policja już jedzie.- usłyszałam cichy szept czarnowłosego.- Ubierz się…co prawda bluzka jest rozerwana, ale dam ci swoją bluzę, a spódniczka jest spoko.
-Nie mam siły…
-Musisz się ubrać, zaraz wszyscy się zlecą…
Powoli wstałam z podłogi i nałożyłam spódniczkę i wytarłam łzy ręką. Czarnowłosy zarzucił mi na ramiona swoją bluzę.
-Już dobrze, zobacz on jest nieprzytomny.- powiedział Czarny i nadepnął na twarz nieprzytomnego mężczyzny.
-Łatwo ci mówić…Bill...ciebie nikt nigdy nie chciał zgwałcić.
Nie odpowiedział. Spuścił wzrok na swoje buty i nie odpowiedział. O Boże…
-Bill…
-Nie ważne!- krzyknął.- Nic nie mów!
-Przepraszam, jeżeli powiedziałam coś nie tak…ja…
-W porządku…nic się nie stało.- mruknął i podszedł bliżej.- Dalej będziemy się kłócić?
-Nie wiem.- uśmiechnęłam się lekko.- Może tak, może nie.
-No to się zdecyduj wreszcie.- dotknął mojego nosa swoim.
No tak znowu nawiązanie do Eskimosów. Wyślę go na Grenlandię.
-No…kobieta zmienną jest…
-Co tu się stało?!- do pomieszczenia wpadła Kim.
Szybko odepchnęłam Czarnego który o mało nie wylądował na menagerce i wytarłam łzy.
-To ten.- wskazałam nogą na kolesia.- On chciał mnie zgwałcić…to ten psychiczny…(patrz nota 8).
-Ohh biedactwo.- czarnowłosa podeszła do mnie i przytuliła do siebie.- No widzę Kaulitz się popisał.- mruknęła i spojrzała na rozbity wazon.- A co z policją?
-Miała przyjechać jakieś 5 minut temu.- odrzekł Czarny.- Jak zwykle się spóźniają.
-Cholerna policja.- mruknęła menagerka.- Oni nawet pijaka na rowerze złapać nie potrafią.
Wtedy właśnie do pomieszczenia wpadło dwóch funkcjonariuszy ze spluwami. Rozejrzeli się po pomieszczeniu i spojrzeli na Billa.
-To nie ja!- wypalił.- To on!- wskazał na Martina.
-No dobra, jak to się stało?- zapytał policjant z blond włosami.
-No chciał ją zgwałcić.- powiedziała Kim i przytuliła mnie mocniej.
Nie dość że tyle przeżyłam to będę jeszcze musiała to opowiadać. Po moich policzkach spłynęły kolejne łzy.
-Ale jak to wszystko się odbyło?- zapytał ten drugi w brązowych włosach.
-Chyba nie każecie jej tego opowiadać.- warknęła czarnowłosa.- Nie wiem pan jak się odbywa próba gwałtu?
-Ale muszę wiedzieć...no nie płacz tylko powiedz.
-No...wyszłam z łazienki...i on za mną stał...i zaciągnął mnie tu, zerwał ze mnie ubranie...i wtedy Bill wpadł...
-No dobra, a teraz ty.- zwrócił się do Billa.
-Poszedłem do łazienki się odlać, to znaczy wysiusiać się jakby pan nie pojął, no i jak wychodziłem to usłyszałem że Silviia się drze, no to pobiegłem tam i patrzę...a ten chuj ją obmacuje to ja za wazon i po łbie skurwiela.- wytłumaczył Czarny.
-A Pani?- teraz koleś zwrócił się do Kim.
-A ja to nic nie widziałam…znaczy widziałam ale z tym powinnam iść do Joela a nie na policje.- burknęła i spojrzała na mnie znacząco.
-A jak ten oto pan się nazywa?- zapytał brązowowłosy i wskazał na Martina.
-O jeszcze czego! Oczywiście podszedł do Sariel i powiedział ,,Dzień Dobry jestem Stasio i przyszedłem cię zgwałcić”.- powiedziała ironicznie czarnowłosa.
-Nazywa się Martin...już kiedyś mnie chciał...zabić...zabrali go do psychiatryka ale widać...że uciekł.
-Aha...chciał zabić.- zanotował.- Dobra, dzwoń po resztę i niech przyjadą z kaftanem.
Brązowowłosy wyszedł a blondyn zakuła Martina w kajdanki. Ja nie mogłam powstrzymać łez...to było okropne.
-No nie płacz już nie płacz.
-Łatwo wam wszystkim mówić...
-Chcesz wrócić do hotelu?- zapytała menagerka.
-Chcę.- mruknęłam.
-No dobrze, zaraz pojedziemy razem.
-Nie.- wtrącił Kaulitz.
-Jak to nie?- zapytała Kim i groźnie zmrużyła oczy.
-Normalnie.- powiedział beztrosko.- Ja ją uratowałem, to i ja z nią pojadę...a ty Zwanzig pilnuj tej zgrai.
-Tylko nie Zwanzig!- oburzyła się Kim.
Wtedy do pomieszczenia wpadło trzech policjantów z kaftanem bezpieczeństwa. Skrępowali Martina i zwrócili się do mnie i do Kim.
-Panie jada z nami na policję.
-Nie, nie chcę.- wtuliłam się w menagerkę.- Zabierzcie go i zostawcie mnie w spokoju.
-No właśnie, zabierajcie go i won.
Policjanci zabrali mężczyznę i wyszli. Ja ciągle byłam roztrzęsiona i nie mogłam się pozbierać. To było okropne, straszne, ohydne.
-Chodź, pojedziemy do hotelu.- młodszy Kaulitz podszedł do mnie.- I tak mi się nie podoba ta impreza.
-No dobra…- zgodziłam się.
W sumie to tylko razem pojedziemy do hotelu i każdy pójdzie do siebie. Wyszliśmy z pomieszczenia i zobaczyliśmy tłum gapiów. Wszyscy gapili się i coś gadali.
-Sariel! Bill!- krzyknęła Carol i podbiegła do nas.- Co się stało?
-Zapytaj Kim.- mruknęłam cicho.
-No właśnie, zapytaj Kim.- powtórzył po mnie Bill.
_***_
Siedziałam pod kołdrą i stukałam coś na laptopie. Postanowiłam dodać coś na naszą stronę internetową. Właśnie zmieniałam ułożenie notatek gdy drzwi pokoju uchyliły się i przez szparę między drzwiami a futryną wcisnęła się głowa młodszego Kaulitza. Nie miał makijażu, a czarne włosy naturalnie opadały na jego twarz.
-Co robisz?- zapytał.
-Zmieniam wygląd strony.- odrzekłam.
-Możesz to przełożyć? Chcę pogadać.
-Jeżeli o tym czy się pogodzimy to…
-Nie, nie o tym.- przerwał i wszedł do pokoju zamykając za sobą drzwi.
-No to…o co chodzi?- zapytałam.
Chłopak nie odpowiedział tylko powoli zaczął zbliżać się w moją stronę. Usiadł naprzeciwko i westchnął głośno. O co mu może chodzić? Stało się coś?
-No bo…chodzi o to że…chyba jestem ci winien wyjaśnienia.
-Ty mi wyjaśnienia? Ale jakie wyjaśnienia?- zdziwiłam się.
-Chodzi o ten incydent z Gordonem.- oznajmił i wbił wzrok w łóżko.- Ale ty chyba już wiesz…

Rozdział XXII


-Tylko się domyślam.- mruknęłam.- Ale…ty nic nie jesteś mi winien, nie musisz o tym mówić.
-Ale ja już dłużej tak nie mogę…bite cztery lata milczenia i upokorzeń.- wyjąkał.
-Ale dlaczego przyszedłeś z tym akurat do mnie?
-Wierz mi, że łatwiej jest wyżalić się komuś kogo się tak dobrze nie zna, ale jeżeli chcesz to sobie pójdę.- oznajmił i wstał.
-Nie!- krzyknęłam i złapałam go za nadgarstek.- Siadaj i opowiadaj, dobrze jest się komuś wygadać.
Uśmiechnął się lekko i z powrotem usiadł naprzeciwko mnie.
-To aż…cztery lata?- zapytałam nieśmiało.
-Tak…dla niego wspaniałe cztery lata przyjemności.- prychnął.- A dla mnie najgorsze cztery lata upokorzeń i bólu…
-On…- zaczęłam nieśmiało.- On…cię…
-Tak, on mnie molestuje.- powiedział a jego wargi zaczęły drżeć.
Słyszałam wiele razy o takich przypadkach, ale nigdy nie…nie miałam z takim do czynienia. Gdybym wiedziała wcześniej…nigdy nie zrobiłabym tego wszystkiego co zrobiłam…w ogóle nie powinnam tego robić…
-Bill ja…
-Niby wspaniały ojciec…na początku może tak.- przerwał mi.- Wyjazdy w weekendy, chodzenie na pizze, wesołe miasteczka, ciuchy, pierwszy komputer, kochany ojczym który akceptuje że jego przybrany synek się maluje, że wygląda inaczej…- mówił próbując panować nad emocjami.- Mówił mi że jestem śliczny…wiesz? Ciągle to powtarzał jak nikogo nie było w pobliżu.- wyznał.- Na początku mnie to nie przerażało…ale potem chciał mnie ciągle przytulać... to już było przesadą.
-A co na to twoja mama?
-Ona pracowała całymi dniami…
-A Tom?
-Tom? Chodził na randki albo do kolegów, a ja zawsze zostawałem w domu pod jakimś pretekstem, albo wydzierał się na mnie przy Tomie i kazał mi Np. ,,posprzątać w kuchni” a Tomowi dawał kasę na kino i pizze, i nie ma problemu.
-Nie powiedziałeś mu?
-A jakby ciebie ojciec molestował to byś powiedziała Carolinie?- zapytał.
-N…nie wiem.
-Wierz mi, żebyś nie powiedziała, było by ci wstyd!
-No dobrze…mów dalej.
-Z czasem zacząłem się go bać…coraz więc czasu chciał ze mną spędzać… zadawał mi głupie zboczone pytania i ciągle walił jakieś aluzje i do tego puszczał pornole…ale ja zawsze zamykałem się w pokoju i czekałem aż ktoś wróci, na dłuższą metę niestety to nie podziałało.- zamilkł a po jego policzku stoczyła się jedna samotna łza.
-Bill…jeżeli nie chcesz, to nie musisz mówić tego wszystkiego.
-Ale ja chcę!- zbulwersował się i szybko wytarł tą jedną łzę.
-No dobrze…mów, mów.
-To się zaczęło po świętach, w ostatni dzień szkoły, przed feriami Tom poleciał z dziewczyną na sanki od razu po szkole…ja wróciłem do domu jak zwykle…
Zamilkł na chwilę i wytarł kolejne dwie łzy. Nawet nie mogę sobie wyobrazić jak jest mu ciężko…Podziwiam go że chcę to opowiedzieć… tym bardziej że chce to opowiedzieć tak podłej osobie jak ja…
-No i jak wróciłem do domu…Gordon kazał mi zjeść obiad i przyjść do pokoju jego i mamy. Jadłem obiad bardzo powoli bo się bałem…Ale on po 30 minutach się zdenerwował i kazał mi natychmiast przyjść…Próbowałem tłumaczyć że mam dużo lekcji i że umówiłem się z kolegami, że chciałbym mieć jeden dzień dla siebie…ale to nic nie dało.
Jego głos się załamał. Kolejne łzy płynęły po jego bladych policzkach. Pociągnął nosem i zacisnął zęby.
-Poszedłem tam…mimo tego że cholernie się bałem, nogi miałem jak z waty…
Patrzyłam na niego…tak bardzo to przeżywał, a jednak mówił dalej. Do moich oczu też zaczęły cisnąć się łzy. Złapałam szybko za róg kołdry i wytarłam je, po czym dałam znak że już mogę słuchać dalej.
-Poszedłem tam…on zamknął za mną drzwi a klucz położył na szafie. Pamiętam jakby to było wczoraj…znowu powiedział że jestem śliczny…że jestem najśliczniejszym chłopcem na świecie…kazał mi się rozebrać…do naga…nie zrobiłem tego, stałem bez ruchu i patrzyłam na niego. Powiedział że chce zobaczyć mojego penisa. Odburknąłem mu na to że jak chce porównywać to niech znajdzie sobie kogoś równego sobie, wtedy wstąpił w niego istny diabeł… zaczął zrywać ze mnie ubrania i bić mnie…- łzy już obficie płynęły po jego chudych policzkach.- Dotykał mnie…wszędzie…całował, lizał… NIE CHCIAŁEM TEGO! ON ROBIŁ TO WBREW MOJEJ WOLI! JA TEGO NIE CHCIAŁEM!
-Wiem że tego nie chciałeś…wiem o tym…- powiedziałam.
-Mówił, że jak coś powiem matce to mnie zabije…mnie i Toma. Nie mogłem pozwolić żeby jego też skrzywdził! Uciekałem z domu do mojej dziewczyny…wtedy miałem spokój dzień czy dwa, ale potem to wracało i było coraz gorzej.
Płakał już tak naprawdę. Kołdra była gdzieniegdzie mokra.
-Przytul mnie.- powiedział cicho i bezskutecznie wycierał łzy.
-Chodź, chodź.- powiedziałam bez zastanowienia i przytuliłam go.
Teraz to już nie było ważne. Bill czy nie Bill trzeba go pocieszyć i dać poczucie bezpieczeństwa. Podziwiam go, tyle przeszedł i nie narzekał…
-Potem było coraz gorzej…zmuszał mnie do Sexu oralnego…z czasem i do analnego…nawet nie możesz sobie wyobrazić jak to bolało…a ja nie mogłem nic zrobić…byłem za słaby…za młody…ja- chudy on- umięśniony i silny…nie miałem szans…
-Wiem…ale teraz już cię nigdy nie skrzywdzi…
-Mam nadzieję…dziękuję ci bardzo.- powiedział cicho i usiadł z powrotem.- Nie jesteś taką najgorszą suką za jaką miałem cię na początku…wiem że to nie był komplement, ale sama wiesz jak było.
-Wiem…i…przepraszam cię za to, chyba jeszcze nie dorosłam do sławy.
-Dorosłaś, wierz mi że dorosłaś, masz chusteczki?
-Jasne, że tak.- wyjęłam z szafki chusteczki i rzuciłam mu.- Już lepiej?
-Tak, dużo lepiej, dzięki…i cię przepraszam…też nie dałem popisu dobrych manier.
-Nie dziwię ci się…jakbym była tobą to też bym się nie nawiedziła…
-Wiesz…jutro wracamy do domu.- powiedział cicho.
-Powinieneś powiedzieć to mamie…
-Zwariowałaś?!- wrzasnął.
-Bill, tak nie może dłużej być! Mój ojciec pił palił i niewiadomo co jeszcze…ciągle był zalany…gdybym ja się wtedy poddała teraz bym tu nie siedziała…możliwe że opłakiwałabym właśnie jego grób…tak nie można!
-Boję się…
-Jutro pójdę z tobą do twojej mamy…obiecuję…Gordon mnie popamięta.- uśmiechnęłam się chytrze.
-Tak jak ja?
-Gorzej.
-Eh…lepiej to zostawić.- mruknął i wstał.
-No jasne, niech cię dalej molestuje, najlepiej…w końcu nie wytrzymasz i popełnisz samobójstwo.
-Pomyślę nad tym.
-Lepiej zastanów się naprawdę poważnie.- też wstałam.- I naprawdę cię przepraszam, szczerze z serca, a nie bo ,,sytuacja tego wymaga”.
-Ja też cię przepraszam i dziękuję i jeszcze raz przepraszam za…
-Za co?
-Za to.- powiedział i zbliżył się do mnie.
-Tylko spróbuj…
Oparł ręce na mojej talii i lekko pocałował mnie w usta. Sparaliżowało mnie od stóp do głów. Chłopak objął mnie mocno i przytulił. Nagła zmiana planów.
-Dzięki, jeszcze raz dzięki i przepraszam, też używam truskawkowego.- uśmiechnął się i po prostu wyszedł zostawiając mnie samą w pokoju.
-A jedna nie myliłam się.- powiedziałam sama do siebie.- On jest idiotą…
_***_
Obudziłam się jakoś po 9. O 12 miał po nas tato przyjechać, powiedział że nie warto tym autobusem się tłuc i ma rację staruszek. Muszę tylko Carol poprosić żeby tacie nic nie mówiła o wczorajszym zdarzeniu i jeszcze trzeba załatwić sprawę z Gordonem i z…Joelem, ale jego zostawię sobie na koniec. Teraz jest najmniej ważny. Szybko ubrałam się, pomalowałam i postanowiłam iść do Billa. Musimy jeszcze coś obgadać bo potem znowu wyjdzie tak jak nie powinno. Wyszłam z pokoju i od razu wpadłam na Tomasza.
-Ooo witam, ja właśnie do ciebie szedłem.- oznajmił.
-Sorry, chwilowo nie mam czasu, muszę iść do Żampola.
-DO BILLA?!- zdziwił się i zrobił wytrzeszcz.
-A ile jeszcze znasz Żampoli?
-W sumie to tylko dwóch…to żabsko z bajki i Billa.
-No do żabska raczej nie dojdę.- uśmiechnęłam się i chciałam go wyminąć.
-Chwila, chwila…idziesz do Billa? Co ci się stało?
-Pogodziłam się z nim…- oznajmiłam i przewróciłam oczami.- Tak jakby.- minęłam go i ruszyłam do pokoju Czarnego.
-Ja wiedziałem że wy macie potajemny romans!- krzyknął za mną.
-Tak oczywiście, teraz idę zaliczyć Billa, potem Georga, Gucia a następnie Josta.
-A mnie?!
-A po co ciebie? Idź do Carol ona cię uszczęśliwi jak wczoraj w kiblu.
-Ty mała wiedźmo!
Zaśmiałam się i otworzyłam drzwi do pokoju Billa. Panował tu totalny bałagan. Na stoliku leżało pełno kartek, jakiś zeszyt, kubek po kakao, długopis i tamagotchi. Na łóżku nie było nikogo, ale za łóżkiem na podłodze leżała kołdra która unosiła się lekko do góry i do dołu. No tak…Żabol sobie kryjówkę znalazł. Odkryłam go i uklękłam obok. Chłopak leżał na plecach a twarz miał zakrytą rękoma. Mruczał coś przez sen i kręcił się nieco.
-Bill, obudź się.- szturchnęłam go lekko.
-Co?- zapytał zdezorientowany i usiadł.
-Wstawaj i ubieraj się...a kiedy przyjadą?
-Po 10.- odrzekł i otworzył szafę.- Boje się reakcji mamy, boję się że mi nie uwierzy.
-Nawet tak nie mów…na pewno ci uwierzy…nam uwierzy, musi.
_***_
Drzwi pokoju otworzyły się powoli i do środka weszła kobieta z blond włosami. Miała koło 40 lat, tak myślę…ale wcale na tyle nie wygląda. Ah już wiem po kim Bill ma…Eee wygląd…
-O co chodzi?- zapytała kobieta i usiadła na skraju łóżka.
-Mamo…to nie jest takie łatwe…- zaczął nieśmiało Czarny i usiadł obok mnie.
-No bo…ta sprawa jest naprawdę bardzo delikatna…ja…nie wiem co mam powiedzieć, nie wiemy jak zacząć.- dodałam.
-Najlepiej od początku.- powiedziała i uśmiechnęła się do nas.
-On…- Bill wstał i podszedł do okna.- On mnie…- dukał.- Molestuje…

Rozdział XXIII


Blond włosa kobieta zbiegała po schodach, a ja z Billem za nią. Czarny wycierał namiętnie czarne łzy spływające po jego policzkach. Znowu płakał…Simone pchnęła drzwi hotelu i podbiegła do samochodu w którym siedział mężczyzna.
-Nie!- Czarny złapał mnie za łokieć.- Zostań ze mną.
-No…no dobra…- zgodziłam się i zamknęłam hotelowe drzwi.- Ona go zabije.
-No i dobrze.- prychnął.
-Już dobrze…widzisz, uwierzyła ci.- uśmiechnęłam się promiennie.
Z podwórka dochodziły łomoty, huki i krzyki. Czarny oddychał szybko, bał się…znowu się bał. Nagle drzwi hotelowe otworzyły się z hukiem, a do środka wpadł rozwścieczony ojczym Kaulitzów.
-Zabiję cię gnoju!- zagroził Billowi.- Ciebie i twoją koleżaneczkę! Wszystkich was zabiję!- wrzasnął i złapał mnie za nadgarstki.- To wszystko twoja wina!
-Zostaw ją!- krzyknął Bill.
-Nie wtrącaj się.- syknął Gordon i wykręcił mi ręce.
-Ałć! Idiota!- zamachnęłam się i kopnęłam go z glana w jaja.
Facet puścił mnie automatycznie i złapał się za klejnoty. Zrobił się cały czerwony na twarzy a z oczu poleciały mu łzy. Do hotelu wpadła matka Kaulitzów i przytuliła mnie.
-Mądra, sprytna dziewczynka.- pochwaliła mnie i pocałowała w czoło.
-Wy wredne bachory.- wydukał.
-Co tu się dzieje?!- do holu wpadła ochrona.
-Pedofil!- wskazałam na Gordona zwijającego się z bólu.
Tu akcja potoczyła się niezwykle szybko. Zaraz przyjechała policja i go zgarnęli. To się nazywa prawdziwa interwencja policji. Stare babcie się od razu zleciały i dzieci. Chodnik cały był zapełniony. Do tego jeszcze przyjechał jakiś czarny samochód. Ciekawe kto i po co i dlaczego. Z góry zlazła Carol i Tom. Oboje taszczyli walizki. Chyba Simone domyśliła się iż chcemy się pożegnać i poszła na górę pod pretekstem zobaczenia czy bliźniacy nic nie zapomnieli, bo jak twierdziła Bill ostatnio zapomniał skarpetek w serduszka i potem ciężko to przeżył.
-No panno bohaterko, proszę.- podał mi walizkę.- A ty bracie zdrajco…zaraz sobie pogadamy!- krzyknął i pomachał Billowi palcem przed nosem.
-Daj mu spokój.- szepnęłam Dredowi na ucho.- Nie naciskaj i nie wspominaj o tym bo też dostaniesz z glana w orzeszki.
-No dobra…nic nie będę mówił.- obiecał.
-No ja mam nadzieję pierdoło, i dzięki za walizkę.- cmoknęłam go w policzek.- To na dowidzenia, szybko się nie zobaczymy.
-A ze mną to się nie pożegnasz co?- oburzył się Gustav.
-Ah, zapomniałam.- dałam mu kissa w policzek.- A Geo nie ma?- udawałam smutek.
-Geo opłakuje twój wyjazd.- oznajmił Tom.- Eee Joel kazał cię ucałować, ale nie ma siły zejść.- skrzywił się.
-Przekaż mu kopa w dupę.- uśmiechnęłam się i podeszłam do Czarnego który stał jakieś parę kroków od naszej grupki.- Chciałeś zwiać bez pożegnania?
-Nie śmiałbym.- uśmiechnął się i przytulił mnie.- Dzięki za wczoraj…a teraz już mi nie odmówisz.- wcisnął mi w rękę coś okrągłego.- Nazwałem go Bill i nawet nie waż się nic zmieniać.
-Jasne.- zaśmiałam się.- Udusisz mnie.
-Jak romantycznie…powiem Joelowi!- zagroził Gustav.
-A mów.- zaśmiałam się i odsunęłam od Billa.- Żegnaj.
-Nie mów żegnaj…bo to na zawsze…- wytłumaczył.- Do zobaczenia.
-Cześć.- wzięłam walizkę i razem z siostrą ruszyłyśmy do drzwi.
-Nie za szybko?- mruknęła.
-Nie, nie za szybko…wręcz za wolno…nie powinnam się tak zachowywać, głupio mi teraz.
-Kurwa! Chwila! Czekać dziewki!- usłyszałyśmy za sobą głos Josha.- Przykro mi.- przytulił mnie.- Masz cału…
-Nie obchodzi mi to co mam od Joela.- burknęłam.- Przekaż mu że pogadamy jak wróci.
-No dobra…- mruknął.- Ah a ty dbaj o siebie.- przytulił moją sis.- Papa.
_***_
Siedziałyśmy obie w busie HIM i jechaliśmy do domu. Tato czytała jakąś gazetę i leżał na kanapie, Carol malowała paznokcie a ja nudziłam się. Ah…zobaczę co tam u Billa. Uśmiechnęłam się pod nosem i wyciągnęłam z kieszeni białe jajko, a na kanapę wypadła mała biała karteczka. Czyżby instrukcja obsługi Billa? xD. Rozwinęłam się i przeczytałam.
+49(numer) napisz kiedyś jak dorasta Bill xD
Tak, napisz jak dorasta Bill. Schowałam karteczkę do kieszeni i zaczęłam coś pykać tym czymś. O nakarmiłam Billa xD.
-Co robisz?- zapytała sis.
-Karmię jajko.- odrzekłam.
-Skarbie.- zaczął tato.- Nie chcę się wtrącać ale z tego co ja wiem nie można jajek karmić, karmić można kurczaki.
-Oj Billa karmię.- odrzekłam beztrosko.
-Kogo karmisz?!- zdziwiła się Carol.
-Oj, długa historia.
-A Silviia miała tyle przeżyć na tej trasie.- zaczęła sis.
-A cóż się tam działo?- zapytał ojciec.
-Ah tyle ciekawych rzeczy…Np. przez całą trasę koncertową nienawidziła młodszego Kaulitza a tu nagle z dnia na dzień się do niego przytula.
-Daj mi kurwa spokój! Sama wiesz czemu! Ja się z nim w kiblu po pijaku nie liżę.- wybuchłam i wstałam.- Wszyscy mi coś zarzucacie…nie wiecie jak naprawdę jest!
-To nam powiedz, jak jest naprawdę.- powiedziała siostra i lekko uniosła lewą brew.
-Obiecałam Żabolowi że nie powiem, to nie powiem…
-Dobra mała, siadaj.- tato uśmiechnął się.
-Chyba jednak pójdę do siebie…prześpię się czy coś.
-Idź się opiekuj Billusiem.- poradziła siostra.
-Kurwa o co ci chodzi?- zapytałam i oparłam ręce na biodrach.
-A co z Joelem?
-Ah o niego ci chodzi…nie wiem co z nim, wiem że wczoraj zachował się jak idiota…z baru widziałby…to jak...znaczy gdzie ciągnie.- wydukałam.
-O co chodzi?- zapytał ojciec.- Co się wczoraj stało?
-Niech ci Carolina opowie, ja idę spać.- wyszłam z pomieszczenia trzaskając drzwiami.
_***_
Tato przeżył szok nad szokami. Ciągle łapał się za serce i powtarzał ,,Moja biedna córeczka, moja malutka biedna Silviia.” Dziwnie czułam się z poczuciem że mój ojciec wie…wie że ten psychopata chciał mnie zgwałcić. Westchnęłam głośno i otworzyłam drzwi do domu. W ciszy weszliśmy do środka. Usłyszałam wesołe szczekanie i już po chwili leżałam na podłodze i byłam lizana przez Venę. Boże co za pies.
-Cześć…Eee mała.- przywitałam przyjaciółkę.
-No, stęskniła się za tobą.- oznajmił tato.
-No i za mną też.- zaśmiała się Carol.- Vena, do nogi.
Suczka zeszła ze mnie i pobiegła przywitać się z Carol. Podniosłam się z podłogi i otrzepałam. Teraz będzie nudno, bez tych idiotów to nie to samo.
-Idę przejść się z Veną.- oznajmiłam i wzięłam smycz.
-Wróć za godzinę, będzie kolacja.- poinformował mnie tato.
-Jasne.- wzięłam sukę na smycz i wyszłam z domu.
Wieczór był wyjątkowo ciepły, wiał lekki wiaterek i było bardzo przyjemnie. Dalmatynka ciągnęła mnie bo wróbla chciała złapać. Eh, no widać jaka pani taki pies. Jutro rano wpadnę do Joela i się z nim rozmówię. Mam już dość tego traktowania, ja jestem tylko do całowania, przytulania i obmacywania. Już go nie kocham…kochałam, ale już nie kocham…Wtedy nagle coś zaczęło głośno piszczeć w mojej kieszeni. Kurwa Bill! Wyciągnęłam jajko z kieszeni….zesrał się. Co za idiota, kurde nie ma kiedy srać tylko właśnie wtedy, kiedy ja myślę…gryy. Nudno mi…a może by tak napisać do Żampola? W sumie to mogę go poprosić o numer Toma, ale nie jestem aż tak zimno krwista. Wyciągnęłam z kieszeni telefon i tą karteczkę z numerem. Boah, zapiszę go Żampol będzie się cieszył xD.
Cześć Dupku! Do domu dojechałeś szczęśliwie? Krowy już odpuściłeś sobie czy jeszcze nie? xD Właśnie się zesrałeś -__- jesteś niegrzeczny i chyba oddam cię tacie xD.
Wysłałam i usiadłam na ławce obok placu zabaw. Dzieci bawiły się i krzyczały. Jak mnie zaczął ciągać za kolczyki znowu to zabiję, zabiję, zabiję, powieszę na drabinkach.
-Jaki ładny piesek.- podeszła do nas jakaś dziewczynka.- Mogę pogłaskać.
-Jasne.- odrzekłam beztrosko i dałam Billowi pić.- Nie gryzie.
-Jak się nazywa?
-Vena.
Blondyneczka poklepała suczkę po głowie i odeszła. Te dzieci to wszystkie takie ciekawskie…na dzieci gadam a sama lepsza nie byłam. Coś mi zapiszczało, coś zawibrowało, to telefon, Ah jaka ja spostrzegawcza. Wyciągnęłam fona z kieszeni i luknełam na wyświetlacz.
1 wiadomość
Od: Żampol

O Mamusiu jak on szybko pisze. Zaśmiałam się i otworzyłam wiadomość.
Cześć, powiem tyle: żyję, siedzimy u Żeo bo mama musi pozałatwiać sprawy, wiesz o co chodzi. Ten idiota zaproponował maraton filmowy…oglądamy właśnie Kopciuszka, a mamy za sobą już Piękną i Bestię, Zakochanego Kundla i 101 Dalmatyńczyków.
Nie oddawaj mnie w ręce Twojego taty bo mnie zgniecie;(

Boże…oni bajki oglądają. Tak dalej to się cofnął do przedszkola, albo i niżej. Pogratulować poziomu inteligencji.
A co z krowami? Nie odpowiedziałeś! Cham i prostak! xD.
Mogę wam pożyczyć Króla Lwa bo mam na DVD. Jestem właśnie na spacerze z suką…to znaczy z psem no kumasz Żabo nie? xD Posprzeczałam się z Carol, bryyy.

Eh, jak zapyta o co to powiem że o nic, a ten Żabolud wcale nie jest taki zły… Ah no ale kiedyś był! Nie przyznam się do błędu xD. Vena rozwaliła się na trawniku i leżała sobie. Ah jaka ona słodka jest, moje maleństwo. Kurde, ale się rozczuliłam, to do mnie nie podobne. Ooo…znowu telefon.
Nie, teraz przerzuciłem się na gitarzystki .
Ja mu dam na gitarzystki, bezczelny cham! Słodki diabełek… Raczej pomiot Belzebuba, dobra czytam dalej.
Nie dzięki, Króla Lwa też Geo ma. Żaba kuma…masz psa? Ja też, a ty masz sukę…a ja mam psa, jaka rasa?
Georg właśnie chyba puścił bąka bo coś tak zajechało…a nie sorry to coś w kuchni…o kurwa! TOM WYSADZIŁ MIKROFALÓWKĘ W POWIETRZE!!!
Lecę, pa.

No tak, Tom jest genialny…i skończyło się smesowanie…

Rozdział XXIV


Leżałam w łóżku i rysowałam chłopca. Chłopca około 13 lat, miał kruczoczarne, rozczochrane włosy i był ubrany dość nietypowo. Był smutny…siedział sam na kanapie z podkulonymi nogami a po jego policzku spływała jedna, czarna łza. Westchnęłam głośno i odłożyłam rysunek na szafkę nocną. Już po 2, czas spać. Przewróciłam się na bok, przodem do ściany i nakryłam się cała kołdrą, łącznie z głową. Zawsze mam problemy z zasypianiem, chyba że jestem cholernie wykończona. Zamknęłam oczy i próbowałam spać, ale zamiast tego w mojej głowie kłębiły się myśli, kurwa no, kupię sobie jakieś tabletki nasenne. Wtedy usłyszałam ciche drgania, telefon. Co za pojeb? Wystawiłam rękę z pod kołdry i wymacałam telefon i spojrzałam na wyświetlacz.
1 wiadomość
Od: Żampol

No tak, mogłam się spodziewać.
Śpisz? Ja nie mogę. Kazali mi spać na materacu, nawet wygodnie ale Tom śpi sobie na łóżku i chrapie jak Smok Wawelski. Kurde a ja laptopa zostawiłem w Geo pokoju, tak to bym posiedział na necie, a tu dupa zimna, Geo ma kompa tu w tym pokoju, a to też pewno jakiś czarno-biały z windowsem 98 xD
No to nie jestem sama, oboje mamy problemy ze spaniem. Jedna wspólna cecha xD. Lepsze to niż nic, no nie?
A ja leżę sobie w moim wygodnym łóżeczku xD i spać też nie mogę, przed chwilą coś narysowałam, a jak tam mikrofalówka? Jak możesz to weź skołuj tego laptopa pogadamy na ICQ bo mi szkoda kasy na smsy, takie to wszystkie drogie w tych czasach, że poezja.
Wygrzebałam laptopa z pod łóżka i włączyłam go. Łe na tapecie foto moje i Joela, musze zmienić na coś ładniejszego. Tylko co? -__-. Dobra, ustawię sobie…hym…o Pete xD. Dobry plan. Telefon dryń-dryni, Bill się odzywa xD.
Mam! Mam ha, jestem bossu, Geo chrapie jak dwa Smoki Wawelskie i Rogogon Węgierki na dokładkę. Masz mój numer ****** napisz to ci powiem co z mikrofalówką.
Włączyłam ICQ. O Joel dostępny…szybko wlazłam na niewidoka i zapisałam Żampola napisałam do niego…i tak cała noc zleciała na gadaniu o chrapiącym Tomie i komputerze Georga.
_***_
Obudziłam się około 15. W domu była tylko Carolina bo tato gdzieś wyszedł. Ubrałam się w czarne szorty i białą bluzkę, w domu tak gorąco, że szok. Zbiegłam na dół do kuchni i nalałam sobie soku pomarańczowego, jakoś nie jestem za bardzo głodna.
-Dobrze się spało?- zapytała siostra i weszłam do kuchni.
-Nawet nie wiesz jak dobrze.- burknęłam i odstawiłam szklankę.
-O co ci chodzi?- zapytała.
-O co mi chodzi?- zdziwiłam się.- Chyba raczej o co tobie chodzi.
-Chodzi mi o to…że ostatnio olewasz Joela, a to w końcu twój chłopak.
-Już nie długo.- oznajmiłam.
-CO?!- zapytała siostra i zrobiła wielkie oczy.- Chcesz z nim zerwać?!
-Tak.- odrzekłam.- Już go nie kocham…
-Masz…może kogoś innego na oku?- zapytała niepewnie.
-Nie mam.- odpowiedziałam.- Wolę być sama. Joel traktował mnie jak zabawkę, byłam tylko kimś kogo można pocałować, przytulić i poobmacywać. Kochałam go naprawdę…ale z czasem to się zmieniło.
-Czemu wczoraj zgarnęli ojczyma Kaulitzów?
-Nie ważne, nie mogę powiedzieć, obiecałam Żabolowi.
-No to nie, sama się dowiem.
-Biorę Venę i idę do babci.- oznajmiłam.
-Jak chcesz.- siostra wyszła z kuchni.
_***_
Szłam jedną z ulic Helsinek, a właściwie to biegłam za suczką która namiętnie goniła jakiegoś kota. Ja się z tym psem zabiję. Biegłam za nią jak durna jakaś.
-Vena do jasnej cholery! Zostaw tego kota!- krzyknęłam i pociągnęłam za smycz.- Do dupy z tobą!
Suka spojrzała na mnie tymi swoimi ślicznymi ślepiami i weź tu się na taką gniewaj. Powoli obie ruszyłyśmy do jednego z bloków w którym mieszkała babcia. Zapukałam do drzwi i jak zwykle usłyszałam ,,proszę”. Weszłam do środka, babcia jak zwykle siedziała w salonie i czytała książkę.
-Ah Silviia to ty!- ucieszyła się.
-No, wczoraj wróciłam z trasy.- oznajmiłam i usiadłam na wersalce po turecku, a Vena rozwaliła się na podłodze.
-A ja ostatnio w telewizji widziałam takich dwóch, ładniutkich, słodziutkich chłopaczków.- oznajmiła.
A ta znowu swoje. Już 60 leci a ta dalej o ładniutkich, chłopcach myśli…Ah ta moja babcia.
-Jak oni wyglądali?- zapytałam.
-A jeden taki z czarnymi włosami, tak postawione jak lew! A drugi taki w dredach.
-Żabol i MopMen.
-Ej!- oburzyła się babcia.- Ten czarny wcale do żaby nie jest podobny!
-Wierz mi że jest, jakbyś z nim musiała przebywać dwa miesiące to by ci się też zżabił w oczach.- zaśmiałam się.
-A jak tato, jak Carolinka?
-A wszyscy żyją.- oznajmiłam i wystawiłam jej język.
-To dobrze, to dobrze, opowiadaj co tam w trasie!
No więc zaczęłam babci opowiadać co my tam wyprawialiśmy. Oczywiście ominęłam końcowe wydarzenia…babcia by się załamała.
_***_
Leżałam sobie na bujawce w ogrodzie i okupowałam laptopa. Kazali mi zmienić wygląd strony. No tak, wszystko zawsze na mnie, ale z drugiej strony lubię to. Vena ganiała za ptakami, a tato siedział na leżaku i opalał się.
-Tato, co myślisz o przenoszonym miejscu na info?- zapytałam i łyknęłam trochę soku pomarańczowego.
-Ja tam się nie znam, a co to?
-No Np. jak ktoś nie może patrzeć na moją brzydotę to sobie to na moją gębę może przenieść i nie będzie mnie widział.- oznajmiłam i wyszczerzyłam się.
-Oh, myślę że nie będzie potrzebne!
-Ale i tak zrobię.- oznajmiłam i zaśmiałam się.
Wpisałam jakiś tam skrypt i spojrzałam na tatę. No cholera niech go weźmie, po co mu tyle tatuaży? Ciekawe czy TAM też ma xD. No dobra, ja już nawet tak nie myślę bo będzie, że mnie własny ojciec pociąga.
-Tato.- zaczęłam.
-Hym?
-Po co ci tyle tych tatuaży?
-A nie wiem sam…lubię, a co chcesz sobie zrobić?
-Nie, na razie nie potrzebuję.- odrzekłam.- Mamy jakieś plany na wieczór?- zapytałam i załyczyłam soku.
-Ah tak, Jonna wpada na kolację.
Wyplułam sok wprost na laptopa.
-Słucham?!- zapytałam i nerwowo zaczęłam wycierać klawiaturę.
-To, że Jonna wpada na kolację. Tylko proszę bez szopek tak jak ostatnio.
No tak, rok temu trochę nabroiłam, już nawet nie powiem co bo mi teraz trochę za siebie wstyd, ale nienawidzę tej suki! Nigdy nie pozwolę na to, żeby zajęła w domu miejsce naszej mamy. Nigdy. Tato nie widzi że ona leci tylko na jego kasę, a tej nam nie brakuje ze względu na okoliczności.
-Jasne, będę grzeczna jak aniołek i będę patrzyła bez słowa jak cię podrywa i chce zając miejsce mamy w twoim sercu i w domu.- burknęłam.
-Silviia…ale nikt nie zajmie miejsca waszej mamy w moim sercu, nikt.- oznajmił i usiadł obok mnie.- Nikt, to jest miejsce specjalnie dla niej.- położył rękę na sercu i uśmiechnął się.
-Ale to nie zmienia, że tej su…tej pani nie lubię.
-Ale mogłabyś dać jej szansę.
-Nie, nie mogłabym.
-Jesteś wredna.- oznajmił ojciec i zaśmiał się.
-No ciekawe po kim to mam.
-No chyba nie mówisz że po mnie!- oburzył się.
-No a po kim? Kto kaczuszki podusił?
-To było dawno!- usprawiedliw się.- Na pewno to po dziadku masz.
-Po tym co w sex shopie pracuje? Po nim to mogę najwyżej mieć zamiłowanie do zabawek erotycznych.
-Ohh…ty jak zawsze swoje.- stwierdził.- A spróbujesz być przynajmniej miła?
-Zawsze próbuję, ale nie zawsze mi wychodzi.- odrzekłam i uśmiechnęłam się cwaniacko.
-Jesteś okropna.- westchnął tato i wstał.- Idę się odświeżyć.
-No dla Jonny to nawet się umyć pójdziesz.- zaśmiałam się.- Ale na nasz wyjazd to nawet w salonie nie posprzątałeś!
-Cicho!- rozkazał i rzucił we mnie gumową piłeczką Veny.
_***_
Ja Carol i tato staliśmy przy drzwiach i czekaliśmy na Jonnę. Ja mam być miła…to będzie trudne ale się postaram. Tato nawet jakąś tam ładną koszulę założył. O Boże aż mi go żal, ale to w końcu mój ojciec. Bardzo się stara…jak mu ta suka serce złamie to przyrzekam że ją ukatrupię i ręcznie grób wykopię. Wtedy rozległo się pukanie do drzwi. Ojciec poprawił koszulę i otworzył.
-Oh witajcie kochani, witajcie.- zaskrzeczała kobieta i weszła do środka.- O moje słodkie dziewczynki!
Twoje? Chyba ci się coś pomyliło idiotko.
-Dzień dobry.- powiedziała Carol i próbowała się uśmiechnąć.
Próbowała…to dobre słowa.
-Jak ty wyładniałaś.- zaczęła Carol w policzki całować a ona tylko pokazywała mi miny wyrażające obrzydzenie.
Teraz ta stara prukwa podeszła do mnie. Nie mam zamiaru dać się całować. O nie, nie.
-O i Silviia, ty też wyładniałaś i wyrosłaś.- położyła mi rękę na ramieniu i już chciała mnie pocałować w policzek.
-Przepraszam, ale ja się nie całuję z kobietami.- oznajmiłam i zrobiłam krok do tyłu.
Carol o mało nie wybuchnęła śmiechem. Na szczęście miała długie rękawy więc wsadziła do buzi kawałek materiału i dusiła śmiech. Tato parsknął śmiechem po czym szybko zatkał usta rękoma.
-No i co was tak śmieszy?!- oburzyła się Jonna i spojrzała na mnie.- Chyba nie prostactwo tej panienki, nie wiem po kim to masz, bo na pewno nie po ojcu!- oznajmiła i weszła do kuchni kręcąc przyczepą.
-To było dobra!- oznajmiła siostra i podeszła do mnie.- A tak w ogóle…to sorry za tą całą sytuację…za Billa i…
-Nie przejmuj się…- nakazałam i uśmiechnęłam się.- Chodź idziemy uprzykrzać życie tej prukwie.
Obie zaśmiałyśmy się i pewnym krokiem wkroczyłyśmy do jadalni.

Rozdział XXV


Jonna gadała z tatą o swojej najnowszej sesji. Oczywiście miała ze sobą zdjęcia i chwaliła się nimi. Boże ona modelką jest, aż mi się wierzyć nie chce. Chyba ślepy fotograf ją wziął.
-Sariel jest dużo bardziej fotogeniczna.- stwierdziła Carol i wzięła do ręki jedno zdjęcie.
-A któż to taki?- zapytała.
-To ja.- oznajmiłam i wzięłam inne foto.
-Oh co za diabelska ksywa!- przeraziła się baba.- Ville, jak ty możesz jej na to pozwalać?! Takie ksywy…i te kolczyki..
-Pozwól, że sam je wychowam.- mruknął tato.
-No właśnie, nie wtrącaj się do naszego wychowania.- poparłam tatuśka.- Znajdź sobie kogoś kto ci zrobi dziecko i je sobie wychowuj.
-Jak już ożenię się z waszym ojcem to ja już was wychowam!- oznajmiła.
-Ożenię się?- Carol skrzywiła się.
-Już ci mówiłem że nie ożenię się drugi raz.- wtrącił tato.
-Zawsze na początku tak mówią.- burknęła kobieta.
Przewróciłam oczami i westchnęłam głośno. Tato nie pozwoli tej suczynie nas wychowywać. Co to, to nie. My się same lepiej wychowamy niż ona by miała to zrobić.
_***_
Siedziałam z Carol w jej łóżku i odpisywałyśmy na emaile fanów. Jak zwykle do niej było najwięcej wyznań miłosnych, ha…boją się, że ich Joel pobije. A właśnie apropo jego…pojechał idiota na Melediwy z ojcem i cieszy michę, nie mam jak się z nim rozmówić, a to nie sprawa na telefon.
-Naprawdę chcesz zerwać z Joelem?- zapytała siostra.
-Tak…kochałam go…ale on zaczyna mnie traktować jak zabawkę…jak o mało mnie nie zgwałcił wtedy…ten koleś, on nawet mi nic nie powiedział, a następnego dnia nawet się nie pożegnał…
-Rozumiem.- przytuliła mnie.- Co zrobisz to będzie dobrze, przepraszam że wcześniej tak zareagowałam, ale zawsze tak dobrze się wam układało…
-Wiem kochanie, wiem…ale tak bywa…
-Nooo…
-A jak tam z tobą i z Tomem?- zapytałam nagle.
-Oh przestań, nic nie zaszło.- naburmuszyła się i zaczęła czytać kolejny list.- Oprócz tego całowanka po pijanemu w kiblu, rano i tak nic nie pamiętał.
-A to chamidło!- oburzyłam się.
-No…ale cóż, bywa, ale dlaczego pogodziłaś się z Billem?
-Oj nie ważne, pogodziłam się i tyle. Koniec tematu.
-No dobra, dobra.- zaśmiała się siostra.- O jakiś gościu się pyta czy mu dasz coś intymnego.
-Napisz mu, że nie rozdaję bielizny.
-A to od kiedy?
-Powiedzmy, że od zawsze.- wytknęłam jej język.
-Tak jasne, bujać to ja ale nie mnie.- zaśmiała się.
-Ah ty! O kurdele to już po 3?!- zdziwiłam się.
-No…ja jeszcze poodpisuję, jak chcesz to idź spać.
-Yhym.- mruknęłam i położyłam się.
-Ze mną śpisz?
-A co? Wyganiasz mnie?!- oburzyłam się.
-Nie, no gdzie tam. Śpij sobie śpij.
Przekręciłam się na bok i zasnęłam momentalnie.
_***_
Rano obudził mnie dzwonek telefonu. Wymacałam telefon.
1 wiadomość
Od: Żampol

Ocipiał?! Żeby mi o 8 smsa pisać! Zabiję jak spotkam.
Pragnę dotykać Twego rozgrzanego ciała, ocierając się o Ciebie, chce czuć smak Twojego potu na Twych napiętych mięśniach…
Słucham?! Zrobiłam wielkie oczy i otworzyłam szeroko usta. Co za bezczelny cham i zboczeniec! Podam go do sądu…Ah coś jeszcze zboczeniec napisał. Zaczęłam powoli przewijać te jego debilne kropeczki.
To ja Twój ręcznik…xD
Zabiję go! Wykastruję, ogolę na łyso i nago wywieszę za okno.
No więc, mój ręczniku…Spieprzaj z mojej łazienki, zwalniam Cię, to po pierwsze. Po drugie to mnie obudziłeś, daj mi spać. Cześć.
Wystukałam i wyłączyłam głos po czym przekręciłam się na drugi bok i zasnęłam.
_***_
Siedzę w domu już tydzień i strasznie się nudzę. Bill już do mnie nie pisze bo pewnie się obraził że go wyrzuciłam z łazienki. Jak dziecko…albo i gorzej.
-Wychodzę.- oznajmiłam i nałożyłam buty.
-Gdzie znowu?- zapytała siostra i rzuciła się na kanapę.
-Idę zobaczyć czy Joel wrócił, a potem chyba na miasto.
-Sama chcesz iść?- zapytała mnie siostra.
-Sorry, ale chcę sama…nie chcę świadków.
-No dobra.- siostra uśmiechnęła się.
Wyszłam z domu i udałam się do Joela. Spokojnie…jakoś to będzie…nie można się denerwować. Zapukałam raz, nic, drugi raz, cisza. Jeszcze nie wrócili. Odetchnęłam z ulgą i ruszyłam w stronę miasta. Może sobie kupię jakiś drobiazg, dawno nie wydawałam kasy.
Na mieście jak zwykle panował ruch. Kobiety ganiały po sklepach z ciuchami i butami, mężczyźni śpieszyli do pracy, albo z pracy. W oczy rzucił mi się jeden chłopak. Szedł po drugiej stronie ulicy. Miał dredy, na głowie czapkę, wielkie spodnie i koszulkę jak worek od ziemniaków. Zrobiłam duże oczy i myślałam że eksploduje ze szczęścia. W końcu będzie wesoło! Szybko przebiegłam przez ulicę i dogoniłam chłopaka. No tak, ta pierdoła nawet nie zdała sobie sprawy że za nim idę!
-Niespodzianka Panie Dredzie!- krzyknęłam.
-Że co?
Odwrócił się. Szczena mi opadła a oczy zwiększyły się do wielkości pięciozłotówek. To wcale nie jest ten o którym myślałam…to jakaś podruba…no ładnie.
-Eee…sorry.- mruknęłam.- Myślałam że jesteś…Eee kimś innym.- wytłumaczyłam i zrobiłam krok do tyłu.
-A czy to że nie jestem tym kimś innym przeszkadza ci w pójściu ze mną do kawiarni?- zapytała i wskazał na małą kawiarenkę obok.
-W sumie to…jestem zajęta, idę do…kolegi!- zmyśliłam na poczekaniu.
-Ah, to chętnie cię odprowadzę do tego kolegi.- uśmiechnął się zawadiacko.
-Eee…
-Jak miło że się zgodziłaś!- wykrzyknął.- Dean.- oznajmił i wyciągnął rękę.
-Silviia.- uśmiechnęłam się nieco krzywo i nie uścisnęłam jego ręki, po prostu trochę go wyminęłam.
-Jakaś niedostępna jesteś.- zaśmiał się i dogonił mnie.
-Powiedzmy, że nie ufam ludziom których nie znam.
Ładnie, teraz muszę zapierdzielać do Josha i to do tego z jakimś natrętem na karku. Następnym razem przyjrzę się dokładnie zanim coś zrobię.
-No, ale mi możesz zaufać.
-Nie powiedziałabym.- oznajmiłam i przyśpieszyłam.
-Hej no, chyba się mnie nie boisz!- znowu mnie dogonił.
-Może tak, może nie.- burknęłam.
-Wyluzuj i daj mi swój numer.
-Odczep się ode mnie idioto.- syknęłam.- Idź sobie i daj mi spokój!
-Głupia dziwka.- podsumował i zawrócił.
Palant, myśli że jak go pomyliłam z kimś innym to może co chce. Niektórzy chłopacy to tacy idioci że się płakać chce. Skręciłam w wąską uliczkę i na skróty udałam się do domu.
_***_
-Silviiuś mam do ciebie prośbę.- oznajmił tato, pewnego pięknego wrześniowego dnia.
-Słucham.
-Mogłabyś skoczyć do dziadka do pracy i zanieść mu obiad? Babcia jest chora i nie może.
-Mam iść do sex shopu?!- zapytałam i wstałam z kanapy.
-No…tylko obiad zanieść!
-A jak mnie złapią?! Już widzę nagłówek z Bravo ,,Gitarzystka ID stałą klientką jednego z Finlandzkich sex shopów.”
-No już nie przesadzaj.- burknął ojciec i wcisnął mi w ręce pudełko z obiadem dla dziadzia.
-A Carol nie może iść?
-Wyszła gdzieś.
-No tak, wszystko na mojej biednej małej główce.- burknęłam i wyszłam z domu.
Przemknęłam ciemnymi uliczkami na jedną z głównych ulic Helsinek i spojrzałam na sklep za ulicą. Przygryzłam lekko wargę i mocniej ścisnęłam rączkę od reklamówki i przebiegłam przez jezdnię. Pchnęłam drzwi od sklepu dziadzia i ciągle modliłam się w duchu żeby nikt mnie nie zobaczył.
-O Silviia!- ucieszył się staruszek.- Chodź kochanie, chodź.
Spaliłam buraka i poszłam do dziadka za ladę. Kolesie siedzący na krzesłach naprzeciwko mierzyli mnie wzrokiem i gadali coś sobie na ucho.
-O nie, nie panowie.- dziadek pomachał im palcem przed oczyma.- To moja wnuczka i ona tylko przyniosła mi obiad.
-Proszę, tato sam gotował.- oznajmiłam i podał mu pudełko z obiadem.
-Hoho, pysznie.- zachwycił się dziadek i postawił pudełko pod ladę.
-To ja chyba…będę się zbierać.- powiedziałam cicho.
-A może byś opowiedziała co tam w trasie?- zaproponował.
-To może wpadnę kiedyś do ciebie…do domu co?- zapytałam.- Trochę mi niezręcznie.- oznajmiłam i cofnęłam się do tyłu.
Wtedy walnęłam o szafkę i na podłogę spadło parę…gadżetów. Skrzywiłam się i ukucnęłam aby to wszystko pozbierać. Boże co to? Prezerwatywy bananowe…jakiś środek nawilżający. O kurde, zestaw do biczowania…kupię Kaulitzom xD. Wzięłam te wszystkie świństwa w ręce i wstałam.
-Zabiję się.- mówiłam do siebie.- Masakra norm…
Wtedy właśnie przede mną jak z pod ziemi wyrósł wysoki chłopak. W ręku trzymał jakieś kasety i gapił się na mnie. Mnie wcale jego widok tutaj nie zdziwił, gdyby nie to że teraz stoję za ladą i trzymam w rękach te wszystkie świństwa.
-Co ty tu robisz?!- zapytał i zrobił oczy wielkości pięciozłotówek.

Rozdział XXVI


-Co ty tu robisz?!- zapytał i zrobił oczy wielkości pięciozłotówek.
-A Ty?!
-Pracujesz tu?!- krzyknął i otworzył szeroko usta.
-Nie, no co ty.- burknęłam i zaczęłam ustawiać gadżety na półce.
-No to co tu robisz?
-Przyniosłam dla dziadka obiad.- westchnęłam.- A ty?
-Uzupełniam kolekcję.- odrzekł i wyłożył na ladę pięć kaset.- Ty to masz dobrze.- rozmarzył się.- Jakby mój dziadek miał sex shop…
-A tak w ogóle to jest Tom Kaulitz.- poinformowałam dziadka i wskazałam na chłopaka który rozglądał się dookoła i marzył.
-Jaki przystojny chłopiec, twój chłopak?- zapytał dziadzio.
-Przyjaciel.- odrzekłam i zaśmiałam się.- Dałaby się dać mu to za darmo?- zapytałam i wskazałam na kasety.
-A Weś je dla niego.- odrzekł staruszek.
-No dobra już przestań marzyć.- przeskoczyłam przez ladę i wcisnęłam mu kasety w dłonie.- Chodź pójdziemy gdzieś.
-Ja chcę tu zostać…z twoim dziadkiem, będę tu pracował.
-Chyba a snach.- mruknęłam i zaczęłam ciągnąć go do wyjścia za kaptur.- No chodź że!
Po około 5 minutach udało mi się Toma wyciągnąć ze sklepu. A to zboczeniec, nie dość że dostał pięć kaset za free to jeszcze mu źle.
-Co tu robisz?- zapytałam go.
-Mamy tu koncert, jutro wieczorem.- odrzekł.
-Bill też jest?
-Nie! Bill nie ma! Zostawiliśmy go na polu z krowami…Jasne że jest, w centrum handlowym.
-A co robiliście przez ten czas?
-Siedzieliśmy u Geo i oglądaliśmy bajki…mama musiała pozałatwiać te wszystkie sprawy.- mruknął i wszedł do kawiarni a ja za nim.
-Jaki wyrok?
-Sprawa w toku…Bill ciągle się boi…Mam do niego żal.- oznajmił po chwili i spojrzał przez okno.- Jestem jego bratem, tobie powiedział, a mi nie…
-Czasem lepiej jest wyżalić się komuś, kogo się nie zna, nie miej do niego żalu. To…na pewno było dla niego trudne.
-To wszystko działo się pod moim nosem.- zacisnął pięści.- Gdybym go dorwał…
-Podać coś?- przyszedł kelner.
-Dwa razy sernik na zimno i herbata.- zamówił Dredziarz.- Cholera…taki głupi byłem…jak mogłem tego nie zauważyć?! No powiedz jak mogłem tego nie zauważyć?!
-Tom, to nie twoja wina…wiesz o tym…
-Ja już wiem czemu on nigdy nie chciał się zbliżać do mnie…nigdy mnie nie przytulał…on się mnie bał.- wyznał i położył głowę na stół.- Własny brat się mnie bał.
-Nie…na pewno nie…Eee może mu…się nie podobasz?
-No dzięki!- oburzył się i wrócił do pozycji siedzącej.- Myślisz, że Carolinie też się nie podobam?- zapytał i zarzucił dredami jak modelka.
-Myślę że jej tak, ona zawsze miała zły gust.- wyszczerzyłam się.
-Już drugi raz pod rząd podniosłaś mnie na duchu!- rzucił ironicznie.
-Przepraszam no, nie fochaj.- uśmiechnęłam się promiennie.
Kelner przyniósł nam sernik i herbatę. Dredziarz tylko uśmiechnął się lekko i zabrał się do pochłaniania sernika.
_***_
Rozmawialiśmy może z godzinę, Tom ciągle opowiadał jak co to było u Geo. Czasem tak się śmialiśmy, że ludzie patrzeli na nas jak na idiotów. W sumie…to się nie mylili.
-No to ja chyba będę się zbierać.- oznajmiłam o wstałam.
-O, to ja cię odprowadzę!- zaproponował.
-Ah ty jak zwykle wszystko z myślą o Carol.
-No…a może to by wolałabyś odprowadzić mnie? W hotelu Geo jest.- oznajmił i wyszczerzył się.
-To lepiej ty mnie odprowadź- powiedziałam.
Tom zostawił kasę na stoliku i wyszliśmy z kawiarni.
-A jak tam Carol żyje?- zapytał.
-A normalnie, ostatnio trochę się pokłóciłyśmy przez tą całą sytuację z Billem.
-Ah, no…a ja tam się cieszę…to ja cię tak wychowałem.- oznajmił i dumnie wypiął pierś.- Dzięki mnie zmądrzałaś.
-Ohh, ale ty skromniutki.
-Jak zawsze.- rzekł i walnął banana.
Dalej szliśmy w ciszy. Tom pewnie zastanawiał się co by tu palnąć mądrego żeby się Carolinie przypodobać. Eh…
-O czym myślisz?- zapytał w końcu.
-O niczym…a ty?
-O Carolinie.- mruknął i zarumienił się.
-MopMen się zakochał, MopMen się zakochał, nananananana.- zaczęłam się wygłupiać.
-Oh to nie jest śmieszne!- oburzył się i trącił mnie łokciem w bok.
Po około 10 minutach doszliśmy wreszcie do domu. Tom o dziwo przeskoczył przez płot i zaczął…zrywać kwiatki z ogródka sąsiadki!
-Co ty odwalasz?!
-No zrywam kwiatki dla Carolinki.- odrzekł jak gdyby nigdy nic.
-Ah…no tak, kultura pierwsza klasa.
Tomasz zadowolony z siebie wylazł z ogródka. Poprawił spodnie, wygładził bluzkę po czym wyciągnął z kieszeni perfume i wypryskał się. No a na Billa to gada że laluś.
-Dobrze wyglądam?- zapytał.
-Bosko, Tomuś bosko.
-No to idę, raz się żyje.- oznajmił i ruszył w stronę mojego domu zostawiając mnie sama na chodniku.
_***_
Z pokoju siostry dochodziły jakieś chichoty, warczenie i te sprawy. Ja tym czasem siedziałam w swoim pokoju i kleciłam coś w photoshopie. Dokładnie fotomontaż z Tomem i Carol. Tomasz orgazmu dostanie jak mu to wyślę na emaila. Usłyszałam ciche pukanie do drzwi.
-Proszę.
Do pokoju powoli wszedł Tom. Wyglądał jak burak, był czerwony aż po uszy.
-Cześć.- bąknął i usiadł na skraju łóżka.- Ładny pokój.
-A co ty taki zburaczony?- zapytałam.
-No bo ten…powiedziałem jej.- szepnął.- Prawie…dlatego muszę wiać.
-Jak to ,,powiedziałem prawie”?
-Napisałem jej to…na karteczce…i muszę zwiewać zanim wróci z herbatą.
-Ah ty, zero odwagi…
-Głupi jestem…idę zabrać karteczkę…
-Nie! Powiedz jej to…potrafisz.
-Ty jej powiedz..- mruknął.
-Ty…
-NIE!
Dredziarz klęknął na podłogę i zaczął coś tam grzebać pod łóżkiem. Zrobiłam wielkie oczy i przypatrywałam się mu.
-Co ty odwalasz?
-Chowam się.- oznajmił i wślizgnął się pod łóżko.- Nic jej nie mów!
Westchnęłam głośno i wyszłam z pokoju.
-CAROL!- wrzasnęłam na cały dom.- Makaron jest u mnie w pokoju i koniecznie chce ci coś powiedzieć!
-NIE! Nie rób mi tego!- wrzasnął Mop spod łóżka.
Siostra wspięła się po schodach.
-Pod łóżkiem jest.- oznajmiłam i zbiegłam na dół.
Lepiej będzie jak zostawię ich samych. Tom mnie zabije, ale ja to robie dla dobra ich miłości. Zaśmiałam się pod nosem i padłam na kanapę. No a co do miłości…muszę jutro skoczyć do Joela, może wreszcie wrócił. Kurde…może on to przewidział i specjalnie mnie unika? Kto go tam wie…Moje przemyślenia przerwał łomot otwieranych drzwi. Po schodach zbiegł Dred.
-Rozliczymy się jutro!- krzyknął i rzucił się do drzwi wyjściowych.
-Tom, zaczekaj!- Carol wybiegła z pokoju.- Ja też Tom! Ja też!- wrzasnęła i pobiegła za nim.
Oho, no to się narobiło. Wstałam z kanapy i wyszłam na schodki. Tom uciekał potykając się o swoje własne nogi a moja siostra biegła za nim i wrzeszczała żeby zaczekał.
-Jak będę gotów o tym pogadać to zadzwonię!- oznajmił.
-IDIOTA!- siostra wzięła kamień i rzuciła nim w kierunku Toma.- SZAJBUS! DZIKUS! POJEBANIEC!
Westchnęłam głośno i podeszłam do Carol. Dziewczyna fuknęła i usiadła po turecku na środku chodnika.
-Wyznał mi miłość i uciekł…czy to jest prawdziwy facet?- zapytała.
-Spróbuj go zrozumieć.- usiadłam obok niej.- Nigdy nie był zakochany, aż do teraz, Tom to palant…i co zrobisz? Ciesz się że on a nie Geo.
-Nawet zgubił idiota buta.- oznajmiła i wskazała na białego buta jakiś metr przed nami.
-Kopciuszek…ale teraz masz pretekst żeby się z nim spotkać.- powiedziałam i uśmiechnęłam się chytrze.

Rozdział XXVII


Na drugi dzień postanowiłyśmy z siostrą że pójdziemy poszukać chłopca na którego będzie pasować but. Szczęśliwiec otrzyma połowę ogrodu i rękę Carol. Oby tylko na Geo nie pasował. Czarnowłosa właśnie pakowała swoją torbę a ja trzymałam ,,pantofelka” za sznurówkę i zatykałam sobie nos. Wierzcie mi że męskie buty to nie perfumy.
-Weź ode mnie tego Tomskiego smroda.- powiedziałam i walnęłam siostrę w tyłek adidasem Makarona.
-Dlaczego ja?!
-A co to mój but?
-A mój?
-Bardziej twój niż mój.
-No dobra.- burknęła i wyrwała mi adidasa z ręki.- Ja wezmę.
Carolina wzięłam ode mnie Tomskiego smroda, schowała do reklamówki i wrzuciła do torby. Potem będzie miała w torbie Makaronowe perfumy xD. Wyszłyśmy z domu i rozpoczęłyśmy podróż do hotelu w centrum miasta.
-Co za człowiek.- mruknęła sis.- Niby taki odważny.
-Wręcz przeciwnie, on bardzo nieśmiały jest, ten nasz Kopciuszek.
-Ale…nie rozumiem go…
-Facetów nigdy się nie zrozumie do końca, to takie małpy z odległej planety małp.
-No, chyba masz rację…
W ciszy dotarłyśmy do dużego budynku w centrum Helsinek. Carolina pchnęła wielkie drzwi i weszła do środka, a ja za nią.
-Dzień Dobry, my do Kaulitzów.- powiedziała do recepcjonistki.- Przyjaciółki.
-483 i 484.- odrzekła baba.
Zdziwiłyśmy się że tak od razu nas wpuściła. No cóż, fuks. Wpełzłyśmy na górę.
-Założę się że Żampol ma 483.- wyszczerzyłam się i zapukałam.
-Mówiłem żebyście przynieśli śniadanie za 30 minut!- warknął i otworzył drzwi.- Bo złoże zaża…
Kaulitz stał w drzwiach w ręczniku i cały ociekał wodą. No tak, mogłam się domyślić że klaty nie ma, sama wata. Oparł się o futrynę i zmierzył mnie wzrokiem.
-Mniam, dobre śniadanko.- lekko oblizał usta.- Tom ma pokój obok i też czeka na swoją porcję.- zwrócił się do mojej siostry.
-Nie dość że chudy to jeszcze bezczelny i zboczony.- podsumowałam.- My obie do Toma.
-No tak to nie ma!- oburzył się.
-Idź się lepiej wytrzyj.- poradziła mu Carol.
-A ja tak lubię, orzeźwiające.
-Chciałyśmy tylko zobaczyć czy żyjesz.- oznajmiłam.- Jeżeli tak to idziemy do Toma.
-Na tym świecie nie ma sprawiedliwości.- stwierdził a kąciku jego ust powędrowały w stronę brody.
-Ja się ciebie boję, po tym ostatnim smesie.
-A ja się obraziłem! Więc musisz teraz zabiegać o moje względy!
-Hohoho! Chciałaby dusza do raju ale grzechy nie pozwalają.
-No dobra, zapraszam do środka.- powiedział i zszedł mi z drogi.
-Ale ja i Carol…
-Kto?- zapytał.
Rozejrzałam się, a tej zdrajczyni nigdzie nie było. No tak, poszła sobie do Tomasza się całować a mnie tu zostawiła. Dzięki wielkie. Ja też się będę całować! A co! Z poduszką.
-No dobra, zaszczycę cię moją obecnością.- mruknęłam i weszłam do pokoju.
No tak, burdel jak w mordę strzelił. Zresztą czego innego ja mogłam się po nim spodziewać. Poduszka leżała w nogach łóżka a kołdra na podłodze. Na lampce nocnej wisiały bokserki Billa, a na podłodze jakieś puszki po redbullach.
-Oj, mały bałagan tu mam.- zaśmiał się nerwowo i zabrał z lampki bokserki.
-Ta, rzeczywiście…malutki.- mruknęłam i usiadłam na rogu łóżka.- Ale jednak najpierw radziłabym ci się wytrzeć i ubrać, bezwstydnik.
-Przecież nie jestem nagi!
-Mało ci brakuje.
-Mało ci brakuje.- powtórzył po mnie i ruszył w stronę łazienki.- Tobie też nie dużo!
Zwaliłam z łóżka jakieś gazety i kartki po czym rozwaliłam się na samym środku. Wygodne łóżeczko, wygodne, ale nie lepsze niż moje w domu. Kaulitz wyszedł z łazienki już stosownie ubrany. No nareszcie.
-Pamiętaj, że ciągle jestem obrażony.- przypomniał i usiadł obok mnie.
-Oh, to ja idę do domu.
-Nie, nie, nie. Żartowałem.- oznajmił i wyszczerzył się.
Coś zaczęło wibrować w mojej kieszeni. Usiadłam szybko i wyciągnęłam telefon z kieszeni. O kurde, to od Joela.
Cześć kochanie;*. Właśnie wróciłem. Jestem w domu i czekam na Ciebie.
Przełknęłam głośno ślinę i powoli wstałam. Czarny przyglądał mi się uważnie i pewnie myślał co się stało.
-Musze iść, naprawdę.- oznajmiłam.
-A co się stało?
-Joel wrócił.
-Ale…Tom mówił, że Carolina mówiła, że ty mówiłaś, że już go nie kochasz i chcesz z nim zerwać.
-Właśnie po to idę do niego.
-To ja z tobą, ja z tobą.
-Ale Bill…
-Idziemy, nie marudź, nie można tego odkładać.- wypchnął mnie brutalnie z pokoju i zamknął drzwi.
Z kim ja się zadaję…o Boże. Zbiegłam szybko po schodach.
-Dlaczego właściwie chcesz z nim zerwać?
-Bo go nie kocham.
-Bo ja cię zauroczyłem tak?- zapytał i pokazał rządek białych, krzywych zębów.
-Myślałeś poważnie o tym aparacie na zęby?
-Nie odpowiada się pytaniem na pytanie.
-Kulturalny golas się odezwał.
-Tylko nie golas ok.?
Zaśmiałam się cicho. Bill nie jest takim zgryźliwym zgredem za jakiego go miałam. Wręcz przeciwnie, okazał się miły śmieszny i troskliwy. No, może nie koniecznie troszczy się o mnie xD. W ogóle to aż wstyd mi przyznać, ale i brzydki nie jest. Spojrzałam na niego ukradkiem i uśmiechnęłam się lekko. Czarne włosy luzem opadały na jego twarz. Lepiej wygląda niż z tą szopą na głowie. Wtedy poczułam jak walę w coś twardego i aż odrzuciło mnie do tyłu.
-O w mordę jeża!- wrzasnęłam i złapałam się za głowę.- Kto tu postawił tą jebaną latarnię?!- krzyknęłam na całą ulicę i kopnęłam w słup.- Jałć! Mój palec!
-Oh, mocno boli?- zapytał i zbliżył się.
-Tak, trochę, ale musimy się śpieszyć! Chcę to mieć za sobą. – oznajmiłam i ruszyłam dalej.
-Dobra, jak chcesz.
Dalej szliśmy w ciszy. Ja już na nic się nie zagapiłam i po prostu patrzyłam przed siebie. Jeszcze pare takich wypadków i dostanę wstrząsu mózgu. Boże, ale jak ja mam powiedzieć Joelowi? Tak po prostu? On mnie zabije…Zatrzymaliśmy się przed domem Joela.
-Schowaj się u mnie w ogródku.- powiedziałam i wskazałam mu mój dom.
-Czemu mam się chować?
-Chcesz żeby Joel pod wpływem szoku oberwał ci fiuta?
-Nie…
-To się chowaj!
-No dobra, dobra już idę.- burknął i zwinnie przeskoczył przez płot.
Zapukałam mocno do dębowych drzwi i westchnęłam głośno. On mnie zabije…zabije jak psa. Drzwi otworzyły się szeroko i zobaczyłam w nich uśmiechniętą twarz Joela.
-Oh nareszcie!- wykrzyknął i chciał mnie pocałować.
-Nie, nie, nie. Musimy pogadać.
-No to wejdź…
-Nie, wolę tu.
-No…no dobra jak chcesz.- zgodził się i oparł się o futrynę.- O co chodzi?
-No bo…chodzi o to…ja…przyszłam ci powiedzieć…że już…już cię nie kocham.- oznajmiłam.- Nie chcę już z tobą być.
-Co? Dobra żart.- roześmiał się.
-Ale…ja wcale nie żartuję…

Rozdział XXVIII


-Co?! Zwariowałaś?!- wykrzyknął i zaczął wymachiwać rękoma.- Dla kogo mnie zostawiasz?! Dla Kaulitza?! Dla Listinga?! Może dla Schäfera?!
-Dla nikogo.- odrzekłam całkiem spokojnie.- Chcę być sama.
-Źle ci ze mną?!
-Nie mogę być z kimś na siłę.- syknęłam.- Nie kocham cię już…zresztą…byłam dla ciebie tylko zabawką, którą można poprzytulać jak jest źle. Nawet nie wiesz że na urodzinach Kaulitzów ten psychol….chciał mnie zgwałcić.- powiedziałam a po moim policzku spłynęła jedna łza.- Ty siedziałeś upity przy barze…a rano nawet nie zszedłeś się pożegnać.
-Chciał cię zgwałcić?! O Boże Sariel…ja…ja przepraszam…daj mi jeszcze jedną szansę...ostatnią, kocham cię.
-Ale ja ciebie nie…przykro mi.
-Nie możesz mi tego robić!- krzyknął i złapał mnie za ramiona.- Nie możesz!
-Nie mogę cię oszukiwać.- oznajmiłam.
-Dlaczego mi to robisz?!- wrzeszczał i potrząsał mną.- Dlaczego?!
-Nie specjalnie przecież!- krzyknęłam mu w twarz.- Możemy być przyjaciółmi, za dużo nas łączyło żeby teraz…
-Nie będziemy przyjaciółmi!- warknął.
-Jak to nie będziemy? Joel, ja…nie chcę tego wszystkiego tracić…
-Nie będziemy przyjaciółmi!- powtórzył.- Jeszcze będziesz moja, zobaczysz.- syknął i zatrzasnął mi drzwi przed nosem.
Wszyscy są tacy, albo będziesz moja albo spadaj. Eh, zidiociałe yeti. Z drugiej strony to półtorej roku związku…trochę szkoda, ale liczą się uczucia.
-Nie przejmuj się nim.- usłyszałam za sobą ciepły szept wokalisty TH.- Widać nie jest ciebie wart.
-Mówiłam żebyś zaczekał w ogrodzie…
-Nie mogłem się powstrzymać, chodź.- powiedział i objął mnie swoim ramieniem.- Mi się możesz wyżalić jak staremu kumplowi.- oznajmił i puścił mi oczko.
-Hehe, wiem.- uśmiechnęłam się.
-Ałć! Co za debil!- warknął Czarny i złapał się za tył głowy.
-Co jest?- zapytałam.
-Jakiś idiota czymś we mnie rzucił! CIEKAWE KTO.- ostatnie dwa słowa wypowiedział bardzo głośno i odwrócił się.
-Nie przejmuj się…
-Hey Ross!- krzyknął w stronę domu Joela.- Jak chcę się bić to wyjdź!- zacisnął pięści i ugiął lekko nogi.- No chodź!
-Idiota.- złapałam go za szlufkę od spodni i zaczęłam ciągnąć w stronę mojego domu.- Chodź, pobijesz się ze mną.
-Z tobą nie chcę!- oznajmił.- Kobiet nie biję.
Oho, jaki dżentelmen. Zaśmiałam się i przeskoczyłam przez płot a on za mną. Ruszyliśmy na tyły domu by tam porozmawiać sobie w spokoju. Jednak tam czekała mnie niemiła niespodzianka. Na kocyku na trawce wywalała swoją grubą dupę Jonna, a ta suka co tu robi?
-Przepraszam, ale chciałabym pogadać z kolegą, TU.- oznajmiłam jej.
-Usiądźcie sobie na bujawkę.- mruknęła.
-Ale będziesz nas podsłuchiwać, stara krowo.
-Nie odzywaj się tak do mnie!- warknęła.
-Chodź Bill, idziemy stąd, daleko stąd!
-A kto to?- zapytał szeptem.
-Narzeczona mojego ojca.- burknęłam i pchnęłam drzwi do domu.
Tato pichcił coś w kuchni podśpiewując piosenką Spice Girls. No nie, ten to ma gust. Pogratulować.
-Część tato.- przywitałam go.- Przyprowadziłam Billa i zerwałam z Joelem.
Tato przerzucił naleśnika na drugą stronę i obrócił się na nodze w naszą stronę.
-O Boże dziecko!- wykrzyknął ojciec na mój widok.- To Joel cię tak pobił?!
-Słucham?!
-Ten siniak!
-Ah, to.- mruknęłam.- Walnęłam w latarnię.
-Boże jak Ty chodzisz?!
-No, zagapiłam się.- burknęłam.- To jest Bill.- wskazałam na Czarnego.
-Ville Valo.- przedstawił się tato.
-Bill Kaulitz.
-Aaa to ten co o nim Carolina mówiła! Wtedy w szpitalu!- zauważył ojciec.
-Tato…cicho, to już przeszłość.
-Ah, dobra, naleśniczków?- zaproponował.
-Poproszę.- odrzekłam.- Chodź do salonu.- zwróciłam się do Billa.
Udaliśmy się do dość dużego pomieszczenia z kinem domowym, kanapą i fotelami. Bill rozglądał się dookoła z bananem na gębie. Ten to chyba wiecznie szczęśliwy jest. Rozłożyłam się na jasnej sofie i włączyłam TV.
-Siadaj i czuj się jak u siebie.- rzuciłam.
-Fajnie…tu macie.- oznajmił i usiadł obok mnie.
-Coś nam się należy.- wyszczerzyłam się.- Co oglądamy?
-Nie wiem.- wzruszył ramionami.- Co chcesz.
-Ah, co ty taki jesteś jakiś niemrawy?
-A bo ja wiem…z czego mam się cieszyć?
-Z tego, że masz zaszczyt siedzieć na kanapie państwa Valo.- wytknęłam mu język.
-Oh! Jupi, Haha. Co za zaszczyt.
-Wiesz…mam do ciebie pretensje.
-O CO?!- zbulwersował się.
-Bo mi nie powiedziałeś, że latarnia stoi przede mną!
-Myślałem że widzisz…powinnaś sobie okład z lodu zrobić, albo można to inaczej załatwić.- wyszczerzył się.- Wiesz że moje pocałunki uleczają?
-Serio? Ohh to ty powinieneś gabinet otworzyć! Fanki by do ciebie przychodziły z bólami cycków lub krocza.
-To raczej coś dla Toma.- stwierdził i przysunął się z lekka.- Ja leczę tylko wybrane osoby.
-To idź Geo lecz z hemoroidów.- wyszczerzyłam się.
-Jesteś naprawdę okropna.- oznajmił i zaśmiał się.
-To był komplement?
-Może tak, może nie.
-Dobra, ja idę po ten lód.- oznajmiłam i wstałam.
-No to leć mała, leć.
-Ja już ci mówiłam, że mała to jest twoja pała.
-Ojojoj a ja już ci mówiłem, że wcale nie jest mała.
Zaśmiałam się i wyszłam z salonu. Tak w ogóle to ciekawe jaka jest prawda co do tej Kaulitzowej pały.
-O dobrze że przyszłaś! Właśnie zrobiłem wam naleśniki.- oznajmił tato.
-Super.- mruknęłam i wyjęłam z zamrażalki torebkę z lodem po czym przyłożyłam ją do czoła.
-Proszę.- w drugą rękę tato wcisnął mi talerz z górą naleśników.- Smacznego.
-Dzięki.- mruknęłam i ruszyłam do pokoju.
-Naleśniki!- ucieszył się młodszy Kaulitz i aż zatarł ręce.- Ty się odchudzasz, prawda?
-Nie, wyobraź sobie że nie…ale może powinnam zacząć?
-Możesz się odchudzać do momentu aż zjem te wszystkie smakowite naleśniczki.
-Samolub.- stwierdziłam i usiadłam obok niego.- Wystarczy dla wszystkich.
-Nawet jeszcze zostanie!- ucieszył się!.- Na zabawę!- wziął jednego naleśnika i spojrzał na mnie cwaniacko.- To za groszek w spodniach!- krzyknął i rzucił we mnie naleśnikiem.
-Nie chcesz tego jeść?- zapytałam i spojrzałam na naleśnika który jak gdyby nic usadowił się na moim dekolcie, a dżem spływał po twarzy.
-Z ciebie?
-Nie, z….- wzięłam kolejnego naleśnika i rozsmarowałam mu go na bluzce.- Z siebie.
-Ja wolę z ciebie!- oznajmił i rzucił się na mnie.- Będzie smacznie.
-Pobrudzimy kanapę, tato nas zabije.
-Wyliżemy ją potem.- wyszczerzył się.
-Chyba ty! Nie w mojej naturze jest lizać kanapy.
-Dobry dżem z Silvii.- oznajmił i zlizał mi dżem z nosa.
-Fuj, ośliniłeś mnie! Zrób to jeszcze raz a cię osmarkam!
-Jaka ty słodka jesteś!
-Wiem, wiem.- powiedziałam i zatrzepotałam rzęsami.
-Idziesz ze mną do hotelu?- zapytał i oparł głowę na łokciach, które znajdowały się tuż pod moimi piersiami.
-Zabieraj te łokcie.- wydusiłam.
-Ojej, przepraszam!- podniósł się.
-Teraz ze mnie zejdź.- zszedł.- Jak ładnie! Brawo! Wreszcie się słuchasz.- mruknęłam i wstałam z kanapy.- Po co do hotelu?
-Odprowadzić mnie, było by miło.
-Ej no sorry…kto tu jest facetem, że ja mam cię odprowadzać?
-Nie no, tak tylko pomyślałem…ale jak ja teraz pójdę co? Ubrudziłaś mi bluzkę! A w ogóle to zaraz będzie padać!- krzyknął i wskazał na okno za którym burzyły się czarne chmury.
-Chcesz tu zostać?
-EEE…w sumie…jaa…boję się burzy!
-Łazienka jest na lewo, na górze trzecie drzwi od prawej w szafie masz ręcznik.- mruknęłam.
-Proponujesz mi nocleg! Ah kochana jesteś! Dziękuje!- krzyknął i przytulił mnie.
Ja mu proponuje?! To było wymuszenie!
_***_
Leżałam w łóżku tyłem do drzwi i gapiłam się w okno. Na dworze szalała burza, błyskawice rozcinały chmury z których lał się deszcz. Już tak od paru godzin, jeszcze trochę i będziemy mieli powódź. Przez te huki i błyski nie mogę spać. Wtuliłam głowę w poduszkę i próbowałam zasnąć. Kaulitz to z mojego domu sobie motel zrobił. Ah, Bill, Bill…Usłyszałam ciche skrzypnięcie i nadstawiłam uszu. Słyszałam jak drzwi powoli się otwierają a po chwili poczułam jak ktoś bezwstydnie wślizguję się do łóżka. No tak! Czyżby w pokoju gościnnym łóżko było za twarde?!

Rozdział XXIX


-Zabiję cię Kaulitz!- warknęłam.
-Czym sobie zasłużyłam na wyzywanie od Kaulitzów?- usłyszałam za sobą głos siostry.
Odetchnęłam z ulgą i uśmiechnęłam się pod nosem. No tak, ona od zawsze panicznie bała się burz.
-Myślałam że to ten czub.- oznajmiłam i odwróciłam się do niej przodem.- Ale na szczęście to tylko moja kochana siostrzyczka.
-Lubisz go co?
-Kogo?
-No Billa.
-He, no. Kolega a…co z Tomem?
-Pogadaliśmy o tym…ale ty o wszystkim wiedziałaś!- oburzyła się.- A mi mówiłaś że nic o tym nie wiesz!
-Bo Tom prosił, żebym nie mówiła. To nie powiedziałam.
-Jaka ty miła…- walnęła udawanego focha.- To niesprawiedliwe! Mi powinnaś powiedzieć! To ja jestem twoją siostrą a nie on!
-Ale ja go kocham…ja go kocham jak siostrę.- wyszczerzyłam się.
-Oho! Czyżby tato miał romans ze szczotką?
-Możliwe! Jak z Jonną może to ze szczotką tym bardziej!
Drzwi powoli się otworzyły i do pokoju wetknął łeb młodszy Kaulitz. Wyszczerzył się do mnie i powoli wszedł do pokoju. No tak…znowu prawie nagi. Mógłby przynajmniej tą bluzkę nałożyć!
-Cześć, o czym gadacie?- zapytał cicho.
-O niczym.- skłamałam.- A ty nie możesz spać?
-Burzy się boję…mogę do was?
-Jasne, jak nam zrobisz striptiz.- powiedziała siostra.
-Striptiz?- zrył się.
-Tak dobrze słyszałeś.- Carol ledwo śmiech powstrzymywała.
-No dobra.- zamknął drzwi na zamek i włączył lampkę nocną.
Skierował strumień światła na łóżka a my zaczęłyśmy się śmiać. Wylazłam na chwilę z pod kołdry w celu wygrzebania z szafki kamerki. Trzeba to uwiecznić.
-Co robisz?- przeraził się młodszy Kaulitz.
-Nic, będę filmować Carol jak zaciesza.- wytknęłam mu język i z powrotem wlazłam pod kołdrę.
Czarny podszedł powoli do poręczy łóżka(jest metalowa taka fajna xD) złapał za nią rękoma a jedną nogę postawił na łóżku. No tak, niech tylko ja to dodam na MySpace xD. Kaulitz przejechał dłonią po swojej nodze i odrzucił włosy do tyłu. Poruszał się dość zmysłowo i sexownie jak na chłopaka. Ja go chyba sprzedam w niemieckim burdelu.
-Ty Weś go uprowadzimy i oddamy do burdelu, zarobimy na nim mnóstwo kasy.- szepnęłam siostrze na ucho.- Wiesz co będzie jak fanki się dowiedzą?!
-Ty! Oddamy go do dziadka!
-No właśnie!
-Co wy tam gadacie?- zapytał.
-My?- udawałam że nie wiem o co chodzi.- Nic, nic, tańcz dalej.
-Podoba ci się?- zapytał i poruszył brwiami.
-No nawet nie wiesz jak!- siostra odpowiedziała za mnie.- Sariel chce wiedzieć ile bierzesz za noc, Joel nie mógł jej zaspokoić.
-Weź ty już cicho siedź! To ty chciałaś striptiz nie ja!- oburzyłam się.
-Hej! Ja tu się produkuje a wy w ogóle nie patrzycie nawet!- oburzył się.
Spojrzałam na niego. Chłopak siedział już na poręczy przodem do nas i jeszcze chamsko się rozkraczył.
-Ty zobacz!- krzyknęła siostra i wskazała na krocze Kaulitza.- On ma bzim bziołka i orzeszki!- wykrzyknęła.
Złapałam się za brzuch przez co kamerka spadła na podłogę, trudno, co najlepsze już i tak nagrałyśmy. Zaczęłam się Brechać i o mało z łóżka nie spadłam. Boże…bzim bziołek i orzeszki.
-Przepraszam co ja mam?- zapytał i szybko złączył nogi.
-No bzim bziołka i orzeszki.- odrzekła siostra ledwo powstrzymując śmiech.
-Na nasz język to znaczy że masz fiuta i jaja.- odrzekłam i spadłam z łóżka.
-Haha no co wy nie powiecie.- mruknął i speszył się.
-A Geo ma bzim bziołka?- spytała sis.
-Nie, Geo ma Czarną Dziurę.- odrzekł Czarny.- To jest Geo Czarna Dziura.
-Skąd wiesz?- zapytałam i wstałam.
-Ja nie wiem, ja się tylko domyślam.- wytłumaczył.
-A ty miałeś robić striptiz o ile pamiętam.- przypomniała mu Carol.
-Oho, napaliła się, napaliła się.
-Ja już tańczyć nie będę.- oznajmił Czarny.- Olewacie mnie.
-My?- zapytałyśmy razem.- Zdaje ci się!
-Wykorzystałyście mnie!- walnął bulwersa.
-To ona, to ona!- wskazałam na siostrę.
-Aha, co złego to nie ja!- krzyknęła.
-Zimno mi.- mruknął Czarny i zlazł pod kołdrę.- Weźcie te nogi po się nie zmieszczę.
-Kurwa ale masz lodowate giry.- stwierdziłam i szybko podkuliłam nogi.
-Dziwisz się? Zimno jest.
-Kaulitz.- zaczęła sis.
-Co chcesz?- zapytał.
-Opowiedz nam bajkę.
-O czym?- spytał.
-O księżniczce Carolinie i księciu Tomaszu!- zaproponowałam.
-No to dawno temu był sobie mały Książe o imieniu Tomasz, był bardzo próżny i nigdy nic mu się nie podobało. Ciągle wybrzydzał, krzyczał i w ogóle. W pewne święta Bożego Narodzenia do wrót zamku zapukała biedna wieśniaczka i poprosiła o nocleg. W zamian chciała dać księciu różę. Tom wyśmiał ją i wyrzucił z zamku, żebraczka ostrzegła go by nie wierzył pozorom bo prawdziwe piękno bywa często głęboko ukryte.- mówiąc ostatnie zdanie spojrzał mi głęboko w oczy.
O co mu chodzi? To była jakaś aluzja? Uśmiechnęłam się i on też. Siostra patrzyła to na mnie to na niego…Chłopak kontynuował.
-Książę powtórzył swój rozkaz i wtem żebraczka zmieniła się w piękną czarodziejkę. Książę próbował się usprawiedliwić, ale wróżka wiedziała że nie ma w sercu miłości. Za karę przemieniła go w straszną rogatą bestie i rzuciła urok na cały zamek. Wstydząc się swej brzydoty bestia ukryła się w zamku a świat mogła oglądać tylko w zaczarowanym lusterku. Róża- dar czarodziejki, również zaczarowana miała kwitnąć do 18 urodzin księcia i jeżeli zanim opadnie ostatni płatek róży księże nauczy się kochać i zdobędzie czyjąś miłość- zły urok pryśnie, jeżeli nie- zostanie bestią na zawsze. Księże po paru latach zaczął tracić nadzieję…któż mógłby pokochać bestię…
-To jest boskie.- mruknęła Carol.- Opowiadaj.
-W wiosce za lasem mieszkała piękna dziewczyna o imieniu Carolina. Zawsze miała nos w książce i miała ojca- wynalazcę. Ludzie mieli go za wariata, a o względy pięknej Carol zabiegał pyszałkowaty i zakochany w sobie Josh. Dziewczyna jednak nie zwracała na niego najmniejszej uwagi. Pewnego dnia ojciec pięknej wybrał się do miasta na pokaz wynalazków. Po drodze napadło go stado wilków, a mężczyzna uciekł do wielkiego zamku(…).
_***_
Bill siedział dalej w nogach łóżka i opowiadając sam koniec bajki. Mówiąc to strasznie gestykulował a odpowiednimi tonami głosu nadawał wspaniały i prawdziwy charakter bajki.
-Josh dał znak a wtedy wszyscy równo zaczęli walić kłodą w drzwi. Płomyk jak najprędzej pobiegł ogłosić to swojemu panu….lecz on powiedział tylko ,,Niech wchodzą…” nie zależało mu na niczym, bez Caroliny nie mógł żyć, więc wolał nie żyć. Jednak reszta domowników się nie poddała! Razem powalili armię Josha, lecz sam mężczyzna dostał się do wieży Toma. Bestia siedziała na parapecie i cicho pojękiwała patrząc z okna na wioskę, tam prawdopodobnie jest jego ukochana. Josh wystrzelił z łuku strzałę i trafił w ramię Toma. Bestia zawyła a chłopak wyrzucił ją przez okno. Potwór nie reagował, wszystko już było dla niego obojętne. Tym czasem piękna Carolina jak najszybciej gnała na koniu by zdążyć do swojego ukochanego. ,,Josh! Nie!” wrzasnęła. Tom słysząc to odzyskał siły. Zaczął walczyć z chłopakiem. Po paru minutach zepchnął go z wieży. Carolina szybko wbiegła po schodach na balkon. Niestety Tom był ciężko zraniony. Dziewczyna przytuliła się do niego i wyznała mu miłość, niestety właśnie opadł ostatni płatek róży…- zamilkł i spojrzał na mnie znowu.
Zrobiło mi się jakoś dziwnie, aż ścisnęło mnie w żołądku.
-Mów dalej.- powiedziałam.
-Carolina gorzko płakała, mimo wszystko Tom umarł. Płakała….bardzo i aż w pewnym momencie ciało bestii zaczęło się unosić. Biło od niego światło…Carolina upadła na posadzkę i patrzyła jak z bestii Tom zamienia się w pięknego młodzieńca. Razem z nim zaczęło zmieniać się całe królestwo. Sprzęty, zamek i ogółem wszystko. Od tej pory Carolina i Tom żyli długo i szczęśliwie.- skończył i uśmiechnął się.
-Piękna bajka.- Carolina była zachwycona.
-Bo o tobie i o Tomie!- stwierdziłam.
-Nie tylko dlatego!- oburzyła się siostra.
I tak zaczęłyśmy się sprzeczać o to ,,dlaczego Carolinie podobała się bajka”. Ona uparcie twierdziła że dlatego bo było ładna, a ja że dlatego bo ona i Tom w niej występowali. W sumie nie wiem czy bym chciała, żeby brali mojego boya na bestię…Interesujące.
-Ty cicho bądź!- rozkazała mi siostra.- Kaulitz zasnął.
Bill siedział w nogach łóżka i rzeczywiście spał. Usta miał otwarte a z nich leciała mu ślina. No tak! Śni o zboczeństwach a ja rano wstanę i nie dość że będę miała białe plamy na pościeli to jeszcze mi kołdrę oślini! By uwiecznić ten piękny moment i mieć czy później go szantażować zrobiłam zdjęcie, a nawet dwa. Takie rzeczy w albumie musi mieć każdy.

Rozdział XXX


Ja i Carol nie spałyśmy całą noc tylko siedziałyśmy na kompie i sklejając wszystkie ponagrywane filmiki stworzyłyśmy życie erotyczne Billa Kaulitza z Tokio Hotel. On nawet nie ma pojęcia kiedy żeśmy go filmowały. Biedny Żampol.
-To jest hit.- oznajmiła siostra i zaklaskała.- Dostaniemy Oscara za to!
-Za co dostaniecie Oscara?- ustałyśmy glos za sobą.
-A nic, nic.- skłamała siostra.
-Pokażemy ci później.- oznajmiłam i wyszczerzyłam się.- Najpierw się ubierz i coś zjedz bo to może być twój ostatni posiłek.
-Dlaczego?
-Bo przeżyjesz zawał jak to zobaczysz.- odrzekła Carol.
-Co żeście znowu zmajstrowały?!
-To ona, to ona.- naskarżyłam na siostrę.
-Co ja?!- oburzyła się.- Ja nawet tego całego Movie Makera włączyć nie umiem! To ty żeś wszystko robiła!
-Ale, chwila…co ona zrobiła?- zapytał Czarny.
Carol podoła mu laptopa i włączyła nasz sexowny filmik do piosenki sextasy czy jak tam, nie lubię takiego typu muzyki, ale do naszego sexownego Billusia to pasuje. Kaulitz gapił się w monitor jak zaczarowany a jego elfowe uszy stawały się coraz bardziej czerwone.
-Z…Zabiję cię.- wycedził przez zęby.- ZABIJĘ!
-Ja…nie!- wrzasnęłam.
Chłopak położył laptopa na łóżko i rzucił się w pogoń za mną. Wybiegłam z pokoju i szybko i zwinnie zjechałam po poręczy. Aby skrócić sobie drogę przebiegłam po stole, na którym na szczęście nic nie stało. Bill ciągle został w tyle, zero kondycji. Tylnymi drzwiami wybiegłam do ogrodu. Trawa była jeszcze mokra a ja byłam na bosaka i to jeszcze w majtkach i bluzce do kolan.
Bill dopiero co wybiegł z domu i poślizgnął się jeszcze na trawie, to jest talent. Tymczasem ja wykorzystałam jego błąd i wróciłam do domu. Zamknęłam drzwi na klucz i pobiegłam na górę dusząc w sobie śmiech.
-Otwórz mi!- wrzasnął.- Proszę Silviia…ja chcę moje ubrania! Zaraz ktoś mi zdjęcie zrobi i co będzie?
-Kto mnie chciał zabić?
-Kto zrobił filmik?
-Kto tańczył?
-Kto kazał?
-Carolina!
-Joel idzie!
-AAAA!- natychmiast otworzyłam drzwi i wciągnęłam go do domu za włosy.- Nie widział cię?
-Żartowałem.- wyszczerzył się.
-Cham.- fochnęłam się i ruszyłam na górę.- Idź do siebie i się ubierz.- nakazałam i zniknęłam w swoim pokoju.
_***_
Popołudnie ciągnęło się niezwykle wolno. Siedziałam w swoim pokoju i rysowałam Venę. Drzwi pokoju otworzyły się i do środka wślizgnął się czarnowłosy chłopak. Usiadł na łóżku i przyglądał mi się, a ja udawałam, że go nie zauważyłam.
-Idę już, mam koncert za 3 godziny.- oznajmił.
-W porządku.
-Myślałem, że pojedziesz z nami.
-Myślał indyk o niedzieli a w sobotę łeb ucięli.- burknęłam.
-Obraziłaś się tak? Za co?
-Za jajco, nie obraziłam się.
-No to chodź, Carol też jedzie, nie bądź zgrywuską.
Ja mu dam zgrywuskę!
-Dobra, jadę.- warknęłam i wstałam.
Chłopak uśmiechnął się chytrze, a ja wstałam z łóżka i ruszyłam do szafy. Otworzyłam ją i schowałam się za drzwiami, żeby tylko na niego nie patrzeć. Drażnił mnie, cały on, jego uśmiechy, ale z drugiej strony spędzanie z nim czasu było czymś super. Boże, co się ze mną stało? Czy ja zwariowałam?
-Już się przebrałaś?- zapytał.
-Nie.-odrzekłam cicho i spojrzałam w lustro.
Zobaczyłam brązowowłosą dziewczynę z kolczykami w ustach i nosie. Oczy podkreślone czarną kredką, włosy bezwładnie opadały na twarz. Były trochę pocieniowane za ramiona. Zwykle, nie modne, nie goniłam za modą…Może powinnam? Kto by mógł pokochać taką pokrakę jak ja? Chyba tylko głupi Joel.
-Jeżeli chcesz żebym pomógł ci coś wybrać to ja chętnie.- zaoferował.
-SSS.- chciałam powiedzieć, moje słynne ,,Spadaj Kaulitz”, ale jakoś nie chciało mi to przejść przez gardło, nie mogłam.- Super, pomóż.
Chłopak wstał z łóżka i podszedł do mnie. Do moich nozdrzy od razu uderzył zapach silnych , męskich perfum. Zakręciło mi się w głowie i w nosie, po prostu nie mogłam się powstrzymać od kichnięcia.
-Bardziej wyperfumować się nie mogłeś?- warknęłam.
-Przepraszam bardzo panią.- rzucił ironicznie.- Jak tak masz na mnie warczeć to ja sobie wolę iść.
-Sorry, zostań.- mruknęłam.- Pomożesz mi czy nie?
-No dobra…co my tu mamy.
Chłopak zaczął grzebać w mojej szafie i gadał coś pod nosem. On też chyba cierpi na samotność, zupełnie jak ja…tylko u mnie nie objawiło się to gadaniem do siebie, ale to chyba kwestia czasu. On ma swój własny świat Teletubisi i Smerfów…też tak chcę!
-Dobra, to ta bluzka.- podał mi czarną bokserkę.- I ta spódniczka.- i czarną spódniczkę, taką z deka gotycką.- Będziesz w tym wyglądać bardzo sexi! Znajdziesz sobie kogoś kto się tobą zaopiekuje.- wyszczerzył się.
-Chyba Geo.- rzuciłam ironicznie.
-Nie, przykro mi ale Geo ma dziewczynę.
-No to zostanę starą panną.- zaśmiałam się.- Idę się przebrać.
_***_
-Chcę moją ulubioną gitarę!- Tom latał po garderobie i panikował.
-Uspokój się siostro.- powiedziałam i zaczęłam się rozglądać.- Jak ona wyglądała?
-Siostro?- zdziwił się i spojrzał na mnie lekko unosząc prawą brew.
-Ah no bo ty jesteś moją kochaną, starszą siostrzyczką.- oznajmiłam słodkim głosikiem.- Ale masz problem bo masz 18 latek i nie masz jeszcze miesiączki, chyba będziemy musiały iść do ginekologa.
-Ty już postradałaś zmysły!- stwierdził i rzucił we mnie swoją bluzą.- Najpierw pójdziemy do psychiatry.
-Ale to nienormalne żeby w wieku 18 lat nie mieć okresu!- oburzyłam się.
-Nienormalne też jest że nazywasz mnie swoją siostrą!
-Ale kiedy ty nią jesteś!- drażniłam się z nim.
-Weś nie odzywaj się do mnie!- oburzył się i zaczął szukać gitary.
Usiadłam po turecku na blacie i zrobiłam minę myślącej dziewczyny, co w moim przypadku rzadko się zdarza. Tom kręcił się po pomieszczeniu i przekopywał wszystkie kąty w poszukiwaniu gitary. Po dłuższym przyglądaniu się jego ruchom stwierdziłam, że wszystkie jego części ciała składają się w jedną sexowny całość. Tyłek, oczy, usta a nawet te jego dredy niemyte. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jak bardzo potrzebuję faceta do którego będę mogła się przytulić i który będzie kochał mnie mimo wszystko. Zazdrościłam siostrze, ona zawsze miała wokół siebie facetów na pęczki.
-Tom…- zaczęłam nieśmiało.
-Co chcesz braciszku?- zapytał nie patrząc nawet na mnie.
-Gówno.- obruszyłam się.
-Z takimi sprawami to nie do mnie.
-Chciałam z tobą poważnie pogadać.
-A co masz jakiś problem?- zapytał i odwrócił się przodem do mnie.
-Potrzebuję kogoś…
-Ooo…Georga?
-Aż ty kurde…nie! Kogoś kto będzie mnie zawsze kochał…oo no…
-Masz przecież dwie siostry!
-Tom, poważnie mówię, Carolina ma ciebie…nawet Geo ma dziewczynę.
-AAA to ty potrzebujesz faceta.- usiadł obok mnie.- No to…kogo ci mogę zaproponować…no oczywiście nie ma nikogo lepszego ode mnie, ale ja już zajęty jestem.
-TOOOOOM!
-No przecież mówię prawdę!
-Chyba pójdę sobie pogadać z kimś innym.- burknęłam.
-Nie no siedź, ty mi zawsze pomagałaś.
-Ale jak ty nie potrafisz mi pomóc…
-Ja…ja potrafię!
-To mi powiedz czy można się we mnie zakochać.
-Eeee…no wiesz skoro Joel cię kochał, to najwidoczniej można.
-Dzięki Tom!
-No co?
Drzwi garderoby otworzyły się i zobaczyłam w nich czarnowłosego. Oparł się o futrynę i westchnął głośno.
-Oj Tom, Tom, ty nigdy się nie zmienisz.- stwierdził.
-Ale…ale co?- Dredziarz nie kumał akcji.
-Stanął ci.- oznajmił Bill i uniósł prawą brew.
-Gdzie?- przeraził się Tom i zeskoczył z blatu- Chyba cię pogibało! To tobie zawsze stoi!
-Jemu to najwyżej mogą stać włosy na głowie.- zaśmiałam się.
-Sugerujesz że nie ma mi co stać?- zapytał podejrzliwie Bill.
-Nie no coś ty, ja nic takiego nie powiedziałam!
-No dobra Tom szybko bierz gitarę i lecimy na scenę, raz, dwa, raz, dwa.
-Ja nie mogę swojej ulubionej znaleźć.- zasmucił się Dred.
-To bierz byle jaką!- wkurzył się Bill.
-Tobie to tam rybka jaki masz mikrofon! A mi to nie rybka jaką mam gitarę!
-Boże! Śpiesz się!
-Dupa, dupa, dupa, cycki!- krzyknął Tom.- Nie ma!
-Bierz tą.- wsadziłam mu w ręce byle jaką gitarę.- I na scenę! Trzymam za ciebie kciuki, powodzenia.- wypchnęłam go z garderoby.
-Ale…ale...to moja garderoba!
-Adijos muczaczos!- zamknęłam drzwi i padłam na fotel.
_***_
Dziewczyny piszczały, płakały, krzyczały i rzucały prezenty. Ja stałam za kulisami i przyglądałam się widowisku chłopców. Tom orgazmował się z gitarą, Gustav szalał za bębnami, Geo wykonywał jakieś nieznane mi ruchy, taniec deszczy czy coś, a Bill skakał po scenie i kręcił tyłkiem. Boże, on rzeczywiście się sexownie rusza, ja jestem dziewczyną i wątpię żebym tak umiała. Czarny zatrzymał odwrócił się tyłem do publiczności i zaczął im tam tyłkiem kręcić. Uśmiechnęłam się do niego, a on odwrócił wzrok i znów stanął przodem do fanek. No tak, Pan Kaulitz ma focha, ciekawe za co znowu.
-Na co tak patrzysz?- zapytała siostra, która wyrosła obok mnie jak z pod ziemi.
-Na nic.- odrzekłam i założyłam ręce na piersiach.
-Fajnie grają nie?- zapytała.
-No nawet.
Bill zaczął się kłaniać i machać piszczącym dziewczyną. Gustav dalej bębnił, a Tom po raz pierwszy podszedł do krańca sceny i zaczął coś tam gadać i machać. Skończyło się. Bill wziął butelkę wody i zaczął pić, a pojedyncze krople spływały po jego szyi. Minął mnie tak jakby mnie nie znał, nawet nie spojrzał ani nie uśmiechnął się. Pieprzony laluś.
-Kurwa, głupia gitara.- Tom wkurzył się.- Ciekawe co stało się z moją Marysią.
-Marysią?- zapytała Carol i zmarszczyła czoło.
-Tak się nazywa moja ulubiona gitara.- mruknął niezadowolony.
-Haha, chodź poszukamy Marysi.- siostra uśmiechnęła się i wzięła Dreda pod rękę.
Poszli przodem, a ja ruszyłam za nimi. Czuję się jak piąte koło u wozu, nie tak jak kiedyś. Carolina i Tom zniknęli w garderobie a ja usiadłam na ławkę i rozejrzałam się. Georg stał z jakąś dziewczyną parę metrów ode mnie. Rozmawiali o czymś i śmiali się. Nawet on jest szczęśliwy, tylko nie ja. Podciągnęłam nogi pod brodę i westchnęłam głośno. To chyba najtrudniejszy okres w moim życiu.

Rozdział XXXII


Znowu leżeliśmy na trawie i patrzeliśmy w gwiazdy. To chyba najlepszy wieczór w ostatnich tygodniach.
-Nie spodziewałam się, że umiesz całować.- oznajmiłam i zaśmiałam się.
-To coś znaczyło?- zapytał.
-Nie wiem, ale było miło.
-Jestem twoim przyjacielem?- zapytał z nadzieją w głosie.
-Oczywiście, że tak.- odrzekłam bez wahania.- Nigdy bym nie pomyślała, że jesteś taki jaki jesteś, sprawiasz wrażenie małego księcia.
-A ty takiej księżniczki, która nie dopuszcza do siebie nikogo.
-Czasem jestem taka…
-A co z trasą koncertową? Kiedy się widzimy?
-Nie wiem…
-Silviiaaaaaa wiocho nie rób mi tego, zostawisz mnie samego z tą trójką idiotów? Meggie mnie zgwałci, nie jesteś zazdrosna?
-O Boże! Meggie cię zgwałci! Jestem cholernie zazdrosna! Muszę jechać z wami!
Czarny uśmiechnął się słodko, ja też. Kolejna trasa, kolejne przygody Tokio Hotel i Immortal Dream.
_***_
Siedziałam na swoim łóżku z słuchawkami na uszach i słuchałam Good Charlotte. Obrazy za oknem migały szybko, od pasących się krów po wielkie drapacze chmur. Całowałam się z Billem, przełączyłam piosenkę, głupio zrobiłam. Nie wiem czy coś do niego czuję, a całując się z nim mogłam wyrazić jakieś uczucie. Autobus zatrzymał się co natychmiast przerwało moje przemyślenia. Pewnie tankujemy. Zamknęłam oczy i odpłynęłam słuchając muzyki, jedyne ukojenie. Siedziałam tak chwilę gdy nagle poczułam, że ktoś się wpycha obok mnie, no tak, nikt nie da biednej gitarzystce nawet chwili spokoju.
-Co słuchasz?- cudem udało mi się usłyszeć głos basisty Tokio Hotel.
-Nie Disco Polo tak jak ty Geo, nie macie jednego kierunku.- zaśmiał się Czarny.
Wyłączyłam iPoda i zdjęłam słuchawki w uszu. Geo siedział obok mnie, a Bill stał na podłodze i patrzył się na mnie z dołu.
-Pomyliliście autobusy?- zapytałam.
-Geo się stęsknił.- wyszczerzył się Czarny.
-Ja się stęskniłem? A kto chciał tu przyjść co?! Kto…
Bill zmierzył kolegę wzrokiem i zabrał mu japonka z nogi. Geo i japonki < lol2 >.
-O fu, Bill zaśmierdniesz!- przeraziłam się.
-Oddaj mojego buta!- wkurzył się Geo i zeskoczył z mojego łóżka.
-Nie oddam.- Bill podbiegł do okna i otworzył je.
-NIE! Tylko nie mój różowy japonek!- basista dorwał Bill i próbował mu wyrwać buta.
Siedziałam na łóżku, a teraz to już właściwie leżałam i zlewałam z nich. Bill wystawił głowę i rękę przez okno a Georg trzymał go w pasie i próbował odebrać swoją własność siłą.
-Bo połamię twoją płytę Neny!- zagroził goryl.
-Mam ją w domu.- Czarny wystawił mu język.- Żegnaj różowy japonku Żorżowy.- powiedział Bill i puścił buta Geo.
Basista odepchnął szybko wokalistę od okna i sam wystawił przez nie głowę. Zapewne chciał zobaczyć ostatni raz swojego bucika. Biedactwo. Bill zaśmiał się tylko i wlazł na moje łóżko.
-Teraz nie będzie nam przeszkadzał, tylko zajmie się rozpaczaniem.- oznajmił.- A kto to?- skrzywił się i wskazał na plakat Pete nad moim łóżkiem.
-Mamusia Geo.
-Brzydka, no więc tu masz spis chętnych do castingu.- Czarny dał mi jakąś listę.
-Ale ty oszalałeś.- zaczęłam się śmiać i spojrzałam na listę.- Georg Listing?!
-Tu jestem!- Żorż podniósł rękę.
-A dlaczego wszyscy mają po zero punktów a ty masz 30?- zapytałam.
-Bo całowałem się z tobą dwa razy z języczkiem, a to waży 10 punktów, to już mam 20. Raz w usta to 5 i raz się przytulaliśmy to też 5.
-No tak głośniej Kaulitz, jeszcze cię nie słyszą na końcu autobusu.- skrzywiłam się.- To Tomowi też dopisz 5, a co on w ogóle tu robi?- zdziwiłam się.
-Po sprzeczce z Carol zgodziła się, w końcu to tylko zabawa, a Tom i tak zostałby zdyskwalifikowany gdyby wygrał.- wyjaśnił.
-Ale to niesprawiedliwe.- stwierdziłam.- Wszyscy powinni zaczynać od zera!
-Ja tu jestem szefem, ja ustalam zasady.- oznajmił i wytknął mi język.- A teraz od 1 do 10 ile któremu dajesz za urodę.- mruknął i bez zbędnych konsultacji napisał w swojej rubryce ,,Za wygląd” dziesiątkę.
-Hej Kaulitz!- oburzyłam się.- Ty nie bądź taki pewny siebie! Skreślaj to 10 już!
-Nie!
-Skreślaj!
-Nie skreślę.- oznajmił i przytulił do serca zeszyt.- Wiem że na mnie lecisz.
-Skreślaj tą dziesiątkę!
-Nie! Jak mi jeszcze raz każesz skreślić to powiem wszystkim że wczoraj się całowaliśmy!
-Hey! To niesprawiedliwe! Szantaże nie wchodzą w gre!
-Bez szantaży nic nie osiągniesz w tych czasach.- uśmiechnął się triumfalnie.
-Tak czy inaczej to i tak pewnie już wszystkim rozgadałeś.
-Mi powiedział, mi powiedział!- oznajmił Geo, który siedział na łóżku na dole.
-Ty spieprzaj stąd konfidencie.- syknął Bill.
-Znowu będziecie się całować?- zapytał Listing i wstał.
-Nie, będziemy przeprowadzać wstępy do castingu.- odrzekł Czarny.
Geo rzucił mu groźne spojrzenie i wyszedł zostawiając nas samych w pokoju. Bill rozłożył się na wolnej połowie łóżka, a ja na drugiej tak że dzieliły nas zaledwie centymetry. Czarny zapisywał coś w swoim filoetowo-liliowym zeszycie w owieczki. Jego czarne włosy swobodnie opadały na ramiona, a oczy jak zwykle były mocno podkreślone czarną kredką. Miał na sobie jeansowe spodnie trochę za kolana, bluzę w czarno-białe paski i czarno-białe dżibidasy(inaczej adidasy xD).
-Skoro już zamierzasz nosić rybaczki to radziłabym ci ogolić nogi.- powiedziałam i wyszczerzyłam się.
-My faceci się nie golimy.- oznajmił.- No przynajmniej nie nogi i ręce.
-A włosy łonowe sobie golisz?- zapytałam ledwo powstrzymując śmiech.
-Haha, a co cię to obchodzi?
-Nie no, zastanawiam się czy je golisz czy malujesz i stawiasz na żel.
-Maluję i stawiam na żel.- odrzekł i wytknął mi język.- Mogę dać ci trochę w prezencie.
-Dziękuję! Zrobię z nich perukę dla mojej łysej lalki Barbie.
-No widzisz jaki jestem przydatny, ile dajesz dla Toma?
-Pięć.
-Czemu tak dużo?
-A czemu ty masz mieć 10?
-Bo ci się podobam najbardziej.- oznajmił.
-Dzięki że mi powiedziałeś, nie wiedziałam. W ogóle to schowaj tą listę, jak ci się nudzi to rozbierz się i pilnuj ubrań.
-Mogę?
-Możesz, ale w swoim pokoju.
-Ja dzisiaj zostaję tu.- oznajmił.- Z Tomem.
-Jak to?
-Normalnie, ja śpię pod tobą a Tom pod Carol.- odrzekł.- Będzie fajnie, będziemy gadać całą noc.
-Normalnie bosko.- mruknęłam i przewróciłam oczami.
Siostry kontra bracia, zbiorowy seks xD.
_***_
Wyszłam z łazienki w bokserkach i bluzce, w sumie czego mam się bać? Napalonych Kaulitzów? Już chyba bardziej Kim. Zaśmiałam się pod nosem i weszłam do pokoju. Tom, Carol i Bill siedzieli na łóżku siostry i grali w kuku. Tom siedział w swojej wielkiej piżamie w biedronki, a Bill w żaby.
-Ooo brakujące ogniwo.- zaśmiał się Tom.
-Żabol, Biedron.- udawałam że się cieszę.
Wlazłam na górę na swoje łóżko i rozłożyłam się na nim.
-Ja idę do Sil.- oznajmiła Carol i przelazła ze swojego łóżka na moje.
-No i mamy więcej miejsca.- ucieszył się Tom i rozwalił się na całej długości łóżka.
-A ja? Też chcę leżeć!- oburzył się Bill.
-To połóż się na Tomie.- zaproponowałam.- Taka by była z was ładna para, Ah.
-Jesteś okropna.- stwierdził Tom.- Jak możesz mnie z nim łączyć.- zaśmiał się.
-A mnie z nim!- Czarny znacznie odsunął się od brata.
-Bill woli Georga!- powiedziała Carol i razem z Tomem zaczęli się śmiać.
-Ej no teraz to przesadziliście.- stwierdziłam.- Żabol nie jest wart Geo.- wyszczerzyłam się.
-Dalibyście mi spokój.- Czarny spuścił głowę.- Nie moja wina że Geo mnie nie chce.
Cała nasza czwórka roześmiała się. W sumie to trochę szkoda mi Żampola, biedny musi cierpieć bo nie jest w typie Georga.
_***_
Razem z Caroliną siedziałyśmy na leżakach i wypoczywałyśmy. Bill, Tom i Gustav mrozili sobie dupę na podwórku i zbierali liście, żeby zrobić sobie bukiety. Dokładnie widzieliśmy ich przez przeszkloną ścianę dzielącą kryty basen od podwórka. Czarny zbierał też kasztany i żołędzie do małej torebeczki po perfumach. Kto by powiedział że oni są już dorośli? Chyba ci którzy ich nie znają.
-Zobaczcie mam śliczny bukiecik.- oznajmił Bill i wszedł do środka wpuszczając przy tym zimne powietrze.
-Daj mi go.- zrobiłam słodkie oczka i wyciągnęłam rękę po liście.
Bill wyciągnął do mnie rękę z bukietem i już miał mi go dać gdy drzwi z drugiej strony się otworzył i do pomieszczenia weszła Meggie w czarnym bikini. Żabol natychmiast cofnął rękę i uśmiechnął się do mnie chytrze.
-Dam go Meggie.- oznajmił.- Ty nie zasłużyłaś.
-No to się wal.- mruknęłam i wstałam.
-Sil gdzie idziesz?- zapytała Carol i zmarszczyła brwi.
-Do siebie, zaraz będą Włatcy.- oznajmiłam.
Zarzuciłam ręcznik na ramię i szybkim krokiem wyszłam z pomieszczenia. No tak, niby jestem jego przyjaciółką, a nawet nie chce dać mi zasranych liści, woli dać dziewczynie którą zna dwa tygodnie. Otworzyłam drzwi pokoju i od razu włączyłam telewizor. Może Czesio i spółka trochę mnie rozweseli. Szybko wzięłam prysznic i przebrałam w bokserki i bluzkę po czym wlazłam do łóżka.
_***_
Kiedy chowali zmarłego dziadka Anusiaka drzwi mojego pokoju powoli otworzyły się i zobaczyłam Billa. Odwróciłam głowę z powrotem w stronę TV i nie zwracałam na niego uwagi. Chłopak usiadł na brzegu łóżka i wysypał na pościel kasztany, żołędzie i zapałki.
-Porobisz ze mną ludziki?- zapytał.
-Meggie ma pokój obok.- burknęłam.- Zresztą ja oglądam bajkę.
-Czesio! Mogę z tobą?
-Ona ma też telewizor, może przy okazji da ci się poobmacywać.
-Nie chcę jej obmacywać.
-Trudno, idź sobie już.
-Obraziłaś się? Jesteś zazdrosna.
-O zasrane liście od ciebie?- skrzywiłam się.
-No dobrze.- mruknął i zabrał z łóżka swoje ,,skarby”.- Taka dziewczyna jak ty nie mogłaby być zazdrosna o takiego żula jak ja.- powiedział cicho i wstał.- Cześć.- odwrócił się napięcie i wyszedł z pokoju trzaskając drzwiami.

Rozdział XXXIII


Siedziałam na parapecie i patrzyłam jak czerwono-złote liście spadają z drzew i powoli opadają na ziemię. Kolory jesieni są najpiękniejsze ze wszystkich, za to sama jesień to cholernie przygnębiająca pora roku, ale w końcu po jesieni i zimie przychodzą wiosna i lato. Tak jak po nieszczęściu przychodzi szczęście, jak po burzy i deszczu tęcza i ciepłe dni.
-Riczi! Riczi!- do pokoju wparowała Carol.
-Jestem Silviia.- oznajmiłam.
-Tak, ty tak, ale tam przy barze…RICZI!
-Zwariowałaś?- zapytałam i zeskoczyłam z parapetu.
-Nie! Chodź ze mną! Ty sobie też kogoś poderwiesz!
Gdy Carol na siłę wyciągała mnie z pokoju przyszedł Bill ze swoim zeszytem.
-Idziesz…Ze mną…podrywać…Ricziego!- dyszała siostra i ciągnęła mnie za nogę, a ja trzymałam się futryny drzwi.
-Hey zostaw ją.- wtrącił się Bill.- Ona jest mi potrzebna w moim pokoju czekają już chłopacy i będziemy robić konkurencje.- oznajmił.
-Spadaj Kaulitz ona idzie ze mną podrywać Ricziego!- warknęła siostra.
-Nie, ona jest mi potrzebna.- złapał mnie za rękę i pociągnął do siebie.- W końcu to dla niej szukam chłopaka nie dla siebie.
-Ale ty i tak dopisujesz sobie punkty.- Carol pociągnęła mnie w swoją stronę.
-Nie prawda.- Czarny ścisnął mocniej moją rękę.- Ona idzie ze mną! Jak na razie to ja wygrywam casting.- burknął i pociągnął mnie mocno w swoją stronę.
-Ej chwila, chwila co tu się dzieje?- z pokoju obok wyszedł jakiś wcześniej nieznany mi chłopak.- Meggie mówiła mi że pełno tu świrów, ale żeby aż tak?
Bill i Carol przestali mnie ciągnąć i spojrzeli na nieznajomego. Chłopak stał w drzwiach w różowych spodenkach w czerwone serduszka i czapce na głowie. No tak, czapki przede wszystkim.
-My chyba się nie znamy.- stwierdziłam.- Silviia.- wyciągnęłam do niego wolną dłoń.
-Eee…Timo.- odrzekł nieco zmieszany i uścisnął moją dłoń.
-Hey!- Bill plasnął go po ręku.- Nie bierzesz udziału w castingu!
-W jakim castingu?- zapytał chłopak.
-CHODŹ ZE MNĄ PODRYWAĆ RICZIEGO!- wrzasnęła siostra i pociągnęła mnie tak mocno, że Bill wypuścił moją dłoń a ja wylądowałam na podłodze.
-O Boże, rzeczywiście jesteście pojebani.- stwierdził Timo i wrócił do pokoju.
Ja leżałam na podłodze, Carol trzymała mnie za nogę a Bill przytknął ucho do drzwi za którymi przed chwilą zniknął nieznajomy.
-Szybko!- Carol pomogła mi wstać.- Póki jest zajęty to wiejemy! Zaraz Riczi sobie pójdzie!
-Nie!- Bill złapał mnie za skrawek spódniczki.
-Puszczaj zboczeńcu.- próbowałam mu ją wyrwać.
-Zaraz zyskam kolejne dziesięć punktów.- oznajmił i uniósł moją spódniczkę do góry.- Haha Silviia ma czarne koronkowe majtki!- wydarł się na cały korytarz.
-Jak cię swędzi pała to sobie zwal, a nie podniecaj się moimi majtkami.- burknęłam i wyrwałam mu kawałek spódniczki z dłoni.
-Ale jak ty mi zwalisz to zyskam kolejne dwadzieścia punktów.- oznajmił.
-Ja ci kurwa zaraz tak zwalę że do końca życia tego nie zapomnisz!- krzyknęłam i wyrwałam mu z rąk zeszyt.- A masz ty zboczony gnoju!- wrzasnęłam i zaczęłam okładać go zeszytem po głowie.
-Przecież ja tylko żartuje.- bronił się i zasłaniał rękoma.
-Żeby…mi…to…było…ostatni…raz!- po każdym słowie zdzielałam go zeszytem po głowie.
-Jesteś okropna!- stwierdził i wyrwał mi zeszyt.- A idź sobie podrywać Ricziego! Idź! NO IDŹ! Ale ja i tak wygrywam!- żachnął się i odmaszerował do swojego pokoju.
-No chodź, chodź.- siostra złapała mnie za nadgarstek i zaczęła ciągnąć na dół.
Zrezygnowana poddałam się jej i obie zeszłyśmy na dół. Na fotelach siedziało pięciu chłopaków.
-O boże jakie sztuczne to.- stwierdziłam.
-Ale jakie słodkie!- siostra natychmiast podbiegła do piątki lalusiów.- Cześć jestem Carolina, a to moja siostra Silviia!- przedstawiła się po czym wskazała na mnie.
-Ooo ja je znam.- oznajmił koleś w mangowej fryzurze.- To dupy z Immortal Dream.
-Wypraszam sobie!- oburzyłam się i zrobiłam groźną minę.- Ciesz się że zostawiłam glany na górze.- syknęłam.
-Ah dziewczyny, siadajcie z nami.- słodki blondyn poklepał wolne miejsca obok siebie.
Carol szybko je zajęła a ja usiadłam na wolną kanapę trochę dalej. Po co ona mnie tu przyciągnęła? Zdurniała chyba, albo o Tomie zapomniała, a najprawdopodobniej jedno i drugie.
-Cześć dziewczyny.- Jay uśmiechnął się promiennie.- Jak tam karierka?
-Rozwija się rozwija.- odrzekła poważnie siostra.- Mamy drugą trasę koncertową z Tokio Hotel.
-Może byśmy się spotkali wieczorem?- rzucił propozycją Jay.
-Wasza piątka z nami dwiema?- zapytałam.
-Nie ja…- zaczął chłopak ale wtedy na dół zbiegł Bill, był nieco zdenerwowany.
-Ah szukałem ciebie.- oznajmił i usiadł obok mnie i objął mnie ramieniem po czym zmierzył wszystkich wzrokiem.- No a wy co się tak patrzycie?
-Właśnie chcieliśmy się umówić.- oznajmił Jay.
-Z Sil? Spadajcie cioły, ja na razie wygrywam w castingu.- mruknął i otworzył liliowy zeszyt.- Napisz mi tu pięć pytań i odpowiedzi do nich potem zobaczymy który najbardziej pasuje.- wyszczerzył się.- Jak randka w ciemno.
-Zwariowałeś.- stwierdziłam i wzięłam od niego długopis.- Ale ty nie patrz bo będziesz wiedział wszystko!
-Noo…to co.- wyszczerzył się.
Carol śliniła się do Ricziego, aż mi było jej szkoda. Skrzywiłam się i odwróciłam tyłem do Billa żeby nie widział co pisze. Szybko zaczęłam pisać pytania i odpowiedzi. Bill zerkał mi cały czas przez ramię, podglądacz, podglądacz!
-A wy co się tak gapicie?- zapytał Czarny Asfaltów.- Spadajcie do swoich pokoi bo zaraz wam Geo zaznaczy teren jak pies.
-AAAAAAAA!- cała piątka wydarła się i zaczęła biegać w koło foteli.
Chwycili swoje torby i szybko wbiegli po schodach, a Bill uśmiechnął się triumfalnie. Oni naprawdę są głupi, puste laleczki. Oddałam Billowi zeszyt a on bez wahania dopisał sobie kolejne 10 punktów za wszystkie niby poprawne odpowiedzi. To niesprawiedliwe jest!
-Oszukujesz!- stwierdziłam.
-No to co.- wyszczerzył się.- Wolisz żeby Geo wygrał?
-Wolę żeby było uczciwie!
-Jest uczciwie, ty chcesz żebym ja był przez tydzień twoim chłopakiem i pomagasz mi wygrać.
-Hey! Co? Przez tydzień?! Ja chyba nie znam do końca zasad!- oburzyłam się.
-Bill ma na pewno dla ciebie jeszcze dużo niespodzianek.- stwierdziła siostra.- Wiesz chodzenie to całowanie, obmacywanie, czasem sex.
-Ja go zaraz tak wyseksuje że mu się odechce rżnięcia do końca życia!- znowu wyrwałam mu zeszyt z rąk i zwinęłam go w rulonik.- Wypnij tyłek Kaulitz.
-Nie, błagam nie!- odsunął się ode mnie.
-No chodź, nie bój się nie, będę delikatna.- oznajmiłam i złapał go za pasek.- Wypnij się.- powtórzyłam.
-Nie, nie, nie gwałć mnie.- zakrył twarz rękoma.- Jestem na to za młody, proszę nie.
-Za młody? Stary już jesteś, no dawaj szybciej zacznę, szybciej skończę.
-Nie mogę, na samą myśl zwieracz mi się zaciska.- oznajmił.
-Mam użyć miotły?- zapytałam i wskazałam na Mopa stojącego przy recepcji.- Będzie prawie jak Tom.
-To może byście chociaż poszli do pokoju co?- zaproponowała siostra.
-No dobre, w pokoju mam kajdanki i pejcz, pożyczyłam od dziadka.- oznajmiłam i uśmiechnęłam się chytrze.
-Zostaw mnie zboczeńcu!- krzyknął.- Daj mi spokój!
Zaśmiałam się i pokręciłam głową. Jeżeli on myśli że ja naprawdę chciałabym go zgwałcić, chodźmy zeszytem, to ma bardzo wysoką samoocenę xD. Kaulitz wyrwał mi zeszyt i poprawił fryzurę, był bardzo oburzony.
-Nie wiem jak wy, ale ja idę spać.- oznajmiła siostra.- Późno już.- wstała i ruszyła na górę.
-Miłych snów o Riczim!- krzyknęłam za nią.
-Dzięki!- mruknęła nie odwracając się.
Bill namiętnie notował coś w swoim boskim zeszycie a ja wzięłam gazetę, która leżała na stoliku i zaczęłam ją przeglądać. Bild, jedna z najbardziej oszukanych gazet 99% fałszu. Moją uwagę przykuł jeden z artykułów zatytułowany ,,Fanki płaczą, koniec grzecznego chłopczyka? Bill Kaulitz ma dziewczynę? Zrobiłam wielkie oczy i zaczęłam się dusić w wyniku czego oplułam artykuł i dołączone do niego zdjęcia.
-Co się stało?- zapytał.- Piszą coś ciekawego?
-Nie! Głupoty jak zwykle.- skłamałam i wepchnęłam gazetę pod tyłek.- Nic nie ma.- uśmiechnęłam się krzywo.
Czarny zmarszczył brwi i wrócił do pisania.
-Muszę iść, zmęczona jestem.- udawałam że ziewam.
-Silviia…co się dzieje?- zapytał.- Napisali coś, prawda?
-Nie!- wstałam i schowałam gazetę ze siebie.- Miłych snów.- rzuciłam i szybko pobiegłam na górę.

Rozdział XXXIV


Szybko nałożyłam czarne spodnie, czarną bluzę i glany, żeby wtopić się w mrok. Zarzuciłam kaptur prawie na oczy i wzięłam wszystkie pieniądze jakie miałam. Jestem głupia, następnym razem jak będzie mi się chciało wylizać kogoś z Tokio Hotel to zaciągnę go do komórki na Mopy. Zamknęłam pokój i jak najciszej zeszłam na dół, po drodze na szczęście na nikogo nie wpadłam. Migiem wyszłam na ulicę, było cicho i ciemno, wiał lekki wiatr. Szybko i niezauważalnie przemknęłam na drugą stronę ulicy i weszłam do jednego ze sklepów z gazetami.
-Poproszę wszystkie gazety Bild.- mruknęłam.
-Po co panience tyle gazet?- zapytał ciekawski sprzedawca.
-Napisali o mnie coś co nie jest fajne, sprzeda mi pan te gazety?
Gościu przyniósł mi cały stos gazet i zapakował je w reklamówkę. Zapłaciłam i wyszłam w poszukiwaniu kolejnego sklepu, większość tu była całodobowa.
_***_
Cudem udało mi się pozbyć pięciu reklamówek z gazetami, nawet nie pytajcie jak. Jednak zostały mi jeszcze dwie, te chyba będę musiała wziąć ze sobą.
Dochodziła siódma rano, słońce już świeciło i miasto powoli budziło się do życia, a ja zapierdalałam z dwiema ciężkimi reklamówkami. Mam nadzieję że wszyscy jeszcze śpią, nie mam ochoty się z nimi spotkać, nie w takich okolicznościach. Pchnęłam drzwi do hotelu i powoli weszłam do środka. Szybko ruszyłam ku schodom a moje glany zostawiały za sobą błoto, sprzątaczka by mnie zabiła gdyby wiedziała, że to ja.
Weszłam do pokoju i zrzuciłam z siebie ciuchy. Gazety schowałam pod łóżka i usiadłam na jego skraju(łóżka). Wiem, że to co zrobiła w ogóle nie ma sensu bo na pewno wczoraj już ktoś zdążył to kupić, tato…biedny tato. Dziadki dostaną zawału, a Kim będzie zazdrosna. Na szczęście dzisiaj wychodzi nowy Bild i może już nie dorwą tego starego, modliłam się o to w duchu.
_***_
Wyszłam z pokoju około 10. Wszystko wskazywało na to że cześć społeczeństwa zgromadzonego w hotelu jeszcze spała. Po drodze jednak wpadłam na kolesia od różowych majtek w serduszka. Niósł tacę z jedzeniem.
-Dzień dobry panie różowe majtki.- zaśmiałam się i zabrałam z tacy jabłko.
-Hey! Oddaj to!- zbulwersował się i groźnie zmarszczył brwi.- To nie dla ciebie.
-Nie no nie mów że tobie Geo też kazał udawać swoją druga połówkę.
-Nie.- warknął.- Mi nie, tylko Meggie.
-Oh to ty jesteś jej chłopakiem?
-Nie, babcią.- mruknął i ruszył do pokoju.
Jakiś dziwny jest, nie teges. Zbiegłam na dół do baru żeby sobie coś zamówić do jedzonko bo mi kiszki grają Schrei xD. Zamówiłam sobie jakąś sałatkę i usiadłam do stolika.
-SILVIIA! SILVIIA!- do baru wpadł Tom wymachując jakąś stroną wyrwaną z gazety.- Jesteś okropna!- dosiadł się do mnie i rozłożył papier na stoliku.
-Byłam pijana.- wypaplałam i zacisnęłam mocno powieki.- Nie chciałam go pocałować.- skłamałam.
-Ale…
-Wiem teraz zrobisz mi wyrzuty, że ci nie powiedziałam, że jesteś moim przyjacielem i tym podobne, ale ja naprawdę nie chciałam wtedy przed hotelem, to Bill to jego wina.
-Całowałaś się z Billem?!- wrzasnął na cały bar.- I mi nie powiedziałaś?! Jestem twoim przyjacielem nie?
-A to tobie nie o to chodziło?- zapytałam i otworzyłam oczy.
-Nie, ale…ja…o w mordę Bill się ślini nie? To okropne, wiedziałem że się ślini.
-Sam się ślinisz.- warknęłam.- Masz ślinotoki jak spisz. Jak się całujesz i jak jesz.
-Silviia broni Billa, Silviia broni Billa.- zachichotał.- Idę powiedzieć wszystkim.
-Tylko spróbuj.- syknęłam.- Pożałujesz że się urodziłeś.
-No dobrze, dobrze żartuję.- wydusił i zaczął się śmiać.
-To wcale nie jest zabawne!- oznajmiłam i wstałam.- Ale skoro cię to tak śmieszy to proszę, śmiej się dalej, ale jak będziesz coś chciał to nie przychodź do mnie z płaczem.- powiedziałam i szybkim krokiem ruszyłam w stronę drzwi.
-Silviia poczekaj!- krzyknął za mną Dredziarz.- Poczekaj chwilę!
Szczęście że Tom nie był zdolny do szybkiego poruszania się w swoich worach tzn. spodniach. Szybko czmychnęłam na górę i wlazłam do pokoju Billa. Powiedzmy że idę zobaczyć wyniki xD. Chłopak siedział na łóżku w swojej boskiej piżamie i czytałaś jakąś książkę. On czyta?
-Cześć.- przywitałam się i szybko popędziłam do dużej szafy.- Przechowam się ok.?
-A co się stało?- zapytał i wystawił głowę zza książki.
-Twój brat mnie szuka.- oznajmiłam i wlazłam do szafy.
-Aha, jakby co to cię tu nie ma tak?
-Dokładnie, bardzo mądry jesteś.- oznajmiłam i usiadłam sobie.
Usłyszałam jak drzwi pokoju otwierają się, lekko uchyliłam drzwi szafy żeby móc wszystko widzieć. Do pokoju wpadł Tom i od progu zaczął wrzeszczeć.
-Jesteś cham i burak i Sariel też! Gdzie ją schowałeś?!
-Jest w szafce na bieliznę.- odrzekł i przewrócił kartkę w książce.
Dred natychmiast podbiegł do jednej z szafek i zaczął wywalać z niej bokserki i skarpetki Billa. Czarny odłożył książkę i wbił wzrok w brata.
-Ale chwila…- mruknął Tom i przestał grzebać w szufladzie.- Ona by się tu nie zmieściła.- stwierdził ,,mądrze”.
-No co ty nie powiesz.- zakpił Bill.- Poszukaj jeszcze pod łóżkiem i w szafie.
IDIOTA!
-Skoro każesz mi tam szukać to na pewno jej tam nie ma.- burknął Tom i zaczął sprawdzać zasłony.
-A mógłbym się dowiedzieć czemu jestem chamem i burakiem?- zapytał wokalista.
-Bo zatajasz przede mną istotne fakty w twoim życiu.- odrzekł i uniósł lekko róg dywanu, najprawdopodobniej po to by sprawdzić czy mnie pod nim nie ma.
-O Boże czy to że kupiłem sobie czerwone bokserki jest takie ważne?- zapytał Bill.
-A kupiłeś?
-Kupiłem.
-Ah…ale i tak nie o to chodzi.- mruknął i podejrzliwie spojrzał w stronę lustra.
-A o co?
-Ty już dobrze wiesz o co.- burknął obrażony i założył ręce na piersiach.
-Nie no właśnie nie wiem.
-Kłamczuch, całowałeś się.
-O Boże Tom! To było dwa tygodnie temu! Pocałowałem mamę w policzek na dowidzenia!
-Dobrze wiesz o czym mówię.- powiedział i usiadł na łóżku.- Całowałeś się z NIĄ wiem, wygadała się.
-Byłem pijany.- mruknął zmieszany i wstał z łóżka.- Normalnie to by się nie stało i ty dobrze o tym wiesz.
-Nie, nie wiem.
-Wiesz.- warknął i podszedł do lustra.
-A ostatnio sam mówiłeś, że…
-NIE TERAZ!
-Dlaczego nie teraz?
-Bo potem.- syknął Czarny.- A teraz pozwól że cię pogonie, chcę się przebrać.
-No i pójdę, pójdę! I nie wrócę.- oznajmił i ruszył do drzwi.- Ubieraj się szybko będę za 15 minut.- powiedział i wyszedł.
Wyszłam z szafy i poprawiłam spodnie, które trochę się zgniotły. Bill rzucił mi obojętne spojrzenie i wygrzebał z szafy jakieś ubrania.
-Chyba już pójdę.- mruknęłam i ruszyłam w stronę drzwi.
-Tak będzie najlepiej.- powiedział i rzucił ubrania na łóżko.
Nacisnęłam na klamkę i otworzyłam drzwi, już miałam wychodzić gdy usłyszałam za sobą JEGO głos.
-Jesteś na mnie zła?
-Za co?- zapytałam nie odwracając się.
-Za wszystko, za ten casting i w ogóle.
-Nie.- odrzekłam i zaśmiałam się.- Odejmij Tomowi 10 punktów za próbę zabicia mnie.- oznajmiłam i odwróciłam się.
-Spoko.- uśmiechnął się.- Mogę dopisać sobie 5 za ukrycie cię w szafie?
-Możesz.
-Dzięki.- chwycił swój liliowy zeszyt i szybko zapisał w tabelce to co miał zapisać.- Masz ochotę…ehem wyjść gdzieś dzisiaj?- zapytał nie odrywając wzroku od zeszytu.
-Umawiasz się z zeszytem?- zaśmiałam się.
-Nie, z tobą.- odrzekł.- Zeszyt wspomaga mnie na duchu, ostatni raz zapraszałem gdzieś dziewczynę dwa lata temu, jak nie więcej. Oczywiście nie licząc zapraszania mamy i babci na urodziny.
-Zależy gdzie chcesz iść.
-Do wesołego miasteczka!- oznajmił i podskoczył w miejscu.- Billuś chce do…- zamilkł.- E…sorry zachowuję się jak dzieciak.
-Lepiej jest się zachowywać jak dzieciak niż jak niedorobiony, niby wielki, niby sexowny maczo tak jak Tom.- oznajmiłam.- Ale ja nie lubię łańcuchowej.- mruknęłam i zasłoniłam usta dłonią.
-Ja domu strachów.
-Wampiry i kościotrupy wystrasza się ciebie, nie masz się czego bać.- oznajmiłam i wyszczerzyłam się.
-Dzięki, podniosłaś mnie na duchu, jak zawsze.- mruknął.- O 18?
-Może być o 18.
-Też chcę iść do wesołego miasteczka!- krzyknął Tom i wyszedł ze swojego pokoju.- Ja i Carol możemy iść z wami?
-Ale Tom to miało być tylko we…- zaczął Bill.
-Świetnie! Wiedziałem że się zgodzisz.- wtrącił.- Mama kazała mi cię pilnować, pamiętasz?
-Zamknij się wreszcie.- warknął Bill.- Koniecznie chcesz mnie skompromitować?
-O sorry myślałem że ci na niej nie zależy.- skrzywił się.
Stwierdziłam, że lepiej wycofać się. Powoli cofałam się w tył aż w końcu dotarłam do swojego pokoju. Bill darł się na Toma i odwrotnie, szkoda mi ich, obu. Zamknęłam drzwi od pokoju i westchnęłam głośno, teraz czeka mnie wybieranie ubrań… Help me!

Rozdział XXXV


Jak zwykle nie byłam oryginalna, ubrałam jeansowe rybaczki, bluzkę z czachą i adidasy dla odmiany. Nie zrezygnowałam jednak z czarnego makijażu i jakiś tam dodatków, włosy tylko związałam w kucyka.
-Co za odmiana.- usłyszałam za sobą głos menagerki i aż podskoczyłam.- No nie mów że się mnie boisz.- zaśmiała się i usiadła na łóżko.- Idziecie do wesołego miasteczka? Z Tomem Carol i tą całą Meggie i tym jej chłopakiem?
-Jeszcze Georg i Gustav.- burknęłam niezadowolona i poprawiłam pieszczochę.
-Nie fajnie jest jak ktoś ci się tak wpycha na randkę, no nie?
-Dokładnie…znaczy to nie jest randka.- oznajmiłam.- A ty też z nami idziesz?
-Ja? No co ty, nie mam co robić tylko kręcić się na karuzelach, już swoje przeżyłam.- mruknęła i wstała.- Idę, miłego pobytu, Aaa i pamiętaj żeby nie iść na karuzelę jak się nażresz wszystkiego.- oznajmiła i wyszczerzyła się.
-Obiecuję, że nie mamusiu.- zaśmiałam się i obie wyszłyśmy z pokoju.- A ty co będzie robić?
-Nie tylko ty możesz się umawiać na randki.- powiedziała tajemniczo i ruszyła w stronę swojego pokoju.
-Hey Kim! z kim?- krzyknęłam za nią, ale kobieta zniknęła w swoim pokoju bez odpowiedzi.- Chamka.- burknęłam pod nosem.
_***_
Cała nasza ósemka wyładowała się z autokaru na chodnik. Przyjaciele, dwie pary i geje xD.
-Jenyy nie mogę się już doczekać karuzeli.- oznajmił Geo i wbił wzrok w bramę prowadzącą do wesołego miasteczka.- Ja zajmuję słonia!
-Nie! Ja chcę na słoniu tym razem!- krzyknął Tom.- Ty Weś sobie tygrysa!
-Spieprzaj dziadu! Słoń jest mój!- Geo szedł w zaparte.
-Zamknij się Gadzino! Ty ostatnio jechałeś na słoniu!
-Lepiej daj mu tego słonia bo tygrys go nie utrzyma.- szepnęła siostra.
-No, no dobra.- odrzekł zrezygnowany Tom.- Bierz słonia bo tygrys cię nie utrzyma!- powtórzył po Carolinie.
Georg fuknął na Toma i odwrócił wzrok w przeciwną stronę. Obraził się, Tom na pewno bardzo to będzie przeżywał, biedactwo.
-No dobra idziemy.- oznajmił podniecony Bill i ruszył do bramy.
Kupiliśmy po parenaście żetonów. Bill to miał tego całe kieszenie.
-Daj mi swoje.- powiedział i zabrał mi z rąk żółte krążki.
-Hey, Hey a ja to co? Mam się nudzić?
-Nie, ja będę trzymał NASZE żetony bo ty pogubisz.- oznajmił i wytknął mi język.
-No dobra, no to rozdzielamy się i za dwie godziny tu z powrotem.- oznajmiła Carol.- Miłej zabawy downy.
-Ej ja chcę iść z siostrą.- oznajmiłam Czarnemu.
-O ile pamiętam to ja cię tu zaprosiłem, nie ona.- syknął.- Więc pójdziesz ze mną, to jest rozkaz.
-Czuję się uprowadzona.- oznajmiłam.
-No bo jesteś.- zaśmiał się.
-AAA ile chcesz okupu?
-Nie chcę okupu, nie oddam.- wyszczerzył się i ruszył w stronę budki z lodami.- Na początku kupimy sobie duże smerfowe lody.- oznajmił.
Coś czuję, że to będzie niezapomniany dzień…
_***_
Bill siedział na koniu…takim od karuzeli ofc. W słomianym kapeluszu który wygrał w zbijaniu kaczek i darł się jak durny, a ja speszona siedziałam tuż za nim i płonęłam ze wstydu. Dzieci i ich rodzice gapili się na niego jak na debila a niektórzy robili zdjęcia. Boże zlituj się nad nim.
-Bill, przestań proszę cię.- szepnęłam.
-Ale jest fajnie!- powiedział i podskoczył na tyłku.- Jestem kowbojem i porwałem cię.- oznajmił.
-Jak fajnie, mógłbyś już przestać się w to bawić? Proszę, robią nam zdjęcia.
Karuzela na szczęście zatrzymała się, a ja szybko zeskoczyłam z konia, a Bill za mną. Eh ten kowboj.
-Teraz idziemy do domu strachów moja Lady.- zarządził i wziął mnie pod rękę.- Skoro już cię porwałem to muszę o ciebie dbać.
-Oh kowboje, ochronisz mnie przed kościotrupami i duchami?
-No jasne.- uśmiechnął się i oboje podeszliśmy do wagoników.
Usiedliśmy w jednym. Bill uśmiechnął się co dało mi otuchy.
-Nie lubię domu strachów.- wyznałam.- Jak byłam mała byłam tu z mamą, zsikałam się w majtki jak kościotrup mnie dotknął, to było pół roku przed jej śmiercią.
-Teraz na pewno się nie zesikasz, wiem że było ci ciężko, mi też, oboje mieliśmy trudne życie.- stwierdził i ścisnął moją dłoń.- Jak będę trzymał cię za rękę to nie będziesz się tak bać.
-Eee…Bill, nie przesadzasz?- zapytałam.
-Ja? Nie ja nigdy nie przesadzam.
-Gorzej ci po tym piwie?- zapytałam i dotknęłam dłonią jego czoła.- Jakieś przetermi…
-Nie! Nie jest przeterminowane!- oburzył się i mocno ścisnął moją dłoń, a wagonik powoli ruszył po szynach.- Tu są duchyyy i kościotrupyyy!
-I Bill.- dodałam.- Gwałciciel.
-Tak okropny, zaraz wypchnę cię z wagonika i brutalnie zgwałcę za zakrętem, jak już mi męskość opadnie to posłużę się ręką kościotrupa.
-Nie, nie rób tego, proszę…
-Nie będę litościwy dla ciebie niewias…
Bill nie dokończył bo zza zakrętu wyskoczył kościotrup z czerwoną torebką. Czarny zaczął drżeć się w niebogłosy i zaczął mnie ciągnąć za rękę.
-Tak, już widzę jak mnie gwałcisz.- uśmiechnęłam się ironicznie.
-To nie jest śmieszne, to wyglądało jak…jak…
-Jak Tinky Winky po śmierci.- zaśmiałam się.- Pochowali go z torebką.
Jechaliśmy jeszcze dalej. Po drodze wyskakiwały jakieś duchy, kościotrupy, mumie, a Bill darł się jak stare prześcieradło. Szkoda mi go w sumie. Pewnie boi się nawet własnego odbicia w lustrze. Z nudów odwróciłam się do tyłu aby zobaczyć kto za nami siedzi. Wtedy aż serce podskoczyło mi do gardła, a na czoło wstąpił pot. Za mną siedział jakiś grubawy osobnik z krzywą gębą. Wyglądał naprawdę strasznie w porównaniu do tych atrap.
-AAA! BILL!- wrzasnęłam i złapałam go za ramię.
-Co?- zapytał i odwrócił się.
-Zobacz, zobacz.- wskazałam na tego kogoś za mną i schowałam się za niego..
-O Geo, nie widziałem jak wsiadaliście.
-Georg?- zapytałam roztrzęsionym głosem i wychyliłam się zza Billa.
-A ty myślałaś że kto?- zapytał Goryl.
-Uff…sorry w tym świetle wyglądasz bardzo niekorzystnie.- wytłumaczyłam.
-Ale Silviia…tu jest ciemno.- wtrącił Gustav, który siedział obok Geo.
-Tym bardziej niekorzystnie.- burknęłam i odwróciłam się do nich tyłem.
Jechaliśmy jeszcze pare sekund, aż przed nami wyrosły duże wrota. NARESZCIE! Gdy wagonik uderzył lekko o wielkie Bill złapał się za serce i szybko zaczął wdychać świeże powietrze.
-Spociłeś się jak dziwka w kościele.- skomentowałam i wysiadłam z wagonika.
-Ja nie wystraszyłem się własnego przyjaciela przynajmniej.
-Geo nie jest moim przyjacielem.- oznajmiłam i wystawiłam mu język.
-Idziemy na piwo?- zapytał.
-Na dziesięć piw.- burknęłam.
-Cii, ja kupię i wypijemy je w kiblu.
-Łe tam wali.- skrzywiłam się.- Pociągnę od ciebie trochę.
-Dobra.- mruknął i kupił piwo.- Teraz na karuzelę?
-Przed konikiem zjadłeś hamburgera, pół pizzy i dużą porcję frytek, nie radzę.
-Nie peniaj, nic mi nie będzie.- powiedział i dziarsko ruszył w stronę wielkiej kolejki.
Mimo tego, że byłam przeciw temu pomysłowi poszłam z nim. Niech mnie tylko obrzyga to pożałuje, że się urodził. Czarny wyręczył gościowi dwa żetony i zajął miejsce na początku kolejki.
-Jesteś pewien?
-No tak, siadaj.- pociągnął mnie za rękę.
-Iskrzy?- usłyszałam za sobą głos gitarzysty.
-Zamknij ryj.- syknął Bill nie odwracając się.- Idź ruchać groupies.
-Nie mam ryja tylko śliczną buźkę który każdy chce oglądać.
-Ale my nie, więc zjeżdżaj stąd.- burknęłam i odwróciłam się przodem do niego.
-Nie zabronisz mi.
-A chcesz w mordę?- zapytałam i wstałam zaciskając pięści.- CHCESZ?!
-Siadaj, siadaj.- Bill złapał mnie za skrawek spódniczki i zaczął ciągnąć.- Siadaj bo zaglądnę!
Usiadłam na swoje miejsce nie spuszczając wzroku z Toma. Po raz pierwszy wkurwił mnie aż tak bardzo. Jak mu źle to wie gdzie ma przyjść. Zdrajca. Kolejka ruszyła a ja mocno złapałam się takiej tej takiej metalowej trzymanki. Kolejka powoli zaczęła nabierać tępa z każdą sekundą jechała coraz szybciej aż w końcu nabrała maksymalnej prędkości. Szybkość była tak Eee…szybka, że aż odchylało mi łeb do tyłu. Bill skulił się na siedzeniu i mocno trzymał się metelowej rurki, był lekko zielony na twarzy. O nie! Tylko nie to! Przed nami była ogromna pętla, po chwili jechaliśmy do góry nogami przez parę sekund. Zamknęłam oczy i po chwili usłyszałam obok odgłos charakterystyczny dla wymiotów, a zaraz potem krzyk Toma.
-Zażygałes mi nową koszulkę i spodnie!
Otworzyłam oczy. Tom siedział za Billem, a na jego bluzkę i spodniach znajdowała się przekąska Billa. Czarny siedział z zamkniętymi oczami.
-Przepraszam.- burknął.
Bill beknął, a Tom przesunął się bardziej w stronę Carol. Czarny puścił kolejną bombę, która zaatakowała dzieci z tyłu.
-Mówiłam, że to zły pomysł. Masz szczęście, że mnie nie obrzygałeś.- powiedziałam.- O już prawie koniec!
Gdy dojechaliśmy do mety Bill szybko wysiadł i poleciał w krzaki obok. Tom był strasznie wkurzony nawet się do mnie nie odezwał. Burak.
-Można prosić autograf?- zaskrzeczała jakaś dziewczynka i wyciągnęła kartkę i długopis.
-Ależ oczywiście.- uśmiechnęłam się i szybko walnęłam grafa.
Dziewczynka zrobiła mi jedno foto i poleciała pochwalić się koleżankom. Szybko się więc ulotniłam bo nie miałam ochoty na uśmiechanie się i podpisywanie się dzieciom. Udałam się w stronę krzaków zza, których dochodziły nieprzyjemne odgłosy, który wydawał Bill. Szkoda mi go trochę, ale z drugiej strony to przecież nie moja wina, ja mu nie wciskałam jedzenia.
-Chodźmy już do domu.- wybełkotał i zawiesił się na moim ramieniu.- Tylko nie mów ,,a nie mówiłam”.
-A nie mówiłam?
-Przecież prosiłem żebyś tego nie mówiła!- żachnął się.
-Przepraszam pana Panie Kaulitz.- uśmiechnęłam się do niego i ruszyliśmy w stronę vana.
Czy każdy wypad musi się kończyć tragicznie? Widać tak! NIENAWIDZĘ GO ZA TE RZYGANIE!

Rozdział XXXVI


Gdy Czarny już całkowicie opanował rzyganie, a jak potem się okazało biegunkę dotarliśmy do Francji. Bill ubrał swoje boskie rybaczki i białe adidaski…NOGI OGOLIŁ! Ale chyba się pozacinał bo dostrzegłam parę zacięć. Nie, że ja się tam napalam na jego badyle czy coś, o nie.
-Dobra, wysiadamy.- oznajmił i zeskoczył z mojego łóżka(oni za dużo sobie pozwalają!).
-Tak jest.- skoczyłam za nim i oboje wysiedliśmy z autobusu.- Wiesz…jak golisz nogi to je dobrze namydlaj, nie będziesz się zacinał.- poradziłam mu.
-To na sucho nie można?- zdziwił się.
-Nie, nie można.- odrzekłam.
-No to następnym razem mi pomożesz.- powiedział i uśmiechnął się cwaniacko.
-Ty chyba dzisiaj nie sikałeś.
-Sikałem!- oburzył się.- Przed śniadaniem!
-To ty tak zaszczałeś kibel!
-Nie moja wina! Droga z wybojami była.
-Dupa nie wyboje, Bill nie umie trafić do dziury.- zaśmiałam się.
-Nie prawda!- oburzył się i pchnął drzwi od hotelu.- A w ogóle jak rozmawiamy o sprawach intymnych to ciszej proszę.- mruknął i spojrzał na Geło, który dzielnie kroczył za nami.
-Bill…a może ty masz jakieś urazy?- zastanawiałam się na głos.- Jak byłeś mały to Tom cię kopnął w krok z taką siłą, że ci się sprzęt przekrzywił.
-Daj spokój mi i mojemu penisowi.- powiedział speszony i dyskretnie zakrył krok rękoma.- Ja się do twoich cycków nie czepiam! Ale jak chcesz to mogę zacząć.
-O czym wy tak namiętnie dyskutujecie?- zapytała Meggie i podeszła do nas.
-O pe…- zaczęłam.
-Oo…o pee…penigrze!- wypalił zanim pomyślał.- Chcemy kupić Gełowi na imieniny. No wiesz…Eee Penigra- wskocz na byka.
-Chyba na Billa.- zaśmiałam się.
-Haha.- skrzywił się lekko.- Bardzo śmieszne.
-Ciekawe tematy.- stwierdziła dziewczyna i zaśmiała się cicho.
-A…A Silviia nie ma cycków!- krzyknął i wskazał na moje piersi.
-Pfy…zazdrościsz bo sam takich nie masz.- burknęłam i zakryłam się bluzą.- A Bill kocha Geo!
-Naprawdę?!- zapytał Geo, który stał tuż za Billem.
-Nie! Ona kłamie!- bronił się Czarny.- Obraziła się na mnie za to, że nie ma cycków.
-Tak dokładnie, obraziłam się.- powiedziałam i uniosłam wysoko głowę.- Idę sobie, radź Se sam, nie pomogę ci golić nóg, zatrudnij do tego Georga.- oznajmiłam i ruszyłam na górę.
-Gdzie leziesz….Eee no niech będzie…cycata?- krzyknął za mną Czarny.
-Jak najdalej stąd jak najdalej chcę być, byle cię nie spotkać!
-Kiedyś cię znajdę!- krzyknął i wbiegł kawałek po schodach.- Jestem coraz bliżej!
-Uwaga, gotowa start i biegnę.- powiedziałam i zaliczyłam parę stopni.
-Nie uciekniesz przeznaczeniu!- zbliżył się.
-Nas nie dogoniat!- znowu uciekłam.
-Nie no już ende.- mruknął i oparł się na poręczy.- I tak nie masz jeszcze kluczy do pokoju.
-Otworzę spinką.- oznajmiłam i wyszczerzyłam się.
-Sil!- krzyknęła z dołu Carol.- Debile chodźcie tuu, klucze rozdają.
-Będę miałam klucz!- ucieszyłam się i pędem zbiegłam po schodach do siostry.- Dajjj.- wyrwałam jej z ręki klucz.
-Idź się wypakuj, widzimy się za pół godziny.- oznajmił Czarny i lekko uniósł prawą brew.
Chwyciłam walizkę i próbowałam się uśmiechnąć, ale raczej wyszedł mi szczękościsk. Ja się go naprawdę zaczynam bać!
_***_
Siedziałam sobie na łóżku i czytałam gazety. Wszyscy się już rozpisali, od bilda zgapili, trzeba napisać sprostowanie. Nie cierpię paparazzi, potrafią człowiekowi zniszczyć życie, od jutra mogę się spodziewać licznych pogróżek. Chwyciłam za różowy długopis z puchem…to na pewno mój? Kit. Wzięłam go i zaczęłam rozwiązywać krzyżówkę. Krzyżówka z Alą. Kocham te głupie krzyżówki krewny bobra…. Ehh.
-Jestem.- usłyszałam cichy głos.
Spojrzałam w stronę drzwi. Do pokoju powoli wszedł Bill i uśmiechnął się niepewnie. Był taki niewinny i słodki jak dziecko, a w ręku trzymał reklamówkę w słoneczniki. Wierzcie mi, że jak się widzi taką istotę to humor się od razu poprawia. Chłopak pewnym krokiem ruszył w moją stronę i uśmiechnął się szeroko.
-Jestem.- oznajmił i wgramolił się na moje łóżko.-Tęskniłaś?
-Ta…znaczy nie! Chciałbyś.
-A ja tęskniłem.- wyznał i wysypał na łóżko kasztany i żołędzie.
A on tęsknił…Nie wiem dlaczego, ale ostatnio zaczęłam często o nim myśleć, częściej niż o innych. Na początku byłam pewna, że to normalne…ale teraz? Nie wiem co on w sobie takiego ma, że nie można obok niego przejść obojętnie…i to wcale nie chodzi o jego wygląd czy styl, tu chodzi o jego samego.
Chłopak wziął dużego kasztana i zaczął wiercić w nim dziurę nożyczkami. Wytknął lekko język i pracował w wielkim skupieniu niczym wielki mistrz. Nawet w takich momentach może się podobać…jak on to robi?
-Jak ty to robisz?- zapytałam cicho.
-Normalnie.- odrzekł.- Wciskam nożyczki w kasztana i wiercę.
-Nie to.- mruknęłam.- Jak robisz to, że zawsze potrafisz się podobać, pewnie siku też robisz jakoś seksownie.
-Możliwe.- zaśmiał się i wsadził w otwór w kasztanie zapałkę.- Mam jedną nogę!- ucieszył się jak dziecko.
-To świetnie.- uśmiechnęłam się pod nosem i skupiłam całą swoją uwagę na nim.- Rób dalej.
Bill zrobił kolejne otwory i powciskał do nich zapałki. Potem dorobił jeszcze głowę z żołędzia. Mały Mistrz kasztanów. Postawił swoje dzieło na szafce i zabrał się za kolejne. Tym razem to miał być chyba człowiek bo wziął dwa żołędzie i wywiercił otwory na nogi i ręce. Potem zrobił drugiego takiego samego tylko z kawałkiem zapałki między nogami i postawił obok tego drugiego.
-To ja i ty.- oznajmił i walnął banana.
-Ah naprawdę? To słodkie.- oznajmiłam i westchnęłam głośno.
-Yhym, pobawisz się ze mną?
-Nie Bill, baw się sam, ja popatrzę.
Czarny wziął dwa ludki i zaczął coś tam nimi wyrabiać. Słodki Duży Chłopiec. Ale chwila…hej! Bill schował ludki pod kołdrę i zaczął coś tam robić i do tego zaczął sapać jak pies. No a miał być taki słodki!
-Bill no ty zboczeńcu!
-Hihihi.- wyciągnął ludziki spod kołdry, jeden stracił głowę.
-Ale ostry sex, można stracić głowę.- zaśmiałam się.
-No! Chciałabyś taki mieć!
-No jasne, jasne o niczym innym nie marzę.
-Bill musi nareperować Billa.- oznajmił i zreperował głowę ludzikowi.- Za ostry sex!
_***_
Bill bawił się na podłodze w druga wojnę światową swoimi ludzikami z kasztanów i żołędzi. Kulki na mole, które znalazł w mojej szafie służyły mu za kule armatnie. Ja leżałam na łóżku i próbowałam czytać ale rozpraszało mnie te jego Pif paf! Hiuston mamy problem zaatakowali nasz lewy front, mają nas!
-Bill możesz już przestać tak się drzeć?- zapytałam.- Chcę poczytać.
-Ale ja się bawię.- odrzekł i zabił jednego z żołnierzy.
-Już po 11!
-Jeszcze trochę.- poprosił.- Tylko rozgromię orków!
-A co ty się bawisz w Władce Pierścieni?
-Tak!- oznajmił i zaczął skakać po podłodze zabijając po kolei ludziki.
-Jesteś okrutny!
-Oni są zwolennikami Saurona!- oburzył się i jedną ręką powalił wszystkich orków.- Juhu! Drużyna Pierścienia wygrała bitwę!- wydarł się na cały hotel.- Wiktoria! Zwycięstwo!- wstał i zaczął skakać po pokoju.- Radujmy się!
Zaczęłam się z niego śmiać. Jest po prostu rozbrajający. Stanął na środku pokoju i zaczął kręcić biodrami i odrzucał włosy do tyłu co jakiś czas.
-Arrriwa!- krzyknął i …o zgrozo, ściągnął spodnie.
-Ty się za bardzo nie rozkręciłeś?!- oburzyłam się.
-No! Gorąco tutaj!- oznajmił i wepchnął się obok mnie.- Co czytasz?- wyrwał mi książkę i nie otwierając jej rzucił na szafkę.- Nieciekawa.
-Haha idiota.- zaśmiałam się.- Ona jest o dziewczyna, która ma problem z narkotykami i w ogóle, mieszka na ulicy. Kumasz czacze.
-No…kumam.- mruknął i przekręcił się na bok.- Masz ładne włosy.- oznajmił i zaczął się nimi bawić.- Zrobię ci warkoczyka.
Czarny wziął w łapy moje włosy i zaczął coś tam plątać. Czułam ostry zapach jego perfum, prawie odpływałam. Bill ciągał mnie za włosy, ale ja w tej chwili nie czułam tego, trwałam po prostu…
-Wiesz co…- zaczął.- Przypomniało mi się, że ja nie umiem robić warkoczyków.
-To nic.- powiedziałam i uśmiechnęłam się.
-Ale umiem co innego dobrze i mogę nadrobić.
Uśmiechnęłam się szeroko, a on nachylił się nade mną i powoli, powoli zbliżał się do moich ust. Wszystko się we mnie gotowało, a serce podskoczyło do gardła. Podniecenie mieszało się ze strachem i wstydem, a na moje policzki wstąpił rumieniec.
-Bill mama dzwoni!- usłyszałam krzyk Toma zza drzwi.
-Nie idź!- powiedziałam szybko i próbowałam złapać Czarnego za bluzkę.
-Muszę, idę.- wstał szybko i nałożył spodnie.- Przepraszam. Dobranoc.- wypalił i wybiegł z pokoju zapinając rozporek.
Uciekł. Zostawił mnie…Bo przecież mnie nie można kochać, bo ja na to nie zasługuje…

Rozdział XXXVII


Obudziłam się strasznie wcześnie jak na mnie bo o 8 byłam już na nogach. Wczorajsze zdarzenie nie pozwalało mi zasnąć i ciągle dręczyły mnie nieprzyzwoite sny, wiem już przynajmniej jak wyglądają Tomowe sny. Są okropne.
Usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Wahałam się czy mam powiedzieć proszę, czy won, bo nie wiedziałam kto się dobija, może to Bill…może Tom, którego teraz nawet nie chciałam widzieć na oczy, może Carol…może Meggie? Znowu pukanie, tym razem głośniejsze i odważniejsze.
-Proszę.- powiedziałam i odchrząknęłam.
Ku mojemu zdziwieniu do pokoju wszedł Joel, a w ręku ściskał mocno pałeczki od perkusji. Na jego twarzy malowała się złość, nienawiść i…zazdrość?
-Ty…ty kłamczucho.- wysyczał i zbliżył się do mnie.- Rozumiem, że możesz mnie już nie kochać, rozumiem, że już nie chcesz ze mną być, ale nie rozumiem w czym Kałliż jest lepszy ode mnie!
-Hej, hej spokojnie kolego, nie takim tonem.- powiedziałam.- Nie będę ci się tłumaczyć to po pierwsze, a po drugie to moja sprawa, a po trzecie nie jesteśmy już razem, a po czwarte wyjdź.- mówiłam to z krzywym uśmiechem na ustach.
-Szukajcie sobie nowego perkusisty!- warknął i rzucił mi pałeczki pod nogi.- Ja rezygnuję! Gdyby nie było tego cholernego zespołu to nic by się nie zmieniło! Zachciało się małej dziewczynce koncertować i robić karierę! ŻEGANAM!- wrzasnął i wyszedł.
-To chociaż zabierz te pałeczki!- krzyknęłam za nim, ale on tego nie usłyszał.
_***_
Siedziałam sobie sama w pokoju, jak zwykle zresztą. Tak to nikt o mnie nie pamięta, a jak coś chcą to od razu im się przypomina droga do mojego pokoju. Pasożyty.
-Cześć mam małą prośbę.- do pokoju wparował Bill.
A nie mówiłam, że jak coś chcą to wiedzą gdzie przyjść?
-Jaką?- zapytałam.
-No bo Tom...Tom ma…eee.- zaczął Bill.
-Do kibla! Z drogi muszę do sracza!- usłyszałam krzyk Toma z korytarza.- Z drogi bo nawalę w majtki!
-No dobra, już wiem co Tom.- zaśmiałam się.
-No a za dwie godziny mamy koncert…- kontynuował.- Stoperan nie pomaga no i…nie mam skąd...
-Chętnie zagram za Toma.- powiedziałam i uśmiechnęłam się cwaniacko.- Ale wy będziecie musieli nam pożyczać Gustava bo Joel odszedł jakieś pół godziny temu.
-Taaa wiem, jakieś dwadzieścia minut temu przed nim uciekałem.- burknął.- No nic, idę.
-Ej to może daj mi nuty co?
-Ah tak, zaraz ci przyniosę.- mruknął i wyszedł.
Tak, będę grać za Toma…mam nadzieję, że do mnie Bill też się będzie tak podwalał jak do niego. Czasem mam wrażenie, że oni to praktykują zakazane rzeczy w pokoju. Kazirodztwo! Bill wrócił z paroma kartkami i usiadł obok mnie.
-Tu masz wszystko co musisz.- mruknął i wcisnął mi w ręce kartki.
Wzięłam od niego nuty i wzięłam gitarę…tak zawsze jak coś chcą to do Silvii, zapamiętam to sobie. Czarny w tym czasie wziął sobie moją fantę i zaczął doić, ja mu zaraz dam wypijać komuś chamsko picie, a szczególnie mi.
-Mam czasem wrażenie, że ty i Tom jesteście gejami.- oznajmił jak najpoważniej mogłam.
Bill zrobił wielkie oczy i wypluł napój na podłogę. Zaczął się dławić i kaszleć, a ja mocno walnęłam go w plecy na co zareagował głośnym kwiknięciem. Klątwa Silvii xD.
-Pogibało cię kobieto?!- wkurzył się.- Chyba ty i Carolina jesteście gejami! W ogóle jak możesz mówić takie rzeczy!
-To była zemsta.- oznajmiłam.
-Zemsta! Za co?!
-Za jajco.
-Jesteś dziwna.- stwierdził.
-Ty jeszcze dziwniejszy.
-No to w takim razie ja wychodzę!- oznajmił i wstał.- Do zobaczenia na koncercie!
Chłopak wyszedł cicho zamykają drzwi. Uśmiechnęłam się pod nosem i zaczęłam przyswajać sobie nuty. Sama nie wiem czemu, ale każda piosenka kojarzyła mi się z Billem. Każda nuta…od paru dni wszystko kojarzy mi się z Billem. Nawet głupi wazon kojarzy mi się z Billem…dlaczego? Nie wiem…może te kształty? Chyba powinnam wybrać się do jakiegoś dobrego psychologa na terapię antyBillową. Od niego ludzie się uzależniają…No to chyba Tom musi być nałogowym ćpaczem Billskich zapachów. Uśmiechnęłam się do siebie pod nosem i wróciłam do pracy, przecież nie mogę się skompromitować.
_***_
Stałam gdzieś z tyłu na scenie i grałam na gitarze. Gustav niedaleko mnie bębnił w bębny, a Geo gdzieś daleko wymiatał na basie. Bill za to biegał po całej scenie, śpiewał skakał, czasem siadał. Uśmiechałam się co chwile patrząc na te jego sexowne wygibasy, Ah nie każdy tak może! Czarny przestał nagle śpiewać, a my graliśmy tylko rytm. Chłopak zaczął rozglądać się po scenie i szukał dziewczyny, która z nim miała zaśpiewać. Hej Bill! Ja chcę, jestem tu…za tobą…Czarnowłosy wskazał jedną z Francuzek, a ta już po chwili pojawiła się na scenie. Płakała, płakała ze szczęścia. Gapiła się w Billa jak w obrazek…Ah co za bezwstydnica! Powoli zaczęłam zmierzać w ich stronę, aby dokładnie zbadać sytuację i powiedzmy, żeby sobie popatrzeć na fanki. Bill i ta dziewczyna śpiewali na zmianę, a ta ciągle ryczała. Czarny objął ją ramieniem i uśmiechnął się, aby dodać jej otuchy. Odwróciłam głowę w druga stronę i udawałam, że mnie to nie interesuje, chociaż w środku gotowało się we mnie. Ja tu obok stoję, a ten przytula jakąś łajzę. Skończyli śpiewa, odwróciłam więc głowę w nadziei na przyjemny widok, ale ona nadal tam stała. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się cwaniacko po czym rzuciła się Billowi w ramiona i pocałowała go prosto w usta. Chłopak zaczął machać rękami, a ta franca ściskała go mocno. W końcu udało mu się uwolnić. Odepchnął ją lekko i zrobił krok w tył. No dobra, oko za ok. ząb za ząb. Zbliżyłam się do nich jeszcze bardziej i przeszłam między Billem, a tą francą i całkiem przypadkiem potknęłam się o kable.
-O Boże Silviia co ty wyrabiasz!- wrzasnął Bill i złapał mnie za włosy wyrywając mi kilka.- Ojej sorry.
Usłyszałam głośny krzyk i spojrzałam w prawo. Dziewczyna, która przed chwilą stała na scenie trzymała się sceny i wrzeszczała. Ah biedactwo całkiem PRZYPADKIEM spadło ze sceny. Saki podbiegł do niej, złapał w pół i przeniósł za barierkę. Bill spojrzał na mnie jakoś tak dziwnie i puścił moje kudły, a ja dumna z siebie znowu stanęłam z tyłu i już do końca koncertu uśmiech nie schodził mi z ust.
_***_
-Co to miało być?- zapytał mnie młodszy Kaulitz po koncercie.
-Nie moja wina! Tyle tych kabli na tej scenie, że poezja.- burknęłam.
-Zazdrosna co?- zapytał podejrzliwie.
-Strasznie.- syknęłam.- Jak ci tak zależy to idź i poszukaj tej dziewczynki, niech ci ktoś wreszcie zrobi dobrze.
-Nie bądź taka niemiła, to było tylko pytanie.
-A to była tylko odpowiedź.
-Naprawdę cię nie rozumiem, wczoraj byłaś taka milutka, a dziś diabeł wcielony.- mruknął i otworzył drzwi od swojej garderoby.
-Wczoraj ja byłam milutka, a ty chamski.- oznajmiłam i uśmiechnęłam się krzywo.
-Ah więc o to ci pyrda.- zmrużył lekko oczy.
-Chyba tobie coś pyrda, między nogami.- fuknęłam i już chciałam wejść do swojej garderoby.
Bill jednak złapał mnie za łokieć co uniemożliwiło mi ruch. Miałam ochotę teraz odwrócić się i wymierzyć mu siarczysty policzek, ale to on wykonał pierwszy ruch. Odwrócił mnie przodem do siebie i objął w pasie. Znowu poczułam to stado szalejących motyli w brzuchu i serce w okolicach gardła.
-Jeżeli dokończymy co zaczęliśmy to nie będziesz już na mnie burczeć i prychać?- zapytał.
-Myślisz, że małe całowanko wszystko załatwi?- prychnęłam.- Puszczaj mnie.
-Może kto wie czego chcą takie dziewczyny jak ty.
-Na pewno nie takiego faceta jak ty.- warknęłam.
-My chyba nie możemy żyć w zgodzie co? Czy nie?
-Nie pasujemy do siebie, przykro mi…Bill weź mi te łapska bo poukręcam.
-Ale jednak coś musisz czuć do mnie…prawda? Skoro tak załatwiłaś tą dziewczynę na koncercie…teraz się wstydzisz co?
-Nie mam czego się wstydzić, a jeżeli będziesz próbował mi coś udowodnić to będzie jak na początku, chcesz tego?
-Nie, a ty?
-Nie.
-No wiec właśnie.- uśmiechnął się tak, że aż nogi się pode mną ugięły.- Chyba musimy porozmawiać, nie sądzisz?
-A o czym niby?- zapytałam.
-O Nas.
-Bill…nie ma nas…tylko ja i Ty…nie my.- oznajmiłam.
Czarny lekko zmrużył oczy i otworzył usta, aby coś powiedzieć, jednak z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. Trwał chwilę w bezruchu po czym odwrócił wzrok i prychnął.
-Chyba żartujesz, tak nie może być.- powiedział i spojrzał mi głęboko w oczy.- Dwoje kochających się ludzi nie może codziennie patrzeć na siebie z daleka i żyć oddzielnie.

Rozdział XXXVIII


-Mówisz o sobie i o Georgu?- zapytałam.
-Nie żartuj sobie teraz.- warknął i złapał mnie za nadgarstki.- Nie żartuj tak!
-Dobrze przepraszam, ale puść mnie już okej?
-Musimy porozmawiać.- oznajmił i lekko popchnął mnie, żebym weszła do garderoby.
Oboje znaleźliśmy się w środku, aż dreszcz mnie przeszedł. Bill nie był za wesoły, wręcz zdenerwowany. To ja do tego doprowadziłam…moimi głupimi odzywkami. Czarny przekręcił klucz w zamku i odwrócił się przodem do mnie. Patrzył na mnie tak dziwnie…nie jak przyjaciel na przyjaciółkę tylko…jak mężczyzna na…kobietę? Zbliżył się i złapał mnie za rękę, ścisnął ją mocno i oparł swoją głowę na moim ramieniu. Czułam jego boski zapach, czułam jego, jego dotyk. Objęłam go w pasie i uśmiechnęłam się. To tylko taki niewinny przyjacielski uścisk. Przecież…to nic nie znaczy, prawda?
-Chciałbym, żeby było tak codziennie.- mruknął mi do ucha.- Tak przyjemnie…żebyśmy…
-Ajjajj chyba mi telefon dzwoni…ojej coś mi wibruje.- skłamałam i odsunęłam się szybko od niego.
Tak naprawdę oczywiście telefon wcale mi nie dzwonił. To była tylko głupia wymówka od tej niezręcznej sytuacji. Wyciągnęłam telefon z kieszeni i udawałam, że czytam smsa. Bill zbliżył się i chciał zobaczyć co pstrykam, ale wystawiłam mu tylko język i odsunęłam się.
-No to porozmawiamy wreszcie czy nie?- zapytał.
-Nie no teraz nie mogę…no przykro mi…Eee Meggie pisze, żebym do niej wpadła bo…bo coś ode mnie chce.- skłamałam i ruszyłam do drzwi.
-Ona może poczekać.- powiedział i zaszedł mi drogę.- A ja nie mogę.
Zatrzymałam się przed nim i wbiłam wzrok w swoje glany. Będę tu stać do czasu aż mnie nie wypuści. Powiedzmy, że nie wiem o co mu chodzi.
-Ty też możesz poczekać.- stwierdziłam.
-Nie!- krzyknął- Ja już za długo czekałem.
-No…przyjaźń ze mną wymaga poświęceń.
-Ze mną tez.- wykrzywił usta w krzywym uśmiechu.- Więc teraz mnie wysłuchasz.
-No dobra! Niech ci będzie!- warknęłam i usiadłam na jedną z półek.- Mów, tylko krótko i zwięźle.
Udawałam wielce oburzoną, ale naprawdę gotowało się we mnie. Byłam i zdziwiona i podniecona i zadowolona. Umiałam grać- fakt, zawsze umiała. Teraz też muszę zachować się poważnie do samego końca.
-No wiec…tak…mimo wszystkich twoich wad…
-Dzięki.- mruknęłam.
-No…chodzi o twój charakter.- oznajmił.- Jesteś wybuchowa i w ogóle…sama wiesz jaka.
-Taaa.
-No i mimo twojego charakteru i mimo, że W OGÓLE nie zwracasz na mnie uwagi…
Ja nie zwracam na niego uwagi? A tą żabojadkę to kto zepchnął ze sceny? To on ma mnie w dupie.
-No to ja mimo wszystko..- mówił i kiwał się na boki.
W ogóle na mnie nie patrzył. Tylko czasem, ale to dosłownie chwilę. Jego wzrok błądził po ścianach i suficie. Czasem patrzył też w lustro, zapewne, aby zobaczyć czy dobrze wygląda. Uśmiechnął się lekko do własnego odbicia i znowu zaczął się rozglądać po pomieszczeniu,
-Twój czas się skończył.- oznajmiłam i zeskoczyłam z półki.
-Nie!
Chłopak złapał mnie mocno za ramiona i z powrotem usadził na półce. W jego oczach możno było odczytać, że jest zdrenowany, trochę niepewny siebie. Usiadł obok mnie i ujął moją dłoń w swoje dwie. Ile on jeszcze będzie robił tych podchodów. Niech wali prosto z mostu czego chce, a nie wydurniaj się jak 12 latek. Zbliżył swoje usta do mojej szyi. Najpierw poczułam jego ciepły oddech, a później wilgoć. Przyssał się do mnie niczym wampir i ścisnął mocniej moją dłoń. Nie miałam nic przeciwko, nawet mój głupi charakter się nie odezwał tym razem. Zamknęłam oczy i odchyliła lekko głowę. Było mi dobrze jak nigdy. Bill przynajmniej jest delikatny, a Joel gryzł na lewo i prawo bez wyczucia niczym brutalny wampir! Bill odessał się ode mnie i wytarł swoją dłonią moją szyję po czym przejechał ręka po swoich spodniach. Kulturalny przynajmniej, dba o to bym nie łaziła ośliniona. Coraz więcej plusów!
-Dzisiaj Hallowen.- oznajmił.- Ciebie zaatakował wampir, a ty co mi zrobisz?- zapytał.
-Jako zła wiedźma wsadzę między twoje dwa jędrne pośladki różdżkę i zgwałcę cię zaklęciem gwałcącym.
-Brzmi zachęcająco.- zaśmiał się.- A co powiesz na przebranie się i pójście obrobić dzieci z cukierków?- zapytał.
-Nie musimy się przebierać.- oznajmiłam.- Ja wyglądam i tak prawie jak wiedźma, zresztą tobie tez nie wiele brakuje…ale zdaje się, że chciałeś mi coś powiedzieć…
-Eee…no tak, ale to może później.
-Bill…teraz.
-Zaraz pójdziemy okradać dzieciaki! Wezmę tylko swój słomiany kapelusz!
-O NIE! Jak go nałożysz to nigdzie z tobą nie wyjdę!- oznajmiłam.
-Daj mi chwile, zaraz wrócę!- krzyknął i pomknął na górę niczym strzała.
Zaśmiałam się i opadłam na krzesło. Po raz pierwszy od paru tygodni byłam naprawdę szczęśliwa. Uwielbiałam spędzać czas w towarzystwie Billa…jeszcze to całowanie. Dotknęłam miejsca które parę sekund temu Bill namiętnie napastował i uśmiechnęłam się pod nosem. Teraz te wszystkie Francuzki mogą mi naskoczyć.
-Jestem!- do pomieszczenia wpadł Bill.
Był ubrany w długi płaszcz do kostek i czarne spodnie. Wyglądał bardzo tajemniczo, jak szpieg z krainy deszczowców. Wyszczerzył się, a moim oczom ukazały się białe kły wampira. Zwariował do reszty.
-Pani pozwoli ze mną.- wziął mnie za rękę.
Ja jednak tym razem wyrwałam mu dłoń i skrzyżowałam ręce na piersiach. Chyba trochę za dużo przytulanek jak na jeden wieczór. Co za dużo to i świnia nie zje. Czarny uśmiechnął się i zwrócił twarz a stronę księżyca, który świecił jasno i oświetlał kawałki ulic i ciemniejszych zakamarków. Dzieci poprzebierane za duchy, wiedźmy i roboty. Przysięgam, że widziałem jednego chłopaka z identyczną fryzurą jak Bill…był przebrany za zombie.
-Dawajcie cukierasy bo jak nie to was ugryzę!- zagroził Bill i zaczął ganiać za dzieciakami.
Biedne dzieci wszystkie się ,,wystraszyły” strasznego wampira. Diabełek stanął tuż za nim i wycelował trójzębem w jego pośladki. Bill schyli się do jakiegoś chłopca i wypią się jeszcze bardziej przez co był ponętniejszym celem dla chłopca. Diabełek ścisnął mocno swojego trójzęba i bez wahania wbił go w pośladki Billa.
-AAAAAAA!- zawył czarnowłosy i złapał się za pośladki.
Zaczął wrzeszczeć jak durny, a dzieciaki chyba dopiero teraz się go wystraszyły bo upuściły torebki z cukierkami i pouciekały gdzie pieprz rośnie. Wokalista wciąż trzymał się za pośladki i jęczał jakby go ktoś w dupe ruchał.
-Ale zobacz…masz tyle cukierków.- próbowałam go pocieszyć.
Bill przestał jęczeć i spojrzał na ulicę, na której leżało około 10 torebek z cukierkami. Czarny uśmiechnął się cwaniacko i szybko zaczął wszystkie zbierać do kieszeni płaszcza. Jak mu zabrakło to zaczął wpychać do moich, a resztę wziął w jedną z torebek i dumny ruszył przed siebie.
-Proszę to dla pani.- oznajmił i wsadził mi w usta długiego cukierka czekoladowego.
-Ekuje.- wydukała i zaczęłam rzuć cukierka.
Wokalista wsadził do ust parę na raz i zaczął młócić. Ja nie wiem jak on tak może, on ma chyba cztery żołądki jak krowa. Usiedliśmy na ławce i wcinaliśmy namiętnie nasze zdobycze. Bill niestety musiał zdjąć swoje sexowne, wampirze zęby bo inaczej chyba musiałabym rzuć za niego.
-Skoro teraz masz już co chciałeś to może powiesz mi to co chciałeś wcześniej?
-No…to nie jest takie łatwe.- oznajmił i spojrzał mi głęboko w oczy.- Dwa słowa, a tak trudno powiedzieć…chciałbym, żeby to było inne niż zawsze, nie takie oklepane…nie takie zwyczajne.
-Ale o co chodzi…
-No bo chodzi o to że…- zaczął.
Wtedy oboje usłyszeliśmy jakieś głosy zza krzaków, które znajdowały się tuż za naszą ławką. Bill spojrzał na mnie, a ja na niego. Strach mnie trochę obleciał, kto wie kto siedzi w tych krzakach.
-Kurwa uspokój się.- usłyszeliśmy niewyraźny bełkot.- Kurwa nie wygłupiaj się teraz tylko sikaj!
Bill zrobił wielkie oczy i rozchylił lekko gałązki. Wtedy usłyszeliśmy kolejny monolog.
-Kurwa i co krzywo! Zaraz się obleje przez ciebie!- krzyknął ten ktoś.- Jesteś nieposłuszny i nie stoisz kiedy trzeba! A jak tobie się chce to ja muszę wstać i sikać!
Wtedy rozległ się odgłos towarzyszący załatwianiu się i znowu monolog.
-No! Nareszcie, kurwa co ja się z tobą mam! A teraz chowaj się i spokojnie!
Parsknęłam śmiechem i zakryłam usta dłonią, aby ten ktoś tego nie usłyszał. Ciekawe kto tak namiętnie rozmawia ze swoim penisem…Zagadka kryminalna 21 wieku.

Rozdział XXXIX


Parsknęłam śmiechem i zakryłam usta dłonią, aby ten ktoś tego nie usłyszał. Ciekawe kto tak namiętnie rozmawia ze swoim penisem…Zagadka kryminalna 21 wieku. Wtedy usłyszałam drugi głos.
-Tom przyjacielu…nie martw się trafimy do hotelu.
-Nie trafimy.- zaparł się Tom.
-Nie bądź takim pesymistą!
-A ty takim optymistą!
-Obsikałeś mi buty!
-To nie ja!- bronił się Dred.- Sam sobie obsikałeś.
Bill i ja rzuciliśmy się na krzaki i powoli uporaliśmy się z gałęziami. W krzaczkach zrobiła się mała luka przez którą obserwowaliśmy chłopaków. Tom stał tyłem do nas, a naprzeciwko niego ku naszemu zdziwieniu stał Timo i zapinał rozporek. Dobrze, że nie patrzyliśmy na nich parę sekund temu.
-Jak my teraz wrócimy do domu?- zapytał Tom i rozejrzał się dokoła.- Ciemno wszędzie…głucho wszędzie…co to będzie co to będzie?!
-Nic, jakoś stąd wyjdziemy!- oznajmił dzielnie raper.
-A jak my tu weszliśmy?- zapytał gitarzysta.
-Nie pamiętam…
-Timuś ja się boję!- spanikował Tom.
-Nie mów na mnie Timuś gadzino!
-To jak mam mówić?- zdziwił się.
-Jestem Elvis, Elvis Presley.- oznajmił Dwukropek.- Mów mi Elvis!
-To ja w takim razie jestem John! John z Ameryki! Zza wielkiej wody!
-No więc John…
-No więc Elvis…co teraz zrobimy?
-Moglibyśmy usiąść poczekać gdyby nie to, że zasikałeś cały obszar!
-Nie zwalaj wszystkiego na mnie! Współdziałałeś!
Bill wstał i wszedł w krzaki do brata i rapera. Ja poszłam za nim.
-To Bill!- ucieszył się Tom i wskazał na brata.- To Bill! Mój brat! Mój kochany malutki Billuś który już od małego lubił ujeżdżać!- Dred rzucił się bratu w ramiona.- Kocham Cię!
-Eeee…no powiedzmy, że ja ciebie też.- Czarny uśmiechnął się krzywo i poklepał brata po plecach.
-Niżej, niżej.- mruknął Dred i wtulił się w brata.- Dzisiaj będziesz mój!
-Eeee…Bo zostawię cię w tych krzakach z Dwukropkiem.- zagroził Bill.
-Kreska, kropka, przecinek, kropka, kreska.- zaśmiał się starszy Kaulitz i odsunął się od Billa.- A tu moja kochana szwagierka!- krzyknął i teraz rzucił się na mnie.- Bill już ci powiedział? Fajnie wyszło? A jesteś dziewicą? A Bill mówił mi że on cię bardzooooooo lubiiii i że chcę cię całować poniżej szyi! I jeszcze niżej i jeszcze i jeszcze!
-Zamknij jadaczkę.- burknął Bill i wsadził Tomowi w usta kilka cukierków.- Im bardziej pijany tym głupszy i bardziej męczący!
-No właśnie widzę.- mruknęłam i przełożyłam sobie rękę Toma przez głowę.- Ty bierz tego drugiego i wracamy do hotelu.
Czarny tak samo postąpił z Dwukropkiem i całą czwórka ruszyliśmy do hotelu. Dlaczego zawsze ktoś musi coś zepsuć? Miało być tak pięknie…gdyby nie to, że Tom i Timo musieli się upić i lać akurat w tych krzakach za nami teraz pewnie dalej byśmy siedzieli na ławce i…i może przytulali się, a teraz to nic, nic już nie będzie. Dupa zimna.
_***_
Tom ledwo przebierał nogami, a Timo mimo wszystko dzielnie człapał przed siebie. Bill mruczał pod nosem coś w stylu ,,Zawsze wszystko muszą zepsuć”. Pod hotelem napadło nas z 5 Francuzek. Gadały jak najęte i bez wahania rzuciły się na Kaulitzów. Bezczelne to takie i podłe, że aż mi się rzygać chce! Trzy dziewczyny rzuciły się na Billa, a biedny Timo wylądował na chodniku i o mało by nie walnął głową o chodnik, ale na szczęście Tom zdążył go złapać za bluzkę.
-Ej zostawcie mnie, nie teraz, teraz nie.- mruczał Bill i próbował uwolnić się od trzech dziewczyn które go ściskały i całowały.
Znowu ciśnienie mi podskoczyło, znowu się wkurwiłam, znowu byłam zazdrosna. Ja im kurwa dam, ja je tak wycałuję, że nie zapomną mnie do końca życia. Posadziłam Toma na chodniku i podwinęłam rękawy bluzy i podeszłam do Billa. Tymczasem dwie pozostałe rzuciły się na Toma, ale on to już nie mój interes.
-Hej spokojnie co!- krzyknęłam i złapałam jedną dziewczynę za rękaw bluzy.- Nie słyszycie, że to nie czas na rozdawanie autografów? Spieprzajcie stąd małolaty i przyjdźcie jutro. Wyjeżdżamy o 18.
Oczywiście skłamałam bo wyjazd mieliśmy o 10, nie chciałam znowu mieć do czynienia z tymi idiotkami. Niech spieprzają i dadzą nam spokój.
-No właśnie, jutro będę miał czas.- burknął Bill i wyrwał się dziewczynom.
-Ale tylko trzy proszę, proszę.- piszczały dziewczyny.
-Spieprzać żabojadki, ślimakożercy i mieszkańcy żabolandii!- warknęłam i stanęłam przed Billem.- No już spać, za późno jak dla was.
Dziewczyny zrobiły wielkie oczy i otworzyły gęby. Ja tylko uśmiechnęłam się triumfalnie i uniosłam lekko głowę, a one swoje spuściły i odeszły. Wszystkie pięć.
-Nie wiem jak to robisz, ale jesteś boska.- oznajmił Czarny.
-wiem.- zaśmiałam się i odwróciłam się przodem do niego.- Dobra bierzemy tych pijaków i idziemy.
-Porozmawiamy jeszcze?
-Jeżeli chcesz.- mruknęłam i podeszłam do Toma.
Pomogłam mu wstać i razem poczłapaliśmy do hotelu, a tuż za nami Bill i Timo.
-Chcę.- szepnął Bill.- A tak w ogóle to zgrabny masz tyłek.
-Uuuu.- zaważył Tom.- Ja mam ładniejszy.
-A ty się nie wtrącaj.- warknął Bill.
Otworzyłam drzwi do pokoju Toma i rzuciłam go na łóżku. Bill wszedł tuż za mną, a Timo ku naszemu zdziwieniu zamiast iść do Meggie walnął się obok Toma.
-A jak oni się zgwałcą po pijaku?- zapytałam.
-No to trudno, chodźmy już.
-Gdzie?
-Chodźmy do mnie bo zawsze siedzimy u ciebie.
Wyszliśmy z pokoju Tomasza i udaliśmy się do pokoju obok. W środku panował jak zawsze bałagan. Bielizna Billa walała się wszędzie gdzie się dało, nawet na klamce wisiały białe bokserki w świnki.
-Ojej przepraszam bardzo.- mruknął i zaczął zbierać rzeczy z podłogi.
-Czy ty tu nagminnie uprawiasz sex?- zapytałam i rozejrzałam się jeszcze raz.
-Nie!- zaprzeczył i zaśmiał się.- Ja zawsze wieczorem tak wszystko rzucam byle gdzie, a potem nie sprzątam!
-A no tak! Przecież ty jesteś jeszcze dziewicem! A przynajmniej niedawno byłeś!
-A ty jesteś wiatropylna!
-Tiaak…- mruknęłam i zmrużyłam oczy.- Bąk się odezwał.
Czarny zaśmiał się i zdjął płaszcz. Rzucił go niedbale na krzesło i przeciągnął się.
-Mógłbyś się streszczać?- zapytałam.- Jest już dość późno…chciałabym…
-Wiem, chciałabyś iść spać.- dokończył za mnie.- Ja też jestem zmęczony.
Włożyłam ręce do tylnych kieszeni spodni i próbowałam wymacać klucze, ale…ich tam nie było!
-Co się stało?- zapytał Czarny.
-Zgubiłam klucze!- krzyknęłam przerażona i zaczęłam przeszukiwać wszystkie kieszenie.
-Może ci pomóc?- zapytał Bill i podszedł do mnie.- Jestem zawodowym szukaczem kluczy.
-Nie czas na żarty!- oznajmiłam.- Co ja teraz zrobię?
-Zostaniesz tu.- oznajmił i uśmiechnął się triumfalnie.- Przecież cię nie ugryzę.
-Hohoh, niedoczekanie.- krzyknęłam i nacisnęłam na klamkę, która nie ustąpiła.
-Ojej, chyba zamknięte.- mruknął.- Jaka szkoda.
-Bill nie wydurniaj się proszę.- westchnęłam.- Wiem, że masz klucze. Wypuść mnie.
-Muszę ci coś powiedzieć, proszę wysłuchaj mnie chociaż raz.
-No…no dobrze.- zgodziłam się.- Mów.
-No bo widzisz…wiesz, że od miłości do nienawiści niedaleka droga…prawda?
-Yhym i co z tym wspólnego ma to co chcesz mi powiedzieć?
-No bo…od miłości do nienawiści, krótka droga…ale od nienawiści do miłości to już dłuższa…i…i chciałem ci powiedzieć, że mi udało się ja przebyć.- wyznał i spojrzał mi głęboko w oczy.
Nastała niezręczna cisza. Bill patrzył się na mnie cały czas, a ja błądziłam wzrokiem po podłodze. Nie…to nie jest możliwe. To nie może być prawdą…to…jest nierealne przecież.
-Zrozumiałaś?- zapytał.
Zrozumiałam, zrozumiałam, ale wcale nie chciałam rozumieć. Nigdy nie okazywał mi…że jest mną zainteresowany jako dziewczyną, a tu nagle takie wyznanie. Na mój rozum to było nieco podejrzane…a ja ciągle twierdziłam, że nie byłam pewna swoich uczuć.
-Hej, nie zrozumiałaś.- mruknął.
-Nie jestem taka głupia.- oznajmiłam.- Zrozumiałam bardzo dobrze, tylko jak ci już mówiłam…
-Nie mów, że do siebie nie pasujemy bo to nie prawda, Ktoś kiedyś powiedział, że przeciwieństwa się przyciągają.

Rozdział XXXX


-No tak…ale tym zepsujesz sobie karierę.- mruknęłam.
Na ślepo szukałam głupich argumentów, które przecież w miłości nie są ważne. Argumentów takich jak sława, jak pieniądze. Bo w miłości przecież liczy się ta druga osoba, tylko ona i nikt więcej. Jednak nie potrafiłam sobie odpowiedzieć na pytanie czy Bill jest dla mnie wszystkim. Czy jest tym jedynym. Co prawda bardzo go lubię i jest dla mnie ważny…chyba jestem trochę zazdrosna…ale…jeżeli zaangażuję się w związek z nim i okaże się że to był błąd? Złamię mu serce…a nie chcę tego.
-Kariera nie jest taka ważna.- wyrwał mnie z moich przemyśleń.- Nie ważniejsza od ciebie.
-Dziękuje.- objęłam go i pocałowałam w policzek.- Też jesteś dla mnie ważny…
-Jak bardzo?- zapytał i musnął ustami moją szyję.
-Bardzo.- odrzekłam i wplotłam dłoń w jego włosy.- Boskie masz te włosy.
-Ty nie tylko włosy.- mruknął i wsunął ręce w tylne kieszenie moich spodni.
-Zboczeniec.
Czarny zaśmiał się cicho i pocałował mnie w usta. Przeszła mnie fala ciepła i podniecenia. Nie wiem jak on potrafił sprawić, że z sekundy na sekundę potrafiłam zapragnąć go jak nikogo innego. Chłopak powoli wsunął swój język w moje usta, a ja objęłam go mocno i nie zamierzałam wcale puszczać. Pieścił moje podniebienie srebrną, metalową kulką co tylko wzniecało podniecenie i przyjemności. Nasze języki łączyły się w dzikim tańcu namiętności, a rozpalone ciała ocierały się o siebie. Dzieliły je tylko dwa cienkie materiały. Moja i jego koszulka. Bill odessał się ode mnie czemu byłam całkowicie przeciwna i ku mojemu zdziwieniu wziął mnie na ręce i uśmiechnął się szarmancko.
-To znaczyło, że tak.- oznajmił i ruszył w stronę łóżka.
-Bill nie wariuj, proszę cię.
-Nie wariuję.- rzucił mnie na łóżko.
Zaśmiałam się i przewróciłam na plecy. Bill stał nade mną i śmiał się. Teraz dopiero mogłam być naprawdę szczęśliwa. Mam przy sobie kogoś kto mnie kocha, kogoś kto będzie…kogoś kogo nie da się nigdy zapomnieć. Teraz już wiem, że Joel był jedną wielką pomyłką przez duże ,,p”. Cały czas miałam obok kogoś wartego uwagi, kogoś kochającego, kogoś uczuciowego. Moim błędem było to, że oceniłam go pochopnie, oceniłam go po pozorach. Oceniłam go tak jak inni oceniali mnie…
Bill położył się obok mnie i ja gapiłam się w sufit, a on co jakiś czas zerkał na mnie co mnie rozśmieszała. Myślał, że tego nie widzę. Źle myślał.
-Już nie udawaj, że tak bardzo podoba ci się sufit.- zaśmiałam się.
-Ładny…taki biały.
-Tia…my widzimy biały sufit, a Tom i Timo pewnie ganiają białe myszki w pokoju obok.
-Nie lubię myszy!- oznajmił Bill i zabrał nogi z podłogi.
-Jesteś słodki.- powiedziałam.- Słodki idiota.
Bill zmrużył oczy i zaczął się kręcić po łóżku szukając miejsca dla siebie. Vena jak była w ciąży też tak robiła…Tak czy inaczej nie będę wnikać. Jeżeli za 9 miesięcy urodzi małe Billusiątka to wychowamy je…tylko kto jest ojcem? A raczej matką? Gełorg to jedyna osoba, która chciałaby zgwałcić Billa, nie wliczając mnie oczywiście.
-Idę się myć.- oznajmił Czarny i wstał z łóżka.- Silviia idzie ze mną?
-Tak, duchowo, ale fizycznie zostaję tutaj.
-A czy duchowo będziesz mogła podać mi ręcznik?
-Postaram się.
-Dziękować.- uśmiechnął się i zniknął w łazience.
To chyba jeden z najlepszych dni w moim życiu. Dwa razy dokopałam Francuzkom, które przywłaszczają sobie Tokio Hotel, później obściskiwałam się z Billem, później ukradliśmy dzieciom cukierki i teraz znowu obściskiwałam się z Billem. Ciekawe jak długo będzie ta bajka trwać…znając moje szczęście za pare dni pryśnie jak bańka mydlana. Ale należy żyć chwilą…i cieszyć się tym co jest teraz.
-Wiesz co…pójdę na dół do sklepiku i kupię coś do picia.- oznajmiłam i podniosłam się z łóżka.
-Dobrze, mi wyjątkowo sok pomarańczowy.
Wzięłam klucz z szafki i otworzyłam drzwi. Wcale nie miałam zamiaru iść na dół do kawiarenki, ale dwa pokoje dalej do siostry. Zapukałam cicho po czym nacisnęłam na klamkę, aby wejść, ale było zamknięte. Trudno, skoro jej nie ma to pójdę do Meggie, Carol sobie poczeka. Bez pukania wpadłam do pokoju przyjaciółki. Ku mojemu zdziwieniu zastałam też tam Carol. Obie siedziały na łóżku i grały w chińczyka.
-Myślałyśmy że już nigdy nie wrócisz z tego spaceru!- krzyknęła sisotra.
-Natknęliśmy się na Timo i Toma. Stali w krzakach i nie mogli znaleźć drogi wyjścia.- oznajmiłam i usiadłam na skraju łóżka.
-A co wy w krzakach robiliście?- zdziwiła się Meggie.
-My nic, ale wasi kochasiowi sikali, a Timo uparcie twierdzi, że Tom obsikał mu buty.
-A gdzie oni są?- zapytała siostra.
-Śpią w pokoju Toma.- odrzekłam.
-ŚPIĄ?! RAZEM?!- wrzasnęły obie i zrobiły wielkie oczy.
-No.- powiedziałam i uśmiechnęłam się.- Tak razem ładnie wyglądają, że nie mieliśmy serca ich rozłączać.
-E tam olejmy ich, jak się napili to niech teraz razem śpią.- siostra machnęła ręka i przestawiła pionek.
-A no właśnie.- Dwukropkowa zgodziła się i zbiła pionka Caroliny.
-Oszukujesz!- wzburzyła się siostra.
-Nie! Jak wygrywam to od razu że oszukuję! To niesprawiedliwe!
-No nic, wy kłóćcie się dalej, a ja idę.- oznajmiłam i wstałam.
-Gdzie idziesz?- spytała Meggie.
-Do siebie idę.- skłamałam i wyszłam z pokoju przyjaciółki.
Wtedy akurat Bill otworzył drzwi od pokoju i niewiadomo dlaczego wyszedł na korytarz. No pięknie Silviia.
-A co to Meggie otworzyła kawiarenkę w swoim pokoju?- zapytał.
-Nie no…poszłam ich poinformować, że znaleźliśmy ich kochanków.
-Poinformować o kochankach czy pochwalić że…
-W żadnym wypadku! Nawet o tym nie myśl, na razie niech to zostanie między nami. Zachowujmy się normalnie, jakby nic nie zaszło.
-Co? Dlaczego?
-Na razie tak będzie lepiej…no ja lecę po te napoje.
Bill westchnął głośno i zniknął w pokoju, a ja zbiegłam na dół do kawiarni.. Kupiłam dwa napoje pomarańczowe i już miałam wracać do pokoju gdy moją uwagę przykuł chłopak. Miał średnio krótkie, brązowe włosy. Był dość wysoki i wyglądał na trochę gburowato. Pokręciłam głową i dalej ruszyłam przed siebie.
-Poczekaj, poczekaj!- usłyszałam za sobą głos chłopaka.- Ty jesteś Sariel z Immortal Dream?
-Tak a bo co?- burknęłam i odwróciłam się.
-Ja jestem Shane West.- oznajmił i podszedł do mnie.- Jestem waszym nowym perkusistą.
-O…Kim cię znalazła?
-Tak.- odrzekł i uśmiechnął się lekko.- Mam nadzieję, że pokażesz mi rozpiszę koncertów i w ogóle.
-Niestety ja nie mam czasu, zresztą jest po 3. Na co ty tu czekasz?
-Kimberly kazała mi na ciebie czekać, to czekałem.
-Idź lepiej spać. Jutro Josh pokaże ci rozpiszę koncertów.- oznajmiłam i ruszyłam schodami na górę.
-Myślałem, że mnie jakoś do zespołu wprowadzisz.
-Źle myślałeś.- warknęłam.- Dobranoc.
No jak zwykle miło przywitałam kogoś nowego. Trudno, nie spodobał mi się. Otworzyłam drzwi do pokoju Czarnowłosego i weszłam do środka. Czarny leżał w łóżku pod kołdrą i przeglądał Bravo.
-Wiesz kogo spotkałam na dole?
-Świętego Mikołaja?
-Nie! Świętego Mikołaja widziałam wczoraj, teraz spotkałam naszego nowego perkusistę!
-I kto to?
-Jakiś Shane West, nie spodobał mi się.- pokręciłam nosem i podałam mu sok.
-No to dobrze, że ci się nie spodobał.- stwierdził i wziął ode mnie szklankę z sokiem.- Dziękuję.
-Proszę. Jakoś nie bardzo widzę tego perkusistę…eh nieprzyjemny jakiś.
-No dobra dość rozmów o perkusiście, jutro go zlukamy. Teraz nynu, nynu Aaa Bille dwa.
-No to ja lecę do Carol.- oznajmiłam.
-Do Carol? A po co? Zostań ze mną. Przecież cię nie zjem…Proszę.
-No wiesz!- oburzyłam się.- Z Joelem tak od razu nie spałam!
-O no przestań, znamy się już tyle czasu.
-Przez ten cały czas grozisz, że mnie zgwałcisz.
-Przecież żartuję! Oh ty naprawdę nie znasz się na żartach.- stwierdził.
-Nie mam piżamy.
-No to Weś moją bluzkę.
-Będę czuła się niezręcznie.
-Zamknę oczy zanim nie wejdziesz do łóżka.
-No to zgwałcisz mnie.
-Nie! Dziś nie mam ochoty.
-Jesteś niemożliwy.- zaśmiałam się i wstałam.- Gdzie masz tą koszulkę?
-Gdzieś tam pod krzesłem chyba leży, a jak nie ma pod krzesłem to pewnie w łazience. Poszukaj.
-Zawsze ja.- mruknęłam pod nosem i zajrzałam pod krzesło.
Oprócz czarnej koszulki znajdowały się tam także zużyte karty doładowujące do telefonu, jakiś stary zniszczony i wyruchany playboy oraz parę żelek. Jak można żyć w takim bałaganie? Przecież to nie da się tak żyć, porozwalana bielizna, wszędzie śmieci pełno…Eh graciarnia normalnie. Wzięłam koszulkę w łapy i zaczęłam ją miętosić.
-Bill…nie jestem przekonana.- oznajmiłam.
-Nie wale konia…- westchnął.- Obiecuję, że nie będzie mokro!
-Wcale się nie boję, że będzie mokro, ale…
-Ale co?
-Ale…boję się, że wyjdzie nie tak.- wyznałam i usiadłam obok niego.- Z Joelem…
-Nie porównuj mnie do niego.
-Ale…my mamy dwa całkiem odmienne charaktery…ja szybko wybucham…ty jesteś spokojny…boje się, że nie wyjdzie…boję się.
-Ale możemy przecież spróbować…Silviia, daj mi szansę.
Nie wiedziałam co mam zrobić. Było mi z nim dobrze, każda chwila z nim była szczęśliwsza niż całe moje życie. Motyle w brzuchu, podniecenie, to rozpierające szczęście. Tylko…czy on jest tym jedynym? Może po związku z Joelem powinnam być ostrożniejsza? A może Bill tylko udaje takie niewiniątko…może…nie! Co za głupie myśli! Zwariowałam już do reszty.
-No…dobrze...bo widzisz od paru tygodni nie mogę przestać myśleć o tobie.- wyznałam.
-Ja o tobie nie mogę przestać myśleć przez ostatnie parę miesięcy, dlatego ten głupi casting.- oznajmił i usiadł.- Kocham Cię Silviia…i uwielbiam twoje imię, nie lubię twojego przezwiska. Jest dziwne.
-Twoje nazwisko też.
Czarny zaśmiał się i przytulił mnie. Uwielbiałam to. Objęłam go mocno i już mogłam tak spać…Mogłam zasnąć w jego ramionach…mogłam w nich umrzeć. Wtedy usłyszałam dzwonek czyjegoś telefonu. Bill szybko wstał z łóżka i podbiegł do spodni.
-Przepraszam.- mruknął i odebrał.- Hallo?
Zrobił dziwna minę i otworzył lekko usta po czym mocno je zacisnął. Oparł się o ścianę, a na jego czoło wstąpił pot. Musiał czymś się mocno zdenerwować.
-Dobrze.- powiedział cicho i rzucił telefon na podłogę.- Gordon dzwonił, żąda widzenia…

Rozdział XXXXI


-CO?!- wrzasnęłam i natychmiast zerwałam się z łóżka.- Po tym wszystkim on żąda widzenia?!
-Yhym.- powiedział cicho, a z jego oka popłynęła łza.
Popłynęła po jego policzku, potem spadła na nagi tors i leniwe spływała po jego klatce piersiowej. Za nią wyjść rozpoczęła druga, a potem kolejna i kolejna. Wszystkie jak ta pierwsza wsiąkały w jego czarne bokserki, a on płakał…Znowu płakał przez niego.
-Nie płacz…wybrniemy z tego…odejdzie z naszego życia szybciej niż myślisz.- podeszłam do niego i wytarłam łzy spływające po jego policzkach.- Zrobię wszystko żebyś był szczęśliwy…żebyśmy my byli szczęśliwi.- wyszeptałam i przejechałam palcem po jego rozgrzanym policzku.
-Dziękuję.- mruknął cichutko.
-Już nie płacz, nie płacz proszę. Pójdziemy tam jutro i dowiemy się czego ten pedofil chce…poradzimy sobie…wiesz, że jestem przy tobie i zawsze będę.
-Wiem Silviia…wiem…dziękuję ci za to że jesteś…byłaś przy mnie nawet wtedy…gdy mnie tak nienawidziłaś….pamiętasz?
-Tak…pamiętam. Nigdy nie zapomnę.- mruknęłam i pocałowałam go w nos.- Połóż się…wyśpij…jutro rano o tym porozmawiamy. Na którą te widzenie?
-Na 12.- odrzekł i zaczął zbliżać się w stronę łóżka.
Wlazł pod kołdrę, a ja okryłam go aż po samą szyję. Czułam się jak matka kładąca do lóżka swoje, jedyne, ukochane dziecko, które swoim uśmiechem wnosiło codziennie do jej życia radość i zarażało uśmiechem.
-Połóż się też.- poprosił i wlepił we mnie swoje śliczne oczęta.
-Za chwilę. Muszę się odświeżyć.
-Nie…jesteś świeża.
-Nie będę chodzić brudna jak Gełorg. Obiecuję, że zaraz wrócę.
Wokalista uśmiechnął się lekko i puścił moją dłoń co pozwoliło mi odejść. Wzięłam koszulkę i zniknęłam za białymi drzwiami łazienki. Zrzuciłam z siebie ubrania i uwolniłam nogi od ciężkich glanów po czym napuściłam wody do wanny. Spięłam włosy wysoko i weszłam do wanny. Powoli przyzwyczajałam swoje ciało do gorącej wody by po chwili wyłożyć się w wannie z nogami na kranie. Zauważyłam, że na rogu wanny stoją bańki mydlane. Uśmiechnęłam się pod nosem. Mimo swoich 18 lat Bill w duchu ciągle był małym dzieckiem, które uwielbia się bawić, ale emocjonalnie jest najdoroślejszym człowiekiem jakiego miałam szczęście spotkać. Nikt jeszcze nie był dla mnie taki kochany i taki troskliwy jak on. Nikt nigdy tak bardzo się mną nie przejmował. Nikt…nikt oprócz niego. Kiedyś często zadawałam sobie pytanie ,,Kiedy będę szczęśliwa?”. Zadawałam sobie to pytanie od kiedy mama zmarła. I teraz już wiem, że wszystkie moje cierpienia były potrzebne…potrzebne by teraz Bóg mógł zesłać mi z nieba mojego anioła. Moje własnego anioła…o kruczoczarnych włosach, oryginalnym stylu, czarnym makijażu…Takiego niepozornego anioła. Anioła bez skrzydeł, bez aureoli i białej szaty.
-Zasnęłaś tam?- usłyszałam jego głos z pokoju.
-Nie.- odrzekłam i zaczęłam puszczać bańki.- Śpij już ja tu jeszcze trochę posiedzę. Jest tak fajnie.
Usłyszałam tylko cichy śmiech zza drzwi. Ten słodki śmiech…Piękny śmiech, śmiech, który dodawał mi sił.
_***_
Wyszłam z wanny jakieś pół godziny później. Wytarłam się puszystym białym ręcznikiem i spięłam włosy wysoko. Nie lubiłam jak mi się majtały w nocy i wkradały do buzi. Założyłam moje bokserki w żaby i czarną bluzkę Billa. Stanęłam przed wielkim lustrem i uśmiechnęłam się do swojego lustrzanego odbicia. Zobaczyłam tam szczupłą i dość wysoką dziewczynę. Brązowe włosy spięte wysoko i uśmiech…uśmiech od ucha do ucha, który tak rzadko gościł na jej twarzy. Wyszczerzyłam się jeszcze, żeby sprawdzić czy moje zęby są wystarczająco białe i poprawiłam koszulkę. Czas już chyba pójść do Billa. Czeka tam na mnie biedaczyna, a ja szczerzę się jak mysz do sera. Otworzyłam drzwi i weszłam do pokoju dość sexowny krokiem…to miało być wielkie wejście Sila dla Billa.
-Już jestem.- oznajmiłam.
Odpowiedziało mi jednak tylko ciche pochrapywanie. No tak…Czarny tyle musiał na mnie czekać aż w końcu zasnął. Zła Silviia, Fe, fe. Przebiegłam cicho przez pokoju i zgasiłam światło. Wymacałam łóżko i wlazłam do niego. Każdy mój krok był powolny, delikatny i robiony z myślą o tym, żeby nie obudzić mojego Śpiącego Królewicza. Położyłam się na bok i przez jakiś czas obserwowałam jego twarz, lecz mrok prawie ją okrywał. Tylko księżyc rzucał jasną poświatę na jego włosy i kawałek czoła. Najszczęśliwszy dzień w moim życiu, najszczęśliwszy, najpiękniejszy…gdyby tylko Gordon nie zepsuł jego końca. Ułożyłam głowę na miękkiej poduszce i zasnęłam. Zasnęłam spokojnie pierwszy raz od wielu lat. Zasnęłam spokojnie bo miałam u boku mojego Księcia, mojego Anioła, który dawał mi poczucie bezpieczeństwa i wewnętrznego spokoju.
_***_
Obudził mnie delikatny pocałunek w policzek. Ani trochę nie miałam ochoty wstawać. Miałam ochotę trwać z nim obok siebie. Tak do końca świata. Uśmiechnęłam się pod nosem i nie otwierając oczu czekałam na dalszą serię czułych pocałunków. Jednak zamiast tego oberwałam poduszka po głowie.
-Wstawaj leniu mój, już po 10.- oznajmił Czarny.
-Spadaj, daj mi jeszcze pospać.- mruknęłam obrażona i odwróciłam się tyłem do niego.
-No to śpij, a ja idę na dół po coś do jedzenia. Co chcesz?
-Płatki z mlekiem.
-Skromniacha.- zaśmiał się Czarny.
Bill wstał z łóżka i wyszedł z pokoju. Jaki on kochany. Najukochańszy na świecie. Mój Billuś. Wtuliłam się z powrotem w poduszkę i uśmiechnęłam się. Ah…Usłyszałam jak drzwi pokoju powoli się otwierają i zamykają. Czyżby Bill tak szybko wrócił? No nie chyba Meggie naprawdę otworzyła kawiarenkę w swoim pokoju. Ktoś zaczął się do mnie zbliżać, a mój uśmiech stawał się coraz szerszy. Silu chce buzi. Osobnik podszedł do mnie i nachylił się, a ja złożyłam usta w dziubek. Poczułam wtedy jak ktoś zaciska paluchy na moim nosie.
-Ała! Bill zwariowałeś?!- wrzasnęłam i usiadłam.
Jednak zamiast Billa zobaczyłam Toma. Chłopak stał przede mną w samych bokserkach i uśmiechał się triumfalnie. Panie zmiłuj się nade mną i zabierz go stąd.
-Co tu robisz?- zapytał.
-Leżę.- odrzekłam.
-Dlaczego tu?
-Bo nie tam.- warknęłam.- Idź sobie.
-Wyjazd jest przełożony na 16 bo Bill musi gdzieś wyjść. Tylko tyle chciałem powiedzieć.- oznajmił.
-Już powiedziałeś, więc możesz sobie iść…papa.
-Nie wyjdę dopóki mi nie powiesz co tu robisz.
-Leżę idioto nie widzisz?!
-No dobra już idę…- oznajmił i ruszył do drzwi.- Ale jak mi nie powiesz to rozgadam wszystkim, że uprawiałaś z Billem sex!
-Boże zgubiłam klucze i zakimałam tu. A ty wiesz, że wczoraj obsikałeś Timowi buty? Gadałeś też do swojego przyrodzenia.
-Odczep się od mojego przyrodzenia!- warknął.
-Tylko spróbujesz coś powiedzieć to przyrzekam, że cię zabiję!- zagroziłam.
-No dobra, dobra…..- mruknął.- Biedna Silviia.- zaśmiał się.- Cnotka niewydymka.
W tym momencie zrobiło mi się strasznie przykro. Tom był moim przyjacielem przez ten cały czas. Ja mu pomagałam, doradzałam i wspierałam, a on? On teraz odwrócił się ode mnie od razu jak zaczęłam kumplować się z Billem. Jak zdobył Carol...teraz jak już ją ma to ja jestem już niepotrzebna…Tom dalej stał w drzwiach i uśmiechał się szyderczo. Wtedy zobaczyłam jak za nim staje Bill.
-Powtórz.- mruknął bratu do ucha.
-Eee…Yyy…Eee.- Tomasz zaczął się jąkać.
-To ja może przypomnę…powiedziałeś cnotka niewydymka męska dziwko.
-Oj daj spokój brat, przecież to tylko taki żart.
-Z takimi żartami to do swoich dziwek.- warknął Bill i wszedł do pokoju odpychając brata.- Ubieraj się zaraz musimy iść.
-A właśnie. Gdzie idziecie?- zapytał Dred.
-Do lasu na grzyby.- rzucił ironicznie Czarny i postawił tacę na szafce nocnej.
-Tylko pamiętaj Billuś jak wyglądają muchomorki!- powiedział starszy Kaulitz.
Tom wyraźnie chciał uratować sytuację, żebyśmy nie byli na niego źli. Ostatnio zachowuje się ostatni cham i nie mogę rozgryźć dlaczego. Może nie mógł znieść tego, że tym razem nie jest lepszy, że Bill nie był sam, że nie był gorszy niż on, że Czarny też może…poderwać dziewczynę. Nie wiedziałam o co mu chodzi, a bardzo bym chciała. Mimo wszystko Bill chyba nie da tak łatwo zapomnieć.
-Nie potrzebuję twoich rad.- oznajmił i usiadł obok mnie i zaczął smarować bułkę masłem.- Z serem czy z szynką?
-Z szynką poproszę.- odrzekł Dred.
-To nie było do ciebie.- syknął młodszy Kaulitz i zmierzył brata wzrokiem.- Idź już sobie okej?
-Sama potrafię zrobić sobie kanapkę.- oznajmiłam i zabrałam Billowi tacę.- Zgadzam się z przed mówcą, idź sobie Tomaszu Chamski.
-Co ja znowu zrobiłem?- udawał, że nie wie o co chodzi.
-Kupe na środku trawnika.- powiedział beztrosko Bill.
-Serio?- Dred wybałuszył gały.
-Nie, na niby.- burknęłam.
-Weźcie już sobie nie żartujcie.- powiedział i skrzywił się lekko.
-A ty już sobie idź.- mruknął Czarny i zaczął wiązać buty.- Zaraz wychodzimy.
-Nie chcecie mnie to nie! Idę i nie odzywajcie się do mnie!- krzyknął i wyszedł trzaskając drzwiami.
_***_
Razem z Billem szliśmy jedną z Berlińskich ulic. Wiatr wiał i było strasznie zimno. Skoro taka jest jesień to ja boję się zimy. Chyba zapadnę w jakiś sen zimowy czy co. Bill jak zwykle szedł dumny z głową uniesioną i wyglądał bardzo władczo…mmm…tak pociągająco. W sumie nie dziwię się, że nawet Gordonowi się podoba…ale na samą myśl, że ten dziad go dotykał, że on go…molestował miałam ochotę dopaść tego dziada i zabić własnymi rękoma…Czarny nacisnął dzwonek przy więziennej bramie i czekaliśmy.
-Ciekawe czego chce.- mruknąłem.
-Ja już chyba się domyślam.- westchnął głośno Bill.
Chciałam go zapytać o co chodzi, ale wtedy przyszedł ochroniarz i bez słowa wprowadził nas na obszar więzienia. Już wiedział po co przyszliśmy. Kaulitz zwiesił głowę i powoli bez słowa weszliśmy do budynku. Było tu strasznie nieprzyjemnie, białe ściany. Bill usiadł przy stoliku i nerwowo zaczął ruszać prawą nogą jak to miał w zwyczaju. Usiadłam obok niego i wbiłam wzrok w drewniany stół. Bałam się…a skoro ja się bałam to Bill musiał jeszcze bardziej. Nie wiedziałam czego Gordon od niego chce…ale wiem, że to na pewno nic fajnego.
Duże drzwi powoli otworzyły się i do środka wprowadzili ojczyma Kaulitzów. Był ubrany w coś co wyglądało jak czarno-biała piżama w paski. Normalnie bym się roześmiała, ale teraz nie mogłam, teraz nie umiałam się śmiać.
-Witaj Bill.- mężczyzna wykrzywił usta w sztucznym uśmiechu i usiadł naprzeciwko nas.
Czarnowłosy nie odpowiedział tylko odwrócił wzrok i spojrzał na ścianę. Spuściłam głowę i czekałam jak to się dalej potoczy. Chciałam tylko, żeby to wszystko się wreszcie skończyło i żeby ten dziad dał nam wreszcie spokój.
-Patrz na mnie jak do ciebie mówię.- powiedział spokojnie Gordon.- Nie pamiętasz jak cię uczyłem?
-Wielu rzeczy mnie uczyłeś…ale na pewno nie tego jak mam rozmawiać z dorosłymi.- warknął Kaulitz.- Mów lepiej co chcesz.
-Masz wycofać sprawę.- oznajmił stanowczo.- Powiedz im, że to wycofujesz, że zmyśliłeś to bo mnie nienawidzisz.
-Chyba ocipiałeś.- syknęłam.- Zapłacisz za to co zrobiłeś Billowi!
-Jeżeli pójdę do paki to wszystkie…ehem ,,materiały dowodowe” w postaci jakże pięknych i naturalnych zdjęć znajdą się na jednej z często oglądanych stron.- oznajmił i uśmiechnął się szyderczo.- Postaram się o to.
Czarny spojrzał na mnie, a w jego pięknych piwnych oczach zaszkliły się łzy. Ile tego jeszcze…ile?

Rozdział XXXXII


-Dlaczego mi nie powiedziałeś?- zapytałam cicho.
-Bo nie umiałem…
-Wycofasz?- zapytał ojczym.
-Tak.- odrzekł Bill.
-Nie.- zaprzeczyłam.- Znaczy…pomyślimy o tym i damy ci jutro znać.- oznajmiłam.
-Zadzwonię o 12. Tylko nic nie kombinujcie bo i tak obróci się to przeciwko wam.- oznajmił i wstał.- A i jeszcze jedno pytanko Billuś…urósł ci od tamtej pory?- zaśmiał się.
-Wynoś się stąd idioto.- warknęłam.- Jeszcze za to zapłacisz.
On znowu się tylko zaśmiał. Do środka wszedł ochroniarz i wyprowadził go, a my wyszliśmy chwilę później.
Ile tego jeszcze? Ile jeszcze przeszkód przed nami? Ile jeszcze problemów? Ile…?
-Mam pomysł.- oznajmiłam szczęśliwa.
-Jaki?- zapytał Czarny i wsunął ręce głęboko w kieszenie.
-Zobaczysz…tylko…Musimy pojechać do waszego domu.
-Po co?
-Mówiłam ci już ze jestem w połowie informatykiem?- zapytałam i rzuciłam mu krótkie, tajemnicze spojrzenie.
-Nie…- odrzekł nieco zbity z tropu.
-Zdjęcia można łatwo usunąć z komputera…to nic trudnego.- zaśmiałam się i odrzuciłam włosy do tyłu.
-Myślisz, że on ma je na naszym domowym komputerze?- Bill popukał się palcem w czoło.- Nawet jeżeli już to przecież na hasło czy coś.
-Pożyjemy zobaczymy…
_***_
Van zatrzymał się przed jednym z małych białych domków. Ten był taki sam jak reszta innych domków w okolicy, ale biło od niego ciepło rodzinne, miłość, bezpieczeństwo…Ale nie należy oceniać czegoś po pozorach bo przecież przez 4 lata czarnowłosy przezywał tu dramat…Potrząsnęłam głową, aby wyrzucić z niej wszystkie niepotrzebne myśli i wyskoczyłam z samochodu, a tuż za mną Bill i Tom. Czarny i ja ruszyliśmy przodem, a Dred poczłapał za nami. Ciągle się do siebie nie odzywaliśmy…i bardzo dobrze.
-Oh Bill, oh Tom.- mama zaczęła ściskać bliźniaków.
Oboje cieszyli się jak małe dzieci…wrócić do domu po tylu miesiącach to coś pięknego. Przytulić się do matki i usłyszeć, że jest się kochanym…Ja już nie pamiętam jak to było.
-A ty jesteś Silviia!- wykrzyknęła kobieta na mój widok i uścisnęła mnie.- Ty zdemaskowałaś zboczeńca, nie zdążyłam ci jeszcze podziękować.
-Ale za to Bill zdarzył już nie raz.- mruknął Tomasz.
-Zamknij się pacanie.- warknął Bill.- Chociaż raz się zamknij.
Pani Kaulitz zmierzyła braci wzrokiem i pokręciła głową. Otworzyła drzwi małego domku i wpuściła nas do środka. Przedpokój był dość ciasny pomalowany na kremowo. na wieszakach wisiały kurtki, płaszcze i czapki, a na ziemi stało pełno damskich butów. Bill ściągnął swoje buciory i postawił je obok czerwonych butów matki. Nasze glany naniosły z pół kilograma błota do domu. Mama Billa i Toma skrzywiła się na myśl o późniejszym sprzątaniu, ale miłym gestem zaprosiła nas do salonu. Tomasz pobiegł pierwszy i niczym małpa rzucił się na mniejszą kanapę i zajął ją całą.
-Powiemy o całej sprawie twojej mamie?- szepnęłam Czarnemu na ucho.
-Nie, lepiej jej nie martwić, mów jaki ty masz pomysł mała.- mruknął i objął mnie ramieniem.
-Miziu, miziu, buzi, buzi.- zironizował Dred i włączył telewizor.
-Jak ci przeszkadza to spierdalaj do siebie, może mama zachowała twoje gazetki.- warknął Bill.- Pooglądaj sobie ze swoim ukochanym przyjacielem Fredem.
-A żebyś wiedział, że zaraz pójdę i to zrobię.
-Biedny Pinokio.- stwierdził Bill.- Gdyby Dżepetto wiedział kto go będzie w gaciach nosił to by go nie robił.
-A wy znowu się kłócicie.- Pani Kaulitz weszła do salonu i postawiła ciasto na stole.- Jak dzieci, a ty Tomuś czemu nie przywiozłeś Caroliny?
-Nie chciała.- odrzekł beztrosko Dred i zabrał się za krojenie ciasta.- Rozumiem, że Silviia się odchudza tak?
-Tom! Ona nie ma z czego!- oznajmiła Pani Kaulitz.
-Ja myślę, że ma.- mruknął Dred i zaczął wcinać duży kawałek ciasta.
-My pójdziemy do mnie.- oznajmił Czarny i wstał, a ja razem z nim.- Mamy coś do zrobienia.
-Nie chcę być tak wcześnie wujkiem.- oznajmił Tom i zaczął bawić się łyżeczką.- Bądźcie ostrożni i uważni.
-Tom! Natychmiast przestań!- wrzasnęła matka.
-Ja tylko o nich dbam!- oburzył się Dredziarz.- Świetne ciasto mamusiu.
Razem wyszliśmy z salonu i wspięliśmy się na górę drewnianymi schodami. Naprawdę nie wiedziałam o co temu tępemu Dredowi chodzi.
-Kiedy robimy akcję Gordon?- zapytał Bill.
-Możemy nawet zaraz.- westchnęłam.
Teraz to już mi było obojętne kiedy to zrobimy. Im szybciej tym lepiej. Bill otworzył jedne z 4 drzwi i weszliśmy do środka. W pokoju panował porządek bo zapewne pani Kaulitz posprzątała. Ściany były pomalowane na pastelowe kolory. Dominowała tu pomarańcz, trochę zieleni. Po środku stało duże łóżko, a tuz obok szafka nocna na której stało zdjęcie oprawione w drewnianą ramkę. Usiadłam na rogu łóżka i spojrzałam na fotografię. Przedstawiała ona dwóch chłopców wieku około 14 lat. Jeden z nich o czarnych włosach z różowymi pasemkami, a drugi w dredach. Uśmiechnęłam się pod nosem i przeniosłam wzrok w róg pokoju gdzie stało biurko. Po jednej jego stronie komputer, który jak widać dużo przeszedł i po drugiej telewizor. Po drugiej stronie pokoju stała duża szafa, a obok niej stał zamek zbudowany z klocków lego. Bill położył się na łóżku tuż obok mnie i uśmiechnął się.
-Kiedy pobawimy się twoimi klockami?- zapytałam.
-Kiedy tylko zechcesz.
-Chcę teraz.- oznajmiłam i przytuliłam się do jego…ehem klaty.
-Nie…teraz nie.- mruknął i pogłaskał mnie po głowie.- Jestem zmęczony.
-To już nie bądź!
-Możemy pobawić się w coś innego.
-A w co?
-W szkołę…ja będę nauczycielem, a ty niegrzeczną uczennicą.
-Pfy…w takie rzeczy to ja się bawić nie będę. Zresztą nie mam zamiaru obrywać linijką po łapach!
-A kto powiedział, że linijką po łapach? Może być ręka po tyłku.
-Nie lubię cię już.- oznajmiłam i usiadłam.- Nie będę się z tobą w nic bawić!
-Nie każ mi bawić się samemu.- jęknął.- Samemu jest nudno! Monotonnie i gadasz sam do siebie.
-Musisz nauczyć bawić się sam.- zaśmiałam się.- A ten komputer w ogóle działa?- zapytałam.
-Nie działa…Tom go rozkręcił raz żeby zobaczyć jak wygląda pamięć RAM…połamał jakieś części i nic się nie dało zrobić.
-On to od małego był chyba jakiś nie teges co?
-A no żebyś wiedziała. Kiedyś z Georgiem rozpalili ognisko w lesie, ja poszedłem ich szukać i znalazłem już tylko ognisko…i mnie policja zgarnęła bo myśleli, że to ja, a te dwa małpiszony uciekły.
-A to chamy.- zaśmiałam się.- Jak miałam 12 lat to jeszcze w salonie mieliśmy taką starą kanapę i Carolina przyprowadziła chłopaka do domu, a ja nie chciałam ich zostawić samych to mnie związali skakanką, zakneblowali chusteczką i zamknęli w wersalce.
-No to widzę, że ona cię strasznie źle traktowała!- oburzył się Bill.- Chyba będę musiał się z nią rozliczyć.
-Przestań, poradziłam sobie sama.
Czarny uśmiechnął się, a ja to odwzajemniłam. Ah jak on się tak rozwalił, taki bezbronny i pociągający. Usiadłam na niego okrakiem, a ręce oparłam na jego klatce piersiowej.
-Rządze, nie waż mi się sprzeciwiać.- wystawiłam mu jęzor.
-Oh, czuję się zdominowany.
Nachyliłam się nad nim i lekko pocałowałam go w usta. Miło jest okazywać sobie uczucia. Cały czas aż do tej pory nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście…czy sen może tak długo trwać?
_***_
Obudziłam się w środku nocy. Sama nie wiedziałam dlaczego, ale czułam taki dziwny niepokój. Po prostu jakby ktoś wołał o pomoc. Nie pierwszy raz mam już te swoje urojenia. Przewróciłam się na prawy bok i wtuliłam się w plecy Billa. Ten tylko machnął ręką, ruszył głową, pomruczał coś do siebie przez sen i zaczął głośno chrapać. No to chyba nici z mojego spania. Westchnęłam głośno i zamknęłam oczy. Próbowałam zmusić się do zaśnięcia, ale mi nie wychodziło bo ciągle męczył mnie ten niepokój i Bill chrapał niczym ciągnik bez tłumika. Podobno jak komuś się włoży rękę do ciepłej wody podczas snu to się zsika…Lepiej nie próbować bo nie zamierzam przez tydzień spać na materacu nasiąkniętym moczem Billa, ale jest ktoś kto na to zasłużył. Wstałam z łóżka i po cichutku wymknęłam się z pokoju. Zemsta jest słodka…Zeszłam na dół do kuchni i nalałam do szklanki ciepłej wody po czym wróciłam na piętro. Z Silem się nie zadziera. Nacisnęłam na klamkę i weszłam do pokoju Toma. W środku panował pół mrok. Rolety były odsłonięte i rzucały światło na obszar bliżej okna. Ten przy drzwiach był nieco ciemniejszy. Zauważyłam sylwetkę osoba opierającej się o dużą szafę w kącie pokoju. Tak…to był Tom. Nie widziałam do końca co robi, ale w całym pokoju było słychać ciche szlochanie. On płakał…Tom Kaulitz płakał…

Rozdział XXXXIII


-Tom.- powiedziałam cicho.
-Co chcesz?- warknął i załkał.
-Przyszłam do ciebie…dlaczego płaczesz?- zapytałam.
-Nie twoja sprawa.
-Myślę, że jednak trochę i moja.- powiedziałam.- Mogę zapalić światło?
-Nie, nie zapalaj, nie chcę, nie patrz na mnie. Wyjdź. Nie chcę z tobą rozmawiać, nie chcę z nikim rozmawiać.
Nie posłuchałam go. Wcale nie zamierzałam odejść i zostawić go samego na pastwę losu. Mimo, że ostatnio zachowywał się w stosunku do mnie i do Billa chamsko nie chciałam go zostawić samego. Chciałam mu pomóc. Przecież przez jego humorki nie można zniszczyć przyjaźni i braterskiej miłości. Wymacałam biurko i postawiłam na nie szklankę z ciepłą wodą.
-Zostaw mnie!- krzyknął.
Zaczęłam zbliżać się w jego stronę. Nie wiedziałam co on znowu wymyślił, co sobie ubzdurał, a może naprawdę się coś stało? Usiadłam naprzeciwko niego i patrzyłam na jego twarz. Dało się zauważyć łzy spływające po jego policzkach. Błyszczały w świetle księżyca niczym diamenty.
-Tom…a teraz grzecznie powiesz mi co się stało. Dobrze?
-No bo…wtedy co Bill i Caroliną się o ciebie bili pamiętasz? No że cię ciągali…to potem poszłyście do tych boskich Asfaltów…Ty i Bill tam sobie coś gadaliście…a Carol przysiadła się do tego całego Ricziego...wzięła od niego numer telefonu…
Tom odwrócił wzrok i patrzył teraz na mnie. Musiało mu być ciężko…nie wiedziałam do końca o co chodzi bo nie skończył opowiadać…ale czyżby moja siostra go zdradziła? A sama się bała, że to on się nią zabawi…
-Nie wiedziałam o tym…
-Ciągle tylko pisała z nim smsy…oh on to on tamto, a dzisiaj Tom zrobił to i to było głupie, on się zachowuje jak dzieciak…potrafi tylko się popisywać.
-Napisała tak?
-Tak…Napisała tak, a on jej napisał, żeby mnie rzuciła bo ja na nią nie zasługuje itp. Pisała też, że jesteś niezrównoważona uczuciowo bo raz kochasz Billa, a raz go nienawidzisz i zachowujesz się jak małolata, która nie wie czego chce.
Moja siostra…moja własna siostra tak o mnie napisała. Osoba najważniejsza od początku życia…jedyna, ukochana, a ona mówi, że ja jestem niezrównoważona uczuciowo...Zrobiło mi się strasznie przykro, ale wiedziałam, że Tom czuje się jeszcze gorzej niż ja. On ją tak bardzo kocha…
-Dlaczego ja zawsze muszę mieć gorzej od Bila?- zapytał Tom.
-Wcale nie masz gorzej…
-Mam! On ma więcej fanek, jego wszyscy uwielbiają…z nienawiści potrafił poprowadzić do miłości, on może wszystko…on…
-On był molestowany…
Tom zamilkł i spuścił głowę.
-No widzisz…jestem takim nieudacznikiem, że pozwalałem na to. Wszystko działo się pod moim nosem, a ja nic nie widziałem, nic nie podejrzewałem…kim ja jestem? Jestem nikim! Nie umiem nawet zaopiekować się własnym bratem! Jeszcze do tego wyżywam się na was. Wy cierpicie za moją głupotę…
-Tom…już ci mówiłam, że to wszystko nie jest twoją winą. Winny jest tylko i wyłącznie wasz ojczym. A co do tego wyzywania to wcale nie było miło…
-Wiem, że nie było miłe…przepraszam.
-No już dobrze. Tom Kaulitz nie może płakać.
Uśmiechnęłam się do niego i przytuliłam mimo tych wszystkich nieprzyjemności przez ostatnie dni. Wiedziałam, że tego potrzebował. Od razu jest lepiej gdy pocieszy cię ktoś, przytuli i powie, że nic się nie stało, że będzie dobrze, że pokonamy wszystkie przeszkody. Przeskoczymy je bez względu na poprzeczkę.
-Tom Kaulitz jest normalnym człowiekiem i też może płakać.- mruknął i oparł głowę na moim ramieniu.- Ale Silviia Valo to już inna historia.
Zaśmiałam się tylko i nic nie powiedziałam. W tym momencie słowa były zbędne. Liczył się dotyk, poczucie, że ma się obok kogoś, kogoś do kogo możesz przyjść zawsze mimo wszystko i wypłakać się. Możesz bredzić, gadać od rzeczy i płakać, że złamał ci się paznokieć, a ten ktoś zawsze pocieszy, przytuli i będzie kochał mimo kłótni, sprzeczek, niezgodności. Przyjaciel…
_***_
Przykryłam Toma kołdrą pod samą szyję i zgasiłam lampkę nocną. Było już zdrowo po piątej nad ranem, a ja obiecałam mu, że wyjdę dopiero jak zaśnie. Bardzo długo kręcił się i co chwila śmialiśmy się z czegoś…zupełnie jakbyśmy wymazali ostatnie dni z pamięci. Jakby ich nie było…bo na tym polega miłość…W tym przypadku to miłość jaką czuję się do brata lub siostry, ale mimo wszystko. Miłość nie pamięta złego…i ta braterska i ta nie braterska. Uśmiechnęłam się pod nosem i wyszłam z pokoju. Wciąż jednak nie mogłam uwierzyć, że moja własna siostra mogła zachować się tak podle w stosunku do Toma. Jeden problem rozwiązany, ale przede mną jeszcze wiele ich. Przede wszystkim ,,akcja anty Gordon” czyli penetracja komputera domowego Kaulitzów. Na szczęście miałam ludzi, którzy mnie wspierali. Otworzyłam drzwi do pokoju Czarnowłosego i wróciłam do łóżka. No tak…ten misiek nawet nie zauważył, że mnie nie było. Westchnęłam głośno i położyłam się tyłem do niego. Będzie coś chciał.
_***_
Po cichu wkradliśmy się do sypialni rodziców Billa. Nie było w niej nic podejrzanego. Pokój utrzymany raczej w czerwonych kolorach, duża szafa, duże łóżko. Normalna sypialnia, ale pozory mylą. Zasiadłam przed komputerem i włączyłam go. Trochę się bałam bo nie wiedziałam co tam zobaczę. Tak czy inaczej trzeba będzie sprawdzić czy tych zdjęć nie ma na innym komputerze bo nawet jeżeli je usunę później będzie można je odczytać z dysku za pomocą programów…
-Hasło.- mruknął Bill i usiadł na biurko.- Billuś.
-Dobrze, że przynajmniej z hasłem nie musimy się męczyć.
_***_
Po około trzech godzinach buszowania po komputerze Gordona okazało się, że nie jeden zboczeniec w Loichste mieszka. Okazało się, że ojczym Kaulitzów wymieniał się swoimi wrażeniami z właścicielem jednego z małych sklepików w wiosce. To było okropne.
-Trzeba będzie zniszczyć dwa komputery.- oznajmiłam.- Będzie ciężko, ale sobie poradzimy…Kojarzysz może tego grubszego dziada co ma sklepik na rogu?
-Taak…- mruknął Bill.
-Ma komputer w domu?
-Eee…aa…nie wiem, ale w sklepie ma laptopa…
-Na pewno nie gromadził by pornografii w domowym komputerze…- stwierdziłam.- Więc chyba po coś miał ten laptop w sklepie…nie?
-No…chyba.
-Założę się, że ma u siebie te zdjęcia, a gdyby Gordona skazano, rozesłał by je.
-Więc co my teraz zrobimy?
-Musimy zniszczyć te komputery.- oznajmiłam i wyłączyłam sprzęt.
Bill chyba był nieco przestraszony. Ja trochę też, nigdy jeszcze nie psułam komputera. Uklękłam obok komputera i za wszelką cenę próbowałam połamać obudowę. Jednak łatwo nie było. Trochę udało mi się ją wygiąć w jednym miejscu. Bill wrócił po chwili ze śrubokrętem i wsadził go w szparę, która powstała w wyniku moich bezskutecznych prób połamania obudowy. Czarny zaczął coś majstrować, reperować. W końcu udało mu się zdjąć przednią część, ale to dopiero początek
-A tu jesteście ptaszki!- do pokoju wszedł Tom.- Znalazłem was! Hej…co wy tu wyczyniacie?!
-Gówno, idź sobie.- warknął Bill i zabrał się do roboty.
-Bill…to nie tak. Silviia ze mną wczoraj rozmawiała…przyszedłem was przeprosić.- oznajmił Dred i ukląkł obok nas.- No więc…przepraszam.
Bill przestał majstrować przy komputerze i odwrócił się przodem do brata. Wiedziałam, że nie chciał się z nim kłócić, zresztą nie tylko on jeden. Tom uśmiechnął się lekko co widocznie dodało Czarnemu otuchy bo rzucił się na brata jakby nie widziała go od paru dobrych lat.
-No już, już dobrze.- Dred uśmiechnął się i poklepał go po plecach.
-Jesteś taki głupi. Głupi jak but Gełorga!- powiedział Bill i odkleił się od Dreda.- Ale ja nie umiem być na ciebie zły.
-A co kochanki robią?- zapytał Dred i rozejrzał się dookoła.- Umacniają swe więzi rozwalając komputer?
-Lepiej nam pomóż, a nie pieprzysz.- powiedziałam i pociągnęłam mocno za bok obudowy i wyrwałam ją.
-Ale po co to robicie?- zapytał i razem z Billem zabrali się do rozkładania kompa na części.
-Żeby było fajnie.- rzuciłam ironicznie.
-Aha…jest fajnie!- stwierdził Tom i przywalił śrubokrętem w blaszki w komputerze, które rozłamały się na parę kawałków.- Tak rockowo!
-Bill…może lepiej mu powiedz.- poradziłam.- Bo jeszcze będzie tak robił ze wszystkimi komputerami.
-Gordon...ma…tu…moje…zdjęcia.- mówił i po każdym słowie walił młotkiem w sprzęt.- Musimy…spalić…dysk.
-Myślę, że już dość tych wandalizmów.- oznajmiłam i wyłamałam dysk.- Tadam. Macie kominek?
-W piwnicy.- odrzekł Tom i wstał.- Idziemy!
Zostawiliśmy pozostałości po komputerze i wyszliśmy z sypialni. Tom szedł pierwszy przed nami i puszył się jak paw. Nie wiedziałam tylko dlaczego. Dredziarz zatrzymał się przed wejściem do piwnicy i kopnął w drzwi, które natychmiast wyleciały z zawiasów. Ja i Bill zrobiliśmy wielkie oczy, a Dred odwrócił głowę i spojrzał na nas.
-Jak się bawić to się bawić! Drzwi wyjebać nowe wstawić!
Oboje z Billem pozostawiliśmy sytuację bez komentarza. Tom rozpalił ogień w kominku, a ja siedziałam na małym stołeczku i ściskałam w rękach dysk. Za chwilę pozbędziemy się połowy dowodów. Druga połowa spoczywa w laptopie sklepikarza. Tą drugą znacznie trudniej będzie zniszczyć, ale na pewno się nam uda. Bo co trzy głowy…no dobra co dwie bo Bill i Tom mają wspólną. Bo co dwie głowy to nie jedna. W grupie siła!
-Szwagierka….teraz ty.- mruknął Tom i odsunął się, abym mogła wrzucić dysk do kominka.
Zamachnęłam się i wrzuciłam ,,dowody” do ognia. Dysk powoli topił się, a płomienie oświetlały nasze smutne twarze tępo wlepione w kominek. Ja- zamyślona, Bill- smutny i Tom- bujający o obłokach. Trzy całkiem inne osoby, trzy różne style, trzy różne charaktery, a jednak coś nas łączy. Każdy z nas chciał zemścić się na ojczymie Kaulitzów, każdy z nas kochał muzykę, każdy z nas kochał i szanował pozostałą dwójkę. Każdy z nas…
-Jeszcze tylko jedna sprawa.- westchnął głośno Bill i spuścił głowę.- Jeszcze tylko jedna i wszystko wróci do normy.

Rozdział XXXXIX


Cała nasza trójka zmierzała dziarskim i pewnym krokiem w stronę jednego z małych sklepików w Loichste. Bill niósł w reklamówce młotek i parę śrubokrętów. Tom chował ręce w kieszeni i szedł lekko zgarbiony. Jego chód nieco przypominał człapanie kaczki. Zatrzymaliśmy się pod sklepem. Dredziarz tylko kiwnął głową i wszedł do środka, a ja i Bill poszliśmy na tyły. Tom miał zrobić małe zamieszanie w sklepie…Miał zbić coś i narobić harmideru, żeby nikogo nie było na zapleczu, a ja w tym czasie miałam zwinąć laptopa.
-O cholera! Dzieciaku jak ty się zachowujesz!- wydarł się sklepikarz.
-Ojej przepraszam, niechcący.- usłyszałam głos Toma i drugi trzask.- Ale ze mnie gapa! Przepraszam. Zapłacę za to.
Bill wyłamał zamek od tylnych drzwi, a ja weszłam nimi do środka. Zaplecze było to małe pomieszczenie składające się z szafy, wieszaka i miotły. Otworzyłam jedną szafkę. Nic. W drugiej też nic nie znalazłam. Dopiero w trzeciej dostrzegłam karton. Cały był zapełniony styropianem i gazetami, ale na samym dnie spoczywał nieduży, czarny laptop. Od razu widać, że ma coś do ukrycia skoro schował go tak dobrze. Wzięłam sprzęt pod pachę i wyszłam ze sklepu.
-Szybko nad rzekę.- Czarny złapał mnie za rękę i zaczął ciągnąć w stronę rzeczki nieopodal.
-Ale co z Tomem?- zapytałam i zatrzymałam się.
-Zaraz do nas dołączy.- zapewnił mnie Bill i mocno ścisnął moją dłoń.- Chodź proszę cię.
Spojrzałam ostatni raz na nieduży sklepik i pobiegłam razem z Billem w stronę rzeki. Bałam się chodź wiedziałam, że robię dobrze. Bo przecież mogli by nas złapać, a wtedy zapewne nie było by za ciekawie.
-Dawaj to.- Bill wyrwał mi laptopa i rzucił na ziemię.
Wziął w łapy młotek i zaczął rozwalać sprzęt. Mi ciągle było smutno i źle z powodu siostry. Zawsze myślałam, że jestem dla niej ważna, a tym czasem okazuje się, że to wcale nie prawda. Ważniejsze jest popisanie się przed tym dupkiem i pokazanie jaka to ona nie jest wspaniała, a inni to nie sięgają jej nawet do pięt. Niezrównoważona uczuciowo siostra i chłopak, który zachowuje się jak bachor. Ciekawe co nagadała na Billa…chłopak, który wygląda jak dziewczyna, a do tego jeszcze się maluje?
-Już jestem.- Tom dołączył do nas z szerokim bananem na buzi.- Ale my mądrzy jesteśmy!
-Dobra reszta do wody.- Bill wziął dysk i wrzucił obudowę i całą resztę do wody.- AHOJ! WE ARE CHAMPIONS!
Czarny stał nad brzegiem rzeki. W rękach trzymał dysk i wyciągał go w stronę nieba. Musiał być szczęśliwy. Udało się nam, dowody zniszczone. Gordon nie będzie miał czym go szantażować, pójdzie siedzieć i zgnije w pace.
-Kocham cię wiesz?- zapytał Bill nie odwracając się.
-Wiem.- odrzekliśmy razem ja i Tom.
Czarnowłosy odwrócił się i spojrzał po nas po czym cała nasza trójka wybuchnęła śmiechem. Znowu przyszły te lepsze dni, szczęśliwe dni…Od Kaulitzów nauczyłam się jednej rzeczy…Mianowicie tego, że bez względu na problemy trzeba cieszyć się chwilą bo chodź byśmy chcieli to nie zatrzymamy jej. Ona przeminie i już nigdy nie wróci.
_***_
Bill i Tom próbowali ułożyć z klocków lego domek, ale im nie wychodziło. Cały czas się o coś sprzeczali, a o to, że okna powinny być bardziej przy drzwiach, a o to, że łóżko nie może stać naprzeciwko drzwi bo to pozycja zmarłego. Ogólnie spierali się o wszystko. Tom nawet walnął Billa za to, że przesunął okno o jeden kwadracik w lewo. Gorzej niż dzieci. Nie chcę mieć dzieci…nie takich.
-Daj mi te drzwi!- wrzasnął Bill i wyrwał bratu małe drzwiczki.- Lepiej zrób garaż, a nie rządzisz się moim pokojem!
-A ze mną to się bawić nie chciałeś.- mruknęłam.
-Bo on mnie zmusił, żebym się z nim bawił!- wytłumaczył Bill.
-Nie prawda! To ty mi dałeś 10 euro, żebym się z tobą klockami pobawił!
-Ty to chyba masz urojenia, grzybki halucynki dają się we znaki.
-Spadaj, sam wpierdalasz grzybki halucynki i zapijasz wodą z kibla.- warknął Tom.- Więcej się z tobą nie bawię!
Tom odwrócił się do Billa tyłek i skrzyżował ręce na piersiach, a Bill zaczął robić za nim miny i podstawiać mu rogi. Myślałam, że przynajmniej jeden z nich jest poważny, ale się myliłam. Oboje gdy byli razem ze sobą zachowywali się jak pięcioletnie dzieci, nawet klockami się bawią.
-No i dobra, ssij pałę.- powiedział Bill.- Ja sobie pójdę do Sil i się z nią pobawię w mamę i tatę, a ty nie będziesz naszym synkiem tylko…tylko…tylko naszym…naszym chomikiem!
-Dlaczego chomikiem?- zapytałam.
-Bo na psa jest za głupi, a kotów nie lubię.- odrzekł Czarny i położył się obok mnie.- A jego mózg odpowiada rozmiarom mózgu chomika. Ciągle biegnie w kółku i myśli, że gdzieś dobiegnie!
-Nie no przestań, daj mu spokój.
-A ty po stronie cho…znaczy, a ty po stronie Toma tak?- oburzył się.
-Chomik idzie do klatki.- oznajmił Tom i wstał.- Dobranoc SILVIIA.- powiedział z dużym naciskiem na ,,Silviia”.
-Cześć Tom.
Dredziarz wyszedł zostawiających nas samych w pokoju. Czarny objął mnie jedną ręką i położył głowę na łóżko. Jak na mnie to chyba za dużo tych czułości. Skoro tak jest na początku to ja się boje co będzie za miesiąc…o ile dotrwamy miesiąc. Z naszymi…to znaczy z moim wszystko może się skończyć w przeciągu paru minut. Nienawidzę siebie, a fuj, a ble. Gdybym mogła to zmieniłabym w sobie parę cech. Szczególnie moje zacięcie i chęć zemsty.
-Jak myślisz, co dalej z nami będzie?- zapytałam Billa.
-A co ma być?
-No jak trasa się skończy i w ogóle…przecież mieszkamy w dwóch różnych krajach jakbyś zapomniał.
-Wyobraź sobie, że nie zapomniałem…nie przejmuj się trasa dopiero się zaczęła nie skończy się w przeciągu tygodnia.
-No ale..
-Bez żadnego ale…prawdziwa miłość wszystko przetrwa…no chyba, że mnie nie kochasz, wtedy to już inna sprawa.
-To nie tak…po prostu jak zawsze wszystko spieprzę.
-E tam, nie myśl o tym teraz. Nie martw się na zapas. Kochaj, szalej i nie pytaj co dalej. Idę się myć.
Czarny wstał z łóżka i wyszedł z pokoju cicho zamykając drzwi. Jemu jest tak łatwo bo nie jest mną. Nie jest głupią, rozpuszczoną, niezrównoważoną uczuciowo Silviią Valo tylko pięknym, wspaniałym i romantycznym Billem Kaulitzem. Nie przejmował się tym co będzie, a ja strasznie się bałam bo był, jest i zawsze będzie dla mnie ważny i nie chcę przez moje durne odpały i zjeżany charakter go stracić. Gdybym mogła siebie zmienić…
_***_
Nadszedł dzień, w którym musieliśmy wyjechać z Loichste. Bliźniacy byli jacyś dziwnie przygaszeni. Tak samo jak ja nie chcieli wracać do świata show biznesu. Dobrze zrobił by nam dłuższy odpoczynek od koncertów i studia. Władowaliśmy się do busa i zajęliśmy trzy miejsca na samym końcu. Tom usiadł od okna, potem Bill a ja ułożyłam się na wolnych siedzeniach i położyłam głowę na kolana Czarnego. Bardzo chciało mi się spać i mimo tego, że autobus co chwila podskakiwał na wybojach zamknęłam oczy i zasnęłam.
_***_
Autobus zatrzymał się przed hotelem w Berlinie. Droga była krótka więc tez nie zdążyłam się wyspać. Wyskoczyłam z autobusu jak naćpana i wolnym krokiem ruszyłam w stronę hotelu. Czułam się jak po jakiś narkotykach normalnie. Kaulitzy Gnidy dosypały mi czegoś do Red Bulla. Gdy tylko weszłam do hotelu siostra rzuciła mi się na szyję i zaczęła coś gadać. Gadała, że za mną tęskniła i w ogóle. Wcale nie poczułam się dobrze. Zrobiło mi się wręcz niedobrze i poczułam niechęć do niej, odrzucenie za to wszystko co nagadała. Odepchnęłam ją lekko i wyminęłam jakbym jej nie znała, jakby była dla mnie nikim.
-O co ci chodzi?- zapytała siostra.
-Nic po prostu idę równoważyć swoje uczucia.- warknęłam nie odwracając się.- Życzcie mi powodzenia!
-To ja chyba ci pomogę!- krzyknął głośno Bill i podbiegł do mnie.- W dwoje raźniej.
-A ja to chyba wreszcie dorosnę.- mruknął Tomasz i minął Carol.- Albo zrobię się na Ricziego!
-O co wam chodzi?- zapytała głupkowato siostra.
-Nie udawaj, że nie wiesz.- syknął Dredziarz.
-Chodź, lepiej niech sami sobie to wyjaśnią.- mruknął Bill i złapał mnie za łokieć.
Miałam dziwne wrażenie, że te wyjaśnianie sobie wszystkie nie wypadnie za dobrze bo krzyki obojga odbijały się od wszystkich ścian w hotelu i było ich słychać nawet w zamkniętym pokoju. Będzie jadka.

Rozdział XXXXV


Minął miesiąc. Wszystkie liście pospadały z drzew, zrobiło się zimno, szaro i nieprzyjemnie. Wraz z końcem listopada dni stawały się coraz krótsze, a noce coraz dłuższe co wcale nie znaczyło, że mogliśmy dłużej spać. Wręcz przeciwnie. Nagrywanie nowej płyty wiązało się z godzinami siedzenia w studiu czego totalnie nienawidziłam. Dla siostry było to niebo i wszelkie przyjemności, a dla mnie męka. Szczęście, że udało się nam załagodzić konflikt bo było by wręcz okropnie. Siedzieć tak w jednej Sali, nagrywać płytę i warczeć na siebie.
-Witam piękne panie i…i ładny panowie.- do Sali wparował Bill z dwoma pizzami.
-Bill zakochał się w Shanie, Bill zakochał się w Shanie.- zaśmiał się Josh i oparł swój bas o ścianę.- A Shane kocha…
-A Shane kocha Josha!- krzyknął Bill prosto do ucha basisty.
-Nie, Shane kocha Geło!- stwierdziłam i zabrałam Billowi jedną pizzę.- Ah dziękuję, jak ty o mnie dbasz.
-Jak zjesz ja sama to się spasiesz i będziesz wyglądać jak Georg! Podziel się ze swoim ulubionym kolegą.- powiedział perkusista i stanął za mną.
-Ej no ja jestem ulubionym kolegą Sariel i to od zawsze!- zbulwersował się Josh.- I ja dostanę połowę pizzy.
-Idź do swojego ukochanego.- szepnął mu na ucho Shane.- Zjedzie ją razem. Bill od jednego końca, a ty od drugiego!
-O tak, a potem złączą się w pocałunku prawdziwej miłości.- dodała Carol.- Sil da mi pół pizzy bo mnie kocha najbardziej.
-CISZA!- krzyknął Bill, aż szyba zadrżała.- Tom ma jeszcze jedną pizzę.- oznajmił.
-O to ja wam przeszkadzać nie będę.- powiedziała siostra i wymaszerowała z Sali.
-No to dawaj nam jedna pizzę.- rzekł Josh i zabrał Billowi jedno pudełko.
-Ale zachłanny, jakby rok nie żarł.- stwierdził Czarny i otworzył drugie pudełko.- O fuj, nie lubię oliwek.
-To mi możesz dać.- oznajmił Josh.- Nakarmię nimi rybki Georga.
-Georg ma rybki?- zdziwił się perkusista.
-No. Wczoraj sobie kupił parkę i ma zamiar założyć hodowlę.- mruknął basista i zabrał się za kawałek pizzy.- Nie ma ich czym karmić wiec chcę pomóc. Wczoraj karmił je pasztetem no więc oliwki chyba tez mogą być.
-O Boże biedne rybki.- zasmuciłam się.
-Nie lubię oliwek.- burknął Bill i wziął jedną z nich w palce.- Łap Silviia.- krzyknął i wrzucił mi oliwkę za bluzkę.- Ha trafiłem! Mogę teraz ją wyciągnąć?
-Precz z łapami!- krzyknął Josh i zasłonił mój dekolt swoimi dłońmi.- Nie przy ludziach! Obiecałem tacie Silvii, że będę jej strzegł jak…jak…jak własnego skarbu!
-Ty lepiej strzeż ten swój skarb między nogami bo Tom swojego o mało nie stracił jak został z Geo sam na sam.- ostrzegł go wokalista.
-A co oni tam robili?- zapytałam.
-Georg wycinał modelki z gazety i jak mu te nożyczki z ręki nie wypadły…mowie ci mało by brakowało a by tak Tomowi jaja…- zamilkł i spojrzał na nas.
Cała nasza trójka patrzyła z obrzydzeniem na swoje kawałki pizzy. Shane trochę pobladł, Josh zzieleniał, a ja zszokowałam się. Jak zawsze byłam najoryginalniejsza.
-To ja może później dokończę wam opowiadać.- zaśmiał się nerwowo Bill i zaczął młócić swój kawałek.
Dalej już siedzieliśmy cicho. Josh zdążył zjeść już swoją połowę pizzy, a my dopiero byliśmy na drugim kawałku. Basista beknął głośno i walnął bana po czym powiedział.
-A wiecie, że Sariel i Carol otworzyły wytwórnię pasztetów z Geło?
-Josh…my jemy.- przypomniałam mu.
-No a jako dodatek mają być włosy łonowe Geło…zainteresowany ktoś?
Shane rzucił swój kawałek pizzy prosto w szybę i udawał, że się dusi. Ja i Bill po prostu odłożyliśmy swoje i spojrzeliśmy z obrzydzeniem na Hansena.
-To wy już nie będziecie jeść?- zapytał.
-Nie!- odrzekła cała nasza trójka.
-Świetnie! Mogę to wziąć dla Geło i jego rybek?
-Bierz i spieprzaj stąd.- burknął Bill i zatkał usta dłonią.
Josh uradowany zebrał wszystko do jednego pudełka i wyszedł w podskokach. Coś mi się nie chce wierzyć, że to wszystko dla rybek. Pewnie robi sobie zapasy na zimę czy coś takiego. Shane wyciągnął sobie telefon z kieszeni i zaczął grać, a Bill gapił się na mój dekolt. Zapewne myśli jakby tu wyciągnąć oliwkę. A niech myśli, ja mu nie pomogę. Spojrzałam na perkusistę, który namiętnie pykał coś na komórce i co chwila przeklinał pod nosem. Na początku wydawał się taki gburowaty i niemiły jakiś, ale jak się go dobrze poznało to super koleś z niego. Wesoły i w ogóle do tańca i do różańca. Z Joelem to ani nie do tańca, ani nie do różańca. Do lóżka co najwyżej. A z Billem to i do tańca i do różańca…a do łóżka to nie wiem.
Siedziałam tak zamyślona i gapiłam się w ścianę, gdy nagle poczułam, że ktoś centralnie i nielegalnie wkłada mi łapę pod bluzkę.
-ŁAAA!
Wrzasnęłam głośno i złapałam ową rękę po czym poleciałam razem z krzesłem do tyłu, a Bill wpadł na stół i razem ze stołem wywrócił się na podłogę. Idiota, nie ma co robić tylko na oliwki poluje.
-Ała, mój skarb!- zajęczał i powoli zaczął się podnosić.- Dzikuska!
-Było macać?- warknęłam i rzuciłam w niego oliwką.- Zboczeniec!
-No ja to w dobrej intencji zrobiłem!- mruknął.- Będziesz masować zobaczysz!
-Idź do Geło on na pewno z chęcią ci wymasuje. Pupcie gratis.- zaśmiałam się.- No o ile Shane nie będzie zazdrosny.
-Spoko, spoko. Możecie sobie poużywać mojego Geosia.- powiedział nie odrywając wzroku od komórki.- Tylko nie zgwałćcie jego psychiki! On bardzo delikatny jest.
-Wiecie co? Geło jest jak cebula.- oznajmił Bill i pomógł mi wstać.
-Tak. Cebula ma warstwy, ogry mają warstwy, Geło ma warstwy!- zaśmiałam się.- Cebula ma warstwy, Geło ma warstwy.
-A mnie boli…- zaczął Bill.
-A Billusia Gillusia boli strażaczek i będzie go bolało przy siusianiu.- powiedział przesłodzonym głosem perkusista.- Ale Silviia chętna jest nareperować.
-Sam sobie reperuj.- oburzyłam się.
-Klucz szesnastkę poproszę.- zaśmiał się Shane i schował komórkę do kieszeni.
-Wara ode mnie zboczeńcu!- zbulwersował się Bill.- Idź sobie do Geło. Pokarmcie razem rybki, będzie romantycznie.
-A Bill Kaulitz ma prostateeee.- powiedział głośno perkusista.
-A ty masz niewydolność spermy!
-A ty mózgu!
-A Twój już dawno zjadły mole.
-Zamknijcie dupy!- krzyknęłam.- Ile wy macie lat? Osiem czy osiemnaście?
-Ja mam osiemnaście.- oznajmił dumnie Bill i stanął obok mnie.
-A ja mam dziewiętnaście! Jestem starszy więc nie podskakuj mi.
-Wychodzę!- powiedział Czarny i szybkim krokiem wyszedł z Sali prób.
-Ale wy to jesteście jak dzieci.- zaśmiałam się.- Idę za nim bo się obrazi. Część Shane.
-Hey.- mruknął chłopak.
Wyszłam z Sali zostawiając go samego. Bill pewnie zamknął się w swoim pokoju i udaje wielce obrażonego. Znowu będę go musiała przepraszać za byle co. Wykorzystywacz i zboczeniec! Szybko wspięłam po schodach na piętro i cicho zastukałam do pokoju Czarnego. Jednak ten nic nie odpowiedział. O tak to jest zaawansowany sposób obrażania się.
-Bill no otwórz, nie obrażaj się.- powiedziałam słodkim głosem i nacisnęłam na klamkę, która nie ustąpiła.- No nie wygłupiaj się Tygrysku. No otwórz proszę…zrobię ci niespodziankę!
-No to jak Billa nie ma to może mi?- usłyszałam za sobą głos basisty.
-A! Josh!- krzyknęłam i odwróciłam się do niego przodem.- Nie miałeś przypadkiem karmić rybek Georga?
-A no już nakarmiłem.- wyszczerzył się.- Wpierdoliły pół kawałka.
-A jakie to rybki?
-Nie wiem, na razie są małe. Geło mówi, że je na bazarze kupił.
-To pewnie jakieś lewe te rybki.- stwierdziłam i oparłam się o ścianę.
-Georg to sam jakiś lewy chyba jest…o zobacz twój Tygrys idzie.- powiedział basista i wskazał na Bila, który właśnie wspinał się po schodach.
-Gdzieś był?- zapytałam Czarnego.
-Po picie dla nas.- odrzekł i postawił na ziemię dwie butelki coli.
-O jak miło!- wykrzyknął Josh i chciał załupać nam jedną butelkę.
-Spieprzaj dziadu!- krzyknął Bill i zagrodził mi drogę.- Nie dla psa kiełbasa!
-Słyszałaś Silviia? Nie dla psa kiełbasa.
-Idiota.- burknęłam.
-Zawsze ja.- oburzył się Josh.- Co złego to Josh!
-Na kogoś zwalić trzeba.- stwierdził Bill i otworzył drzwi od pokoju.- Zapraszam panią.
-A mnie nie zaprosisz?- zasmucił się basista.
-Nie, nie zasłużyłeś.- oznajmił Bill wystawił mu język.
-Obiecuję, że będę cicho i nie będę wam przeszkadzał ani zagłuszał orgazmów! Mogę? Proszęęę.
-Idź karmić rybki Geło.- mruknął Bill.
-Ale one już zjadły połowę kawałka! A resztę Geo wpierdzielił.- oznajmił Hansen.
-No to przykro mi, nie mam nic więcej dla Gełorgowych rybek.- Bill i zatrzasnął drzwi tuż przed nosem basisty.- Natręt.
Zaśmiałam się i usiadłam na łóżko wokalisty. Nie mogłam uwierzyć, że przez miesiąc nie pokłóciliśmy się ani razu. Może jednak coś z nas będzie? Może uda się nam, może przezwyciężymy wszystkie cechy, które nas różnią? Może tak, może nie. Pożyjemy- zobaczymy.
-O czym pani myśli?- zapytał Czarny i usiadł na skraju łóżka.
-O niczym ciekawym.- mruknęłam i wyciągnęłam ręce do sufitu.
-Na pewno o mnie.- zaśmiał się i ukazał szereg białych zębów.
-A żebyś wiedział!
Wokalista odrzucił włosy do tyłu. Robił to z wdziękiem. Wszystko robił z wdziękiem. Aż nie dziwo, że tyle dziewczyn się a nim kocha. No ale żadna nie ma szczęścia znać go tak jak ja. Mieć go dla siebie, codziennie, zawsze. Wysłać smsa i on od razu jest…Żadna nie miała jego miłości, a ja tak. Widać czymś sobie zasłużyłam u Boga, że zesłał mi takiego wspaniałego faceta. Nigdy jednak nie mówiłam o tym głośno. Wstydziłam się? Nie…może raczej bałam się wyśmiania. Rzadko, która dziewczyna wychwala swojego chłopak. Większość ich gani, obgaduje. Jednak ja na Billa nie mogłam teraz złego słowa powiedzieć, Kochający, miły, sympatyczny…Czy ja zwariowałam? Chyba naprawdę mi padło na łeb, albo jestem po raz pierwszy NAPRAWDĘ zakochana. Taak to chyba to. Gdy tak rozmyślałam Bill cały czas siedział obok i pykał cos na komórce. Jak zwykle robił to słodko. Ah ta zadumana mordka. Wtedy właśnie zadzwonił telefon. Czarny wyszczerzył się i namiętnie zaczął obmacywać się w poszukiwaniu telefonu.

Rozdział XXXXVI


-Mamuśka.- oznajmił i nacisnął zieloną słuchawkę.
Czarny rozmawiał chwilę. Co jakiś czas robił miny, wykrzywiał się, robił duże oczy, wybuchał śmiechem. Tłumaczył coś matce. Po chwili odłożył telefon i cały uchahany usiadł obok mnie.
-Właściciel przyszedł do mamy ze skargą, że Tom mu klientów odstrasza i, że mu laptop ukradli. Twierdzi, że mamy z tym coś wspólnego.
-Jakiś myślący facet.- zaśmiałam się.
-Nie wszyscy są tacy durni jak Gordon.- oznajmił czarny i wytknął mi język.
-Chodź już spać.- Czarny lekko uniósł prawą brew i rzucił się na mnie.
-Zboczeniec!- zaśmiałam się i odepchnęłam go by móc iść do łazienki.
_***_
Ranek zaczął się niezwykle wesoło. Meggie obudziła nas o 12. Wparowała do naszego pokoju w niebieskiej piżamie z kłapouchem. Nawet ogonek z różową kokardką miała przyszyty do spodni od piżamy. Teraz siedział po turecku na łóżku naprzeciwko mnie i czytała instrukcję obsługi prezerwatyw. Znalazła ją w szafce…
-Wyciągnąć ostrożnie i nałożyć na członka.- przeczytała głośno i lekko zmarszczyła czoło.- A ja zawsze myślałam, że to działa jak te takie metalowe na palec.
-To źle myślałaś…Ja to kiedyś do tego wodę z Caroliną lałam i rzucałyśmy w chłopaków.
Dziewczyna ścisnęła w ręku prezerwatywę i zaczęła ją pompować jak balona. Taak będzie impreza z balonami! Wzięłam do ręki kawałek kartki i zaczęłam głośno czytać.
-ABC jazdy.- przeczytałam i lekko się zdziwiłam.- Pierwsze. Jeżeli zachodzi potrzeba użycia dodatkowych środków nawilżających to powinny one być na bazie wody Np. gliceryna. Nie należy używać do tego celu olejków dziecięcych, olejków do masażu itp. ponieważ mogą zmniejszać wytrzymałość lateksu.
-To to z lateksu jest?- zapytała przyjaciółka i puściła gumkę, która przeleciała przez cały pokój głośno pierdząc.- Ja myślałam, że to ze zwykłej gumy.
-Drugie. Używaj prezerwatywy tylko jeden raz.
-Ah…nie da się jej jakoś przetworzyć?
-A co chcesz oszczędzać na seksie?
-Nie, ale wiesz…zawsze to jakieś pieniądze w kieszeni.
-Trzecie. Prezerwatywa nie gwarantuje 100% ochrony. Jeśli jest używana zgodnie z instrukcją, chroni przed ciążą, chorobami wenerycznymi oraz wirusem HIV…- przeczytałam.- Myślisz, że Bill może mieć HIV?
-Nie no Bill chyba nie, ale Geło na pewno jakiegoś syfa roznosi.
-Kto ci go tam wie. On i te jego rybki…eh szkoda gadać.- westchnęłam.- Nie wyrzucaj prezerwatywy do muszli klozetowej.
-Dlaczego nie?
-Nie wiem. Pewno dlatego, że zapycha.
-Georg kiedyś do kibla nawrzucał ślimaków i też się zapchało.- oznajmiła Meggie i wyszczerzyła się.
-Piąte. Prezerwatywę należy chronić przed bezpośrednim działaniem promieni słonecznych oraz możliwością uszkodzenia mechanicznego…To co tylko można się po ciemku pieprzyć?
-Nie no…chyba tak to można. Myślisz, że jak się ją położy na słońcu to się roztopi?
-Chuj go wie. Szóste. Osoby uczulone na lateks powinny skonsultować się z lekarzem. Jesteś uczulona?
-A bo ja wiem.- odrzekła i wzruszyła ramionami.
-Siódme. Niektóre lekarstwa stosowane miejscowo na członek lub pochwę mogą uszkadzać prezerwatywę. Należy zasięgnąć w tej sprawie porady lekarza lub farmaceuty przed użyciem prezerwatywy.
-Dobra pomińmy to. Dalej.
-Ósme. Jeżeli jakakolwiek prezerwatywa wykazuje objawy pogorszenia właściwości gumy (np. kleistość lub kruchość) należy ją wyrzucić. I koniec.
-A po co my to w ogóle czytamy?- zapytała przyjaciółka.- Ty i Bill zamierzacie?
-Nie…chyba ty i Timo.
-Nie my nie. To było w waszej szafce!
-Ja nic o tym nie wiem! To Bill to Bill!
-Bill zamierza sam ze sobą? Ten teges?
-Może…boję się o niego. Onanizacja prowadzi do uzależnienia! Ale…ostatnio mi mówił, że nie wali…
-Co o mnie gadacie?- zapytał Czarny, który właśnie wyszedł z łazienki.
-Po co nam prezerwatywy?- zapytałam.
-A po co nam tabletki na ból głowy?- zapytał Bill i uśmiechnął się.- Na wszelki wypadek nie. Jakby nas głowa bolała.
-Jak cię pała swędzi to Se podrap.- oburzyłam się i zakryłam kołdra pod samą szyję.
-Eh babo, babo. Idę do Toma.- oznajmił i ruszył w stronę drzwi.- Papa.
-Cześć mruknęłyśmy cicho.
-Tu jeszcze na drugiej stronie jest.- oznajmiła Meggie i wzięła kartkę.- Pierwsze. Otwórz opakowanie nie używając nożyczek ani żadnych innych, ostrych przedmiotów.
-Zębów można?
-Nie wiem nie pisze, ale chyba tak to nie jest narzędzie. Drugie. Zsuń napletek i ostrożnie załóż prezerwatywę na penis w stanie wzwodu, zanim nastąpi jakikolwiek kontakt fizyczny. Kciukiem i palcem wskazującym ściśnij wierzchołek (zbiorniczek) prezerwatywy aby usunąć z niego powietrze i delikatnie rozwiń prezerwatywę na całą długość członka. Nie powinna ona ściśle przylegać do szczytu członka.
-Eeee Bill ma wzwód ZAWSZE wieczorem jak leżymy w łóżku.
-Czym on się tak podnieca?
-No pewnie mną nie?- zaśmiałam się.
-E, e.- mruknęła i pokręciła głową.- Jak zasłoń nie zasłonicie to ma widok na jakieś okno…może tam jakaś…
-Oh zamknij się!- warknęłam i zdzieliłam ją jaśkiem po głowie.- Zazdrośnica!
-Oj no żartowała, żartowałam.- mówiła i broniła się rękoma.- Zostaw mnie zboczeńcu!
Rzuciłam jej groźne spojrzenie i odrzuciłam włosy do tyłu. Ja jej dam jakieś tam zza okna. Pfy.
-Trzecie. Po wytrysku nasienia wycofaj członek przytrzymując mocno prezerwatywę, aby uniemożliwić jej zsunięcie się…A czemu stosunku nie opisali?
-Kartki by im nie starczyło.- stwierdziłam ,,mądrze”.
- Czwarte. Zawiąż prezerwatywę na węzeł w górnej jej części aby zapobiec wyciekowi nasienia. No commenst. Piąte. Wyrzuć prezerwatywę do kosza… Ty zoba rysunki są!
-Meggie pierwszy raz zobaczyła członka.- stwierdziłam i zaśmiałam się.
-Pfy…nie prawda.- prychnęła przyjaciółka i wysoko uniosła głowę.
No nic, dość o członkach i lateksie.- oznajmiłam i wygrzebałam się z łóżka.
-A co teraz będziemy robić?- zapytała dziewczyna.
-Pluć łapać i po dupie się drapać.- mruknęłam i otworzyłam walizkę.
Wygrzebałam z niej czarną bluzkę i czarną spódniczkę. Ale Mrohnooo!
-Im krótsza spódniczka tym szybszy dostęp.- stwierdziła przyjaciółka i zaczęła się śmiać.
-Wszyscy jesteście zboczeńcy i napaleńcy!- stwierdziłam i ruszyłam w stronę łazienki.- Idę się ubrać i proszę mi nie przeszkadzać!
Meggie śmiała się jeszcze gdy weszłam do łazienki. Słyszałam! Ściągnęłam z siebie piżamę i związałam włosy w kucyk by nie zamoczyć ich podczas kąpieli. Włączyłam natrysk i weszłam pod prysznic. Wzdrygnęłam się na początku bo poleciała lodowata woda. Stopniowa jednak stawała się cieplejsza i przyjemniejsza. Zamknęłam oczy, a na moją twarz wstąpił lekki uśmiech. Wtedy usłyszałam jak ktoś wchodzi do pokoju.
-Silviiuś!- usłyszałam głos Josha.- Mamy mały problem…
Zakręciłam wodę i szybko wyszłam z pod prysznica. Co się znowu stało do cholery jasnej? Wytarłam się szybko po czym ubrałam się i wyszłam z łazienki. To co zobaczyłam było dla mnie totalnym szokiem. Josh tam był…ale nie sam. Stał tam z dzieckiem na rękach. Zrobiłam wielkie oczy, a Szczena mi opadła prawie, że do kolan.
-To mój…mój młodszy brat.- oznajmił i wyszczerzył się.- mamuśka z tatą pojechali na Melediwy i podrzucili mi go na miesiąc…są zwariowani i myślą, że to świetny pomysł.
-Taaa…młodszy brat. To pewno dziecko Twoje i Gełorga.- zaśmiałam się.- Ale po kim ono takie ładne to nie wiem…chyba po cioci Silvii co?
-Taa po cioci Silvii.- mruknął Josh.- Po kim jesteś taki ładny hę?- zapytał malucha.- Po tacie Geło czy mamie Joshefinie?
-Jojo.- zaśmiał się mały i ścisnął basistę za nos.
-O Jojo jak oryginalnie.- stwierdziłam i usiadłam na łóżko.- Jak się nazywa i ile ma lat?
-Jack i skończył miesiąc temu rooook.
-Mam dziwne wrażenie, że intelektualnie jest bardziej rozwinięty niż ty.
-Pochlebiasz mi!
Uśmiechnęłam się trochę krzywo i zmierzyłam wzrokiem obu ,,panów”. Wiedziałam, że matka Josha jest jakaś nie teges, ale nie wiedziałam, że aż do tego stopnia, żeby przywieźć tu malucha i zostawić go z bratem tym samym skazując na obecność Gełorga. Basista postawił brata na ziemi, a maluch zaczął się rozglądać dookoła. W pewnej chwili zaczął biec w moją stronę. Zlękłam się trochę bo nie powiedziałabym, że umiem postępować z dziećmi. W ogóle dziwne, że on do mnie biegnie, a nie ode mnie ucieka.
-Kto ty?- zapytał mały.
-Eee…Silviia.- odrzekłam i uśmiechnęłam się.
-Śvia!- zaśmiał się Jack mrużąc przy tym oczka.
-Polubił cię.- oznajmił Hansen.- Nie wiem jak można ciebie lubić!
-Oh i kto to mówi!- zaśmiałam się.- Co ty za brata masz co?- zwróciłam się do Jacka.
-Jojo!- odrzekł i zaczął się śmiać.
Wtedy drzwi pokoju otworzyły się i do pokoju wszedł Bill. Już chciał coś powiedzieć, ale zamilkł gdy zobaczył małego chłopca, który bawił się sznurówkami od moich glanów. Czarny zrobił wielkie oczy i zatrzasnął drzwi po czym podbiegł do mnie i próbował coś powiedzieć, ale ruszał tylko ustami jak rybka wyjęta z wody.
-Co ci?- zapytałam.
-To…to twoje jest?- wydukał i wskazał palcem na malucha.
-Jakie moje?- zapytałam lekko oburzona i wzięłam Jacka na kolana.- NASZE!
-Ale…ale przecież…przecież my się znamy niecałe pół roku...to…i nie kochaliśmy się!
-Ale ja wiatropylna jestem i w ciąży jestem miesiąc. Jak chomiki.
Bill lekko pozieleniał i zaczął dokładnie przyglądać się maluchowi. To, to takie głupie jest.
-Ale ej! To nie moje!- krzyknął i wstał.- *Ma niebieskie oczy! Zdradziłaś mnie!
-To mój brat ćwoku.- zaśmiał się basista.- Jeszcze tylko wam dziecko do szczęścia potrzebne.
-On mi Silviię podrywa.- stwierdził Czarny i groźnie spojrzał na młodszego brata Josha.- Niech jej zejdzie z kolan!
-Bill przestań to tylko dziecko.- zaśmiałam się i zaczęłam robić miny do malucha, a ten zacieszał.
-Daj buzi cioci Silvii.- powiedział Josh i spojrzał na Czarnego.
-Kto? Ja?- zapytał wokalista i zdziwił się lekko.
-Nie! Jack nie ty.- oznajmił Josh.
-Nie! To ja dam, ja dam buzi cioci Silvii.- zaoferował się Bill.
Maluch zaśmiał się i pocałował mnie w policzek. Kaulitz stał obok i zaciskał pięści. Nie rozumiem jak można być zazdrosnym o małe dziecko. Tak to tylko łon umji.
_***_
Leżałam w łóżku i przeglądałam sobie gazetę. Uśmiechałam się drwiąco bo na szczęście media jeszcze nie wyniuchały związku mojego i Billa. W sumie nie mają nawet jak. Chyba, że wspinali by się po rynnie i robili zdjęcia. Zamiast tego pisali o odejściu Joela z zespołu. Było trochę o Shanie i jakiś plakat z wspólnej sesji z TH. Mogę się założyć, że fanki Tokio Hotel dorobią mi i Carol wąsy, różki, okularki i pełno innych pomysłowych gadżetów. Sama tez kiedyś przerabiałam plakaty z koleżankami. Ale kiedy to było. Drzwi mojego pokoju otworzyły się powoli. Do pokoju weszła siostra. Jej się nie spodziewałam, nie teraz. O 24 to najwyżej Billa. Usiadła powoli na łóżko i uśmiechnęła się niewinnie. Chyba coś przeskrobała.
-Co znowu zrobiłaś?- zapytałam i zaśmiałam się.
-A no nic. Przyszłam do ciebie tak o. Spać nie mogę.
-Idź do Toma. Tom ulula.
-Tom śpi.- burknęła.
-To go obudź.
-Nie! On groźny jest. Pluje, drapie, gryzie…
-Gwałci.- dodałam.
Drzwi pokoju ponownie się otworzyły i do środka wszedł pół nagi Bill. Na jego nieszczęście miał zamknięte oczy i nie zauważył Caroliny.
-Dziś jest ta noc!- krzyknął i wyciągnął ręce do sufitu.- Jestem podniecony! Będę dziś twoim panem!- krzyknął.
Skrzywiłam się lekko i zrobiłam wielkie oczy. Siostra odchrząknęła głośno i powoli wstała. Co ona sobie teraz o nas pomyśli?
-To ja nie będę wam przeszkadzać.- oznajmiła siostra i wstała.- Miłej nocy.
Wyminęła Billa i szybko wyszła z pokoju. Wygrzebałam się z pościeli i podeszłam do wokalisty. Czuć było od niego alkohol. No tak. Nie ma to jak wesoły wieczorem z bratem i resztą debili.
-Jak nie chcesz do mnie przyjść to ja pójdę do ciebie!- krzyknął.
Odsunęłam się specjalnie, żeby zobaczyć chód pijanego Billa Kaulitza. Chłopak otworzył oczy i wyciągnął ręce przed siebie. Zrobił jeden krok do przodu, drugi. Na razie szedł w miarę prosto, ale przy piątym kroku zachwiał się, ale szedł dalej. Po kolejnych pięciu krokach opierał się o ścianę i szedł podtrzymując się.
-Silviia gdzie ty...gdzie ty jesteś?
-Stoję za tobą pijaku.- odrzekłam surowym tonem.- Gdzie byłeś?
-Na sankach!- krzyknął.
-Na sankach? Nie ma jeszcze śniegu.
-Taką wersję ustaliliśmy i takiej będę się trzymał!- oznajmił i padł na łóżko jak długi.- Rozbierz mnie.
-Nie wiedzę takiej potrzeby. Ktoś już zrobił to za mnie. Gdzie byłeś i co robiłeś?
-Byłem z chłopakami!.- mruknął.
-A gdzie masz ubrania?
-Graliśmy w pokera na pytania i rozkazy.- wydukał.- Ja nie umiem grać w pokera.
-Widzę właśnie.- westchnęłam głośno i usiadłam obok niego.- Co ja mam teraz zrobić z tobą?
-Tylko mnie kochaj.- mruknął.
Przysunął się bliżej i położył głowę na moich kolanach. Widać, że kosztowało go to strasznie dużo wysiłku. Uśmiechnęłam się lekko i poczochrałam jego czarne jak słoma włosy, a on tylko mruknął cicho i objął mnie swoimi chudymi rękoma.
-Przepraszam.- wymamrotał.
-Śpij już tylko wcześniej połóż się do łóżka.
-Chcę spać tak.
Pokręciłam głowa i zaśmiałam się cicho. Próbowałam wstać, ale nie mogłam bo Bill cały czas na mnie leżał. Odchyliłam się do tyłu i powoli położyłam się na plecy. No to zapowiada się ciekawa noc…
_***_
Obudziło mnie głośne chrapanie Billa. Chłopak leżał rozwalony na podłodze i gadał coś przez sen. On zawsze tak jak się napije? Pokręciłem głową i stanęłam na równe nogi. Krzyż bolał mnie od niewygodnej pozycji, w której musiałam spać parę godzin. Głowa mnie bolała i byłam senna. Rozglądnęłam się po pokoju szukając wzrokiem butelki z wodą. Nie było nic. Wszystko wypite. Nałożyłam spodnie i bluzę po czym wyszłam z pokoju. Powoli zaczęłam schodzić po schodach. Usłyszałam jakieś głosy, oddechy. Wystraszyłam się nieco i szłam dalej. Wtedy właśnie potknęłam się o coś i sturlałam się ze schodów.
-Boże Silviia!- usłyszałam za sobą bełkot Toma.- Nic ci się nie stało?
-Co ty robisz na schodach?- zapytałam i powoli się podniosłam.
-Nie zdarzyłem dotrzeć do łóżka.- oznajmił Dred.- Nie przeszkadzaj mi już bo chcę spać dalej.- mruknął.
Zrobiłam oczy wielkości pięciozłotówek i ruszyłam w stronę baru. W środku było już pusto. Tylko przy ladzie kręcił się młody barman. Odstawiał szklanki, zmywał coś. Widać było, że impreza niedawno się skończyła.
-Poproszę 1 litrowy karton soku pomarańczowego.- mruknęłam i rzuciłam na ladę marę monet.- Bez reszty.
-Dla takiej ładnej pani drink gratis.- oznajmił facet i zaczął coś nalewać do jednej ze szklanek.- Z palemką czy bez?
-Nie chcę drinka.- burknęłam i skrzywiłam się.- Poproszę tylko sok.
-Ale to tak od firmy. Nalegam.
-Nie, dziękuję.- odmówiłam po raz drugi i uśmiechnęłam się krzywo.
-Ale…
-Daj mi pan ten sok. Muszę wracać do CHŁOPAKA.
Barman zrobił niezadowoloną minę i rzucił mi sok. Złapał zwinnie karton i uśmiechnęłam się po czym wyszłam z Sali. Wchodząc po schodach uważałam, żeby nie potknąć się o śpiącego Tomasza. Napiłam się po czym postawiłam karton na szafce. Będzie na rano jak Bill obudzi się skacowany.
_***_
Poczułam dziwny ucisk na brzuchu i automatycznie otworzyłam oczy. Zobaczyłam przed sobą twarz Billa. Był naturalnie roztrzepany i niemalowany. Oczywiście to jego ciężar tak uciskał mój brzuch.
-Mój skacowany skarb.- zaśmiałam się i wplotłam dłonie w jego włosy.
-Co robiłaś wczoraj jak mnie nie było?
-Czytałam gazety, myślałam o tobie, czytałam gazety i znowu myślałam o tobie.- oznajmiłam.
-Mmm…prowokujesz mnie?
-Ja? Wydaje ci się.
-Udajesz niedostępną.
-Nie udaje.
-Jesteś okropna.
-A ty zboczony.
-Zdaje ci się kotku.
-Nic mi się nie zdaje.
Bill uśmiechnął się słodko i wsunął dłonie pod moje plecy. Uśmiechnęłam się i odchyliłam lekko głowę by odsłonić kawałek szyi. Czarny odgarnął moje włosy i przejechał językiem po mojej szyi. Mruknąłem cicho i przejechałam dłońmi po jego nagich plecach. Miałam ochotę złapać go za tyłek, ale wolałam nie igrać z ogniem więc ograniczyłam się tylko do pleców i włosów. Wokalista ugryzł mnie pieszczotliwie w ucho i zaśmiał się cicho. Spojrzałam w jego ciemne oczy i poczułam nagły przypływ energii. Przewróciłam go na plecy i usadowiłam się na nim. Teraz Silviia górą.
-Nie lubię być dominowany.- oznajmił i wystawił mi język.
-Podzielmy się po równo.- mruknęłam i zbliżyłam swoją twarz do jego.
Pocałowałam go lekko w usta, raz drugi po czym brutalnie wepchnęłam mu język do ust tak, że aż mu oczy prawie wyszły z orbit. Nasze języki złączyły się w namiętnym tańcu. Kolczyk Czarnego lekko pieścił moje podniebienie, a jego dłonie wodziły po moich plecach. W tym momencie nie liczyło się już nic. Ani to co było, ani to co jest ani to co będzie. Nikt i nikt się nie liczył Tylko on. Oderwałam się od niego i odrzuciłam włosy do tyłu. Czarny usiadł i pchnął mnie lekko do tyłu tek żebym i ja zajęła pozycje siedzącą.
-Kocham cię.- szepnął mi na ucho.
-I ja ciebie.
Wziął głęboki wdech i zaczął bawić się zapięciem od stanika. Robił to ze spokojem, a we mnie za to wszystko się gotowało. Chciałam, żeby wszystko działo się szybciej i szybciej i…
-Kurwa kto wymyślił to?- warknął Czarny i zaczął szarpać zapięcie.- Głupi cyckonosz.
-Co z ciebie za facet ze nawet nie umiesz stanika odpiąć…hę?- zapytałam.- Pomóc ci?
-Poradzę sobie sam.- powiedział z lekka oburzony.
W czasie gdy Bill męczył się z moim stanikiem ja opuściłam ręce na obszar jego pośladków i lekko je ścisnęłam. Modliłam się w duchu, żeby zaraz ode mnie nie odskoczył i nie nawrzeszczał, że jestem zboczeniec.
-Udało się! Ha!- ucieszył się Bill.
Uśmiechnęłam się lekko a on powoli zaczął ściągać mi biustonosz. Wtedy drzwi pokoju otworzyły się aż trzasnęło. Wrzasnęłam i odskoczyłam od Billa, a on zrobił wielkie oczy i spojrzał na osobę, która właśnie wtargnęła do naszego pokoju.
-Wynoś się stąd.- syknął Bill i wstał.- Nikt cię tu nie zapraszał.

Rozdział XXXXVII


Joel groźnie zmrużył oczy i jednym ruchem ręki zamknął drzwi. Bill zrobił pare kroków w stronę Rossa, a ja wykorzystałam tą chwilę, żeby ubrać się w miarę stosownie.
-Spieprzaj stąd Ross.- syknął Bill.
-Silviia…możemy porozmawiać?- zapytał brązowowłosy i spojrzał na mnie.
-Czego od niej chcesz?!- krzyknął Czarnowłosy.
-Nie twoja sprawa Kaulitz!- warknął Joel.- Tylko 5 minut.
-Nie będzie żadnych widzeń!- oznajmił wokalista.- Do widzenia Panie Ross. W prawo, w lewo i na drzewo.
-Poczekaj!- krzyknęłam i wstałam.- Możemy porozmawiać, ale tylko 5 minut.
-Co?! Ty chcesz z nim rozmawiać?- zbulwersował się Bill.
-Spokojnie.- szepnęłam mu na ucho.- Zobaczymy czego chce.
-On nam zepsuł…wszystko!
-Spokojnie kochanie, spokojnie.
-No…ale 5 minut. Będę liczył na stoperze!- zagroził Czarny.
-No to spadaj już Kaulitz.- powiedział Joel i wskazał mu drzwi.
-Ty sobie nie pozwalaj bo zaraz zabronię spotkania i cię wykopię! Daj mi się ubrać.- mruknął niezadowolony.- Wyjdź stąd! Chcę się ubrać.
Joel pokręcił głowa i wyszedł z pokoju zostawiając nas samych. Bill ubrał spodnie i bluzkę. Szczerze? Może chodzić bez spodni, ale w bluzce niemalże musi! Kaloryfera nie ma a…
-Ja będę stał pod drzwiami.- oznajmił Bill.- Jakby co to krzycz ja usłyszę.
-No dobrze już dobrze.
Czarnowłosy uśmiechnął się blado i wyszedł z pokoju. Joel od razu odepchnął go lekko i sam władował się do środka zamykając wokaliście drzwi przed nosem.
-Mów szybko czego chcesz.- mruknęłam i odwróciłam wzrok.
-Chciałem…chciałem cię przeprosić i powiedzieć, że…
-Przeprosić?- prychnęłam.- Teraz to już chyba trochę za późno co?
-Chciałem przeprosić i powiedzieć, że wciąż cię kocham i jesteś dla mnie ważna i…
-Proponowałam ci przyjaźń. Odrzuciłeś propozycję. Trudno. Mówiłam ci, że ja cię już NIE kocham.
-Ale mi przyjaźń nie wystarczy…chcę, żebyś była moja!
-Nigdy już nie będę!- warknęłam i zrobiłam krok w tył.- Zrozum to wreszcie i daj nam spokój.
-Usunę Kaulitza…usunę problem. Zobaczysz. Jeszcze pożałujesz.- zagroził i zaczął wymachiwać mi pięścią przed nosem.
-Spieprzaj Ross.- warknęłam i wskazałam mu drzwi.- Nie będziesz mi groził.
-Będziesz moja…zobaczysz. Zawsze dostaję to co chce. Zawsze…zawsze!
-Wypieprzaj!
-Nie! Jeszcze nie skończyłem!
-WYNOŚ SIĘ STĄD!
-NIE! Będziesz mnie słuchać su…
-5 minut minęło.- oznajmił Bill i wpadł do pokoju.- A teraz zapłacisz za wszystko co powiedziałeś!
Czarnowłosy zacisnął pięść i wycelował nią wprost w oko Joela. Brązowowłosy zachwiał się lekko i groźnie zmrużył oczy. Wokalista uśmiechnął się triumfalnie. Wtedy Ross zamachnął się i uderzył go prosto w szczękę. Czarnowłosy otrząsnął się, a krew poleciała mu z ust. Nie przejął się tym zbytnio i dalej ruszył do walki. Teraz namiętnie ciągali się za włosy.
-Przestańcie!- wrzasnęłam.- STOP!
Oni jednak mnie nie słyszeli, albo udawali, że nie słyszą. Gdybym teraz miała glany to Ross leżał by już na ziemi, ale ich nie mam. Co ja biedna kobiecina mogę zrobić? Praktycznie nic.
-Zabiję cię Ross!- wrzasnął Bill i całym ciałem rzucił się na ciemnowłosego.
-To ja ciebie Kaulitz!
-Odczep się od Silvii!
-To ty się od niej odczep pedale!
-Ona cię już nie chce.- oznajmił Czarny i spoliczkował go.- Daj jej spokój bo jak nie to ci zęby wybiję i korale z nich zrobię.- warknął i złapał go za włosy.- Jasne czy nie jasne?
-Bill już spokojnie. Zejdź z niego.- powiedziałam cicho.
-No! Masz gościu szczęście.- powiedział głośno Bill i na dowidzenia walnął Joela w tył głowy.- Wstawaj i wynos się stąd!- krzyknął i wskazał mu drzwi.
_***_

Czarnowłosy siedział na łóżku i lamentował, a ja siedziałam mu na kolanach przodem do niego i próbowałam zatamować krew lecącą mu z buzi. Nie było to jednak łatwe bo cały czas gadał.
-Ja go następnym razem zabiję!- wrzasnął i całkiem nieświadomie ugryzł mnie w palec.
-AŁA debilu!- jęknęłam i złapałam się za wskazujący palec.- Chciej tu dobrze!
-Przepraszam.- powiedział cicho.- Boli?
-Trochę. Chyba kupię ci na święta taki duży kawał drewna. Będziesz sobie na nim zęby piłował.
-A no właśnie. Niedługo przerywamy trasę na jakiś czas i pędzimy do swoich rodzin na wigilie. Na żarcie i po prezenty!
-Ty to tylko myślisz o jedzeniu i prezentach.- stwierdziłam.- A rodzina i te rzeczy? Eh Bill.
-Ja w wigilię myślę tylko o tym, żeby się najeść.- oznajmił i wyszczerzył się.
-Jakoś po tobie nie widać. Wyglądasz na śliczną dziewczynkę z anoreksją.
-Dzięki.- burknął i zrobił wielce obrażoną minę.
-A wiesz, że anoreksję należy leczyć?- zapytałam.
-A wiesz, że sexoholizm też?
-Ja?! Ja jestem sexoholiczką tak?!
-Ja nie traktuję opakowań po prezerwatywach jako wciągających lektur.
-Osz ty zły Billu! Jesteś niegrzeczny. Bardzo niegrzeczny.
-Zbij mnie.- mruknął i spojrzał mi głęboko w oczy.
-Poczekaj idę do Geo po skórzany pas.
-Nie idź, nie. Bo ci ucieknę i mnie nie zbijesz. Dam ci swój pasek z ćwiekami.
-Nie wiem czy to tak boli jak skórzanym.
-Boli, boli!
-To daj mi ten pasek.
-To sobie weź.- mruknął i odchylił się do tyłu.
-Mam ci go zdjąć?
-Nie! Masz go wyrwać razem ze szlufkami.- mruknął ironicznie i położył się na plecy.
Rozpięłam klamrę od jego paska i ściągnęłam mu go. Bill przez cały ten proces uśmiechał się głupkowato i mruczał pod nosem swoje monologi. Zaczęłam bawić się jego paskiem i co jakiś czas zerkałam na Czarnego. Ten chyba myślał, że ja na serio go tym pasem zbiję bo widocznie na cos czekał. Tak czy inaczej nie mam zamiaru brać przykładu z gorącej pary z Francji(patrz notka 14).
-Bill...
-Co?
-Jesteś dziewicą?
-Tak. Jestem dziewicą orleańską.- odrzekł.- Zbijesz mnie czy nie?
-Nie.- odrzekłam i wytknęłam mu język.
Gdy tak sprzeczaliśmy się i gadaliśmy o biciu się nawzajem do pokoju wparował Shane. Darł się jak głupi, a jego wskazujący palec ,,zdobiła” średniej wielkości rybka z zębami.
-Co ci się stało?- zapytał Bill i oparł się na łokciach, żeby zobaczyć lepiej perkusistę.
-AA! Nie widzisz?!- krzyknął głośno.- A wy zamiast się obściskiwać byście mi pomogli co?!
-Ale to nie nasza wina.- stwierdził Bill.- Idź z zażaleniami do Geło.
Wstałam z Czarnowłosego i pobiegłam na pomoc perkusiście. Billowi ten pomysł widocznie się nie podobał bo skrzywił się i znowu udawał obrażonego. Trochę męczyliśmy się z mięsożerną rybą, ale w końcu udało się nam uwolnić palec Shanea. Perkusista zaczął całować swój biedny spuchnięty palec, a mała pirania leżała na ziemi trzepocząc ogonem. Wtedy Georg wybiegł ze swojego pokoju i widząc swojego podopiecznego w tak okropnym stanie zaczął się na nas wydzierać.
-Co wyście zrobili z moją malutką, biedną Lolitką?!
-Malutką?! Biedną?!- zbulwersował się perkusista.
-Lolitką?! To imię dla dziwki!- stwierdził Czarnowłosy.
Żorż delikatnie wziął do ręki rybę i zmierzył nas wszystkich surowym wzrokiem. Bill leżał na łóżku i suszył zęby jak debil, a Shane mruczał pod nosem coś o niebezpiecznych zwierzętach i głupocie właścicieli. Basista Th rzucił Shanowi ostatnie spojrzenie i wrócił do swojego pokoju.
-Chciałem je nakarmić…- oznajmił perkusista.- A ona mnie dziabnęła! Georg mówił, że są niegroźne! A…to piranie są!
-Dobrze Josh mówił, że one jakieś lewe są.- westchnęłam głośno.
-Georg sam pewno jakiś lewy jest.- mruknął Shane.- No nic. Dzięki za pomoc ja już wam nie przeszkadzam.
-Wcale nam nie przeszkadzasz.- oznajmiłam i uśmiechnęłam się.
-Mów za siebie!- krzyknął Bill.
-Bill!- syknęłam i spojrzałam na niego wrogo.
-W porządku, idę.- oznajmił perkusista i wyszedł z pokoju zostawiając nas samych.
Westchnęłam głośno i padłam na łóżko tuż obok Billa. Czy tu nie może nigdy być jednego NORMALNEGO dnia. Jak nie dzieci to piranie. Jutro się jeszcze pewnie okaże, że Geo to przeciwieństwo Miriam. Szczerze? Nie zdziwiłabym się.
-Bill…a może porobimy coś kreatywnego.- zaproponowałam.
-Co?
-No Np. pomalujemy coś, albo poukładamy puzzle, albo...
-Zjedzmy jogobelle!- krzyknął Bill i usiadł.- Duże kawałki owoców zerwanych prosto z krzaczka.- wyrecytował.- Będziemy jeść jogobelle i…ii…i będziemy…oglądać kreskówki!
-Bill błagam cię zachowuj się jak mężczyzna.
-Mam się zachowywać jak mężczyzna? Mam być stanowczy, męski, sexowny i władczy?- zapytał.
-No…nie do końca.- odrzekłam i wytknęłam mu język.- Poproszę bez władczy.
-Ale władczy to tak fajnie brzmi!
-Skarbie…za słodko nam. Wstawaj idziemy do jakiegoś klubu. Nudzi mi się.
-Do klubu? Do klubu teraz? Przecież jest 12.
-A no ta…racja.- burknęłam.- No to obejrzyjmy coś...Np. Harrego Pojeba. O.
-Nudne to i głupie. Gorsze niż niewolnica Izaura.
-No to wymyśl coś lepszego.- burknęłam.
-Może…dokończymy to co nam przerwano.- zaproponował i powoli rozpiął zamek od mojej bluzy.
-Jesteś pierdoła.- oznajmiłam i cmoknęłam go w usta.
-A ty jesteś…
Bill nie dokończył bo przerwał nam huk otwieranych drzwi. Zabiję. Wykastruję zalotką do rzęs, pogryzę i wyrzucę przez okno. Do pokoju wlazła Kim i chyba trochę się zdziwiła. No tak. Gitarzystka w staniku i bluzie zarzuconej na ramiona i wokalista, który ją obmacuje. Słodkie.
-E…o…a.- wydukała menagerka.
Szybko wstałam i zapięłam bluzę. Ją pogryzę dwa razy zanim wyląduje za oknem…

Rozdział XXXXVIII


Czarny Torbus toczył się wolno po śliskiej jezdni. Śnieg padał gęsto. Wysokie zaspy, dzieci bawiące się na śniegu. Tak wszystko widziałam dokładnie bo autokar właśnie stanął w korku. Westchnęłam głośno i rozwaliłam się na swoim łóżku. Carolina, Shane i Josh grali w pokera na rozkazy. Ja nie miałam ochoty grać z nimi. Było mi smutno bo musiałam rozstać się z Billem na całe dwa tygodnie. To długo! Za długo. Wrzuciłam sobie nawet na MP4 piosenki Tokio Hotel, ale co mi z piosenek? Piosenki mnie nie przytulą.
-Silviia chodź do nas!- krzyknął Josh.
-Nie chcę!- odkrzyknęłam mu.
Wolę tu sama siedzieć. Jedyny kontakt z Billem to smsy i e-maile. To nie jest wcale fajne mimo, że otrzymałam parę fot Georga jak dłubał w nosie. Czarny z Dredem przyłapali go w jednej z restauracji. Blee to ohydne. O Bill na IQ. O mało sobie rak nie połamałam tak się rzuciłam do laptopa. No co? To normalne jest.
Silviia
Cześć downie; **
Bill
Mmm jak milutko, palce lizać.
Silviia
A co Ty też dłubiesz w nosie jak Geło? I potem paluszki oblizujesz? ; D
Bill
a co ty nie?!
Silviia
Fe. Wy z Geo to się zamieniacie i porównujecie smaki co nie?
Bill
A wy z Meggie i Carol tak nie robicie? O_o
Silviia
Nie, wyobraź sobie, że jesteśmy na tyle kulturalne i rozwinięte intelektualnie, że odżywiamy się normalnie ; PP.
Bill
To wy nie pasujecie do naszej paczki, ale jak chcesz to mogę Cię podszkolić :PP
Silviia
Nie marzę o niczym innym. Chcę tylko razem z Tobą dłubać w nosie…oh jesteś obleśny, nie rozmawiam z Tobą.
Bill
Łaski bez, zjem sobie kolację. Mniam, mniam ^^
Silviia
Dopóki nie przestaniesz dłubać w nosie nie będę się do Ciebie odzywać. Z nami koniec!
Bill
Dlaczego zawsze musze się dla Ciebie poświęcać? Hę? No, ale dobrze. Już nie będę…zapiszę się na odwyk.

No i tak zleciał mi cały wieczór i połowę nocy. O 3 rano Bill znikł i przychodziły do mnie treści typu ,,jogiotrjtg”. Dopiero po 15 minutach Tom zabrał mu laptopa i napisał, że Bill zasnął. Jak miło. Wyłączyłam i również położyłam się spać.
_***_
W domu od rano panował harmider. Tato robił potrawy wigilijne. Jonna i Carol rozwieszały ozdoby, a leżałam na kanapie i gadałam z Billem na IQ. Jak zwykle zresztą. Czarny opowiadał mi jak to Georg szukał choinki w lesie liściastym…eh. W końcu Geo ma u siebie w pokoju gałązkę kasztanowca ze zeszłymi liściami i poprzyklejanymi gwiazdkami z papieru. No przecież liczą się chęci nie?
-Silviia!- krzyknął tato z kuchni.- Zamierzasz cały dzień się lenić?
-Kto? Ja?! Ja…ja właśnie zmieniam wygląd strony na świąteczny.- oznajmiłam i szybko otworzyłam program.
-Nie mogłaś zrobić tego wczoraj?
-Wczoraj…- zaczęłam.
-Wczoraj gadała z Billem. Była zajęta! No tato jak ty możesz ją osądzać o nieróbstwo!- oburzyła się siostra i pokręciła głową.- Nawet nie wiesz ile trzeba mieć siły, żeby się dogadać z nim!
-O no właśnie!- zgodziłam się z siostrą.
Carol poszła do taty pomóc mu w kuchni, a ja została w salonie z Jonną. Baba stała na drabinie i przypinała do firanek sztuczne płatki śniegu. Żal.pl. W ogóle to nie wiem kto ją tu zaprosił na święta…To znaczy wiem…tato.
-Uważaj mysz.- rzuciłam beznamiętnie nie odrywając wzroku od monitora.
-AAA!- kobieta zaczęła się drzeć i o mało nie spadła z drabiny.- GDZIE?!
-Tam łaziła. Taka miała biała z czerwonymi oczkami.- mruknęłam.
-VILLE! AAA!- wydarła się Jonna i zaczęła machać rękoma.- Mysz, mysz!
Zaczęłam się głośno śmiać, a kobieta przestała wrzeszczeć i zmierzyła mnie wzrokiem. Eh Jonna, Jonna, ale ty tępawa jesteś.
-Oszukałaś mnie!- stwierdziła i zaczęła wymachiwać wskazującym paluchem.- Ty…ty czarownico!
-Czarownica to jesteś ty. Ja mogę być co najwyżej wróżką.- oznajmiłam i wstałam.- A wiesz jaka jest różnica między czarownicą i wróżką?
-No nie wiem.
-Jakieś 40 lat.- oznajmiłam i wystawiłam jej język.
-Ville!- wydarła się.- Twoja córka mnie terroryzuje!
-Ville twoja córka mnie terroryzuje.- powtórzyłam po niej.- Im starsze tym głupsze.- mruknęłam pod nosem.- A wiesz, że Kimberly też tu będzie?- zapytałam i zaczęłam chodzić koło drabiny.
-A ona tu po co?- wybuchnęła Jonna.- Co to rodzina?! Nie ma miejsca przy stole!
-Jak się posuniesz to będzie.- burknęłam.- Zresztą z tego co wiem to ty też nie jesteś z rodziny.
-Niedługo, niedługo!- oznajmiła.- Nie przeszkadzaj mi już tylko idź pomóż siostrze i ojcu.- mruknęła i machnęła ręką w stronę kuchni.
-A ty na Łysą Górę.- mruknęłam pod nosem i ruszyłam do kuchni.- Tato Jonna widzi białe myszki.- oznajmiłam i wepchnęłam sobie w usta kawałek makowca.
-To już ten etap.- westchnęła głośno Carol.- Już za późno na leczenie. To takie smutne.
-Nie proszę! Powiedzcie, że jest jakaś szansa!- udawałam zrozpaczoną.
-Nie wygłupiajcie się.- zganił nas ojciec i rozejrzał się.- A gdzie ten kawałek makowca? Silviia…
-To nie ja!- skłamałam i szybko strzepałam mak z bluzki.- To Jonna!
Tatusiek westchnął głośno i zabrał się za kolejną potrawę. Ja z Caroliną podżerałyśmy ciasta i to co już zrobił. Jeszcze chwila i zostaną puste talerze. Gdy tak namiętnie zjadałyśmy makowca zadzwonił dzwonek. Obie tak się zlękłyśmy, że aż nam ciasto wypadło z rąk.
-Ja otworzę!- oznajmiłam i wybiegłam z kuchni.
Tak naprawdę to wyszłam z kuchni, żeby nie było, że ja zjadłam ciasto. Będzie na siostrę, albo na Jonnę, która akurat skończyła wieszać te swoje sztuczne gwiazdki i weszła do kuchni. Otworzyłam drzwi. Na progu stała Kim z reklamówkami. Oho ile w tym roju prezentów dostanę? ^^.
-Pani do kogo?- zapytałam i zmrużyłam oczy.- Tu nikt raczej nie zamawiał…
-Nie pierdol bo zimno.- oznajmiła i wjebała się na lśniącą podłogę z tymi swoimi ubłoconymi glanami.
-Nie po to ja szorowałam podłogę, żebyś mi ją teraz zabrudziła!
-Taa ty szorowałaś. Prędzej mi pirania Geo na ręku wyrośnie niż ty coś posprzątasz. Bujać to ja, ale nie mnie.
-Co taka nie w humorze? Lekarz stwierdził u ciebie prostatę? Biedna Kimberly.
-Biedna Silviia. A u ciebie schizofrenie.- mruknęła i zdjęła buty.- Wyczuwam złe fale.- oznajmiła.
-Jonna jest w kuchni.
-A. No to wszystko wyjaśnia.
Czarnowłosa rzuciła reklamówki na kanapę i razem weszłyśmy do kuchni. Jonna siedziała na stole i piłowała paznokcie. Damusia za 3 ruble z czeskiego bazaru. Pfy.
-Witam rodzinkę.- powiedziała głośno menagerka i klapła na krzesło.
-Część.- mruknął Valo nie odchodząc od garów.- Wybacz, ale zaraz mi tu wszystko wykipi.
-Nie no luz. Ja to tu tak tylko przyszłam teren zbadać.- oznajmiła i obdarzyła Jonnę chłodnym spojrzeniem.- Jakaś tu nieprzyjemna atmosfera.
-Ciekawe kto ja stwarza.- zastanawiała się głośno Carol.
Jak na zawołanie ja, Kim i ona spojrzałyśmy na kobietę siedzącą na stole. Na początku nie zwróciła na to uwagi, ale po chwili podniosła głowę i zapytała.
-No chyba nie ja nie?
_***_
Cała nasza 5 siedziała przy nakrytym stole. Jonna przeglądała się w mini lustereczku, dziwne, że jeszcze nie pękło. Tatusiek dorzucał drewna do kominka co jakiś czas. Carol smsowała pod stołem, a ja i Kim grałyśmy w kamień, papier i nożyce.
-Zaraz będzie pierwsza gwiazdka!- zapiszczała Jonna.- Dziewczynki sprawdźcie czy już jest.
-Sama sobie sprawdź.- mruknęłam.- Lepiej od razu zacznijmy. Jestem głodna.- oznajmiłam.
Na początku podzieliliśmy się opłatkiem. Wiecie jaka to męka życzyć Jonnie wszystkie najlepszego? Nie wiecie…no właśnie.
-Gdzie druga połowa makowca?- zapytała kobieta i rozejrzała się.
-Zjadłaś ją. Nie pamiętasz?- odrzekłam.
-Ja?! Ja nie…- zaprzeczyła.
Naszą kłótnię o makowiec przerwało natarczywe pukanie do drzwi. Wszyscy zamarliśmy i wbiliśmy wzrok w drewniane drzwi wejściowe. Tato spojrzał na Jonnę, Jonna na Carol, Carol na mnie, Ja na Kim, a Kim na naszego ojca.
-No co tak siedzicie?- zapytał Ville.- Silviiuś leć otworzyć.
Wstałam od stołu i podbiegłam do drzwi. Przełknęłam głośno ślinę i nacisnęłam na klamkę.

Rozdział XXXXIX


Nacisnęłam na klamkę i otworzyłam drzwi. Nie było nikogo. Przed domem stał tylko jakiś nieznany mi czerwony samochód. Pewnie dzieci jak zwykle sobie robią jaja. Jak ja je kiedyś dopadnę to im poukręcam te małe chude rączki i…
-Ciichaa noc.- usłyszałam cichy śpiew gdzieś obok.- Świętaaaa noc.
-Pokój niesie ludziom wszem!- zafałszował ktoś.
-O nie kolędnicy przyszli!- krzyknęłam.- Tato daj jakieś ciasto czy coś.
Wtedy zza czerwonego samochodu wyskoczyły dwie postacie. Nie widziałam ich dobrze bo było ciemno. Jedna z nich była wysoka i szczupła, a druga nieco grubsza. Ta wysoka miała na głowie elfie czapkę z uszami, a ta grubsza czapkę mikołaja. Tato przyszedł z ciastem i teraz razem staliśmy w drzwiach jak idioci, a te dwie postacie dalej śpiewały ,,Cichą noc”. Ja znam tylko dwie osoby, które mogły wpaść na taki durny pomysł.
-Kto to?- zapytałam.
-Święty Mikołaj. Hoho.- odpowiedział mi ,,mikołaj”.
-Przestańcie sobie robić jaja popaprańce!- warknęłam i zabrałam śnieg w ręce po czym rzuciłam w tego wysokiego.
-Z tobą to nawet nie można pożartować!- pisnął.
,,Elf” rzucił śnieżką w moją stronę, ale oczywiście nie trafił skutkiem czego było to, że trafił w mojego ojca. Brawo.
-Ojej…przepraszam!- krzyknął.- Ja nie w pana celowałem! Niech mi pan nie odejmuje punktów za to!
-A co ty tato też robisz casting na chłopaka dla mnie?- zaśmiałam się.
-Wy wszyscy jesteście nienormalni!- oznajmił ojciec i otrzepał się ze śniegu.- Wracam do stołu!- powiedział i odmaszerował.
Dwaj chłopcy zaczęli zbliżać się w moją stronę i im bliżej byli tym bardziej wydawali mi się znajomy. Spod czapki tego smuklejszego wystawały kosmyki czarnych włosów. Uśmiechnęłam się lekko i mimo wszystko powstrzymałam się, żeby nie zgwałcić go na miejscu.
-Ale…święta, rodzina…Bill…Georg…ty…yy, wy.
-Ja nie chciałem to on mnie zmusił.- oznajmił Żorż i wskazał na Billa.
-Tydzień to i tak strasznie długo, a dziś są święta więc pomyślałem sobie, że zrobię ci niespodziankę.- oznajmił Czarny.- Źle zrobiłem?
-Bardzo dobrze.- mruknęłam i przytuliłam go mocno.
-Ojejej.- zaśmiał się wokalista.- No dobra dzięki Geło możesz już wracać do domu.
-No gdzie teraz do domu. Zapraszam do siebie na wigilię.
-Tak ja chcę, ja chcę!- Kaulitz zaczął skakać w miejscu.- Bill jest głodny!
-Skarbie uspokój się. Dostaniesz jeść.
Czarny przestał skakać w miejscu, a na jego usta wstąpił wielki banan. Otworzyłam szeroko drzwi i razem weszliśmy do środka. Bill ściągnął buty po czym przywitał się z rodzinką.
-Bill Kaulitz.- oznajmił i wyciągnął rękę do mojego taty.
-A pamiętam ciebie. Byłeś u nas w wakacje.- powiedział ojciec i ścisnął jego dłoń.
Carol tylko mruknęła ,,cześć”, a Jonna wystawiła mu dłoń do pocałowania, ale Bill chyba nie skumał się tylko beznamiętnie ją potrząsnął po czym zajął miejsce przy stole.
-Co ci odwaliło, żeby przyjechać?- zapytałam Billa.
-No bo się stęskniłem…wróciłem z odwyku i chciałem się pochwalić, że udało mi się zwalczyć nałóg.- oznajmił i wyszczerzył zęby.
-Bill…ja ci powinnam kupić na święta aparat na zęby…
-Przestań już z tym aparatem!- walnął bulwersa.
Gawędziliśmy tak sobie wszyscy ze wszystkimi. Jonna wypytywała Billa o karierę, tato coś tam sapał do Kim, a ja i Carol grałyśmy w skojarzenia. Wtedy z komina wydobył się głośny huk. Jakiś brzdęk. Tato zmarszczył czoło i odwrócił się przodem do kominka. Nastąpił kolejny huk.
-Czy to mysz?!- zapytała Jonna i podkuliła nogi na krześle.
-Tak to mysz.- odrzekłam.- Taka wielka biała z czerwonymi, świecącymi oczami.
Jonna zaczęła się drzeć w niebogłosy, a Bill zrobił minę Pt. ,,Ciekawe co się wydarzy”. Nastąpiły kolejne huki, jakieś głosy. Jonna wtuliła się w tatę. Aż mi się niedobrze zrobiło.
-Włamywacze!- wrzasnął Bill.- Dzwonię na policję!
-Uspokój, że się!- krzyknęłam i złapałam go za ramiona.- To pewno gołębie.
-Przytul mnie.- mruknął i wtulił się we mnie.- Billuś się boi.
Kolejny huk. Odgłos jakby coś poruszało się w kominie. Czarny zadrżał w moich ramionach i zamknął oczy. W tym samym monecie z komina wyleciał…Georg! Spadł na palenisko i zgasił ogień tyłkiem po czym zaczął wrzeszczeć. Jonna zeskoczyła z kolan taty i zaczęła okładać Gełorga pogrzebaczem.
-Zostaw mnie dzika kobieto!- wrzasnął Żorż.
-Ty…ty złodzieju! Ty zboczeńcu!
-Zostaw go babo!- wrzasnęłam.- To przecież Żorż. On niegroźny jest. Oswojony!
Brunetka odłożyła pogrzebacz na miejsce, a Geo szybko wstał i zaczął otrzepywać się z sadzy tak, że zasadzował nam sałatkę jarzynową.
-Co ty tu w ogóle robisz?- zapytał Bill.
-Prezenty przyniosłem! Sam mi kazałeś!- oburzył się Listing.
-Ale nie kazałem ci włazić przez komin idioto!- powiedział Bill, który był już bliski płaczu.- Miałeś wejść drzwiami!
-Pukałem, ale żeście tak się śmiali, że widocznie nie usłyszeliście! Jak nie chcecie prezentów to ja sobie je wezmę!
-Nie! Rozdawaj te prezenty.- oznajmił Bill i wstał od stołu.
Żorż postawił na stół reklamówkę i zaczął nas obdarowywać. Tylko Jonna nic nie dostała bo Bill i Tom praktycznie nie wiedzieli o jej istnieniu, a Czarny chciał się mojemu tacie podlizać. Carol dostała od Toma bardzo praktyczny prezent. Dezodorant, jakieś odżywki i do tego niebieskie nauszniki.
-Czy ja też dostałam takie nauszniki?- zapytałam i zaczęłam przekopywać reklamówki.- Są! Różowe!- krzyknęłam i wyciągnęłam z reklamówki różowe nauszniki.- To od Toma?
-Taak dba, żeby nie było wam zimno w uszka.- oznajmił Bill i wytknął mi język.
Zaśmiałam się i nałożyłam mu nauszniki na uszy. Carol ganiała w swoich niebieskich i w biegu nakładała na siebie jakąś bluzkę i łańcuchy. Oczywiście od naszego modela.
-Ślicznie ci w tych nausznikach.- oznajmiłam i pocałowałam go w nos.- Może pójdziemy już na górę?
-A co rączki cię świerzbią?- zapytał i lekko uniósł prawą brew.
-Strasznie…nie mogę się doczekać, aż dobiorę się do tego twojego chudego tyłka.- zaśmiałam się.
-A kto dziś nam przeszkodzi? Jonna?
-Dziś będziemy tylko spać. Nie mam siły na nic innego.- oznajmiłam i poklepałam się po brzuchu.
-To po kiego tyle jadłaś?
-Specjalnie!
-No dobra, a teraz zbierajcie się do siebie pobawić się prezentami!- powiedział głośno tato.
-Nałożę Venie nauszniki!- krzyknęła Carol i zaczęła gonić sukę.- Vena, Vena! Będzie ci ciepło w uszy!
-A co zrobimy z tymi dwoma chłopakami?- zapytała Jonna.- Do salonu nie?
-Do salonu to ty.- powiedziałam.- Bill śpi ze mną.- oznajmiłam i zawiesiłam się mu na szyi.- Dobranoc.
Ruszyliśmy po schodach na górę. Wisiałam Czarnemu na szyi przez całą drogę do pokoju. Prawie, że wturlaliśmy się do pomieszczenia. Zaśmiewaliśmy się w głos z byle czego. Ahh wreszcie możemy pobyć razem. Zupełnie sam na sam.
_***_
Śnieg padał gęsto i pokrywał dosłownie wszystko. Od ulic po szczyty wieżowców. Młodzież biegała po ulicach i wypuszczała fajerwerki mimo, że do godziny 00:00 były jeszcze godzina. Z klubów dochodziła głośna muzyka. Niektórzy byli już wstawieni i biegali po ulicach krzycząc ,,Wesołego Alleluja”. Uśmiechnęłam się lekko i odchyliłam głowę pozwalaj aby biały puch opadał mi na usta i powieki.
-Jak walniesz w latarnie to nie zwalaj na mnie.- powiedział Czarnowłosy i objął mnie w talii.
-Prowadź mnie.- mruknęłam cicho i zamknęłam oczy.- Oddaję ci się.
Bill zaśmiał się cicho. Szłam tak z zamkniętymi oczyma, a on mnie prowadził. Nie bałam się ani trochę, wiedziałam, że w jego ramionach jestem bezpieczne, że nie mam czego się bać, że mnie obroni mimo swojej ,,kanarkowej” wagi.
-Gdzie ty w ogóle mnie prowadzisz?- zapytałam.
-Nie wiem. Idziemy przed siebie. Nie znam Helsinek przecież.
Otworzyłam oczy i rozejrzałam się. Znajdowaliśmy się zaledwie parę kroków od bloku, w którym mieszka moja babcia. Uśmiechnęłam się chytrze i wsunęłam rękę do kieszeni w poszukiwaniu kluczy.
-Zimno mi.- oznajmił Czarny i objął sam siebie.- Chodźmy do kawiarni.
-Mam lepszy pomysł.
Podeszłam do niego i złapałam za dwa sznurki, które były przyszyte do jego brązowej czapki-uszatki. Kaulitz uśmiechnął się podstępnie i położył dłonie na moich biodrach. Lekko musnęłam jego usta, a on zrobił błogą minę i oblizał się w geście zadowolenia. Zaśmiałam się i złapałam za rękaw jego kurtki i zaczęłam ciągnąć na druga stronę ulicy.
-Co ty wyczyniasz?- zapytał.
-Idziemy na ciepłą kawę.- oznajmiłam i zaśmiałam się.- Babci nie ma w domu. Wyjechała na święta, a jej grzeczna wnusia ma klucze. Zero Toma, zero Caroliny, Zero Josha, Shana i Gełorga!
-Zero Kimberly, Meggie i Gustava.- dodał.
-Właśnie.- powiedziałam i otworzyłam drzwi klatki.

Rozdział L


Otworzyłam drzwi do mieszkania i weszliśmy do środka. Czarny rozejrzał się dookoła i uśmiechnął się szeroko. Ten dom wcale nie wyglądał jak zwykły babciny domek. Był w miarę nowoczesny. Tak samo jak moja babcia zresztą.
-Łał. Wypasione mieszkanko…serio tu twoja babcia mieszka?- zapytał Bill.
-Serio, serio.
Zdjęłam buty i kopnęłam je w kąt korytarza. Kurtkę powiesiłam na wieszak i już miałam iść do kuchni gdy przypomniałam sobie, że Bill stoi dalej jak kołek i ogląda się na prawo i lewo.
-Panie Kaulitz zapraszam.- zaśmiałam się.
Wokalista powoli zdjął buty, kurtkę i czapkę. Poruszał się jak anemik. Chyba dalej do niego nie docierało, że to mieszkanie 60-letniej kobiety. Biedne dziecko.
-Kawa, herbata?
-Herbata.- odrzekł i usiadł przy stole.- Kochasz mnie jeszcze?
-Nie. A po co? Nie no dżołk. Oczywiście. Skąd te pytania?
-Nie tak po prostu.- mruknął.- Ty…tez jesteś dziewicą?
-Jak to TEŻ? Bill ty nie możesz być dziewicą.- uświadomiłam go i zaparzyłam herbatę.- Jeżeli już to prawiczkiem skarbie. A dlaczego pytasz? Chcesz wprowadzić jakieś zmiany w naszym związku?- zapytałam i usiadłam naprzeciwko niego.
-Oj tam zmiany. Ja nie potrzebuję zmian.- oznajmił i wypił łyk herbaty.- Jest mi bardzo dobrze jak jest.
-No właśnie.- uśmiechnęłam się.- Mi też.
Bill chyba nie był do końca zadowolony z mojej odpowiedzi. Tępo patrzył się w stół i powoli sączył gorącą herbatę. Bardzo jestem ciekawa co mu się zrodziło znowu w tej jego główce.
-Smaczna herbata.- oznajmił beznamiętnie.
-Piłeś kiedyś niesmaczną herbatę?
-Tak. Soloną. Czyli herbatę a’la Tom- Ziom.
Zaśmiałam się, a on tylko uśmiechnął się blado. Widocznie myślał nad czymś intensywnie bo mu się czoło marszczyło. Normalnie by na to nie pozwolił. Wypiliśmy herbatę w ciszy. Nikt się nie odzywał. Słychać było sąsiadów kłócących się piętro wyżej i jakieś płaczące dziecko piętro niżej.
-Chyba pójdę wziąć prysznic.- oznajmiłam i wstałam.- Pościel łóżko w pokoju jakbyś mógł.
-Nie idź.- mruknął i stanął naprzeciwko mnie.- Nie zostawiaj mnie.
-Przecież wrócę. Chcesz, żebym się kleiła jak Georg?
-Nie będziesz się kleić jak Żorż.- oznajmił i przytulił się do mnie.- Bo jesteś moja…prawda?
-Nie no co ty. Jestem Georgową niewolnicą.- rzuciłam ironicznie.- Co ci się tak na miłość zebrało? Gorzej ci?
-Wcale nie gorzej.- powiedział szeptem i lekko musnął ustami moją szyję.
-Bill. Możesz mi powiedzieć o co ci chodzi? Chory jesteś czy się założyłeś z Tomem, że mnie przelecisz do końca roku?
-Jak możesz tak mówić?!- krzyknął i odsunął się ode mnie.- Myślałem…myślałem, że ufasz mi..
-Billuś ja…przepraszam, ale…- powiedziałam.- Przepraszam. Poniosło mnie. Nikt do tej pory jeszcze nie miał wobec mnie dobrych zamiarów ja…
-Ja miałem od samego początku. Ja cię nie skrzywdzę. Zaufaj mi proszę.- powiedział szeptem i wyciągnął rękę w moją stronę.- Jeżeli by coś ci się nie podobało to wystarczy jedno ,,nie”. Ja nie jestem jak inni.
-Wiem…przepraszam, że w ogóle pomyślałam, że mógłbyś mnie skrzywdzić.- złapałam go za rękę, a on przyciągnął mnie do siebie.- A co będzie, jeżeli się przykleję?
-Nic. Poczekamy aż twoja babcia wróci.- odrzekł i musnął delikatnie moje wargi.
-Nikt nas nie rozłączy. Nawet Georg z piłą do drzewa. Nikt, ani nic.
Bill przejechał językiem po mojej dolnej wardze. Nie powiem, spodobało mi się. Wsunęłam ręce pod jego koszulkę i wodziłam rękoma po jego plecach. Chłopak wzdrygnął się lekko, a jego ręce zwinnie powędrowały w okolice moich pośladków.
-Kocham cię.- szepnęłam.
-Ja ciebie także, ale już nic nie mów.
Czarny zatkał mi usta pocałunkiem i powoli dążył w stronę pokoju gościnnego. Podoba mi się! Romantycznie, sami w pustym mieszkaniu. Nikt nam wreszcie nie przeszkodzi. Musieliśmy na chwilę się rozłączyć, żebym mogła ściągnąć z Billa koszulkę. Rzuciłam ją gdzieś, nawet nie wiem gdzie bo teraz to było nieważne. W pewnym momencie chłopak potknął się o łóżko i oboje na nim wylądowaliśmy. Bill przesunął się nieco, żeby zająć całe łóżko, a ja usiadłam na niego okrakiem i uśmiechnęłam się złowieszczo. Silviia górą!
-Co teraz zrobisz?- zapytał i uniósł lekko prawą brew.
Nie odpowiedziałam mu, ale za to przejechałam palcem wskazującym przez środek jego klatki piersiowej i zatrzymałam się na klamrze od paska. Rozpięłam go i rzuciłam przed siebie tak, że walnął w okno. Co tam okno, co tam pasek. Rozpięłam rozporek od jego spodni i powoli zsunęłam je z niego. Czarny drżał lekko z podniecenia. Patrzył na mnie niepewnie, a jego oczy były wielkości pięciozłotówek. Wiedziałam dobrze czym było spowodowane jego zachowanie więc przystopowałam nieco. Położyłam się obok niego i przejechałam palcem po jego rozgrzanym policzku. Wytarłam zimny pot z czoła i lekko pocałowałam go w nos. Przez to wszystko zapomniałam o molestowaniu.
-Bill…jeżeli nie jesteś goto…
-Jestem i chcę tego.- oznajmił stanowczo i podniósł się nieco.
-Rozumiem. Ja też.
Kaulitz oparł głowę na jednej ręce, a druga rozpinał guziczki mojej bluzki. Patrzyłam w jego oczy. Strach, miłość, podniecenie- mogłam to z nich wyczytać. Drżącymi rękoma zdjął ze mnie bluzkę i przejechał językiem po mojej szyi. Teraz to ja lekko się wzdrygnęłam. Chłopak całował moją szyję i powoli zaczął schodzić w dół. Chciałam mu powiedzieć, żeby uważał na zapięcie od stanika, ale nie mogłam nic wydusić. On już wsunął ręce pod moje plecy i zaczął walczyć z zapięciem. Tym razem udało mu się już za trzecim razem. Powoli pozbawił mnie go, a gdy to robił był strasznie czerwony na twarzy. Może lepiej zgasić światło? Chłopak powoli i delikatnie zaczął odsypywać moje piersi pocałunkami. Był bardzo delikatny i ostrożny jakby miał przed sobą największy skarb. Podobało mi się i to bardzo. To uczucie podniecenia…to jest nie do opisania, a kolczyk Billa dodatkowo wzmagał doznania. Wplotłam dłoń w jego włosy i jęknęłam cicho. Czarny ścisnął moje piersi nieco mocniej i zaczął lekko przygryzać sutki. Podniecenie rosło z każdą sekundą, z każdą kolejną pieszczotą. Chciałam tego, chciałam mimo wszystko, ale nie odważyłam się nic powiedzieć bo nie chciałam wyjść na seksocholiczkę, albo co gorsza na nimfomankę. Jedna z jego rąk powędrowała parenaście centymetrów niżej. Nie przestając całować moich piersi rozpiął mi rozporek. Chwilę siłował się ze spodniami bo przecież nie jest łatwo ściągnąć je jedną ręką. Delikatnie muskał opuszkami palców wewnętrzną stronę mojego uda, a ja wodziłam ręka po jego plecach i delikatnie wbijałam w nie pazurki i gładziłam jego czarne, długie włosy. Zszedł niżej i łapczywie zaczął wręcz kąsać mój brzuch. Podniecenie narastało systematycznie. Miałam wrażenie, że zaraz pęknę i na tym się skończy. Czarny przejechał językiem od pępka aż do moich ust, ale jego ręka wciąż pozostawała między moimi udami.
-Bill…zrób TO.- jęknęłam cicho i lekko ugryzłam go w ucho.
On jednak zszedł ze mnie i położył się obok. Już myślałam, że uda mi się go wyrolować, ale nie, domaga się swego. Uśmiechnęłam się lekko i przewróciłam się na lewy bok. Pocałowałam go lekko w usta po czym przeniosłam swój punkt zainteresowań na jego nagi tors. Lekko muskałam go ustami, zataczałam językiem kółka w około jego twardych sutków, a on wplatał dłonie w moje włosy i gładził mnie po plecach. Moja niesforna ręka powędrowała w stronę dolnych partii ciała czarnowłosego i zaczęłam masować jego penisa przez bokserki. Czarny jęknął cicho i wbił paznokcie w moje plecy. Delikatnie zaczęłam całować i ssać jego sutki, a ręką coraz mocniej uciskałam jego męskość. Zsunął swoje ręce na moje pośladki i zaczął je masować. Było nam dobrze jak nigdy. Zeszłam niżej i delikatnie zaczęłam całować jego brzuch. Zataczałam okręgi wokół jego pępka, a dłonią coraz mocniej napierałam na jego twardego penisa. Oddech Czarnego był znacznie przyśpieszony, serce szalało, męskość niemalże wyrywała się z obcisłych bokserek. Złapałam za gumkę od bokserek i powoli zsunęłam mu je z bioder. Wokalista leżał przede mną zupełnie nagi i podniecony do granic możliwości.
-Bill…już.-powiedziałam i zarumieniłam się lekko.
Czarnowłosy sięgnął po spodnie i z ich tylnej kieszeni wyciągnął paczkę prezerwatyw.
-Na wszelki wypadek.- oznajmił.
Usiadłam obok niego, a on jednym ruchem ręki rozerwał paczkę i szybko nałożył gumkę na swojego naprężonego członka. Ściągnął mi ostatnią cześć garderoby i rozsuną nogi na odpowiednią szerokość. Wziął głęboki oddech i powoli zaczął we mnie wchodzić. Wydałam z siebie głośny pisk spowodowany lekkim bólem. Czarny spojrzał na mnie niepewnie, a ja kiwnęłam na niego głową. Znowu wziął głęboki oddech i posuwał się nieco dalej. Czułam go coraz mocniej i głębiej. Wokalista zaczął poruszać się nieco szybciej, ale w dalszym ciągu pozostawał tym samym delikatnym Billem. Byliśmy teraz jednym ciałem, jedną duszą, zjednoczeni na wieki.
-Szybciej.- jęknęłam cicho i wbiłam paznokcie w jego pośladki.
Bill zaczął nabierać tępa. Z każda sekundą poruszał się coraz szybciej, wchodził coraz głębiej. W całym domu było słychać nasze ciężkie oddechy i jęki przepełnione rozkoszą. Spocone nagie ciała, woń męskich perfum unosząca się w powietrzu i my- jedność. W pewnym momencie straciłam kontrolę nad swoim ciałem. Wiłam się na łóżku i poruszałam biodrami, krzyczałam i wbijałam paznokcie głęboko w pośladki Czarnego. Przeszła mnie fala gorąca, zadrżałam i bezwładnie opadłam na poduszki. Bill położył się obok mnie i mruknął mi do ucha.
-Jesteś wspaniała.
-Ty także. To jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu.- oznajmiłam i lekko pocałowałam go w usta.- Kocham cię.
-Ja ciebie też.
W tym momencie usłyszeliśmy odgłosy wystrzelanych fajerwerków. Było ich mnóstwo, różnokolorowych, mniejszych i większych. Uśmiechnęłam się do Czarnego, a on odwzajemnił mój uśmiech i przytulił mnie. Ubrania porozrzucane po podłodze, kołdra w nogach, my, zupełnie nadzy wtuleni w siebie i tylko jeden Bóg wiedział co się działo tej nocy.

Rozdział LI


Krzątałam się po kuchni i zmywałam naczynia po śniadaniu. No tak, Bill zrobił to ja zmywać muszę, a on sobie siedzi w wannie i moczy to swoje chude dupsko. Mam nadzieję, że uda nam się stąd zmyć zanim babcia wróci. Ona mogła by wysnuć podejrzenia po czym zadzwonić do mojego taty i nagadać głupot.
-Możesz mi podać ręcznik?!- krzyknął Czarny z łazienki.
-Wcześniej nie mogłeś o tym pomyśleć?- zapytałam i poszłam do pokoju babci.- Możesz się wytrzeć ścierą do podłogi, leży gdzieś pod zlewem.
-Ty zabawna jak zawsze.- warknął cicho.
Wyjęłam z szafy niebieski ręcznik i podrzuciłam mu go do łazienki. Jakby wcześniej nie pomyślał o tym, że będzie musiał się czymś wycierać. Inteligent.
-Dzięki.- mruknął cicho.
-Proszę.
Nie ma to jak sprzeczka po dobrej nocy no nie? Udałam się do pokoju i wskoczyłam we wczorajsze ubrania. Babcia może wrócić w każdej chwili i zrobić nam bardzo CIEKAWY wykład na temat antykoncepcji. Ona się na tym zna skoro miała tylko jedną córkę. Niechętnie zaczęłam zbierać rzeczy Billa z podłogi. Trochę namęczyłam się zanim ściągnęłam skarpetkę z żyrandola bo zaczepiła się i rozpruła prawie do połowy. Miejmy nadzieję, że nie zauważy różnicy. Czarny wszedł do pokoju owinięty ręcznikiem i chciał mnie cmoknąć w usta, ale skutecznie się od tego wymigałam. Wokalista westchnął głośno i wziął do ręki bokserki. Wiedziałam, że pewno będzie chciał się bezwstydnie tu przebierać więc wyszłam z pokoju. Chwilę później usłyszałam głośny wrzask i aż mi serce podskoczyło do gardła.
-COŚ TY ZROBIŁA Z MOJĄ SKARPETKĄ?!- wrzasnął Bill i wyleciał z pokoju.- To moja ulubiona!
-Zaczepiła się. Nie moja wina przecież.
-Znowu zaczynasz mnie dręczyć?- zapytał i lekko zmrużył oczy.- Mam za małego czy jaki grom?!
-Nie. Za dużego, należy skrócić.- burknęłam i weszłam do kuchni.- Ubieraj się golasie bo zaraz może babcia wrócić.
-Jak to? Myślałem, że tu jeszcze trochę posiedzimy.
-Źle myślałeś. Ubieraj się.
-Ale nie…jeszcze nie.- mruknął i podbiegł do mnie.- Przepraszam. Już się nie gniewam za skarpetkę z Kubusiem Puchatkiem.
-Ale i tak musimy już iść. Babcia wróci i co sobie pomyśli? Hę?
-Zaraz, zaraz.- mruknął cicho i pocałował mnie w usta.- Nie gniewasz się?
-Nie.
Bill chciał mnie już pocałować gdy nagle usłyszeliśmy odgłos klucza w zamku. Zrobiłam duże oczy i spojrzałam na Billa. Ciągle był w samym ręcznik, a w jednej ręce trzymał pół skarpetki. W pokoju nadal panował bałagan. O nie. Boże zlitujże się.
-Ojej Babcia.- powiedziałam cicho.- Mówiłam, żebyś się ubierał!
-Powiemy, że to nie my. Zwalimy na Carol i Toma.
Popukałam się palcem w czoło i wykrzywiłam usta w grymasie. Wtedy do kuchni weszła babcia. Torby od razu wypadły jej z rąk, a oczy powiększyły się do rozmiaru małych talerzy. Czarnowłosy uśmiechnął się niepewnie i mocno złapał róg ręcznika.
-Dzień dobry.- przywitał się.- Jestem Bill.
Starsza kobieta zamrugała parę razy i usiadła na krześle. Zaczęła głośno oddychać, a my patrzyliśmy na nią z niepewnością. Miejmy nadzieję, że to jakoś przejdzie bez bicia.
-Babciu no bo wczoraj było tak zimno i my…- zaczęłam.
-Tak, tak rozumiem. Użyczyliście sobie mojego domu na imprezę, a potem kochaliście się namiętnie. Wiem ja wszystko wiem. Też byłam młoda.
-Imprezy nie było.- wtrącił wokalista.
-Sexu też nie było.- skłamałam i uśmiechnęłam się nerwowo.
-Jak to nie?!- oburzył się Bill.- Już zapomniałaś?!
-BILL!- warknęłam i walnęłam go łokciem w brzuch.
-Co? Aaa Sexu…ja źle usłyszałem bo ja ten. Ucho mam zatkane. Muszę iść w tygodniu do laryngologa.- oznajmił i zaczął grzebać palcem w uchu.
-Ale ja mam tylko nadzieję, że wiecie do czego służą gumki.- mruknęła babcia.- Nie te orbit. Odgrzać wam pierogi?
-Tak!- odrzekł Bill.
-Nie. Zaraz wychodzimy.
-Ale ja chcę pierogi!- oznajmił Czarny i tupnął noga.
-Zostaw w spokoju te pierogi.- burknęłam.- Lepiej idź ty się ubierz golasie.
-Próbuję nawiązać kontakt z twoją babcią!
-No to chociaż się ubierz!
Bill spojrzał na mnie spod byka i wielce obrażony wyszedł z kuchni. Ja też chciałam już iść, ale babcia mnie zatrzymała.
-To ten ładny ten z Tokio Motel?- zapytała.
-Nie. To ten maruda z Tokio Hotel.- poprawiłam ją.- Nic nie mów tacie. Zabije nas.
-W porządku.- zgodziła się babcia.- Ja wiem jak to jest.
Uśmiechnęłam się serdecznie i przytuliłam kobietę. Nie ma to jak nowoczesna babcia, której podoba się twój chłopak…Wiedziałam, że mam nienormalną rodzinę.
_***_
Bill siedział w kącie pokoju i rozwiązywał krzyżówkę niemiłosiernie gryząc przy tym długopis. Lubiłam na niego patrzeć. Teraz też. Roztrzepane włosy, spodnie od piżamy w choinki, biała bluzka i puszyste żółte kapciuchy na nogach. Wyglądał teraz jak 10 letni chłopiec, a ja jak 9 letnia dziewczyna. Miałam na sobie niebieską piżamę z Kubusiem Puchatkiem i włosy spięte różowymi spinkami, które dostałam od Georga na święta. Boże jakby nas ktoś tak zobaczył teraz to by było…Na szczęście Carolina i Tom gdzieś wyszli, a tato nie miałby odwagi tu wejść no, a Jonne olewam. Jedynym zagrożeniem był Geo, który spał w salonie, ale założę się, że sam lepiej nie wygląda.
-Jeszcze ci tak wsadzić lizaka do ręki i normalnie jak dziecko.- zaśmiał się Bill.
-A tobie samochodzik w łapę i czapkę ze śmigiełkiem na łeb.
-Dlaczego ze śmigiełkiem?
-Nie wiem, a tak, żeby było oryginalnie. Taką żółto-czerwoną.
-Normalnie jak dzieci.- stwierdził Bill.
-Dzieci nie uprawiają Sexu.- zauważyłam i lekko uniosłam prawą brew.
-A żebyś się nie zdziwiła! Żebyś się nie zdziwiła!
-Tom to wybryk natury więc on się nie liczy.- oznajmiłam i wytknęłam mu język.
-A tam.- Bill machnął ręką.- Nie takie rzeczy się teraz na świecie dzieją. U Ruskich to nie takie rzeczy się dzieją.
-No jak Geo zawita u Ruskich to wszystkie baby spódnice zadzierają do góry co?- zaśmiałam się.
Czarny pokręcił głową i też się zaśmiał. Nie ma to jak wspólne odgadywanie Georga, ale z drugiej strony takie życiowe tematy są fajne, ale to jeszcze zależy.
-Nie chce mi się jutro jechać do domu.- oznajmił Czarny i wypił łyk kakao.
-Po co jedziesz do domu?- zapytałam.
-No w sumie jadę do Berlina na zakupy sobie z Tomem i do mamy bo coś od nas chce. Nie wiem co, ale to chyba cos z tym sklepem. Zapłacimy odszkodowanie i będzie spokój.
-Oby, oby.- mruknęłam.- Jadę z tobą?
-Jedziesz.- odrzekł.
Już chciałam coś powiedzieć, ale wtedy zadzwonił mój telefon. Wygrzebałam się z pościeli i spojrzałam na wyświetlacz.
-Nieznany numer.- oznajmiłam i lekko zmarszczyłam czoło.- Odebrać?
-Odbierz.- poradził Bill.
Nacisnęłam zieloną słuchawkę.
-Hallo…
-Rozmawiam z Silviią Valo?- zapytała jakaś kobieta.
-Eee…tak to ja.- wydukałam.
-Miło mi Franciska Ross.


Rozdział LII


Zrobiłam duże oczy i lekko potrząsnęłam głową. Czego ta baba ode mnie chce?!
- Eee o co chodzi?- zapytałam lekko zbita z tropu.
-Dziewczyno czy ty wiesz co najlepszego zrobiłaś?!

To ona już wie? O_O
- Eee…
-Jakie ,,Eee” wiesz do czego to doprowadziło?!
-Eee…ale skąd pani wie?
-Jak to skąd?! Jak to skąd?! Od Joela!
-A skąd on wie?
-Bo mu to powiedziałaś!
-JA?! Ale co ja mu powiedziałam?!- przeraziłam się.
-No to, że już go nie kochasz!
-Aaa to.- powiedziałam z ulgą.- No a pani to co? Kochana mamusia, w której nagle odrodził się instynkt macierzyński? Hę?
-Mój syn próbował się zabić!
-CO?!- wrzasnęłam i spadłam z łóżka.
-Zadowolona jesteś z siebie?
-Ja mu nie kazałam!- warknęłam i wstałam z podłogi.- Ale…nic się nie stało prawda?
-Na szczęście nic takiego.- odrzekła.
-No to dobrze.- mruknęłam.- Wpadnę do szpitala. Do widzenia.- oznajmiłam i wyłączyłam ją.

-Co się stało?- zapytał Czarny i odłożył krzyżówkę.
-Joel próbował się zabić.- westchnęłam.- Podobno przeze mnie. Nie mogę jechać. Pójdę jutro do szpitala.- oznajmiłam.- Przepraszam.
Bill spojrzał mi w oczy i zrobił krok w tył. Wiedziałam, że się zawiódł i, że jest obrażony.
-Przecież go już nie kochasz.- powiedział i założył ręce na piersiach.
-Do Georga też bym poszła do szpitala. Zobaczę jak się czuję, opieprzę go i wrócę. To tylko jeden dzień. Zobaczymy się w Berlinie.
_***_
Gdy rano się obudziłam Billa już nie było. Zapewne się obraził i nie widziała potrzeby, żeby mnie obudzić i pożegnać się jakoś. Niechętnie wstałam z lóżka i poczłapałam wprost do łazienki. Na moje szczęście wszyscy jeszcze spali i było wolne. Umalowałam się ubrałam, uczesałam i zrobiłam wszystko co trzeba. Wróciłam do pokoju po torbę i pieniądze. Kupię Joelowi czekoladę z orzechami w biedronce i niech się cieszy pacan jeden. Nie ma co robić tylko próbować się zabijać. Nałożyłam ciemne okulary i wyszłam z domu. Skierowałam się w stronę jednego ze szpitali w Helsinkach. Po drodze na szczęście nie wpadłam na żadnych fanów. To jest ostatnia rzecz, której teraz pragnę. Pchnęłam duże drzwi wejściowe i weszłam do środka. Nie cierpiałam szpitali. Tego zapachu, tej bieli i tych jasnych świateł. Nigdy nie byłam w szpitalu od momentu gdy mama umarła. Jednak mimo wszystko ten zapach i kolory były mi dobrze znane. Mimo, że miałam wtedy 6 lat wszystko pamiętam.
-Dzień dobry gdzie leży Joel Ross?- zapytałam recepcjonistki.
-Joel Ross? Nie mamy tu takiego.- odrzekła.
-Eee…na pewno?- zapytałam.
-Ross jest na trzecim piętrze.- wtrąciła kobieta siedząca obok.- Trafił wczoraj wieczorem i…
-Dzięki.- powiedziałam.- Fachowa obsługa.- mruknęłam pod nosem.
Nie lubiłam jeździć windami więc wybrałam duże schody. Schodem po schodku wspinałam się na górę i mijałam kolejne oddziały. Zatrzymałam się na drugim piętrze i zerknęłam przez szybkę. Na tym oddziale leżała moja mama. Pamiętam to. W przed ostatniej Sali na końcu korytarza. Teraz zapewne leży tam ktoś… inny i czeka na wyrok śmierci. Czeka na to ostatnie tchnienie. Jest tam z kimś kogo kocha lub umiera w samotności…Po moim policzku spłynęła jedna łza lecz szybko wytarłam ją ręką i ruszyłam dalej. Chciałam jak najszybciej zacząć i jak najszybciej skończyć ta wizytę. Weszłam na oddział i sprawdzałam po kolei wszystkie sale. Na końcu korytarza w jednej z sal leżał Joel, a na łóżku siedziała jego matka i coś mówiła. Ross nie specjalnie wyglądał na samobójcę. Śmiał się, a w jego oczach jak zwykle błyszczały iskierki. Westchnęłam głośno po raz kolejny i weszłam do Sali.
-Dzień dobry, cześć.- mruknęłam i wymusiłam lekki uśmiech.
-Ohh Silviia.- zachwycił się brązowowłosy.- Jak to dobrze znowu cię zobaczyć!
-Ciebie też.- skłamałam.- Kupiłam ci twoją ulubioną czekoladę z orzechami.- oznajmiłam i wygrzebałam z torby słodycz.
-Nienawidzę czekolady z orzechami.- oznajmił.- No, ale liczą się chęci.
-No to może ja wyjdę.- powiedziała Franciska i wstała.- Porozmawiajcie sobie sam na sam. Mam nadzieję, że dojdziecie do porozumienia.- oznajmiła i uśmiechnęła się.
-Ja też mam taką nadzieję.- powiedział Joel.
Kobieta wyszła z Sali, a ja nieśmiało usiadłam na rogu łóżka. Ross od momentu gdy weszłam do Sali nie spuszczał ze mnie wzroku. Trochę mnie to irytowało, ale nic nie mówiłam. Zgarnęłam włosy za ucho i wygładziłam ręką białą pościel.
-Eee…jak się czujesz?- zapytałam nie patrząc na niego.
-Całkiem w porządku. Wczoraj było gorzej.
-I po co to zrobiłeś?- zapytałam.- Myślisz, że teraz do ciebie wrócę?
-Nie. Po prostu nie chcę bez ciebie żyć. Kocham cię i nie przestanę. Rozumiesz?
-Kiedyś ci przejdzie. Zawsze tak jest po rozstaniach. Daj mi spokój okej?
-Ale ja cię kocham! Kaulitz…on nie umie kochać! Dla niego ważniejsza jest muzyka i…zobaczysz, że cię kiedyś rzuci!
-Nie wiesz jak jest więc się nie udzielaj. Mogłam w ogóle tu nie przychodzić.- warknęłam i wstałam.
-Sariel! Nie idź! Usiądź. Przepraszam, na pewno jesteś z nim szczęśliwa. Pogratuluje mu jak go kiedyś spotkam. Usiądź. Porozmawiajmy ogólnie.
Usiadłam z powrotem na łóżko i odwróciłam wzrok. A mogłam pójść!
-Chyba tracisz silną wolę co?- zaśmiał się.- Normalnie byś wyszła.
-E tam.- machnęłam ręką.- Bill mi ją zabrał. Pewno razem z cnotą poszło.
Joel zrobił oczy wielkości spodków, a ja uśmiechnęłam się triumfalnie i odwróciłam głowę, zęby nie zobaczył, że się śmieje. Ross wyciągnął coś z pod łóżka. Nawet nie wiedziałam co bo nie patrzyłam.
-Silviia- zaczął i wtedy na niego spojrzałam.
Trzymał w rękach kwiaty i uśmiechał się promiennie.
-No teraz to przesadziłeś!- zbulwersowałam się i wstałam.- Wychodzę!
-Silviia nie!- krzyknął.- Muszę cię o coś zapytać!
-Szybko.- warknęłam i oparłam rękę na biodrze.- Śpieszę się do Billa.
-Wyjdziesz za mnie?! Proszę! Kocham cię!
-AA! No jasne!- krzyknęłam i zaczęłam wymachiwać rękoma.- O niczym innym nie marzę!
-Serio?!
-NIE!
-Ale zobacz ile ja ci mogę dać!
-A spadaj. Kocham Billa a nie ciebie.- oznajmiłam.- W-Y-C-H-O-D-Z-Ę!
-Mała ladacznica! Mogłaś być moją żoną!
-Wolę być jego dziwką niż twoją żoną.- powiedziałam i wyszłam z Sali.- Wszyscy jesteście pojebani! Ty i ta twoja mamusia też!- wrzasnęłam na cały korytarz.- Dajcie mi święty spokój!
-Co się stało?- zapytała matka Joela i podbiegła do mnie.
-Pani syn jest pojebany.- oznajmiłam i popukałam się palcem w czoło.- Nie dzwońcie do mnie, ani ty ani on. Kocham innego zrozumcie to idioci.
Zarzuciłam torbę na ramię i zaczęłam biec przed siebie. Ludzie ustępowali mi drogi, co za dobre dusze. Jak najszybciej chciałam się stąd wydostać To wszystko jest jedną wielką paranoją. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Szybko wybiegłam ze szpitala i złapałam pierwszą lepszą taksówkę. Dość na dziś.

Rozdział LIII


Wpadłam do domu i rzuciłam torbę na kanapę. Tato jak zwykle urzędował w kuchni, a Georg chyba dopiero co wstał bo kołdra leżała na ziemi, a jego nie było. Weszłam do kuchni i usiadłam przy stole.
-Byłam w szpitalu. Joel mi się oświadczył…- oznajmiłam i ścisnęłam szklankę w dłoniach.- To paranoja. Nie chcę tak.
-Eh. Joel ma charakter po matce. Chodziłem z nią do liceum. Okropna baba.- powiedział tato i usiadła obok mnie.- Nie przejmuj się skarbie. Takich ludzi się nie zmieni, świat bez nich był by nudny.
-No w sumie to racja.- przyznałam.- To było śmieszne. Nazwał mnie ladacznicą.
-Eh Joel, Joel. Co mu odpowiedziałaś?
-Że wole być Billa dziwką niż jego żoną.- odrzekłam z dumą.- Dobrze powiedziałam?
-No…w sumie to dobrze.- zaśmiał się tato.- Nie będziesz się już przejmować i pomożesz mi zrobić naleśniki dla tej bandy wygłodniałych owsików?
-Chętnie.- zgodziłam się.- Tom i Bill pojechali?
-Z rana ich wypuszczałem z domu. Georg został.
-Tak wiem widziałam go rano jak wychodziłam. Strasznie chrapie co?
-Okropnie.- wzdrygnął się tato.
-Co o mnie mówicie?- zapytał Żorż, który właśnie wszedł do kuchni.
-A no zastanawiamy się czy lubisz naleśniki z dżemem czy z twarogiem.- skłamał tato.- To z czym wolisz?
-I z tym i z tym.- odrzekł szczęśliwy i usiadł przy stole.
Spojrzałam na ojca i uśmiechnęłam się lekko, a on puścił mi oczko i wrócił do smażenia naleśników. Po raz kolejny potwierdza się teza, że niedaleko pada jabłko od jabłoni.
_***_
Siedziałam z Geo przed kominkiem i graliśmy sobie w chińczyka. Tato oglądał wiadomości, a Carol siedziała na górze i niewiadomo co robiła. Nie chciała grać z nami w chińczyka. Bó.
-Ha ja już mam dwa pionki w domku!- pochwalił się Żeo.- Teraz ty rzucasz.- oznajmił i podał mi kostkę.
-Ty oszukujesz!- oznajmiłam i rzuciłam kości.
-Jak ja wygrywam to niby, że oszukuję, ale jak ty wygrywasz to jest okej.- oburzył się Listing.
-Ciekawe co robi Bill.- zastanawiałam się głośno.
-Na pewno jeszcze lata po sklepach albo siedzi w domu i je trzecią kolację.- odrzekł Georg.- A czemu się zastanawiasz?
-Nie wiem…tak jakoś. Tęsknie za nim. Po cholerę ja szłam do tego Joela. Teraz żałuję. Mogłam pojechać z Billem.
-Jeżeli tak ci zależy to możemy wyjechać zaraz i zajedziemy w środku nocy. Zrobisz mu suprajs.- zaproponował Geo.- Droga nie jest śliska, pogoda ładna i nie zapowiadali deszczu, śniegu ani nic co mogłoby nam w drodze przeszkodzić.
-TAK!- krzyknęłam i wstałam.- Chodź Geo jedziemy.- powiedziałam i zaczęłam go ciągnąć za rękę.- Szybko chodź!
-Uspokój się!- Żeo wstał i otrzepał spodnie.- Przecież samochód nam nie ucieknie.- zaśmiał się.- Bill raczej też nie.
-Silviia, Georg.- zaczął tato.- A jak wam się coś stanie po drodze nie daj Boże?
-Nie bój się tatku. Georg już jeździ dwa lata.- oznajmiłam i pobiegłam na górę.- Tylko wezmę torbę!
_***_
Otworzyłam oczy i ziewnęłam. Ciągle siedziałam w samochodzie na przednim siedzeniu obok Georga. Elektroniczny zegarek wskazywał dokładnie 4: 15. Skuliłam się na siedzeniu i zamknęłam oczy, żeby dalej spać. Jeżeli zasnę to podróż mi szybciej minie.
-Zaraz będziemy.- oznajmił Żorż.- Nie zdążysz się wyspać.
-Tak mówisz?
-Tak. Jeszcze jakieś 30 minut. Za około 45 będziesz już leżała w ciepłym łóżeczku. Wyśpisz się za wszystkie czasy.
_***_
Światła samochodu oświetliły szyld na którym dużymi literami pisało ,,Loichste”. Uśmiechnęłam się pod nosem i westchnęłam z ulgą. Nareszcie. Już mnie tyłek boli od siedzenia. Georg zaparkował samochód na poboczu i oboje wysiedliśmy z wozu. Zapukałam do drzwi domu Państwa Kaulitz i poczekałam chwilę. Nikt jednak nie otworzył. Cisza. Zapukałam drugi raz, mocniej. Na pewno mocno śpią. Po trzecim razie Georg mocno zawalił pięścią w drzwi.
-Policja! otwierać. Mamy nakaz na zgarnięcie Toma Kaulitza za nielegalne pędzenie bimbru w piwnicy!
To też jednak nic nie dało. Gdzie oni są do jasnej cholery?
-Może na imprezę poszli.- myślał głośno Żorż.
-Z matką tak? Z matką na imprezę. Mądre. Boję się.
-E tam nie masz czego. Może wyszli gdzieś Np. do Andreasa.
-Dupa. Zadzwonię do Billa.
Wygrzebałam telefon z kieszeni i wybrałam numer do Czarnego. Próbowałam dwa razy, ale nie odbierał. Później zadzwoniłam do Toma. Też nic. Mam wrażenie, że cos jest nie tak. Skoro oboje nie odbierają…
-Georg…stało się coś!- krzyknęłam a do moich oczu zaczęły napływać łzy.- Dlaczego nie odbierają?!
-Spokojnie, spokojnie mała. Nic się nie stało. Na pewno wszystko jest w porządku. Są u Andreasa i nie słyszą dzwonka.- mówił Georg, ale po jego minie było widać, ze sam nie wierzy w swoje słowa.
Nie wiedziałam co mam w takiej sytuacji zrobić. Założyłam ręce na piersiach i odrzuciłam włosy do tyłu. Wiem, że stało się coś złego. Jestem tego pewna, czuję to…Poczułam jak mój telefon wibruje. Szybko wydobyłam go z kieszeni i zobaczyłam wiadomość od Toma. Otworzyłam ja…zawierała tylko adres…Adres szpitala w Magdeburgu.

Rozdział LIV


Wpadłam do szpitala i pędem ruszyłam do recepcji. Georg biegł za mną i dyszał ciężko.
-Bill…Kaulitz.- wydyszałam i zacisnęłam dłonie na ladzie.- Niech pani powie, że to tylko stłuczenie.- poprosiłam szeptem.
-Pierwsze piętro. Sala na końcu korytarza.- rzuciła beznamiętnie kobieta w białym fartuchu i odeszła.
-To na pewno nic takiego…na pewno.- pocieszał mnie Geo.
-Wierzysz w to?- zapytałam.
Listing nie odpowiedział tylko spuścił głowę i nadal próbował dotrzymać mi kroku. Przeskakiwałam po dwa stopnie. Chciałam jak najszybciej należeć się w Sali i dowiedzieć się co znowu się stało. Miałam nadzieję, że to nic takiego chociaż gdzieś głęboko w środku wiedziałam, że wcale tak nie jest. Na końcu korytarza stał Tom i chodził w kółko jakby oczekiwał dzidziusia.
-Zabiję cię Kaulitz!- wrzasnęłam przez cały korytarz i podbiegłam do niego.- Nie łaska zadzwonić i powiedzieć, że Bill jest w szpitalu?! Nie łaska?! Cham jesteś i…
-Silviia…uspokój się.- powiedział cicho Kaulitz i położył mi rękę na ramieniu.- Chciałbym cię przeprosić…głupi byłem, że z nim nie poszedłem, ale…ja nie wiedziałem, nie przewidziałem…
-Powiesz mi wreszcie o co chodzi?- zapytałam.
-Jak się uspokoisz.- oznajmił i wbił paznokcie w moje ramię.
-Jestem spokojna!- wrzasnęłam na pół korytarza.- Jestem bardzo spokojna i opanowana!
-Przestań!- warknął Tom i potrząsnął mną.- Zachowuj się! Stało się coś złego!
-Gdzie jest Bill?- zapytałam i skierowałam wzrok na drzwi od Sali i zasłoniętą szybkę.
-No bo on…lepiej wróć do domu i się prześpij…bo.
-Nie! W tej Sali tak? Idę tam.
-Nie!- Dredziarz złapał mnie za pasek i odciągnął od drzwi.- Proszę. Lepiej żebyś…
Odepchnęłam go i otworzyłam drzwi do Sali. Bałam się nieco tego widoku. Skoro Tom bronił mnie od niego tak walecznie to chyba nie jest najprzyjemniejszy. Otworzyłam drzwi szerzej i moim oczom ukazał się Bill. Leżał cały w bieli z zabandażowaną głową i odrapaną twarzą. Zamiast makijażu miał fioletowo-żółte siniaki pod oczami, a zamiast błyszczyka krople krwi spływające po ustach i brodzie. Wydałam z siebie cichy pisk i zrobiłam krok w tył. Do oczu wkradły się łzy, których tym razem wcale się nie wstydziłam. Pozwoliłam im wolno spadać po moich policzkach i rozpryskiwać się na kurtce.
-Spokojnie…nie płacz.- powiedział cicho Tom i przytulił mnie.- Nie płacz wszystko będzie dobrze. Jest pod najlepszą opieką…wszystko będzie dobrze.
Georg oparł się o ścianę i kątem oka zerknął na Czarnowłosego. Westchnął głośno i schował twarz w dłoniach. Wiedziałam, że jemu także jest ciężko. Każdemu z nas było ciężko. Ja płakałam cicho, a chłopacy tego nie okazywali, ale w środku cierpieli tak jak ja. Poznałam to po ich twarzach, po oczach. Odsunęłam się od Toma i niepewnym krokiem weszłam do Sali. Powoli zbliżałam się do Billa. Bałam się, że go obudzę mimo, że takie myślenie w tej chwili było absurdalne. Im byłam bliżej niego tym bardziej się bałam, że już nigdy nie usłyszę bicia jego serca, nigdy nie poczuję jego ciepłego oddechu, nigdy już nie usłyszę z jego ust ,,Kocham cię” ani nic innego też nie. Wygładziłam pościel tuż obok niego i powoli usiadłam. Za mną poszła reszta. Tom stał przy łóżku i trzymał rękę na moim ramieniu. Drżał. Czułam to.
-Kto ci to zrobił?- zapytałam i wytarłam łzy dłonią.- Kto i dlaczego? Co takiego zrobiłeś? Przecież nic…
-Myślisz, że cię słyszy?- zapytał drżącym głosem starszy Kaulitz.
-To, że nie może odpowiedzieć nie znaczy, że nie czuje i że nie słyszy.
-Aha…- mruknął Dred i usiadł tuż za mną.- Mogę do niego coś powiedzieć?
-Jasne, że możesz.- odrzekłam i uśmiechnęłam się przez łzy.
-Brat…wracajże szybko do zdrowia bo wszyscy już za tobą płaczemy…no…kocham cię. Eh.
Delikatnie ujęłam dłoń Billa. Byłam delikatna jakby to było najszlachetniejsze szkoło, które może pęknąć od najlżejszego ściśnięcia. Czarny miał połamane paznokcie, podrapane ręce, a na nadgarstkach odciski jakby go ktoś czymś mocno związał. Teraz nie wiem kto to zrobił, ale jak się dowiem to bójcie się sprawcy.
_***_
-CO?!- wrzasnęłam i poderwałam się z fotela.- Zgwałcony?! Ja pierdole!- wydarłam się na pół szpitala.- Ja wiem kto to zrobił!- oznajmiłam.- Tom też wie! Prawda Tom?! Zgłosiliśmy to przecież…co kurwa ta dzisiejsza policja robi?! Nie umieją nawet pijaka na rowerze złapać!
-Zgadzam się w 100%.- warknął Tomasz.
-Ale ja niestety nie mam wpływu na policję.- oznajmił lekarz i stanął przy oknie.- Stan chłopaka jest ciężki, ale myślę, że jakoś się z tego wyliże…na razie jest w śpiączce. Miejmy nadzieję, że niedługo się obudzi.- powiedział mężczyzna z wymuszonym uśmiechem.
Opuściłam gabinet i skierowałam się na pierwsze piętro. Mam dość słuchania o tym całym leczeniu. Nie znam się na tym i tak. Wolę być teraz z Billem. On dalej spał. Wyglądał jakby umarł…ale żył. Żyje i będzie żyć…musi…dla mnie, dla Toma, dla mamy. Usiadłam obok niego i nachyliła się lekko. Delikatnie przyłożyłam ucho do jego serca. Biło. Biło wolno, ale biło. Oddychał. Oddychał ciężko, ale oddychał. Żył. Był nieprzytomny, ale żył…
_***_
Kolejny miesiąc był dla nas wszystkich totalną katorgą. Odwołana trasa koncertowa, matka płacze, ojciec płacze, ja płacze, Tom cierpi. Bill dalej śpi. Nie wykazuje żadnych oznak życia. Jest jak roślina. Żyje, ale nie może nic zrobić. Nie może się ruszyć, nic powiedzieć. Słyszy, ale nic nie może zrobić. Siniaki i rany powoli się goiły. To było dla nas jedynym pocieszeniem. Jego twarz nie była już taka poturbowana. Blizny się zagoiły. Teraz wyglądał jakby po prostu spał, jakby zapadł w długi sen. Tak po prostu położył się pewnego dnia i zasnął…Przez ten miesiąc szpital stał się dla nas drugim domem. Czasami bywałam w domu żeby się przebrać i odświeżyć oraz, żeby wziąć dla Billa świeże piżamy.
-Na pewno się obudzi.
Stwierdził Tom pewnego zimowego dnia. Słońce dopiero co wstało, a my już nie spaliśmy. Jak zwykle pomogliśmy zmienić kroplówkę. Przebraliśmy Billa i znowu umieściliśmy go w łóżku. Wyglądał teraz jak aniołek w swojej zielonej piżamce w żaby. Lekko wilgotne włosy opadały na jego chudą twarz.
-Kiedy on się obudzi?- zapytałam i oparłam głowę na ramieniu Toma.
-Nie mam pojęcia, ale musimy mieć nadzieję. Czasem ludzie budzą się po 10 latach…oglądałem kiedyś taką telenowelę z babcią.
-Wcale mnie nie pocieszyłeś.- oznajmiłam.- Ale jeżeli będzie trzeba poczekam na niego 10 lat, a nawet więcej.
-Po kim jak po kim, ale po tobie bym się tego nie spodziewał.- wyznał Dredziarz.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- zapytałam i lekko uniosłam głowę.
-Byłem niemal pewien, że za ta twoją miłością do Billa kryje się jakiś podstęp. Nie wiem…żeby go zbłaźnić. Zrobić jakiś mega numer.
-To ładne o mnie zdanie masz.- warknęłam i odsunęłam się od niego.- Dzięki. Miło, że mi powiedziałeś.
-Ale…zrozum ty i twój charakter…i on…to…
-Ludzie zmieniają się pod wpływem miłości i ty powinieneś to wiedzieć.- mruknęłam i podciągnęłam nogi pod brodę.- Ja też jestem w stanie się zmienić z miłości, a jeżeli ty nie potrafisz tego zrozumieć to bardzo mi przykro. Widać twoja wyobraźnia jest BARDZO ograniczona.
-Nie kłóćmy się…- poprosił Tom.- Teraz już wiem…znaczy od jakiegoś czasu już wiem, że pomyliłem się trochę co do ciebie. Teraz mamy przede wszystkim siebie i nie możemy się kłócić.
-Masz rację. Nie możemy.- przyznałam.- Więc się nie kłóćmy. Pomilczmy razem.
Siedzieliśmy w ciszy parę minut. W Sali było tak cicho, że słychać było bicie trzech serc. Bicia były równe, jakby ustalone. Czy zawsze serca przyjaciół biją w jednakowym tempie? I co dalej będzie z Billem? Czy winny poniesie karę? Mnóstwo pytań przychodziło mi do głowy i na żadne z nich nie umiałam odpowiedzieć sobie sama.

Rozdział LV


Sen…czym jest sen? Niektórzy twierdzą, że to niepotrzebne myśli. Inni twierdzą, że rzeczy o których myślimy. Jeszcze inni, że to nasze marzenia i to czego najbardziej nam brak. A jeszcze zupełnie inni, że to coś co może się zdarzyć pod warunkiem, że nikomu o nim nie powiemy. W moim śnie był on…i ja i pole. Słońce, trawa, zero drzew, zero chmur. Jasne czyste niebo nad nami. Łąka, która nie ma końca i my. Rozmawiamy. Nie wiem o czym, ale rozmawiamy. Śmiejemy się, podnosimy głos. Moja dłoń wplata się w jego. Razem , jedność. Niby coś zwyczajnego, ale dopiero gdy to stracimy dowiemy się ile to dla nas znaczy. Jak bardzo to jest ważne i jak bardzo tego pragniemy, gdy tego nie ma. Gdy ktoś zabiera nam możliwość bycia razem, trzymania się za ręce, przytulania, a nawet rozmawiania…Gdy ktoś w tak okrutny sposób rozdziela dwoje kochających się ludzi…
-Silviia…Silviia.- usłyszałam cichy głos z oddali.
Ktoś mnie woła. Wcale nie mam zamiaru kończyć tego snu. Chcę spać tak długo jak on będzie spać i ciągle śnic ten jeden sen. Jednak dziwne głosy nie dają mi spokoju. Muszę wstać i odejść. Zostawić go i mieć nadzieję na rychły powrót. Otworzyłam oczy. Obrazek rozpłyną łąki i czystego nieba rozpłyną się natychmiastowo. Zobaczyłam przed sobą dziewczynę z kwiatami. Uśmiechała się lekko i trzymała dłoń na moim ramieniu. Rozejrzałam się dookoła. Za oknem zapadł już zmierzch. Było ciemno i padał deszcz. Krople natarczywie waliły o szyby szpitalnego okna i rozpryskiwały się na parapecie.
-Meggie.- mruknęłam cicho i usiadłam.- Jestem w tej chwili na ciebie zła.- oznajmiłam.
-Dlaczego?- zapytała przyjaciółka i usiadła naprzeciwko mnie.- Kupiłam nie te kwiaty co chciałaś?
-Nie. Miałam sen. Nie chciałam go kończyć.
-Przepraszam. Gdybym wiedziała to bym cię nie budziła.
-Wiem przecież. Kwiaty wstaw do wazonu jeżeli możesz.
Blondynka bez słowa wstała i wzięła wazon po czym wyszła z Sali. Po chwili wróciła z naczyniem napełnionym wodą. Wstawiła do niego piękne, różnokolorowe kwiaty i postawiła na szafce. One jedyne nadawały pomieszczeniu jakiś styl. Nieco go odświeżały. Lubiłam na nie patrzeć gdy tak bezsensownie siedziałam i czekałam aż Śpiący Królewicz wybudzi się ze snu. Szkoda, że to nie głupia bajka o kopciuszku. Jeden pocałunek wystarczył by, żeby wszystko wróciło do normy. Tymczasem miliony, ani nawet miliardy pocałunków nic nie zdziałają. On dalej będzie spał…
-Jakieś postępy?- zapytała dziewczyna i wróciła na miejsce obok mnie.
-Żadnych. Siniaki znikły, blizny się dobrze goją. Poza tym klapa. Żadnych zmian. Lekarz powiedział, że jeżeli chcę mogę zabrać go do domu.
-I co zrobisz?
-Nie wiem. Na razie chyba zostaniemy tutaj. Póki co tato kupił mi…to znaczy nam mieszkanie w Berlinie.- oznajmiłam i przygryzłam wargę.- Ale co mi z tego jeżeli będę mieszkać tam sama? On będzie tylko leżał w łóżku podłączony do kroplówki.- oznajmiłam i zaczęłam palcem gładzić jego dłoń.
-Zawsze w domu będzie lepiej niż w szpitalu. Będzie jakaś atmosfera, będzie miło. Będziesz w swoim małym zakątku na świecie.
-Masz rację. Spróbuję się tam przenieść jak najszybciej. Będziesz mnie odwiedzać prawda?
-Regularnie.- odrzekła i obdarzyła mnie ciepłym uśmiechem.- Wszyscy ci…wam pomożemy przez to przejść.
-Dziękuję…jesteście najlepszymi na świecie przyjaciółmi.- wydukałam.
Do moich oczu wkradły się łzy. Tym razem to były łzy szczęścia. Nie zawsze mogłam liczyć na pomoc tak licznej grupy przyjaciół. Przyjaciół oddanych, kochanych i szczerych. Nie wiem czym sobie na to zasłużyłam, nie mam pojęcia. Tylko dlaczego Bóg za moje grzechy ukarał kogoś niewinnego? Czy pokutą dla mnie jest to co teraz przeżywam?
_***_
Deszcz padał jak z cebra. Ludzie biegali po ulicach z parasolami. Uciekali do samochodów, do domów, a niektórzy chowali się pod drzewami, albo daszkami wszelkich rodzajów. Tylko ja jedna szłam środkiem chodnika bez parasola. Bez płaszcza, tylko w bluzie. Taszczyłam za sobą zakupy na następne dwa tygodnie. Nie będę codziennie rano latać do sklepu po ciepłe bułeczki. Zresztą nie mam dla kogo ich kupować. Otworzyłam stalowe drzwi od klatki i weszłam do środka. Zaczęłam wspinać się na drugie piętro. Ojciec zainwestował większość oszczędności w mieszkanie dla nas. Kupił nam średniej wielkości apartament na jednej z głównych ulic Berlina. Czteropokojowy, obszerny, wspaniale urządzony. Ja tylko nie wiem po co mi on. Dwa pokoje stoją niemalże puste. Nie ma w nich nic oprócz rupieci. Wymysły ojca. Postawiłam zakupy na ziemi i otworzyłam kluczem drzwi. Rzuciłam zakupy na stół i westchnęłam głośno. Wcale nie jest fajnie wracać do pustego mieszkania. Wiesz, że nikt cię nie przywita, a mimo to masz na to nadzieję. Schowałam wszystkie produkty do lodówki i szafek. Przebrałam się w dres i nałożyłam na nogi ciepłe papucie. Zegarek wskazywał godzinę 11. Ciekawe co byśmy teraz robili gdyby nie to co wydarzyło się dwa miesiące temu. Może właśnie bylibyśmy w drodze na kolejny koncert, a może gralibyśmy w pokera na cukierki. Teraz już tego nie było. Ta cała sytuacja zmusiła mnie do szybszego dojrzewania. Musiałam porzucić życie nastolatki i stać się dorosłą kobietą, która musi opiekować się swoim mężczyzną. Tym samym musiałam porzucić karierę gitarzystki Immortal Dream. Inni jednak tego nie zrobili. Josh nalegał, ale pod wpływem mojej siostry przyjęli kogoś innego. Jakąś inną dziewczynę i pojechali w trasę promować nową płytę. Zrobiłam sobie gorącą herbatę i udałam się na kanapę przed telewizor. Przykryłam się ciepłym kocem i powoli sączyłam napój i oglądałam ulubiony serial. Nie mogłam jednak skupić na nim całej swojej uwagi. Odbiegałam od świata do swoich myśli i znowu myślałam… ,, co by było gdyby…” Czas leciał bardzo powoli. Jednak minuta była dla mnie jak jedna godzina, jedna godzina niczym cały dzień. Wszystko cholernie mi się dłużyło, jak zawsze zresztą. Wreszcie około godziny 14 usłyszałam głośne dudnienie do drzwi. Odstawiłam trzeci już kubek na stolik i pobiegłam do drzwi. Po drodze o mało się nie zabiłam na śliskich panelach. Otworzyłam zamek i ujrzałam w drzwiach chłopaka w dredach. Bez słowa wszedł do mieszkania i przytulił mnie lekko na dzień dobry.
-Jak tam żyjesz?- zapytał i usiadł przy stole.
-A jak mam żyć?- odpowiedziałam pytaniem na pytanie i usiadłam naprzeciwko niego.- Moje życie nie ma sensu. Wiesz o tym. Żyję tylko nadzieją, a nadzieja matką głupich.
-Nie mów tak. Nie mów tak proszę. Sprawcę skazano. Wiesz o tym mała. Będzie dobrze. Jesteś silna, poradzisz sobie, a my zawsze będziemy przy tobie trwać. Gdy będzie ci źle, gdy będziesz potrzebowała się do kogoś przytulić…jeden telefon. Wsiadam w samochód i jestem za godzinę.
-Dziękuję ci…dziękuję ci bardzo. Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy…
Dredziarz uśmiechnął się lekko i ścisnął moją dłoń. On też dorósł dzięki tej sytuacji. Stał się mężczyzną, prawdziwym twardzielem. Bo to tak okrutne sytuacje wyrabiają nam charaktery i przystosowują do życia. W ten sposób Bóg robi z nas lepszych ludzi, dzielniejszych, odważniejszych i odpornych na wszelkie zło. Stawia na próbę naszą wiarę, a gdy już osiągnie zamierzony cel, gdy my spiszemy się na medal wynagradza nam to w postaci spełnionych marzeń. Piękne, a zarazem okrutne…

Rozdział LVI


1 września 2008 roku. Ten dzień powinien być niezwykle radosny. Dziś Bill kończy 19 lat. Dla nas jednak to był zwykły dzień. Wraz z tą datą nie zmieniło się nic. Nikt nie świętował…Od ostatnich 9 miesięcy nikt nic nie świętował. Nikt nie potrafił Niegdyś ważne dni, były teraz zwykłymi szarymi dniami ciągnącymi się niemalże w nieskończoność. Niechętnie wstałam z łóżka i udałam się do kuchni. Na stole stało pełno kubków po herbacie i kawie. Na podłodze walały się papierki po cukierkach, popcornie i chipsach. Na kanapie w salonie spał Tom w ubraniu. Tulił do siebie pilota od telewizora i mamrotał coś pod nosem. Westchnęłam głośno i wróciłam do kuchni, żeby zrobić gorąca herbatę. Nastawiłam czajnik i podeszłam do okna. Na podwórku było wyjątkowo ładnie. Słońce świeciło, wiał lekki wietrzyk. Otworzyłam szeroko okno, aby wywietrzy w mieszkaniu, Zaparzyłam herbatę i udałam się do salonu.
-Tomaszu Kaulitz czas wstawać.- powiedziałam głośno i postawiłam kubek z herbatą na stoliku tuż przed jego nosem.
Dred podciągnął się lekko i rozejrzał się po salonie jakby nie pamiętał jak właściwie tu się znalazł. Po chwili jednak chyba mu się przypomniało bo uśmiechnął się lekko i wziął w ręce kubek z herbatą. Czasem miała żal do Boga. Żal o to, że to wszystko spadło na Billa. Dlaczego na niego? Dlaczego nie na kogoś innego? Dlaczego…dlaczego…Wiedziałam, że myślę jak egoistka, ale on naprawdę dużo już przeżył…za dużo jak na jednego człowieka.
-Wszystkiego najlepszego staruchu.- rzuciłam beznamiętnie i wbiłam wzrok w telewizor.- Nie mam nic dla ciebie. Przepraszam.
-Spokojnie. Wcale nic nie chcę.- oznajmił.- Wracam zaraz do domu. Carolina ma przyjechać. Chcesz, żebym ją przywiózł wieczorem?
-Jest mi to obojętne.- burknęłam – Zostawiła mnie przecież dla kariery. Dlaczego niby chciałaby mnie teraz widzieć?
-Nie mów tak, nie mów. Ona…wiesz…kariera i fani i…
-Są ważniejsi niż ja.- przerwałam mu.
-Silviia…to nie tak. Na pewno był jakiś nacisk czy…nie wiem, ale to na pewno nie tak.
-Nie ważne. Nie mam ochoty o tym rozmawiać.
-Jak chcesz. Dzięki za herbatę, ale będę już leciał.- oznajmił gitarzysta i wstał.
Bez słowa nałożył buty i bluzę. Spojrzał na mnie ostatni raz i uśmiechnął się lekko po czym wyszedł cicho zamykając za sobą drzwi.
_***_
Siedziałam na kanapie i czekałam. Tom miał przywieść ze sobą Carolinę. Jakoś mi się nie uśmiechało to spotkanie. Nie byłam chyba zbyt dobrze nastawiona na te spotkanie. Bałam się, że na nią nakrzyczę, narobię jej wyrzutów i skończy się na złym. Wolałam uniknąć tego spotkania, ale oni oboje naciskali. Żałowałam, że im uległam. Wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Westchnęłam głośno i niechętnie udałam się do drzwi. Otworzyłam je. Stali tam. On i ona. Carolina nic się nie zmieniła, nie z wyglądu. Dalej miała czarne włosy, ten sam styl, ta sama fryzura. Odsunęłam się i gestem zaprosiłam ich do środka. Siostra weszła nieco niepewnie, Tom za to czuł się jak u siebie w domu. Uśmiechnęłam się lekko do niego i zamknęłam drzwi. No i co teraz będzie?
-Ładnie się urządziłaś...- oznajmiła siostra i powoli usiadła na jednym z krzeseł przy stole.- Naprawdę ślicznie.
-Dzięki.- mruknęłam bez entuzjazmu.- Coś do picia?
-Dwa razy kawę.- odrzekł Tom.
-Eee…jak tam żyjesz?- zapytała Carol.
-Nie pytaj mnie o takie rzeczy.- prychnęłam.- Tego nie można nazwać życiem.- oznajmiłam i zalałam kawę.- Lepiej ty mi powiedz jak tam trasa koncertowa.
-Silviia…wiem, że masz do mnie żal o to…o to, że nie zostałam i ja świetnie to rozumiem ale…
-Rozumiesz.- zaśmiałam się cicho.- Właśnie o to chodzi, że ty nic nie rozumiesz. Fani i trasa były dla ciebie ważniejsze. Nie widziałaś, że właśnie w takiej chwili ciebie potrzebuję. Gdyby nie Tom…kto wie co by się ze mną stało do tej pory. Zwariowałabym.
-Przepraszam…ja…ja byłam głupia, strasznie głupia. Przepraszam. Nie chciałam tego ja…nigdzie już nie pojadę. Zawiesimy działalność zespołu do czasu odwołania…Silviia proszę cię.
Bez słowa podałam im kawę i ruszyłam w stronę pokoju, w którym spał Bill. Cicho zamknęłam drzwi i usiadłam po turecku obok niego. Lubiłam do niego mówić, nawet jeżeli on nie mógł odpowiedzieć. Wzięłam w swoje ręce jego dłoń i westchnęłam głośno. Carolina się nawróciła…tylko dlaczego tak późno?
-Co powinnam teraz zrobić?- zapytałam na głos.- Myślisz, że powinnam dać jej jeszcze jedną szansę? W końcu to moja siostra…
Czarny naturalnie nie odpowiedział. Leżał cały czas w tej samej pozycji. Nie mógł mi pomoc, ale sam fakt, że mogłam przy nim być i mówić do niego trochę mi pomagał. Trochę podnosił na duchu i było nieco lżej. Uśmiechnęłam się lekko. Usłyszałam ciche pukanie do pokoju. To na pewno Carolina.
-Proszę.- powiedziałam nie odrywając wzroku od twarzy Kaulitza.
Drzwi lekko uchyliły się i do środka weszła czarnowłosa dziewczyna.
-Mogę?- zapytała i nieśmiało usiadła na rogu łóżka.
-Możesz.
-Silviia…ja wiem, że postąpiłam okropnie…wiem, że powinnam być z tobą przez te 9 miesięcy wiem, że…wiem, że zawiodłaś się na mnie…
-To dobrze, że wiesz.- powiedziałam beznamiętnie.- Ale nie masz pojęcia co ja przeżywałam przez cały ten czas. Nie wiesz jak to jest być blisko kogoś kogo się kocha bez możliwości jakiegokolwiek kontaktu. On mi nic nie powie…nie pocieszy, ani nie przytuli…Tego nie zrozumiesz, chyba, że to przeżyjesz czego ci nie życzę. I w takim momencie potrzebowałam ciebie najbardziej, ale ciebie nie było i nie mogłam na ciebie liczyć…
-Wiem…ja…naprawdę bardzo mi przykro, ale…ale teraz już będę!- wykrzyknęła i usiadła obok mnie.- Nigdzie nie pojadę! Zostanę tu i pomogę ci. Postaram się wnieść coś do twojego życia…Możesz na mnie liczyć. Będę kiedy tylko zechcesz…
Mówiła to z ogromnym entuzjazmem. W jej niebieskich oczach błyszczały iskierki nadziei, może trochę szczęścia. Chciała pomóc. Chciała naprawić swoje błędy, chciała zacząć od nowa. Miałam ochotę wykrzyczeć jej w twarz jak było mi bez niej źle, jak bardzo potrzebowałam jej pomocy i jak bardzo cierpiała gdy jej nie było. Jak często płakałam, jak często miałam ochotę zasnąć i nie obudzić się. Jednak to moja siostra, nie potrafiłam na nią krzyczeć, nie potrafiłam nigdy mimo mojego wybuchowego charakteru. A teraz…teraz przecież wróciła i należy dać jej szansę. Nie mam zamiaru tracić kolejnej bliskiej osoby.
-Silviia…powiedz coś…- poprosiła i spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem.- Ja…jeszcze raz przepraszam…
-Nie przepraszaj.- przerwałam jej.- Po prostu bądź…
Czarnowłosa uśmiechnęła się i przytuliła mnie do siebie. Oh jak to dobrze przytulić się do kogoś kogo się kocha. Tak po prostu bez zawahań, bez wstydu i bez krępacji. Poczuć wreszcie, że ktoś drugi cię kocha. Tego właśnie brakowało mi przez ten cały czas…jednak ona nie zastąpi mi Billa. Nikt go nie zastąpi chodźmy niewiadomo jak się starał…Nikt ani nic nie zastąpi prawdziwej miłości. Ani pieniądze, ani sława, fani nic…Nic, ani nikt…
_***_
Czas mijał. Kolejne miesiące tak samo nudne. Mimo, że większość z nich spędzałam z siostrą i przyjaciółmi to nic nie pomagało. Nic nie pomagało zapomnieć ani na chwilę bo tego się nie da zapomnieć.
Zmywałam właśnie ostatnie naczynia po Wigilii. W tym roku odbyła się w moim domu, ponieważ nie chciałam zostawiać Czarnego samego w święta. Może to głupie i bez sensu, ale dla mnie…eh szkoda gadać. Moje przemyślenia przerwał dzwonek do drzwi. Zdziwiłam się bo przecież wigilia się już skończyła. Może ktoś czegoś zapomniał? Ale żeby wracać po pół godziny…Wytarłam ręce i podeszłam do drzwi. Nie spoglądając nawet przez judasza otworzyłam drzwi i w tym momencie zamurowało mnie. Na sam widok tej twarzy, tych oczu…całego jego…wszystko zaczęło się we mnie gotować. Czułam, że wszystkie negatywne emocje drzemiące gdzieś na dnie mojego serca wypłyną na niego jak lawa z wulkanu. Oto on, sprawca wszystkiego, synek mamusi…Ma czelność tu przychodzić.
-Won stąd.- warknęłam.

Rozdział LVII


-Poczekaj!- krzyknął chłopak i wsunął nogę między drzwi a futrynę.-Musimy pogadać.
-Nic nie musimy! Ostatni raz po naszej rozmowie Bill został pobity…- warknęłam.- Przynosisz mi pecha.- rzuciłam ironicznie.- Idź sobie i nie czyń mojego życia gorszym niż jest.
-Nie…to nie tak! Chce ci wszystko wytłumaczyć i przed wszystkim…chce ci pomóc.
-Najbardziej mi pomożesz jeżeli zostawisz mnie w spokoju i nigdy…nigdy więcej nie pokażesz mi się na oczy.
-Silviia…nie tak chcę ci pomóc…proszę. Posłuchaj mnie!
-Nie mam zamiaru ciebie słuchać!- wrzasnęłam.- To przez ciebie Bill teraz nie może nic zrobić! Nie może nic powiedzieć! Nie może się ruszyć! Może tylko spać! To wszystko twoja wina! Nienawidzę cię!
-Ale to nie moja wina! Chcę ci wszystko wytłumaczyć! Daj mi szansę!
-5 minut. Możesz mówić.- uległam i oparłam się o futrynę.
-Ja…to nie był mój pomysł. Moja matka cię ściągnęła do szpitala. Ja nic o tym nie wiedziałem. Potem ty poszłaś, a ona powiedziała, żebym się nie martwił bo usunie problem. Nie wiedziałem o co jej chodzi, ale…przyrzekam ci, że chciałem ją powstrzymać. Prosiłem ją, ale ona powiedziała, że nie może patrzeć jak jej jedyny syn cierpi ona…nie wiedziałem. Przyrzekam. Wiedziałem, że będziesz mnie obwiniać. Chciałem ci to wszystko wytłumaczyć wcześniej, ale...wiedziałem, że nie będziesz chciała mnie widzieć…
-To dobrze wiedziałeś.- syknęłam.- Idź już…
-Wciąż szukają mojej matki.- oznajmił i złapał mnie za rękę.- Jeżeli mi uwierzysz jestem gotowy iść na policję i ją wydać. Wiem gdzie jest. Pomogę ci. Chcę ci pomóc.
-Nie wierzę ci. Nie wierzę. W tym na pewno też jest jakiś spisek.
-Nie ma! Przychodzę tu tylko i wyłącznie z czystymi zamiarami. Bez pierścionka, bez kwiatów, bez niczego. Tylko z sercem.
-Idź na policję i wszystko powiedz.- nakazałam.- Uwierzę ci ja twoja matka znajdzie się w celi tuż obok tego zboczeńca.- powiedziałam i zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem.
_***_
Tydzień po wizycie Joela mój dzwonek ponownie się odezwał. Niechętnie podniosłam się z łóżka i ruszyłam w stronę drzwi. Kto śmie zakłócać mój spokój i to o 23. O tej godzinie porządni ludzie powinni już spać…czyli ja nie koniecznie muszę. Zarzuciłam na siebie niebieski, puchaty szlafrok i ruszyłam niechętnie do drzwi. Otworzyłam je i na progu zobaczyłam Rossa. Jakoś mi się nie uśmiechała ta wizyta.
-Czego znowu?- zapytałam beznamiętnie i oparłam się o drzwi.
-Wróciłem.- oznajmił brązowowłosy.- Byłem na policji.
-Tak? I co im powiedziałeś?- zapytałam i odwróciłam wzrok.
-Wszystko co wiedziałem to powiedziałem.- oznajmił i oparł się ręką o futrynę.
-No…i co z tego?
-Powiedziałaś, że mi uwierzysz jeżeli moja matka trafi za kratki.- oznajmił i spojrzał na mnie.- Już możesz mi wierzyć.- oznajmił i uśmiechnął się nieśmiało.
-Myślisz, że tak po prostu możesz sobie przyjść i ja ci wybaczę? Potraktowałeś mnie jak sukę, wyzwałeś od dziwek. Zapewniam cię, że to wcale nie było miłe…proponowałam ci przyjaźń, ale ty…
-Ale ja byłem głupi. Wiem o tym.- powiedział i zbliżył się.
-Nie zbliżał się do mnie.- warknęłam i zrobiłam krok w tył.
-Obiecałaś, że mi uwierzysz!- krzyknął z wyrzutem.
-Nie powiedziałam przecież, że ci nie wierzę.- prychnęłam.- Ale to nie zmienia faktu, że Bill dalej…dalej śpi, a i nie myśl sobie, że rzucę ci się teraz w ramiona, gdybyś nie odstawił tej szopki nic by się nie stało.
-Naprawdę jest mi przykro…chciałem nie żyć. Nie miałem motywacji, nie było sensu…nie było zespołu, nie było ciebie!- oznajmił i zacisnął pięści.- Wierz mi, że gdybym wiedział, że to wszystko się tak potoczy…Nie zrobił bym tego…Uwierz mi proszę! Nie chcę zająć miejsca Billa w Twoim sercu…
-Nie ma mowy.- prychnęłam.
-Ja…ja po prostu chcę…zostać przyjacielem. Naprawdę chce ci pomóc.
Przewróciłam oczami i westchnęłam głośno. Jeszcze on musiał donieść mi kłopotów w postaci swoich przeprosin. Nie wiedziałam co mam zrobić. To było za trudne. Za dużo na mojej biednej głowie i coś ostatnio za łatwo wybaczam. To nie jest już ta sama Silviia. Nie ta zadziorna, wybredna mała księżniczka. Nie ta, która nienawidziła bez powodu…
-Wejdź.- powiedziałam zrezygnowanym tonem i gestem zaprosiłam go do środka.- Możemy porozmawiać.
_***_
Rozmowa po roku. Taka szczera rozmowa. Trochę wspomnień. Chyba pierwszy raz od paru miesięcy uśmiechnęłam się naprawdę. Może potrzeba mi było rozmowy z Joelem? Nie wiem. Chyba pierwszy raz w życiu gadało mi się z nim tak dobrze jak dziś. Nawet kiedy byliśmy parą tak świetnie się nie dogadywaliśmy. Chyba lepiej było zakończyć ta znajomość na etapie przyjaźni już wcześniej. Może teraz inaczej to by się potoczyło. Zamknęłam drzwi za brązowowłosym i westchnęłam głośno. Znowu zostałam sama ze swoimi myślami i problemami. Zgasiłam światło w kuchni i udałam się do pokoju Czarnego. Usiadłam na łóżku obok niego i podparłam głowę rękoma.
-Myślisz, że dobrze zrobiłam wybaczając mu?- zapytałam Czarnowłosego.- Sama nie wiem, ale dobrze mi się z nim rozmawiało…Tak jak nigdy. Od zawsze mogliśmy być tylko przyjaciółmi. Było by lepiej…prawda? Możliwe, że teraz nie leżałbyś tu tylko…może właśnie bylibyśmy w trasie Np. we Francji. Lubisz Francję prawda? Dobrze pamiętam?- zapytałam ponownie.
Czekałam na odpowiedź chodź wiedziałam, że nic nie usłyszę. Nie mógł mi odpowiedzieć. Słyszał, czuł, ale sam nie mógł…Tak bardzo chciałam usłyszeć jego głos. Jego delikatny, piękny głos.
-Odpowiedz mi wreszcie!- krzyknęłam.
Jedna samotna łza spłynęła mi po policzku. Moja psychika pada.
-No odpowiedz!- wrzasnęłam ponowie.- Tak trudno?! Powiedz coś wreszcie! Mam dość tego milczenia, leżysz tu tylko i nic nie robisz! Obudź się wreszcie! Powiedz coś!
Wrzeszczałam. Wrzeszczałam, a on nie reagował. Mimo moich krzyków i protestów nie odpowiedział, nie kiwnął nawet głową i nie zrobił nic szczególnego. Leżał jak leżał, a ja znowu płakałam. Jedna łza goniła drugą. Gonitwa, która szybciej spadnie.
-Obudź się proszę.- wydukałam.- Zrób to dla mnie. Tylko dla mnie.
Powoli i delikatnie położyłam głowę na jego klatce piersiowej i objęłam go jedną ręką. Niech to się wreszcie skończy. To bezsensowne czekanie, to życie nadzieją.
-Panie Boże daj mi siły żebym wytrzymała do końca.- powiedziałam cicho i wybuchłam niepohamowanym płaczem.
Ściskałam bezwładne ciało Billa jakbym się bała, że ktoś mi go zabierze. Łzy wsiąkały w kołdrę, a ja płakałam. Płakałam jak nigdy. Do tej pory nie pozwalałam sobie na płacz, musiałam być silna, ale teraz już nie potrafiłam. Nienawidziłam siebie. Nienawidziłam siebie za to że nie mogę teraz nic zrobić. Nienawidziłam siebie i całego świata, który tak okropnie przyjął naszą miłość. Nienawidziłam ludzi, którzy spisali nas na straty…

Rozdział LVIII


Przechadzałam się jedną z alejek parku i podziwiał piękne kolory jesieni. Coraz częściej wychodziłam z domu, aby się przewietrzyć i podziwiać przyrodę. Wreszcie po pół torej roku nauczyłam się żyć każdą chwilą. Wreszcie zrozumiałam motto Billa, słowa, które tak często śpiewał ,,Leb die Sekunde” Nauczyłam się żyć każdą dobrą chwilą, chodź teraz w moim życiu było ich niezmiernie mało. Nie bałam się także, że kiedy nie będzie mnie w domu Bill się obudzi i zrobi coś głupiego. Wreszcie jakoś ustabilizowałam swoje życie i cieszyłam się tym co mam, chodź w ukryciu płakałam za tym co straciłam.
Schyliłam się i wzięłam do ręki piękny złoto-brązowy liść klonu. Zrobię bukiet z liści…Bill też kiedyś taki zrobił. Pamiętam to jak dziś. Specjalnie dał go Meggie, żebym była zazdrosna. Teraz już mogę przyznać się, że byłam i to bardzo. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem i wzięłam kolejny liści. Tym razem czerwono-żółty. Każdy z liści był jak wspomnienie. Nie wiem dlaczego, ale tek dziwnie kojarzył mi się z dniem, w którym pierwszy raz zobaczyłam Billa. Zobaczyłam go wtedy pierwszy raz i chyba do końca życia nie zapomnę uśmiechu jaki wtedy gościł na jego twarzy. Chyba naprawdę spodziewał się całusa, a dostał autograf od wrednej gitarzystki. Kolejny- trzeci liść. Niech to będzie feralny dzień z szukaniem pierścionka, który przecież cały czas miał na palcu, a potem siedział z guzem i marudził, że wyciągnie ode mnie odszkodowanie.
_***_
Przy 25 liściu usiadłam na ławkę i westchnęłam głośno. To już nie będzie wspomnienie. To będzie marzenie. Zamknęłam oczy i skupiłam się na jednej myśli. Gdy wrócę do domu chcę, wejść do pokoju Billa, chcę go zobaczyć, usiąść obok niego, ścisnąć jego dłoń i…poczuć jak on też ściska moją. Niech tak się stanie. Niech on wróci. Niech powie, że mnie kocha. Uśmiechnęłam się szeroko i otworzyłam oczy. Mocno chwyciłam bukiet z kwiatami i zaczęłam biec w stronę wyjścia z parku. Biegłam ile sił w nogach, a nieznośny wiatr rozwiewał moje długie, brązowe włosy na wszystkie strony. Biegłam do domu z nadzieją, że stanie się tak jak chciałam, że od tej pory już wszystko będzie dobrze. Przeskoczyłam dużą kałużę i wreszcie dotarłam do metalowych drzwi apartamentowca. Otworzyłam je jednym ruchem ręki i wbiegałam po schodach przeskakując po trzy stopnie. Zatrzymałam się przed dębowymi drzwiami i złapałam oddech. Trzęsącymi się rękoma wydobyłam klucz z kieszeni i otworzyłam drzwi do domu. W pośpiechu zrzuciłam z siebie płaszcz i buty po czym popędziłam do sypialni Kaulitza. Rzuciłam się na łóżko i szybko złapałam go za dłoń. Zamknęłam oczy i uśmiechnęłam się szeroko. Nic. Zero reakcji.
-No obudź się.- wydyszałam.
Ścisnęłam jeszcze mocniej jego dłoń i mocniej zacisnęłam powieki. Gdy je otworzę chcę zobaczyć jak na mnie patrzy. Chcę zobaczyć wesołe iskierki w jego czekoladowych oczach. Powoli rozchyliłam powieki. Nic się nie zmieniło. Ja jak głupia dziewczyna uwierzyłam, że marzenie się spełni. Już nie pierwszy raz tak było i za każdym razem marzenie się nie spełniało. Usiadłam i podciągnęłam kolana pod brodę. Łzy znowu zaczęły się wymykać spod moich powiek…jeszcze niedawno oszukiwałam sama siebie, że potrafię z tym żyć, że potrafię nie płakać, że potrafię być silna. Nie potrafię. Nie potrafię z tym żyć, ale muszę, nie potrafię nie płakać, ale wcale nie chce tego robić, nie potrafię być silna, mimo, że bardzo chcę.
_***_
Następnego ranka, gdy poczułam się nieco lepiej wygrzebałam się z łóżka i rozejrzałam dookoła. Bill leżał, a obok niego liście, które wczoraj nazbierałam. Nie były już takie piękne, wyschły i pogniotły się bo nie włożyłam ich wczoraj do wazonu z wodą. Moje dobre intencje znowu szlag trafił. Narzuciłam na siebie szlafrok i mozolnie zaczęłam zbierać liście. Bez najmniejszych wyrzutów sumienia wyrzuciłam zeschłe liście przez okno, a te wylądowały na balkonie rodziny mieszkającej niżej. Mają pecha wiec niech teraz sprzątają. Poczłapałam do kuchni, aby zrobić sobie gorącą kawę. Trzeba się wreszcie obudzić. Już po 11. Zaparzyłam kawę, zrobiłam małe śniadanko i zasiadłam na kanapie przed telewizorem. Zaraz będzie powtórka Mody na Sukces. Naprawdę nie mam co robić. Muszę chyba znaleźć sobie jakieś twórcze zajęcie bo niedługo zacznę oglądać wszystkie możliwe serial. Zupełnie jak moja babcia. Chwila! Przecież nie po to uczyłam się grać na gitarze, żeby teraz kurzyła się w kącie. Wyłączyłam telewizor i poczłapałam do jednego z pokoi. W kącie stała moja gitara elektryczna. Dalej miała poprzyklejane różnego rodzaju nalepki z nazwami zespołów, których kiedyś namiętnie słuchałam. Wyciągnęłam gitarę zza jakiegoś pudła i wróciłam z nią do salonu. Przetarłam ją rękawem od szlafroka i uśmiechnęłam się lekko. Ciekawe czy jeszcze pamiętam jak się na niej gra. Pełna entuzjazmu i energii pobiegłam do pokoju, w którym leżał Bill i usiadłam obok niego z gitarą.
-Zagram ci coś i zaśpiewam.- oznajmiłam i uśmiechnęłam się.- Może nie śpiewam najpiękniej, ale najgorzej też nie.
Nastroiłam gitarę i odrzuciłam długie włosy do tyłu. No to zobaczymy co pamiętam.
-Proszę nie mów ,,muszę odejść” tyle jeszcze na nas czeka.- zaczęłam cicho.- Nawet jeśli to co było już nie wróci nawet jeśli dziś już nic, to nic nie znaczy. Zostać bo ta noc to ona płacze deszczem. Zostań bo jak nikt przynosisz mi powietrze. Nie mów proszę ,,wszystko mija” tak jak z drzew odpadną liście. Przecież po najgorszej zimie będzie wiosna nowe kwitną bzy i nikt już nikt nie będzie płakać bo ta noc…to ona płacze deszczem. Zostań bo jak nikt przynosisz mi powietrze. Zostań bo ta noc…to ona płacze deszczem tak jak ja, a ty przynosisz mi powietrze. Jak, jak nikt, jak nikt…
Uśmiechnęłam się lekko i odłożyłam gitarę.
-Mam nadzieję, że jesteś ze mnie dumny.- powiedziałam cicho i uścisnęłam jego dłoń.- Może i nie śpiewam tak jak ty, ale śpiewam to co czuję i myślę…
Wiedziałam, że jest ze mnie dumny. Czułam to i wcale nie musiałam tego od niego usłyszeć, żeby wiedzieć. Uśmiechnęłam się nieco szerzej i pogłaskałam jego dłoń.
-Teraz już będzie tylko lepiej. Oboje musimy w to wierzyć, a jeżeli ty nie możesz to ja będę za ciebie. Będę wierzyć za dwóch. Będę mieć nadzieję na lepsze dni, będę czekała na ciebie…zawsze.- szepnęłam mu do ucha i lekko musnęłam wargami jego policzek.- Kocham cię jak nikogo nigdy nie kochałam.
Leżałam tak chwilkę. Zapomniałam o Bożym świecie. Marzyłam, myślałam. Marzyłam o tym samym co zawsze. Chciałam żyć jak wcześniej. Żyć szczęśliwie, żyć z nim. W pewnym momencie poczułam dziwne drganie. To moje dłonie tak drżą?

Rozdział LIX


Łzy zaczęły zbierać mi się do oczu. Nie wiedziałam dlaczego akurat teraz chciało mi się płakać. Znieruchomiałam. Teraz to ja nie mogłam się ruszyć. Nie wiedziałam co się dzieje w około mnie. Widziałam tylko czarne włosy Billa. Szybko podniosłam głowę i rozejrzałam się w około. Praktycznie nic się nie zmieniło. Wszystko było dokładnie jak przed chwilą. Gitara leżała tam gdzie ją zostawiłam, drzwi były otwarte, wszystko stało tam gdzie stało. Nic się nie zmieniło…a przynajmniej ja tak myślałam.
_***_
Przez wszystkie następne godziny czułam się bardzo dziwnie. Byłam zaniepokojona i sama nie wiedziałam dlaczego, ale w ogóle nie wchodziłam do pokoju Billa. Nie zaglądałam w ogóle do niego od 12 czyli od momentu, w którym wyszłam z sypialni. Pierwszy raz przez pół torej roku czułam, że nie jestem w domu sama. Podejrzliwie zerkałam w stronę drzwi do jego pokoju, ale nie weszłam tam. To co teraz przezywałam to było takie jakby oczekiwanie. Oczekiwanie na cud. Zaparzyłam sobie już 6 dziś kawę. Powoli sączyłam ją i nieustannie wpatrywałam się w drzwi do pokoju, w którym leżał Czarnowłosy. Co się ze mną dzieje? Czy chcę czy nie będę musiała tam pójść. Przecież musiałam go przebrać, umyć, zmienić woreczek w kroplówce. Drżącymi rękoma uniosłam kubek z kawą do ust i wypiłam łyk. Ten dzień jest wyjątkowo dziwny. Ciągle myślałam o tym co stało się przed południem. Byłam niemalże pewna, że to nie moje dłonie drżały, ale jak to możliwe? Tak nagle z dnia na dzień…Na pewno się mylę, ale mimo tego nie chciałam jeszcze wchodzić do pokoju. Muszę wygonić z głowy te wszystkie głupie myśli. Wczoraj było tak samo, a okazało się, że jak zwykle ja i moje serce się pomyliśmy. Odstawiłam kubek i wstałam od stołu. Nie panowałam nad sobą. Nogi same mnie niosły. Wyszłam z domu i zbiegłam na dół. Sama nie wiem jakie siły mną kierowały, ale ruszyłam w stronę sklepu spożywczego.
-Po co ja to robię?- zapytałam sama siebie i weszłam do małego sklepiku.
Kupiłam wędlinę, ser, masło, bułki i inne produkty spożywcze. W sumie miałam pustą lodówkę, ale nigdy tak nie robiłam. Sama już nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Ta niepewność, te dziwne myśli. Wszystko wirowało w mojej głowie i przyprawiało mnie o dreszcze. Wróciłam do domu. Powoli weszłam do mieszkania i zdjęłam buty. Nie zauważyłam nawet, że w pośpiechu nie nałożyłam płaszcza. Rozpakowałam zakupy i dalej nie wiedziałam co mam ze sobą robić. Z jednej strony bardzo, bardzo chciałam wejść do sypialni Czarnego, ale z drugiej coś mnie powstrzymywało. Coś kazało mi jeszcze poczekać. Nie. Nie mogłam już wytrzymać. Truchcikiem podbiegłam do drzwi i położyłam rękę na klamkę, ale nie potrafiłam jej nacisnąć. Biły się teraz we mnie dwie osoby. Jedna to Silviia, która chce wejść do pokoju i zobaczyć wreszcie ukochanego, a druga to nieznajoma, która mimo wszystko powstrzymuje ja przed tym czynem. Przygryzłam lekko wargę i zabrałam dłoń z klamki. Nieznajoma miała większa siłę, niż spragniona widoku ukochanego Silviia. Wróciłam na krzesło i postanowiłam, że dokończę kawę i ułożę sobie pasjansa. Potasowałam karty i rozłożyłam je. Popijałam kawę i zamieniałam karty. Ręce i nogi mi drżały mimo tego, że w domu było jak zwykle ciepło. Próbowałam odpędzić od siebie myśli, które przyprawiały mnie o ból głowy. Jednak one ciągle wracały. Szybko przekładałam karty i oddychałam głośno. Chyba dopadła mnie jakaś wyjątkowo paskudna choroba.
-Co się ze mną dzieje?- zapytałam siebie i zebrałam karty ze stołu.- Może trzeba zadzwonić na pogotowie? Może to sepsa, albo cos w tym rodzaju.- mówiłam sama do siebie i rozrzucałam karty po stole.- To chore.- stwierdziłam i wypiłam kolejny łyk gorącej kawy.- Chyba powinnam pójść do psychologa.
_***_
Postanowiłam dziś położyć się na kanapie, żeby być bliżej Billa. Może się coś stać czy coś. Przyniosłam ze swojego pokoju kołdrę i poduszkę po czym rozłożyłam się na beżowej kanapie. Zrobiłam sobie ferweks, zażyłam witaminy oraz na wszelki wypadek gripex i ibuprom. Nie dam się grypie, sepsie, ani żadnemu innemu świństwu. Cały czas sobie wmawiałam, że jestem chora, ale gdzieś w głębi serca wiedziałam, że to nie prawda. Nie wierzyłam przeczuciu i dalej robiłam swoje.
-Może powinnam do niego zajrzeć?- zapytałam sama siebie i stanęłam przy drzwiach do pokoju Billa.- A jak mu się coś stało…może…może on nie…nie żyje i…- myślałam głośno.- Pfu. Nie można tak nawet myśleć!- skarciłam sama siebie.- Hello Bill potrzebujesz czegoś?- zapytałam i przyłożyłam ucho do drzwi.
Naturalnie nie otrzymałam odpowiedzi. Pobiegłam więc po gitarę i znowu stanęłam przed drzwiami. Wiedziałam już o czymś, ale mimo tego nie chciałam dopuścić tego do swoich myśli. Bałam się swojej reakcji i bałam się co teraz będzie. Wiedziałam, że teraz może być tylko lepiej, ale optymizm chyba już mi się wyczerpał. Zamknęłam oczy i powoli otworzyłam drzwi. Cichutko usiadłam na brzegu łóżka, tyłem do Czarnego i ścisnęłam gitarę w rękach.
-Boże jaka ja jestem głupia…- powiedziałam sama do siebie.- A ty nie odzywaj się dopóki nie skończę grać!- nakazałam i usadowiłam się wygodnie na łóżku.- Wiem, że nie umiem śpiewać tak jak ty, ale spróbuję. Dla ciebie.- oznajmiłam.
Westchnęłam głośno i przełknęłam ślinę. Głupieję na starość. Jak Boga kocham potrzebuję psychologa.
- Keiner weiss, wie ist dir geht. Keiner da, der dich versteht.- zaczęłam nieśmiało.- Der Tag war dunkel, und allein. Du schreibst Hilfe, mit deinem Blut. Obwohl es immer wieder wehtut.
Du machts die Augen auf, und alles bleibt gleich.- zaśpiewałam już nieco pewniej.- Ich will nicht störn, und ich will auch nicht zu lange bleiben. Ich bin nur hier um dir, zu sagen. Ich bin da, wenn Du willst. Schau dich um, dann siehst Du mich. Ganz egal, wo Du bist. Wenn Du nach mir greifst, dann halt ich dich.
Miałam nadzieję, że poszło mi całkiem nieźle. W sumie nie mam najgorszego głosu, a gitara to mój jedyny talent. Nieśmiało odwróciłam się przodem do czarnego. Wiedziałam co teraz będzie. Ja już wiedziałam…czułam to od samego początku. Spojrzałam na niego i zastygłam w bezruchu. Serce zaczęło szybciej bić, zrobiło mi się gorąco, krew pulsowała szybciej niż zwykle, a wszystkie te nagłe reakcje spowodowały brązowe tęczówki, które wpatrywały się we mnie bacznie przez dłuższy czas.

Rozdział LX


-Obudziłeś się.- wydusiłam z siebie ostatkiem sił.- Nareszcie.
Po policzkach zaczęły spływać mi łzy. Jednak to nie były te łzy co zawsze, te gorzkie, słone łzy pełne żalu. Po raz pierwszy od półtorej roku płakała…płakałam, ale ze szczęścia. Nareszcie wszystko się ułoży. Wszystko już będzie dobrze i nikt nie zabierze nam tego szczęścia. Nie pozwolę na to. Ochronię nas przed wszelkim złem, łzami i cierpieniem. Nie pozwolę drugi raz na coś takiego. Jeżeli będzie trzeba gotowa jestem zabić dla naszego szczęścia.
Chłopak rozejrzał się niepewnie po pokoju. Widziałam jak lekko ściska pościel w dłoniach, jak próbuje ruszać nogami. Odłożyłam gitarę na podłogę i wgramoliłam się na miejsce obok niego. Czarnowłosy zmierzył mnie wzrokiem i uśmiechnął się na tyle szeroko na ile pozwoliły mu mięśnie twarzy. Odwzajemniłam uśmiech i ścisnęłam jego dłoń. On odpowiedział mi tym samym gestem. Nie mogłam powstrzymać łez szczęścia. Opłacało się czekanie, opłacało się, opłacało się…Tak bardzo dużo rzeczy chciałam mu powiedzieć, ale nie mogłam. Nie potrafiłam nic z siebie wydusić. Sparaliżowana szczęściem po prostu siedziałam, ściskałam jego dłoń i cieszyłam się, że on odpowiada mi tym samym. Wiedziałam, że powinnam ta wiadomością podzielić się z resztą załogi, ale nie chciałam. Chciałam mieć go tylko dla siebie. Chciałam, żeby tylko mnie przytulał, tylko na mnie patrzył i tylko do mnie się uśmiechał.
-Teraz już wszystko będzie dobrze.- powiedziałam z niezwykłym entuzjazmem i odgarnęłam mu włosy z czoła.- Wiesz ile na ciebie czekałam? Dla ciebie pewnie to była chwila, ale dla mnie to aż pół torej roku. Nawet nie wiesz jak było mi ciężko. Nie możesz wiedzieć, ale teraz już wszystko będzie dobrze. Obiecuję ci, że będzie dobrze. Rehabilitacja szybko minie. Będziesz chodził, będziesz zdrowy. Może wrócisz do zespołu jak będziesz chciał.- mówiłam i głaskałam go po głowie.- Będzie dobrze.
Dopiero po chwili zauważyłam, że Kaulitz wyraźnie nie pojmuje moich słów. Patrzył na mnie z ciekawością w oczach, a jego mina mówiła ,,przepraszam, ale nie rozumiem”.
-Kim jesteś?- wydukał słabym głosem.
-Nie pamiętasz?- przeraziłam się.- Nie pamiętasz mnie?!
Czarnowłosy tylko pokręcił głową na ,,nie” i znowu spojrzał na mnie przepraszająco.
-To…to nic.- wydusiłam z siebie.- Przypomnisz sobie szybko. Nie traci się całej pamięci…jakaś jej część. Pamiętasz Toma?
Chłopak znowu pokręcił głowa na ,,nie”. Cos się skończyło i coś się zaczęło. Schowałam twarz w dłoniach i znowu zaczęłam płakać. Tym razem niestety, ale znowu gorzkimi łzami pełnymi żalu, smutku i pretensji.
_***_
-Całkowicie stracił pamięć.- oznajmił lekarz i westchnął głośno.- Często się to zdarza po śpiączkach.
Siedziałam w gabinecie ordynatora jak na tureckim kazaniu i słuchałam wszystkiego co mówił. Tzn. jednym uchem słuchałam, a drugim wypuszczałam. Ciągle myślałam o moim ukochanym, który nawet mnie nie pamiętał. Leżał w Sali zupełnie bez wspomnień. To coś jakby ktoś sformatował mu dysk twardy. Stracił wszystkie informacje. Wszystko będzie trzeba wgrywać, instalować i zapisywać od nowa. Zupełnie jak w informatyce. Jeden malutki wirus powoduje całkowita awarię systemu i utratę ważnych danych. Potem trzeba to wszystko powoli odzyskiwać, gromadzić od nowa. Tak samo będzie z Billem…
-Czy panie mnie w ogóle słucha?- zapytał mężczyzna.
-Przepraszam. Zamyśliłam się.- odrzekłam i złapałam się za głowę.- Najpierw tyle czekałam zanim się obudzi, a teraz nawet mnie nie pamięta…
-Proszę Pani wszystko da się odzyskać. Potrzeba czasu, cierpliwości. Nie stracił pamięci na zawsze. Z czasem ją odzyska tak samo jak władzę w nogach. Powoli dojdziemy do sukcesu. Gwarantuję to pani.
_***_
Wyszłam z gabinetu ordynatora i udałam się do Sali. Bill leżał w łóżku, a w około niego siedziały trzy osoby. Tom oraz Pani i Pan Kaulitz. Czarny uśmiechał się lekko. Rozmawiali o czymś. Nie słyszałam o czym. Znowu mnie czeka ból i cierpnie, znowu oczekiwanie na cud. Znowu…nie wiem czy wytrwam i tym razem. Tom odwrócił się odruchowo i na nieszczęście zobaczył mnie. Nie chciałam im wchodzić w paradę, nie chciałam im przeszkadzać. Dred wyszedł z Sali i skierował się w moją stronę. Odwróciłam się napięcie i zaczęłam iść przed siebie.
-Silviia czekaj!- krzyknął Tom i złapał mnie za nadgarstek.- Chcesz teraz tak po prostu odejść? Bill on…chciałby ci coś…
-Tak wiem, że jest mi wdzięczny i przeprasza, że nie pamięta.- przerwałam mu.- Mówił mi to jak jechaliśmy do szpitala.
-Silviia…będzie dobrze. Bardzo szybko odzyskuje pamięć! Naprawdę już pamięta mnie i mamę i tatę nawet! Na razie tylko to z dzieciństwa, ale zobacz jak szybko! Nie zdążysz się obejrzeć, a znowu będziecie gruchać jak gołąbeczki na dachu…Silviia błagam cię.
-Ja też cię błagam…zostaw mnie.- powiedziałam i wyrwałam swoją dłoń z jego uścisku.
-Chodź tam ze mną…no chodź.
-Po co? Lepiej niech na razie będzie z rodziną…może wpadnę w następnym tygodniu zobaczyć jak idzie mu rehabilitacja.- wydusiłam.
-Ty też należysz do rodziny! Nie na piśmie, ale dla wszystkich nas jesteś bardzo bliska. Nawet nie wiesz jak bardzo…i dla mnie i dla mojej mamy, dla Billa też tylko on tego nie pamięta. Pomóż mu to przypomnieć…
-Nie mam siły Tom…Już nie mam na nic siły. Rozumiesz?
-Nie. Właśnie nie rozumiem Twojego zachowania! On się wreszcie obudził1 Nie pamięta ciebie…ale to co! Przypomni sobie jak wszyscy!
-Słuchaj…To nie ty przez ten cały czas codziennie patrzyłeś na niego, przytulałeś, trzymałeś za rękę w nadziei, że się obudzi, że mnie przytuli i że powiem, że kocha. Nie ciebie zostawiła Carol, nie ty zanosiłeś się histerycznym płaczem w chwilach, w których emocje brały górę raz nie ty pierwszy raz zobaczyłeś jak otwiera oczy i usłyszałeś ,,kim jesteś”.- oznajmiłam i odwróciłam się napięcie.
Bóg znowu wystawił mnie na próbę. Mnie, moją wiarę, miłość i siłę. Uda mi się wytrwać po raz kolejny?

Rozdział LXI


Otworzyłam oczy. Znajdowałam się jak zwykle w średniej wielkości pomieszczeniu w niebieskich odcieniach. Mój pokój. Pokuj we własnym domu. Westchnęłam głośno i wbiłam wzrok z niebieski sufit, który zdobił nieduży biało-niebieski żyrandol.
I co dalej? Czy mam po co wstawać z łóżka? Czy mam dla kogo rozpoczynać nowy dzień? Mam dla kogo żyć? Kochać, marzyć, śnić…Moje życie znowu zostało pozbawione jakiegokolwiek sensu. Sama nie wiem dlaczego, ale nie potrafiłam iść do szpitala. Nie potrafiłam spotkać się z Billem i pomóc mu, nie potrafiłam chodź bardzo chciałam. Może powinnam? Co może mi dać kolejny dzień leżenia w łóżku? Nic. Tylko odleżyny na plecach i bokach.
_***_
Szybko szłam jedną z Berlińskich ulic. Z każdym krokiem zbliżałam się do szpitala. Nie wiedziałam czy dobrze robie, ale jedna wizyta tak nic nie zmieni, nic nie pomoże. Tyle, że go zobaczę. W końcu to już miesiąc jak ostatni raz go widziałam…Przy okazji zamienię dwa słowa z Tomem. Eh. Tęsknie za tymi dwoma debilami. Dlaczego życie bywa takie okrutne? Pchnęłam duże drzwi i weszłam na korytarz. Jak zwykle długie kolejki, biały wystrój i ten charakterystyczny szpitalny zapach. Skrzywiłam się i ruszyłam schodami na pierwsze piętro. Serce biło mi szybciej, a oddech stał się szybki i nierówny. Nienawidzę tego. Stanęłam przed drzwiami do Sali i dyskretnie spojrzałam przez okienko do Sali, które było nieco odsłonięte. Po raz pierwszy od 4 tygodni na moje usta wstąpił uśmiech. Bill siedział w łóżku w niebieskiej piżamie w różowe świnki i oglądał coś na laptopie. Zaśmiewał się przy tym głośno i jadł żelki. Dobrze, że przynajmniej on jest szczęśliwy.
-Ooo kogo ja widzę.- usłyszałam głos Tomasza.
-Na pewno nie mnie.- oznajmiłam nie zaszczycając go nawet spojrzeniem.- To twoje urojenia.
-Przyszłaś zobaczyć jak czuje się Bill?- zapytał nie zwracając uwagi na moją wcześniejszą odpowiedź.
-No chyba.- odrzekłam.- A po cóż by innego?
-Otóż Bill czuje się z dnia na dzień coraz lepiej. Pamięć mu wraca. Ma przebłysk. Chodzi na terapię i na rehabilitacje. Wszystko się układa.- powiedział.- Możesz iść do niego…o ile oczywiście chcesz. Ogląda Piękna i Bestię. Mnie już oczy bolą od tego jego bajek, a on nie znosi oglądać ich sam.
-Podpuszczasz mnie.
-Ja?- udał zdziwionego.- Zdaje ci się tylko.
-Nie wejdę do niego.- oznajmiłam i oparłam się o ścianę.
-Dlaczego?
-Bo on mnie już nie lubi.- odrzekłam nie odrywając wzroku od Czarnego.
-Apokalipsa!- krzyknął Tom i wzniósł ręce ku niebu.- Kyrie Erejson! Nie wygaduj durnoctw!
-No dobra pójdę.- zgodziłam się i złapałam za klamkę.- Tylko się uspokój.
Nacisnęłam na klamkę i głośno przełknęłam ślinę. Tomasz pomógł mi nieco i popchnął mnie. Bill oderwał wzrok od ekranu i uśmiechnął się lekko, a ja spłonęłam rumieńcem. Może jednak warto wszystko zacząć od nowa?
-Cześć.- powiedział wesoło Bill.- Ty jesteś pewnie Silviia nie?- zapytał.
-Eee…no tak. To ja.- przyznałam i zrobiłam krok do przodu.
-Tom mi mówił dużo o tobie.- oznajmił i zaczął szukać czegoś w komputerze.- Przepraszam, ale ja osobiście nie pamiętam nic o tobie.- dodał smutno i spuścił głowę.
-Nie jestem zła.- odrzekłam i odwróciłam wzrok.- Przynajmniej nie na ciebie…Tak czy inaczej to chyba już pójdę. Oglądaj sobie bajki.
-Nie chcesz mnie już znać?- zapytał i spojrzał na mnie z wyrzutem.- Dlatego, że nic nie pamiętam?
-Nie…nie chodzi o to, że nie chcę cię znać.- odrzekłam.- Nie wiesz nawet ile wycierpiałam kiedy spałeś. Nie wiem czy przetrwam kolejną próbę czasu, nie wiem czy wytrzymam…bez ciebie. Rozumiesz?
-Chciałbym cię kochać, ale teraz nie mogę.- oznajmił i wbił wzrok w pościel.- Chciałbym, ale muszę mieć czas, a jeżeli ty nie masz siły na mnie czekać…zrobisz co zechcesz. Może znajdziesz kogoś kto cię kocha, kto się tobą zaopiekuje…Zrób co zechcesz. To twoje życie, a ja mogę cię tylko przeprosić.
-Czy ty…czy ty mi właśnie dałeś kosza?- zapytałam i zrobiłam duże oczy.
-NIE! Oh, źle mnie zrozumiałaś. Nie potrafię się nawet dobrze wysłowić.
-Pójdę już.- oznajmiłam i zwróciłam się w stronę drzwi.
-Nie, nie idź.- poprosił.- Zaraz mam rehabilitację. Pójdziesz ze mną?- zapytał z nadzieją w głosie.
Westchnęłam głośno i wbiłam wzrok w szafę. Może warto spróbować? Może warto zacząć od nowa? Może znowu się we mnie zakocha, może znowu zaufa…może. Może warto zacząć od nowa, spróbować.
Śnij ze mną o tym co już było wierz mi wrócą do nas piękne dni…
-Pójdę.- zgodziłam się.
Czarny uśmiechnął się promiennie. Jak to dobrze, że on jest szczęśliwy…Ja już nie muszę. Poradzę sobie z tym chodźmy nie wiem co. Przejdziemy przez to razem…
Podeszłam do Billa i pomogłam mu wgramolić się na wózek.
-Tylko mów mi gdzie mam jechać bo ja nie wiem.- oznajmiłam i uśmiechnęłam się lekko.
-Dobrze. Będę.- obiecał.
Wyjechałam z nim z Sali. Tom siedział na krzesełku i czytał gazetę. Spojrzał na nas z nad niej i uśmiechnął się lekko. Nic nie musiał mówić. Jego wzrok i uśmiech mówiły ,, a nie mówiłem?”. Energicznie pchnęłam wózek z Czarnym do przodu. Tak. Jak to dobrze chociaż przez chwilę poczuć się naprawdę szczęśliwą. Szczęście dawało mi każde jego spojrzenie, każdy uśmiech i każde słowo. Nawet każdy pojedynczy ruch. Nagle z jednej z sal wyszła jakaś dziewczyna. Miała na sobie białą piżamę, a długie czarne włosy opadały na jej chude ramiona.
-Cześć Bill.- powiedziała cicho i uśmiechnęła się blado.
-Hey.- odrzekł Czarny i obdarzył ją ciepłym uśmiechem.
Zacisnęłam lekko wargi i zaczęłam szybciej iść. Jeszcze tylko tego brakuje, żeby jakaś dziewczyna mi go odbiła. Czarny odwrócił się do mnie i spojrzał na mnie jakoś tak dziwnie. Uśmiechnęłam się do niego nieco krzywo i odwróciłam wzrok.
-Kto to był?- zapytałam po chwili.
-Moja koleżanka.- odrzekł.- Była ze mną przez ten miesiąc kiedy ty topiłaś swoje żale w soku pomarańczowym.- prychnął.
-Nie topiłam swoich żalów w soku pomarańczowym.- warknęłam.- Po prostu myślałam. Musiałam sobie to wszystko przemyśleć.
-Przemyśleć? A co? To czy warto jeszcze mnie kochać? Bo po co komu potrzebny kaleka bez pamięci.- mruknął i zacisnął dłonie na oparciach wózka.
-Nie waż się tak mówić!- powiedziałam stanowczo.- Nie rób z siebie kaleki bo wcale nim nie jesteś. Parę miesięcy rehabilitacji i będziesz wykonywał normalnie wszystkie czynności, a pamięć wróci całkowicie szybciej niż myślisz.
-Ale…tym, że nic nie pamiętam ranię niektórych. Ciebie najbardziej.
-No i co z tego. To przecież nie jest twoja wina. O już jesteśmy.
Pielęgniarka pomogła wstać Czarnemu z wózka i zabrała go do Sali. Ja poszłam za nimi. Chcę mu towarzyszyć w chwilach, w których będzie przezwyciężał problemy, przeskakiwał przeszkody. Chcę być z nim w chwilach, w których powoli wraca do prawdziwego życia.

Rozdział LXII


Cisza, spokój, biały pokój. Zgaszone lampy, zamknięte drzwi. Światło księżyca oświetlające kawałek jego twarzy. Piękny widok. Na twarzy Czarnego malował się spokój. Uśmiechał się lekko przez sen. Na mojej twarzy także gościł lekki, blady uśmiech. Z każdym dniem było coraz lepiej. Udało mi się wytrzymać cały miesiąc. Miesiąc rehabilitacji, oglądania bajek i opowiadania jak to kiedyś było. Teraz było mi już lżej. Czarny co prawda jeszcze nie przypomniał sobie mnie, ale chyba na nowo utworzyła się miedzy nami silna więź. Chodziłam z nim na rehabilitacje, do psychologa, który pomagał mu przypomnieć sobie wszystko, czasami, jak teraz Np. zostawałam na noc w szpitalu by patrzeć jak śpi. Patrzeć jak śpi i być pewną, że rano się obudzi i powita mnie promiennym uśmiechem. Tak. Dla tych chwil warto było żyć, warto było tu przychodzić, warto było czekać. W pewnym momencie odruchowo spojrzałam w lewą stronę. Zobaczyłam, że za szybką z której można było oglądać salę z korytarza stoi ta czarnowłosa. Patrzyła się na Billa takim dziwnym wzrokiem. Zupełnie takim jakim ja na niego patrzyłam zanim byliśmy razem. Wzrokiem, który ukazywał, że czuje do niego coś głębszego, że chce być…z nim, przy nim. Zawsze. Zupełnie tak jak ja. Dlaczego? Dlaczego teraz kiedy było między nami dobrze pojawia się ktoś trzeci? Przecież Czarny może zakochać się właśnie w niej, szczególnie, że się znają i podejrzewam, że spędzali ze sobą dużo czasu kiedy mnie tu nie było. Nie oddam go bez walki. Wstałam z łóżka i podeszłam do szybko. Uśmiechnęłam się nieco krzywo do dziewczyny i jednym ruchem ręki pociągnęłam za zasłonkę i zasłoniłam okienko. Obudziła się we mnie moja pierwotna wredota.
_***_
Otworzyłam oczy i wyciągnęłam się lekko. Wyjątkowo dobrze mi się spało. Jak nigdy w szpitalu. Podniosłam lekko głowę i nieco się zdziwiłam. Zamiast siedzieć na krzesełku leżałam na skrawku łóżka tuż obok Billa. Coś mi umknęło z wczorajszej nocy? Złapałam Bill za dłoń i potrząsnęłam ją lekko.
-Hej Książe, a co ja tu robię?- zapytałam i lekko uniosłam głowę.
-Sama się tu położyłaś. Nie pamiętasz?- zdziwił się lekko.
-Nie.- zaśmiałam się i położyłam głowę z powrotem na łóżko.- Która teraz jest godzina?
-Zaraz będzie 9.- odrzekł.
-O to za chwilę masz rehabilitację!- wykrzyknęłam i już rwałam się do wstania z łóżka.
-Spokojnie.- powiedział cicho i przytrzymał mnie ręką.- Dzisiaj niedziela. Dzisiaj wolne, nie ma rehabilitacji.
-Oh no tak.- przyznałam mu rację.- Jakaś zakręcona jestem ostatnio.
Czarny zaśmiał się cicho, a na moje usta znów wstąpił uśmiech. Jak dobrze jest znowu leżeć obok niego, móc go przytulać i trzymać za rękę. Mam wrażenie, że jesteśmy na dobrej drodze. Billowi wraca pamięć i nie wykluczone, że znowu zaczyna coś do mnie czuć. Jednak wolę go teraz o to nie pytać, żeby się nie speszył. Poczekam i zobaczę co przyniesie los, co zmieni czas. Jak na razie wszystko zmienia się na lepsze i mam nadzieję, że moje dalej będę kroczyć drogą szczęścia. Droga usłaną różami, wdychać powietrze przepełnione uczuciami aż w końcu dojdę do jej końca i osiągnę swój cel. Odzyskam Billa i znów będzie tylko mój i tylko dla mnie.
-O czym myślisz?- zapytał Czarny i pogłaskał mnie po głowie.
-Myślę co z nami dalej będzie.- odrzekłam i spojrzałam na niego.
-Myślę, że będzie dobrze. Jesteś naprawdę wspaniałą dziewczyną, dużo dla mnie znaczysz…Bardzo dużo.
Uśmiechnęłam się ponownie i mocno ścisnęłam jego dłoń. Ah jak mi dobrze.
-A co z ta twoją koleżanką?- zapytałam.- Wczoraj patrzyła na ciebie jak spałeś, ale zasłoniłam okno!- oznajmiłam.- Mam wrażenie, że jest w tobie zakochana.
-To tylko moja koleżanka. Znajoma. Rozmawialiśmy i w ogóle. Nic jej nie obiecywałem, ani nie dawałem, żadnych znaków, że między nami może coś być.
-Ale jest w tobie zakochana.- burknęłam i usiadłam.- Jestem tego pewna.
-Oh ktoś chyba jest zazdrosny.- zaśmiał się Bill.- Między nami nic nie było i nic nie będzie.- oznajmił.
-A ja? Co ze mną?
-Ty…jesteś moją przyjaciółką. Pomagałaś mi, byłaś przy mnie nawet kiedy spałem. Przez ten cały czas…byłaś i jesteś. Jestem ci bardzo wdzięczny, ale…
-Ale mnie nie kochasz.- westchnęłam głośno i odwróciłam wzrok.- Rozumiem.
-Gdybym mógł to zmienić…- westchnął głośno i ują moją dłoń.- Wszystko przyjdzie z czasem.
-Tak…masz rację.- zgodziłam się.- Wszystko przyjdzie z czasem…
_***_
Mijały kolejne dni, tygodnie. Minął miesiąc. Moje relacje więzi z Billem zacisnęły się jeszcze bardziej. Coraz częściej sypiałam w szpitalu, byłam z nim na każdej rehabilitacji, razem z nim stawiałam pierwsze kroki. Przypominałam mu chwile z naszego bycia razem z tego jak się kłóciliśmy, z tego jak robił casting na chłopaka dla mnie i oszukiwał. Było wspaniale. Z dnia na dzień coraz lepiej, coraz bliżej, coraz częściej się uśmiechaliśmy. Znowu było nam dobrze, razem, te rozmowy, gesty. To wszystko składało się w jedną pasującą całość.
Pchnęłam drzwi do niewielkiej kawiarenki i szybki krokiem weszłam do środka. Byłam już spóźniona 10 minut. Odnalazłam wzrokiem bruneta siedzącego przy stoliku obok okna i ruszyłam w jego stronę. Tak naprawdę nie wiedziałam czego Joel znowu ode mnie chce, ale bez wahania zgodziłam się na spotkanie. Przecież jesteśmy teraz dobrymi przyjaciółmi. Przywitałam przyjaciela promiennym uśmiechem i usiadłam naprzeciwko niego. Przyjrzałam mu się dokładnie i nie zobaczyłam w nim żadnych zmian oprócz lekkiego zarostu na twarzy.
-Dzień dobry pani.- przywitał mnie i uśmiechnął się lekko.
-A witam pana, witam. Jaki jest powód tego spotkania?
-Chciałem po prostu porozmawiać. Dowiedzieć się co tam u ciebie i Billa.- odrzekł.- No to słucham proszę pani.
-Ah. No jest bardzo dobrze.- oznajmiłam i lekko się zarumieniłam.- Bill chyba zaczyna…coś do mnie czuć. Tylko nie mów nikomu, że tak myślę!
-Nie mam zamiaru, nie bój się nie powiem nikomu.- zapewnił mnie.
-Jest bardzo dobrze. Bill już prawie chodzi, co prawda z czyjąś pomocą, ale jest super. Pamięć mu wraca, nie ma powikłań. Wszystko jest na jak najlepszej drodze. A co tam u ciebie?
-A no nic ciekawego. Matka chce się ze mną spotkać. Nie wiem po co, ale nie mam zamiaru się z nią widzieć. Ojciec był na mnie zły, ale po jakimś czasie mi wybaczył.
-No to widzę, że u ciebie też się układa.- ucieszyłam się.
-No w sumie tak. Szkoda tylko, że sprawy sercowe się nie układają.- westchnął głośno.
-Ah i to zacznie się układać!- powiedziałam z entuzjazmem.- Zobaczysz, że tak będzie.
Joel uśmiechnął się lekko i spojrzał za okno. Wiedziałam o co mu chodziło gdy mówił o sprawach sercowych. Wiedziałam o tym, że ciągle coś do mnie czuje, wiedziałam, że chciałby do mnie wrócić, że chciałaby przy mnie być. Wiedziałam też co czuł, wiedziałam bo sama to przeżywałam i w pewnym stopniu nadal przeżywam. Z przemyśleń wyrwał nas dzwonek mojego telefonu.
-Przepraszam na chwilę.
Szybko wybiegłam z kawiarenki i spojrzałam na wyświetlacz. Dzwonił Bill. Czyżby coś się stało?

Rozdział LXIII


Szybko odebrałam.
Bill stało się coś?- zapytałam.
-Ohh nie.- odrzekł spokojnie.- Dlaczego miało by się coś stać?
-No bo dzwonisz.- odrzekłam.- Przestraszyłam się.
-Nie bój się. To, że dzwonie wcale nie znaczy, że coś się stało.
-No tak w sumie tak. Więc o co chodzi?
-Kiedy przyjedziesz do szpitala?- zapytał.
-Przecież ci mówiłam, że idę na spotkanie z Joelem.
-No tak, ale mogłabyś już wrócić!- oburzył się.
-Dopiero przyszłam do kawiarenki i już musiała wyjść.
-No to szybko kończ z tym Joelem i wracaj do mnie bo Tom dostarczył mi nową reklamówkę bajek!
-OH BILL! Dajże spokój!- zaśmiałam się.- Do zobaczenia.
-A idź sobie idź do niego. Cześć!

Schowałam telefon do kieszeni i uśmiechnęłam się triumfalnie. No i kto tu teraz jest zazdrosny?
_***_
Wracając ze spotkania z Joelem postanowiłam jeszcze wstąpić do sklepu i kupić Billowi owoce. Mandarynki ze wczoraj już wszystkie zjadł. Kupiłam dwa kilo owoców i szczęśliwa kroczyłam w stronę szpitala. Wspaniały dzień. Najpierw szczera, pełna humoru rozmowa, a teraz idę do Billa. Co prawda wolałabym wracać do domu, a nie do szpitala, ale na razie musiało mi to wystarczyć. Weszłam do szpitala i udałam się jak zwykle na drugie piętro. Ten zapach, ten wystrój, ci ludzie. To wszystko powoli przestało mnie męczyć. Stało się to dla mnie czymś normalnym, czymś co działo się codziennie, stało się rutyną. Po drodze na korytarzu minęłam ta dziwną czarnowłosą dziewczynę. Rzuciła mi ukradkowe spojrzenie i szybko mnie wyminęła jakby się czegoś bała. Ciekawe co jej o mnie nagadali. Weszłam do Sali Billa i od razu się uśmiechnęłam. Chłopak miał na sobie piżamę z krótkim rękawem i spodenkami. Była koloru niebieskiego, na spodenkach znajdowało się wiele małych, żółtych kaczuszek, a na bluzce jedna duża.
-Cześć.- przywitałam go wesoło.
-O już jesteś.- ucieszył się.- Zaniedbałaś mnie dziś.
-Oh nie prawda. Nie zgadzam się. Byłam tylko na spotkaniu z Joelem!- oznajmiłam i usiadłam naprzeciwko niego.
-Tak TYLKO na spotkaniu z Joelem.- burknął i zaczął obierać mandarynkę.- Dobrze, że przynajmniej kupiłaś coś dobrego.
-Była u ciebie nie? Ta dziewczyna? Kim ona w ogóle jest i jak się nazywa?
-Już ci przecież mówiłem, że to tylko moja koleżanka.- odrzekł.- Nazywa się Ann i ma 16 lat, ale nie chce mi powiedzieć czemu leży w szpitalu. A ten Joel to co to za typ?
-Długa historia. Joel to mój były chłopak…był przed tobą. Potem z nim zerwałam…Ah długa historia.
-Masz rację. Niedługo sobie przypomnę.- oznajmił wesoło i machnął ręką.- A biłem się z nim o ciebie?- zapytał.
-A biłeś.- odrzekłam i zaśmiałam się cicho.- Kiedyś tam się biłeś.
Bill uśmiechnął się triumfalnie i lekko uniósł głowę do góry. Nie wiem dlaczego dla nich jest takie ważne żeby pobić się o dziewczynę. Satysfakcja? Możliwe. Duma? Także. Pokazanie się jako bohater? Na pewno. Ah ci chłopcy.
_***_
Obudziłam się w swoim łóżku. Sobotni poranek we własnej pościeli, w swoim pokoju, a nie jak prawie co dzień w szpitalu. Wyciągnęłam się w łóżku i ziewnęłam głośno. Od dawna tak dobrze nie spałam. Wstając z łóżka poczułam siłę na wszystko. Wstałam prawą nogą, dzień zaczął się dobrze i miałam siłę na wszystko. Mogłam zrobić wszystko i stawić czoła światu. Niemalże cała w skowronkach pobiegłam do kuchni, aby zrobić sobie rozgrzewającą herbatę. Zapowiada się wspaniały dzień mimo, że było dopiero po 6. Byłam przyzwyczajona do wstawania o takich porach, ponieważ na skrawku szpitalnego łóżka nie można było się dobrze wyspać. W przeciągu paru minut zrobiłam to co musiałam. Poranna toaleta, lekki makijaż, ubranie się, śniadanko i takie inne damskie sprawki. Przed 7 wyszłam w domu i po drodze do szpitala oczywiście wstąpiłam do sklepu. Kupiłam owoce, gazetę i rozgrzewające Zubki w proszku. Do szpitala dojechałam autobusem bo jak najszybciej chciałam znaleźć się przy Billu. Chciałam zobaczyć jeszcze jak śpi, chciałam zobaczyć radość na jego ustach gdy się obudzi. Przed szpitalem poślizgnęłam się na topniejącym śniegu i mało nie wyrżnęłam orła na parkingu, ale nawet nie mogło zepsuć mi humoru. Żwawym krokiem weszłam do szpitala i jak zwykle zostałam przywitana uśmiechem pielęgniarek. Wszystkie mnie już znały. Szybko wbiegłam po schodach na drugie piętro i wtedy wpadłam na tą czarnowłosą dziewczynę. Nie wyglądała najlepiej. Worki pod oczami, blada cera, smutny wzrok.
-Ty jesteś Silviia…prawda?- zapytała.
Jej ton głosu był przepełniony smutkiem, żalem. Wyglądała jakby zaraz miała zakończyć swój żywot. Była na wykończeniu.
-Eee…tak to ja.- odrzekłam.- A o co chodzi?
-Musimy porozmawiać.- oznajmiła i położyła dłoń na moim ramieniu.
-My porozmawiać?- zdziwiłam się.- A o czym?
-O Billu.- odrzekła.
Chce ze mną rozmawiać o Billu? Nie zapowiada się za dobrze. Czyli to już koniec mojego wspaniałego dnia. Mam wrażenie, że znowu wszystko się spieprzy.
-Dlaczego chcesz rozmawiać ze mną o Billu? Stało się coś?
-Nie wiem jak to określić.- wydukała.- Ale…chciałabym cię o coś prosić.
-Już…chodźmy na krzesła.
Pomogłam jej usiąść. Położyłam dłonie na kolanach i westchnęłam głośno. Coś się szykuje.
-Chciałabym cię o coś prosić. Wiem, że to strasznie…nietaktowne wręcz chamskie z mojej strony, ale…przed końcem chciałabym zaznać chodź trochę szczęścia…- wymamrotała ze wzrokiem wbitym w podłogę.
-Ale…co ma z tym wspólnego Bill?
-Bo…to właśnie on jest moim szczęściem.- odrzekła i spojrzała na mnie.- Tylko o nim marzę ja…
-Nie.- powiedziałam cicho i pokręciłam głową.- Tylko nie to.

Rozdział LXIV


-Nie.- powiedziałam cicho i pokręciłam głową.- Tylko nie to.
-Silviia…ja naprawdę jest mi strasznie głupio, ale zrozum mnie proszę. Nie mam nikogo. Tato umarł dwa lata temu, a matka zostawiła mnie w szpitalu gdy tylko dowiedziała się o mojej chorobie. Od tamtej pory ciągle tu lezę. Od tamtej pory w ogóle nie zaznałam szczęścia. Dopiero gdy poznałam Billa…on był taki pełen energii, z entuzjazmem, radosny mimo, że nie pamiętał nic, nie mógł chodzić, ani wykonywać wszystkich czynności. Mówił o tobie, mówił, że gdy się obudził to zobaczył ładną dziewczynę…dużo o tobie mówił, jego brat też. Bill zaraził mnie swoją energią, swoim entuzjazmem, ale później pojawiłaś się ty…
-Oh ja kocham Billa i byłam z nim przed jego wypadkiem.- oznajmiłam.- Było nam naprawdę dobrze razem. On…był molestowany. Ah to długa historia. Został brutalnie zgwałcony i pobity, zapadł w śpiączkę. Przez półtorej roku trwałam przy nim, a on się obudził i nie pamiętał. Nie pamiętał mnie. Załamałam się i dlatego nie przychodziłam do niego przez miesiąc, ale wróciłam. Przez ten cały czas utworzyła się między nami silna więź. Ponownie staliśmy się sobie bardzo bliscy.
-Ale…zostaw go.- poprosiła i złapała mnie za rękę.- Nie mówię na zawsze. Na jakiś czas ja…
-Nie ma mowy!- warknęłam i wyrwałam jej swoją dłoń.- Za długo na niego czekałam. Za długo.
-Ale…proszę…nie prosiłabym cię o to gdyby nie było to dla mnie takie ważne. To tylko na jakiś czas to…
-NIE!- odmówiłam stanowczo.
-Ale…zrozum mnie, proszę. To tylko na jakiś czas, nie na długo. Ja…chciałam bym zaznać trochę szczęścia…nie chcę się z ni kochać, ani całować. Po prostu, żeby był przy mnie, żeby potrafił przytulić. Nie na długo tylko do momentu, aż odejdę z tego świata.
-To rzeczywiście niedługo.- prychnęłam i założyłam ręce na piersiach.
-Jestem chora na białaczkę.- wyznała i spuściła wzrok.- Lekarze nic nie mówią, ale ja czuję, że niedługo umrę. Nic mi nie pomaga. Z dnia na dzień jestem coraz słabsza. Tracę ostatnie siły. Usycham jak roślina bez wody…Miesiąc góra dwa i będziesz miała go z powrotem dla siebie.
Jej słowa totalnie zbiły mnie z tropu. Nie wiedziałam co mam zrobić z jednej strony bardzo kocham Billa i nie chcę go zostawiać, ale z drugiej ona. Ta dziewczyna. Także go kocha i jest chora, jeżeli jej go nie odstąpię…umrze sama w samotności, nie kochana przez nikogo. To przecież tylko dwa miesiące. Tylko tyle. Jeżeli wytrzymałam do teraz to wytrzymam także i te dwa miesiące. Nie chciałam go zostawiać, ale w takiej sytuacji… Łzy już zaczęły cisnąc mi się do oczu, wargi już drżały, już gula stała mi w gardle.
-Niech będzie.- wydukałam i wstałam powoli.- Powiem mu, że muszę wyjechać na jakiś czas.
-Dziękuję ci…nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy! Wiem, że teraz ty będziesz cierpieć…
-Tyle się już wycierpiałam, że mogę jeszcze trochę.- oznajmiłam i uśmiechnęłam się blado.
Płomyk radości w moim sercu znowu zgasł. Znowu muszę zostawić Billa dla biednej dziewczyny, która niedługo umrze i chciałaby z nim spędzić trochę czasu. To tylko dwa miesiące. Potem wrócę tu do niego i znowu będziemy razem. Znowu wszystko będzie dobrze. Weszłam do Sali Czarnowłosego. Bill siedział w łóżku i rysował coś ołówkiem na białej kartce.
-Cześć!- wykrzyknął na mój widok.- Chcesz zobaczyć co narysowałem?- zapytał.
-Nie. Przykro mi, ale jestem tu tylko na chwilę.- oznajmiłam i podeszłam do niego.
-CO?! Dlaczego?1- wykrzyknął.
-Muszę wyjechać…ale wrócę spokojnie. Za miesiąc za dwa wrócę. Szybko minie.
-Nie!- krzyknął.- Nie jedź! Nie zostawiaj mnie proszę, nie jedź!
-Muszę Bill muszę.- powiedziałam smutno i usiadłam obok niego.- Nie chcę, ale muszę.
-Po co? Gdzie? Z kim?
-Eee…już ci mówiłam o zespole. Musimy pojechać w krótką trasę.- skłamałam i ścisnęłam jego dłoń.- To tylko dwa miesiące…Szybko zleci.
-Ale…chcę żebyś chodziła ze mną na rehabilitacje!
-Tom będzie z tobą chodził i na bieżąco będzie mnie o wszystkim informował.
-To nie będzie to samo! Nie zgadzam się!
-Przepraszam, przepraszam cię. Tak bardzo cię przepraszam.- załkałam i przytuliłam go.- Czasem tak trzeba.
-Mam wrażenie, że kłamiesz.- oznajmił i przejechał dłonią po moich plecach.
Nie odpowiedziałam mu. Wtuliłam się w niego i objęłam jak najmocniej mogłam. Wiedziałam, że zaraz będę musiała wyjść ze szpitala i już nie wrócić przez kolejne dwa miesiące. Znowu go nie zobaczę. Odsunęłam się lekko od niego. On spojrzał na mnie smutnym wzrokiem, a jego ręce powoli zjechały na moje biodra. Po raz pierwszy od tak dawna przeszedł mnie ten przyjemny dreszcz podniecenia. Czarnowłosy zbliżył się do mnie znacznie i lekko musną moje wargi swoimi. Zdziwiłam się trochę, że mnie pocałował, ale podobało mi się. Oddałam mu pocałunek. Byłam pewna, że na tym się skończy, ale on powoli wsunął język w moje usta. Nasze języki ponownie od wielu miesięcy złączyły się w tańcu prawdziwej namiętności. Kolejny wariant, którego było mi tak bardzo brak.
-Muszę już iść.- oznajmiłam przerywając pocałunek.- Przepraszam cię. Naprawdę bardzo cię przepraszam.
-Zrobiłem coś nie tak?- zapytał nieco przestraszony.
-Wszystko zrobiłeś wspaniale.- oznajmiłam.- Zawsze byłeś wspaniały. To ja wszystko psułam.- powiedziałam i pocałowałam go w czoło.- Kocham cię i zawsze będę. Niedługo się zobaczymy. Obiecuję ci to.
-Będę za tobą tęsknił.- oznajmił.- Przytul mnie jeszcze raz.
Usiadłam z powrotem na łóżko i przytuliłam go mocno. Bardzo mocno, tak jak nigdy. Smutno mi było znowu go opuszczać, ale robiłam to dla osoby, która potrzebowała go w tym momencie bardziej niż ja.
_***_
-I zgodziłaś się na to?!- zapytał brązowowłosy i wstał od stołu.- Oh Silviia, Silviia.
-Ale ona niedługo umrze!- oznajmiłam.- Chciałbyś umierać w samotności? Bo ja nie!
-Szlachetna się zrobiłaś.- oznajmił Joel.- Ale to chyba dobrze. Zrobię herbaty.
-Powiedziałam Billowi, że jadę w trasę z zespołem.- jęknęłam i położyłam głowę na stół.- Kocham go i chcę być przy nim.
-Ale obiecałaś jej już. To tylko dwa miesiące jak mówiłaś. Szybko zleci. Jakoś mogę ci zabić czas. Może naprawdę gdzieś wyjedziemy?
-Co…my? We dwoje tylko?
-No…a jakżeby inaczej?
-Ah…nie wiem co mam o tym myśleć.- oznajmiłam.- Nie wiem, nie wiem nic! Nic nie wiem. Bó.
-Mały wypoczynek dobrze ci zrobi. Pojedźmy do twojego ojca. Ja zajrzę do swojego. Musimy odwiedzić rodzinę w końcu.
-Nie wiem…możemy jechać. Teraz jest już mi wszystko obojętne…JA CHCĘ BILLA!
-A Joela nie chcesz?- zapytał chłopak i rozłożył ręce prezentując przy tym swoją sylwetkę.
-Nie Joela nie!- zaśmiałam się.- Myślisz, że dobrze zrobiłam?
-Nie wiem czy dobrze, ale bardzo szlachetnie.- odrzekł i uśmiechnął się ciepło.- Dziewczyna jest ci na pewno bardzo wdzięczna.
-Tak…na pewno. Niech ona będzie szczęśliwa przez te ostatnie dni swojego życia.- westchnęłam.- Tak trzeba.
-Niedługo znowu będziecie razem.- powiedział Ross i objął mnie lekko ramieniem.- W końcu wszystko się ułoży. Kto jak kto, ale ty po tych przeżyciach masz prawo do bezgranicznego szczęścia.

Rozdział LXV


Minął miesiąc. Jeden, drugi, aż w końcu trzeci. Po trzech miesiącach bez żadnych wiadomości co się stało postanowiłam udać się do szpitala tym bardziej, że telefon Billa już od miesiąca nie odpowiadał. Miałam dziwne wrażenie, że coś jest nie tak. Pchnęłam duże drzwi szpitala i potrząsnęłam głową, aby odgonić od siebie ten niemiły zapach, który znowu zaatakował moje nozdrza. Powolnym i niepewnym krokiem udałam się w stronę recepcji. Wraz z każdym krokiem coraz bardziej czułam, że coś jest nie tak.
-Dzień dobry…ee Bill Kaulitz.- wydukałam i oparłam dłonie o ladę.
-Kaulitz, Kaulitz…- zastanawiała się recepcjonistka.- Ah to ten! Został wypisany jakieś dwa tygodnie temu.
-A Ann? Ta czarnowłosa dziewczyna z białaczką.
-Ann…Ah ona. Z tego co pamiętam wypisała się tego samego dnia co on i wyjechali gdzieś.- odrzekła kobieta.
Mój świat ponownie się zawalił. Nogi się pode mną ugięły, w głowie zaczęło wirować. Dlaczego on mnie zostawił? Dlaczego…ona przecież powiedziała, że umrze. Powiedziała, że to tylko dwa miesiące i on z powrotem będzie mój…a tymczasem ona mi go po prostu podstępnie ukradła. A może…może on też się w niej zakochał…może uciekli razem…może się kochają i jest im dobrze, a Bill nawet o mnie nie myśli. Przytula ją, całuje i szepcze miłe słówka na ucho. Dlaczego jej? Dlaczego nie mi? To, że zgodziłam się go jej ,,oddać” na jakiś czas było najgłupszą rzeczą jaką zrobiłam. Tym krokiem zaprzepaściłam swoją miłość, swoje szczęście, swoje życie. Zepsułam wszystko. Zepsułam jak zawsze.
_***_
-Wiedziałem, że to się tak skończy!- krzyknął Joel i krążył po salonie.- Po prostu wiedziałem! Czułem to! Takim podłym sukom się nie ufa.
-Ale…ona naprawdę wyglądała na chorą.- wydukałam przez łzy.- Może on ją pokochał…i…
-I cię zostawił tak bez słowa? Nie możliwe. Kto jak kto, ale nie Kaulitz. Mam wrażenie, że to wszystko jest szyte grubymi nićmi.
-Gdybym wiedziała.- mruknęłam i zaczęłam walić głową w stół.- Mam tego dosyć!
-Przestań!- krzyknął brązowowłosy i złapał mnie za głowę.- Masochizm nie jest najlepszym rozwiązaniem w tej sprawie.
-No to co ja mam zrobić? Mam go szukać po całym świecie? Nie uda mi się…
-Ah miłość potrafi przenosić góry.- westchnął chłopak i poklepał mnie po ramieniu.- Przez 1000 mórz, jak to śpiewał Bill.
-To nie jest wcale takie proste. Nie takie proste jak myślisz.
-Wiem.- westchnął.- Wiem, że nie będzie łatwo, ale wiem także, że sobie z tym poradzisz. Jestem tego pewien.
Uśmiechnęłam się lekko i położyłam swoją dłoń na jego dłoni. Jak to dobrze mieć przyjaciela. Kogoś kto pocieszy, kto poradzi i kto w ciebie wierzy. Wierzy mimo wszystko. Mimo to, że sam widzi, że jest źle, że będzie ciężko. Wesprze cię w trudnej chwili…będzie wtedy kiedy się go potrzebuje. Bo przyjaciele to anioły, które użyczają nam skrzydeł kiedy nasze nie potrafią już wzbić się w powietrze…
_***_
Siedziałam na kanapie ze wzrokiem wbitym w ścianę. Grałam. Grałam na gitarze i w ten sposób odbiegałam od otaczającego mnie świata. Uciekałam od cierpienia, smutku i łez. Miałam tego dość. Czy kiedykolwiek będzie coś szło po mojej myśli?
-Możesz iść szybciej niż nie jeden chciałby biec, możesz mieć wszystko czego, czego tylko chcesz, każdą myśl zamień w pozytywne słowo. Słuchaj, słuchaj bo zabawnie tak oddychać przez różową słomkę, cudownie tak rozmawiać bez niemiłych wspomnień. Każdy dzień mówi nam coraz więcej. Słuchaj, zaufaj sobie jeszcze raz. Pokaż na co cię stać, ale nie jeden raz słuchaj, słuchaj jajajaj. Piękne słowa mówią wszystko lecz nie zmienią nic…
Piękne słowa mówią wszystko, lecz nie zmienią nic… No tak. Zbędne słowa, które tylko ładnie brzmią, a tak naprawdę mało wnoszą do naszego życia. Te wszystkie ,,Nie martw się będzie dobrze” wychodzą mi już uszami i nosem. Nie będzie dobrze i ja to wiem…Moje rozmyślenia przerwał dzwonek do drzwi. Niechętnie odłożyłam gitarę i przeklinając cicho ruszyłam do drzwi. Otworzyłam je i zobaczyłam w nich Toma. Wyglądał jak zbity pies. Woda lała się z niego strumieniami, a na dodatek miał całkowicie ubłocone spodnie.
-Co ci się stało biedaku?- zapytałam i wpuściłam go do środka.
-Przyjechałem autobusem.- wybełkotał i ściągnął adidasy z których natychmiast wylała się woda.- Samochód mi nawalił. Bill może się odzywał?
-Nie. Ani słowem.- odrzekłam i powiesiłam jego kurtkę na wieszaku.- Czym zawdzięczam sobie twoją wizytę?
-Przyjechałam do swojej, ulubionej, ukochanej, najmilszej i najprzystojniejszej szwagierki.- oznajmił i wyszczerzył się.
-Nie jestem twoją szwagierką.- westchnęłam głośno.
-Ależ oczywiście, że jesteś!- oburzył się Tomasz i złapał mnie w pasie.- Moja ukochana, pieszczotliwa…
-Napiłeś się?- zapytałam i wyrwałam się z jego uścisku.- Ah wiec dlatego nie przyjechałeś samochodem.
-Silviia…- westchnął ciężko Dred.- Mój kochany braciszek gdzieś zaginął. Jakaś suka go porwała! Porwała moje go brata!- krzyczał i powoli ściągał z siebie przemoczone ubrania.- Jestem zrozpaczony!
-Tom przystopuj z tym rozbieraniem!- krzyknęłam gdy chłopak właśnie usiłował pozbyć się bokserek.
-Ojej. Zapędziłem się. Hehe.- zaśmiał się i podrapał po czubku głowy.
Pokręciłam głową i udałam się do pokoju po jakąś piżamę dla niego i ręcznik. Chwyciłam pierwszą lepszą piżamę i rzuciłam ją Dredziarzowi. Tomasz uśmiechnął się lekko i zniknął w łazience. Żeby tylko on się nie zabił pod tym prysznicem. Ja zrobiłam kolację i herbatę. Po chwili chłopak wyszedł z łazienki, a ja parsknęłam śmiechem. Tomasz stał na środku salonu w różowej, obcisłej piżamie, która była dla niego o 3 numery za mała a na koszulce dużymi literami piało ,,Barbie Girl”. Po co tato zapakował mi ta starą piżamę?!
-Oh do twarzy ci w różowym.- zaśmiałam się.
-Ale zabawne.- mruknął niezadowolony i usiadł na podłodze.- Żądam normalniej piżamy jakiejś.
-Przepraszam, ale co ci w tej nie pasuje?
-Kolor i rozmiar.- burknął.
Zaśmiałam się po raz trzeci dziś i z powrotem ruszyłam do pokoju. Wybrałam mu jakąś w miarę normalną piżamę. Wybrałam ta za dużą w kwiatki, którą dostałam od ciotki. Szkoda, że było jedno częściowa, ale Tom na co dzień nosi takie koszulki wiec mniejsza.
-Już lepiej.- mruknął i usiadł do stołu.- Silviia…tak bardzo brakuje mi Billa.- załkał.- Chcę żeby wrócił.- mówił i walił pięścią w stół.- I tak jak po burzy wraca słońce, po nocy dzień a po zimie lato tak ty wróć do mnie Dzisiaj już wiem że w całym moim życiu najbardziej kochałem Ciebie z tamtych lat. Wróć do mnie BILL!- zawył.
-Zamknij się bo sąsiadów obudzisz ty syreno alarmowa.- warknęłam i zdzieliłam go po głowie.- Skończ już te swoje gorzkie żale. Mi też go brakuje i nie wyję jak pies do księżyca.
-Silviia.- zawył i złapał mnie za ręce.- Ja mam pomysł co zrobić, żeby Bill wrócił!
-No słucham.- mruknęłam zrezygnowana i podparłam głowę ręką.
-Wyjdź za mnie!
Zakrztusiłam się i zaczęłam pluć śliną na prawo i lewo. Tom żwawo poklepał mnie po plecach i po paru sekundach udało nam się uspokoić mój atak wścieklizny.
-Nie podoba ci się?!- zapytał zawiedziony.
-Wiesz, jakoś nie bardzo.
-Ale zobacz. Prasa się o tym dowie, Bill przeczyta prasę przyjedzie, żeby dać mi w ryja bo nadal cię kocha i wróci i wszyscy będą szczęśliwi. Dobrze mówię?
-Zamknij się już lepiej i idź spać.- westchnęłam głośno i wstałam od stołu.- Dobranoc.
Wyszłam z kuchni i udałam się do swojego pokoju. Nienawidzę pijanych, marudzących facetów, a Tomasza w szczególności. Jeszcze te jego pomysły, te piosenki…
Długo nie mogłam spać ponieważ z kuchni dochodziło ciche nucenie Toma.

Rozdział LXVI


Dwa tygodnie później Ja, Shane, Carol i Josh przygotowywaliśmy się do wielkiej trasy koncertowej, która miała być naszym wielkim i oficjalnym powrotem. Wszystko było ustalone, walizki załadowane, a cała nasza 7 zdenerwowana. Dlaczego 7? Otóż Tomasza i Joel postanowili zabrać się z nami, żeby się trochę odstresować, a Kim też na jakiś sposób należała do zespołu. Zdenerwowanie rosło wśród nas zupełnie wtedy jak wyjeżdżaliśmy na naszą pierwszą trasę. Carol paliła papierosa, Jose obgryzał paznokcie, Tom grzebał butem w ziemi, Joel opierał się o samochód, Kimberly śpiewała coś pod nosem, a ja nie robiłam nic szczególnego. Stałam i czekałam aż każą nam się załadować do środka. W końcu mogliśmy już wchodzić. Wszyscy pchali się, piszczeli i krzyczeli, które łóżka zajmują. Ja weszłam do środka najspokojniej w świecie i zajęłam pierwsze lepsze łóżko. Nie zależało mi już, żeby spać na górze pod plakatem Pete. Praktycznie na niczym mi nie zależało. Potrafiłam godzinami próbować dodzwonić się do Billa, albo godzinami tępo wpatrywałam się w ekran telefonu i czekałam aż on zadzwoni. To wszystko jednak do niczego nie doprowadziło. To czekanie, to dzwonienie jeszcze pogłębiały mój dół.
-Silviia…nie martw się. Zadzwoni, na pewno wróci…a jak nie to ty go znajdziesz. Wszystko będzie dobrze obiecuję ci to.
-Ale co z tego, że ty mi to obiecujesz skoro nie potrafisz tej obietnicy spełnić. Hę?
-Silviia…Ah już nie wiem jak mam cię pocieszać.- mruknął zrezygnowany i usiadł naprzeciwko mnie.- Ale…chciałbym ci coś powiedzieć.
-Proszę. Słucham cię uważnie.
-Ja…zawsze będę cię kochał Będziesz w moim sercu i zawsze będziesz dla mnie ważna. Może…spróbujemy od nowa? Ale…tak bez zobowiązań na razie. Jeżeli Bill się pojawi od razu zejdę wam z drogi. Pragnę tylko waszego szczęścia…szczególnie twojego.
-Nie Joel, nie chcę robić ci jakiejkolwiek nadziei. Jak ty ciągle kochasz mnie tak jak ja ciągle kocham Billa. Bardzo mi przykro…- oznajmiłam i spojrzałam w jego smutne oczy.- Nie możesz być moją zabawką, kiedy nie ma Billa. Nie chcę tak.
-Rozumiem. – powiedział i uśmiechnął się blado.- Rozumiem i doceniam.
-To dobrze. To bardzo dobrze, że rozumiesz i doceniasz.- powiedziałam i ścisnęłam jego dłoń.- Ale przyjaciele…prawda?
-Oczywiście.- odrzekł i uśmiechnął się nieco bardziej promiennie niż przed chwilą.- Na dobre i na złe.- dodał.
_***_
Ciemnowłosa dziewczyna przechadzała się powoli jedna z alejek parku. Szła z bukietem kwiatów w dłoniach. Była niezwykle szczęśliwa. Podśpiewywała coś pod nosem i lekko niczym nimfa podskakiwała w stronę ławki na której siedział czarnowłosy chłopak. Powoli przewracał kartki książki i spoglądał co chwila na zbliżając się dziewczynę. Uśmiechali się do siebie zalotnie i z daleka można było wyczuć romans między nimi. Gorącą, namiętną, zarazem delikatna miłość. Ciemnowłosa schyliła się po kolejnego przepięknego kwiatka, później zerwała jeszcze jednego i kolejnego. Wtedy zaczęła zapadać ciemność. Chmury zaczęły kłębić się na dotychczas błękitnym, bezchmurnym niebie. Kwiatki momentalnie uschły w jej dłoniach. Dziewczyna natychmiast poniosła wzrok i spojrzała na ławkę. Nie było na niej nikogo. Leżała tam tylko książka, a jej kartki wirowały dookoła. Zniknął. Zniknął tak nagle, wystarczyła tylko chwila jej nieuwagi. Jedna chwila nieuwagi…czarne chmury zbierały się nad jej głową. Zaczął padać deszcz, wiał silny wiatr, a sam Zeus ciskał błyskawice, które z szybkością światła podpalały kolejne drzewa w parku. Ciemnowłosa zerwała się i zaczęła uciekać. Biegła. Wierzgała nogami, ale wciąż stała w miejscu. Nie mogła wydostać się z mrocznego świata wiatrów i błyskawic. Nie mogła…chodź tak bardzo chciała…
Otworzyłam oczy. Leżałam w swoim łóżku w ciemnym pokoju. Autobus kołysał się lekko i słychać było pochrapywanie współlokatorów. Odetchnęłam z ulgą i wytarłam zimny pot z czoła. Ten sen przybrał postać mojego życia kiedyś i teraz. Kiedyś…wesołe, beztroskie, zabawa, teraz…smutne, bez sensu. To nie życie. Wzięłam do ręki telefon i spojrzałam na wyświetlacz. Pusto. Żadnego połączenia, żadnej wiadomości. Wybrałam numer do Billa i czekałam, ale za każdym razem słyszałam, że abonament jest czasowo niedostępny…Co się z nim stało? Dlaczego mi to zrobił? Dlaczego nam to zrobił? Nie mogłam tego zrozumieć. Dla mnie to było coś nienormalnego, coś głupiego i totalnie nie dojrzałego. Westchnęłam głośno i rzuciłam się na poduszki by znowu zapaść w głęboki sen.
_***_
-Chodźmy gdzieś.- zaproponowałam i spojrzałam za okno.- Chodź pójdziemy pod twoja wieżę Einsteina!
-Ale zabawne.- prychnęła siostra.- Po jakiego chcesz tam iść?
-No Np. żeby zrobić zdjęcia.
-Oh zdjęcia możesz mi robić nawet tu.- oznajmiła i walnęła jakaś pozę.
-Ale tam jest ładniej.- zaśmiałam się i pociągnęłam ją za rękę.- No nie daj się prosić.
Siostra opierała mi się nieco na schodach, ale jakoś udało mi się ją wyciągnąć z hotelu. Po drodze marudziła, że jest nieładnie ubrana i że powinna poprawić makijaż, ale ja nie słuchałam tyko ciągnęłam ją w tamta stronę. Sama nie wiem czemu tam szłam, ale coś ciągnęło mnie właśnie pod wieżę Eiffla. Może to po prostu kaprys, a może…jakieś przeznaczenie czy coś?
-Silviia ty już durniejesz na stare lata.- stwierdziła siostra.
-To ty jesteś stara moja droga, a nie ja.- zaśmiałam się.
Poszłyśmy tam gdzie miałyśmy pójść. Ciągle się rozglądałam zupełnie jakbym kogoś, albo czegoś szukała. Czułam się dziwnie. Czułam na sobie czyjś wzrok. Zupełnie jakby mnie ktoś obserwował. Wyciągnęłam z kieszeni małą cyfrówkę i ustawiłam ostrość a Carol zaczęła wykrzywiać się w różnych pozach pod wierzą Eiffla na ławce, na trawie. Było przy tym dużo, ale to naprawdę dużo śmiechu.
-Przepraszam, że przeszkadzam, ale ja bym proponował tak trochę w prawo.- usłyszałam ciepły głos za sobą.
Zamarłam w bezruchu. Mężczyzna ują mnie za ręce i lekko przesunął aparat w prawo. Poddałam mu się całkowicie. Nie mogłam ruszyć ręką, noga ani nawet pociągnąć nosem. Gapiłam się w siostrę, ale tak naprawdę wcale nie wiedziałam co robi, jak teraz wygląda. Mój mózg jakby się zaćmił. Serce przyśpieszyło swoje bicie, oddech stał się płytki i nierówny. Przed oczami przeleciało mi chyba całe moje życie. Wszystkie momenty jak klatki filmowe. Czy ja umarłam?
-Oł dżizast krajst.- wydusiłam.
Mężczyzna nie puścił moich dłoniach. Wolno wyją z nich aparat i delikatnie położył na trawę po czym wplótł swoje palce między moje i oparł mi brodę na ramieniu. Czułam na szyi jego ciepły oddech. Był taki kojący, świeży…był jego.
-Nareszcie udało mi się znaleźć moje szczęście.- wyszeptał mi do ucha.
-Ale co…
-O nic nie pytaj.- szepnął namiętnym tonem.- Nic nie mów.
Sprytnie przekręciłam się w jego uścisku i stanęłam z nim twarzą w twarz. Nie zmienił się praktycznie nic. Białe pasemka znikły z jego włosów, ale nie przestał farbować ich na czarno. Oczy starannie podkreślone czarną kredka i dokładnie wymalowane paznokcie. I te same pociągające, orzechowe oczy, te malinowe, ponętne usta, wspaniałe kości policzkowe, idealna figura. Mój cały Bill. Taki w jakim zakochałam się 2 i pół roku temu. Tak samo piękny, tak samo pociągający, tak samo oryginalny. Idealny w każdym calu. Nie mogłam się na niego napatrzeć. Dosłownie pochłaniałam go całego wzorkiem.
-Gdzieś ty był?- zapytałam i dotknęłam dłonią jego policzka.
-Daleko. Sprawy się powikłały. Nie wyszło tak jak chciałaś.- oznajmił i wtulił twarz w moje dłonie.- Ona kłamała. Nie była chora na białaczkę, a mi powiedziała, że zostawiłaś mnie dla mojego brata. Dlatego też nie odzywałem się do nikogo. Byłem zły na cały świat.
-Co? Oh…Bill przepraszam…to moja wina. Mogłam się na to nie godzić, ale ona naprawdę…wyglądała na chorą.
-Wiem skarbie. To nie jest twoja wina. To niczyja wina.
-Bill…tak bardzo cię kocham.- oznajmiłam i namiętnie pocałowałam go w usta.- Nikomu cię już nie oddam. Nikomu. Jesteś tylko mój.
-Nie dam się oddać.
Czarny położył mi ręce na biodrach i pocałowała mnie namiętnie. Ja zrobiłam to samo. Przez chwilę wymienialiśmy się namiętnymi pocałunkami, aż w końcu złączyliśmy się w pocałunku prawdziwej miłości. Nigdy go nie całowałam tak jak teraz. Wszystkimi siłami, całą swoją miłość przelewałam na jego wargi. Obejmowałam go mocno, a on opierał swoje ręce na moich biodrach. Namiętność, romantyzm i delikatność w jednym. Miłość przyjaźń i zaufanie. Dwie osoby jedno, serce, jedna dusza, wspólna krew.
Ludzie przechadzający się właśnie niedaleko nas zatrzymali się na chwilę. Dziadkowie patrzyli na nas z uśmiechami na twarzy. Młodzi i nieco starsi poszli w nasze ślady. Niech ten dzień stanie się dla nas jednym z najważniejszych dni w życiu. Dniem, w którym miłość, uczucie, przywiązanie, przyjaźń i zaufanie wzięły górę na sławą, zawiścią i chęcią zemsty. Niech to będzie dzień wraz z którym odpłynęły wszystkie nasze kłopoty, wszystkie nasze zmartwienia. I niech każdy wie, że mamy to szczęście…mamy to szczęście bo…bo mamy siebie.
-Kocham cię.- szepnęłam i lekko musnęłam wargami jego szyję.- Nigdy nie przestanę.
-Ja również…więc…wyjdź za mnie.
W końcu oświadczył się ten właściwy. Ten z którym chciałam dzielić swoje życie, z którym chciałam założyć rodzinę, chciałam z nim żyć, mieć dzieci, jak każda rodzina. Chciałam być z nim szczęśliwa…i będę mimo wszystkich przeszkód, które staną nam na drodze.



Epilog




Georg Listing- Zawodowy dentysta i romantyk


Brązowowłosy mężczyzna właśnie przyjął ostatniego pacjenta. Delikatnie zdjął okulary z nosa i schował je do niedużego pokrowca. Tak. Ten dzień był wyjątkowo wyczerpujący dla niego. Najpierw awaria prądu i musiał wyrywać zęba ręcznie, następnie dwóch młodych pacjentów, którzy o mało nie zdemolowali doszczętnie jego gabinetu. Później stara babcia, która zasłabła na fotelu. Georg spokojnie mógł zaliczyć ten dzień do jeden z najcięższych w jego życiu. Z ulga pozbył się białego fartucha i wyszedł wreszcie na świeże powietrze. Starannie zamknął wszystkie zamki i wesoło pogwizdując udał się do pobliskiej kwiaciarni w celu kupienia białych róż. Białe róże symbolizowały czyste intencje czyli dokładnie takie jakie miał mężczyzna do pewnej młodej blondynki, którą poznał niedawno w kawiarni. Całkiem przypadkiem. Ona tam pracowała, a on poszedł na małe ciasteczko. Tak. Chciał zatopić smutki w ciastku i kawie. Alkoholu nie pił z pewnych powodów o których wolę mnie wspominać. Listing kupił bukiet i dziarskim krokiem ruszył w stronę wykwintnej restauracji na rogu ulicy. Tak. Dziś wreszcie to zrobi. Dziś się oświadczy i to niedługo on razem z Sarą będzie wysyłała zaproszenia na ślub. Jednym ruchem ręki otworzył drzwi do restauracji. Ona już czekała. Siedziała przy stoliku obok okna i gdy tylko go zobaczyła obdarzyła go ciepłym uśmiechem, który o mało nie zwalił Georga z nóg. Usiadł naprzeciwko niej. Krępował się nieco. Bał i trochę trząsł, aż w końcu przełamał lody i padł na kolana.
-Jesteś dla mnie naprawdę bardzo ważna. Kocham cię i chcę z tobą być. Wyjdziesz za mnie?
Blondyna rozpłakała się. Jej makijaż rozmazał się, ale ona się tym, ani trochę nie przejmowała. Kochała go i chciała być z nim. Chciała być Panią Listing.
-Tak.- odrzekła drżącym głosem i wystawiła dłoń.
Listing powoli i delikatnie wsunął pierścionek na jej palec. Wszyscy wstali i zaczęli klaskać. To był dla nich piękny dzień. Wśród przyjaciół znajdujących się w restauracji był jednak ktoś kto klaskał lekko, ale jego mina wcale ale to wcale nie ukazywała choćby cienia szczęścia.

Tom Kaulitz


Tom Kaulitz stał w rogu restauracji i lekko bił brawo. Nic nie mówił, był smutny, na policzkach widać jeszcze było ścieżki wyznaczone przez łzy. Płakał. Tak. On wielki Tom Kaulitz płakał, ale tylko i wyłącznie przez swoją głupotę. Nie umiał wytrzymać w związku. Kochał szczerze i prawdziwie, ale nie mógł oprzeć się pokusie. Zdradził. Zdradził i przyznał się lecz to nie ukoiło bólu, który na zawsze pozostanie w sercu młodej kobiety, która tak okrutnie skrzywdził. Żałował tego i gdyby tylko mógł cofnąłby czas i nie dopuściłby do tego. Zaprzepaścił swoją szansę. Swoją szansę na szczęście i poszedł do lóżka z inną zamiast zostać tej nocy z ukochaną. Czuł się okropnie. Po raz pierwszy w życiu żałował, że się z kimś przespał. Jego życie całkowicie straciło sens. Ona…ona mówiła, że wyjdzie, a może…może by tak udało się jeszcze ją jakoś przekonać. Jeszcze jakoś uratować tą miłość. Bez wahania wybiegł z restauracji i wskoczyło swojego auta. Wrzucił na gaz i o mało nie rozbił się na pierwszym zakręcie. Musiał jechać szybko nie zważając na gliny. Gonił teraz swoje szczęście. Gonił swoją miłość. Od tego czy zdąży zależały dalszego jego i jej losy. Jeszcze przyśpieszył. Już widział lotnisko. Zahamował z piskiem opon na parkingu i wyskoczył z samochodu. Zdąży, na pewno zdąży. To tylko sekunda.
-Nie można wchodzi teraz na tor.- oznajmił ochroniarz i złapał go w pasie.
-Spadaj koleś.- warknął Kaulitz i przyłożył mu z pięści w nos.
Mając na ogonie całą ochronę lotniska wybiegł na tor, ale było już za późno. Samolot właśnie startował. Tom zaczął skakać. Skakał i krzyczał w niebogłosy.
-CAROLINA! NIE! NIE ZOSTAWIAJ MNIE! KOCHAM CIĘ! NIE!
Samolot odleciał. Szybko zniknął z jego pola widzenia. Ochrona zatrzymała się parę kroków od niego. Nie ruszyli się. Nie wyprowadzili go z toru. Tom padł na kolana i znowu zaczął płakać. Nie zdążył. Stracił to co było dla niego najważniejsze. Stracił miłość…miłość swojego życia.

Carolina Valo – wszystko od nowa.


Siedziała w samolocie. Chciałam o wszystkim zapomnieć. Zapomnieć O NIM. Zapomnieć o problemach o tym wszystko co było. Chciała zacząć wszystko od nowa z czystym kontem. Nie chciała tego. Nie musiała by tego robić gdyby Tom jej nie zdradził. Była na niego wściekła. Wściekła za to, że ją zdradził i za to, że jej powiedział. Może…może gdyby tego nie zrobił zdrada nigdy by się nie powtórzyła, a ona mogłaby być razem z nim. Może on naprawdę ją kocha? Może mu zależy? Może żałuje…ale teraz już za późno. Za późno na wybaczenie, za późno na miłość…za późno na wszystko. Jedna łza spłynęła po jej policzku. Za Toma…Kolejne łzy były za resztą. Za siostrę, za szwagra, za ojca…za mamę. Wyciągnęła kosmetyczkę z torby i szybkimi ruchami zaczęła wycierać łzy spływające po jej policzkach. Nie miała ochoty, żeby przyczepił się do niej jakiś ,,miły” pan, który będzie próbował ją pocieszyć. Teraz będzie silna. Wytrze łzy i już nigdy nie będzie płakać, nie będzie tęsknić, nie będzie kochać. Miłość za bardzo ją bolała, ukochany za bardzo zranił. Czy będzie umiała pokochać kogoś na nowo? Czy będzie umiała zaufać? Będzie na tyle silna by zacząć nowe życie w Londynie? Sama, bez przyjaciół, bez ojca. Bez nikogo kto mógłby ją pocieszyć kiedy będzie jej źle. Zupełnie sama w wielkim mieście…

David Jost – dajcie mi Th!


Czterdziestoletni mężczyzna krążył po Sali prób i trzymał się za głowę. Zrobił największy błąd zgadzając się na pracę z tak wypacykowanym i sztucznym zespołem. Nie mogli znaleźć wspólnego języka, a ich taniec i głosy doprowadzały go do szewskiej pasji. W tym momencie oddał by wszystkie swoje pieniądze, ubrania i wszystko innego co ma, aby dalej móc pracować z Tokio Hotel, albo chociaż z Immortal Dream. Niestety było to już niemożliwe. Obydwa zespoły rozpadły się jakieś 4 lata temu. Jost ze złości kopnął jakiś zasilacz co skończyło się dla niego silnym bólem dużego palca u nogi.
-Czy wy w ogóle umiecie coś innego niż te wasze heji jej?- zapytał wkurzony menager.
-Umiemy tańczyć!- odrzekł dumnie Richie.
-A umiecie grać na gitarze?...może na perkusji? A na basie? Na tamburynie chociaż?
Odpowiedziała mu tylko cisza.
-A na cymbałkach umie ktoś?!
-Ja! Ja umiem!- oznajmił Jay i wyciągnął rękę.
-Świetnie.- prychnął David.- Super! Tępaki…Dajcie mi TH!- krzyknął i wzniósł ręce ku górze.
Wiedział, że długo z nimi nie wytrzyma. To nie zespół dla niego. Westchnął głośno i ze zrezygnowaniem ruszył w stronę drzwi. Kończy z tym. Nie wytrzyma kolejnego dnia z ,,heji hej”. To nie dla niego…
-Powodzenia.- mruknął.- Odchodzę. Radźcie sobie sami.
Te słowa ledwie przeszły mu przez gardło. Dla niego wszystkie zespołu tego pokroju mogły by nie istnieć. Durne popowe melodyjki. Jednym ruchem ręki otworzył drzwi studia i wyszedł na ruchliwą ulicę. Zupełnie nierozpoznany wmieszał się między ludzi i ruszył w stronę domu. Tam mu będzie najlepiej. Czas wrócić do domu, do żony. Czas przejść na emeryturę. Jeden dzień z Us5 wyssał z niego parę ładnych lat życia. Do tej pory nie wiedział, że na świecie istnieje taki kicz, nie wiedział jak ludzie mogą tego słuchać. Us5…zespół dla głucho-niemych.

Shane West – nowe życie, nowy zawód


Brązowowłosy chłopak wszedł do swojej pracowni. Rysunki, ołówki i temperówki niedbale rzucona na biurko leżały tam od wczoraj. Shane zapalił światło i ziewną głośno. Potrzebował kawy. Dużo kawy. Na jutro musi skończyć ten projekt bo inaczej klient nie będzie zadowolony, a on straci tak duże zamówienie. Zrobił sobie kubek gorącej kawy i zasiadł do biurka. Na czym to skończył…Ah tak. Teraz musiał dokończyć projekt salonu. Od zawsze uwielbiał rysować, od zawsze chciał być architektem, a miejsce w znanym zespole rockowym ułatwiło mu start. Pieniądze przeznaczył na studia i w końcu udało mu się założyć własną, małą firmę. Był z siebie dumny. Osiągnął coś w życiu, robi to o czym zawsze marzył. Szybko zaczął kreślić kreski na papierze. Co chwila cos ścierał, coś dodawał. To był projekt jego życia. Willa dla znanego biznesmena. Starał się jak nigdy. Wkładał w to całe swoje serce, całą swoją wyobraźnie. Wypił łyk kawy i dalej zabrał się do pracy. Jakieś dziwne siły tchnęły w niego nieprawdopodobną wenę. Zanim skończył salon miał już pomysł na kolejne pomieszczenia.
-To będzie piękne.- powiedział sam do siebie i uśmiechnął się lekko.
Wierzył w siebie. Wierzył w siebie i swoje projekty mimo wszystko, a wiara i chęci to już połowa sukcesu.

Josh Hansen – w pogoni za uczuciem


Josh wrzucił ostatnia parę spodni do walizki i zaczął męczyć się z zamkiem. Nienawidził tego. Nigdy nie mógł dopiąć walizki. Po paru minutach męczarni w końcu uporał się z denerwującym zamkiem i wystawił walizkę przed dom. Jechał do Londynu. Jechał do Londynu pod pretekstem odwiedzenia ulubionej ciotki, ale tak naprawdę jechał w poszukiwaniu Caroliny. Gdy dowiedział się, że Tom ją zdradził, a ona wyjechała w jego sercu zapłonęła iskierka nadziei. Nadziei na bycie razem, na zdobycie jej. Władował się do samochodu i usiadł za kierownicą. Wyruszał w pogoń, w pogoń za uczuciem, pogoń za miłością, w pogoń za ukochaną osobą. Wierzył w to, że się uda, że ona będzie chciała z nim być. Wierzył, a wiara czyni cuda.

Gustav Schäfer – rodzina, rodzina


Były perkusista Tokio Hotel siedział w pokoju, który należał do niego gdy był jeszcze dzieckiem. Z radością wspominał chwile spędzone z siostrą i matką. Dwie najważniejsze kobiety w jego życiu, a teraz jednej z nich zabrakło. Miała zaledwie 23 lata. Zginęła tak młodo…Gdyby nie wsiadła do tego autobusu, gdyby nie poszła wtedy na tą imprezę, gdyby nie to wszystko żyła by teraz. Żyła by, a on nie siedziałby tu tylko razem z nią, jej mężem i synkiem siedzieli przy stole i rozmawiali jak co dzień. Wszystko by było po staremu. Ona jednak poszła na imprezę, poszła, a później wsiadła do autobusu, który prowadził pijany kierowca. Facet nie dostał nawet wyroku. W tych czasach wszystko jest niesprawiedliwe, a z dnia na dzień świat stawał się coraz bardziej niesprawiedliwy, coraz bardziej toksyczny, coraz bardziej przestępczy…Gustav westchnął głośno i ujął w dłonie ramkę ze zdjęciem siostry. Na samą myśl, że już nigdy jej nie przytuli, że już nigdy nie usłyszy, że ona go nie pocieszy…łzy zaczęły zbierać mu się do oczu. Tak dawno nie płakał, ale teraz nie wytrzymał. Nie zatrzymywał łez…swobodnie płynęły po jego zaokrąglonych policzkach i znikały gdzieś w materiale koszuli…

Joel Ross- miłość sama przyjdzie…


Brązowowłosy chłopak przechadzał się jedną z alejek parku. Jego życiu prawie nic się nie zmieniło. Ciągle był sam i ciągle czuł coś do swojej byłej dziewczyny. Teraz łączyła ich tylko przyjaźń i musiał się tym zadowolić. Cały czas wierzył, że nadejdą lepsze dni, że w końcu zakocha się w kimś z wzajemnością, założy rodzinę, słodzi syna, zasadzi drzewo i wybuduje dom, że będzie już zawsze szczęśliwy.
Totalnie pochłonięty swoimi myślami nie zauważał tego co działo się w około aż w pewnym momencie poczuł silne uderzenie w głowę. To jakiś mały chłopiec walnął go w głowę piłeczką. Joel otrząsnął się w wtedy zobaczył ją. Siedziała na ławce i mówiła coś do swojego synka od którego przed chwilą oberwał gumową piłeczką. Ross potrząsnął szybko głową. Czy to możliwe, że po tylu latach wreszcie przyszła miłość? Miłość od pierwszego wejrzenia…

Bill Kaulitz – precz z karierą


Czarnowłosy mężczyzna szedł jedną z alejek w parku i pchał przed sobą różową spacerówkę. Tuż obok nich biegł jak zawsze wesoły, biszkoptowy labrador. Kaulitz pogwizdywał cicho i co chwila zaglądał do wózka. Lubił patrzeć jak jego jedyna, pierwsza i najukochańsza córeczka spała ściskając przy tym swojego ulubionego misia. Kiedy spała była najgrzeczniejsza, a Bill robił wszystko co możliwe, żeby szybko się nie obudziła. Nie chodziło wcale o to, że rozrabiała. Po prostu kochał na nią patrzeć gdy spała. Czarny uśmiechnął się pod nosem i usiadł na jedną z wolnych ławek. Gdy patrzył na swoją córeczkę uświadamiał sobie jakie spotkało go szczęście. Gdyby nie założył zespołu, gdyby nie trasa z ID, gdyby nie jego teraźniejsza żona nie doświadczył by tego wszystkiego. Ciągle śpiewał by w Tokio Hotel i uciekły by mu najpiękniejsze chwile życia. Ślub, ciąża, poród, który i tak cały przeleżał na zimnej podłodze. Miał za słabe nerwy. Westchnął głośno i oparł się o oparcie ławki. Trochę spokoju. Po paru minutach siedzenia i gapienia się w trawę wstał i ruszył w stronę domu. Zaczęło się robić chłodno, a Silviia zabiła by go gdyby nie daj Boże mała zachorowała.
-AA Bille dwa czarno białe oby dwaaa.- zaśpiewał cicho i nachylił się na spacerówką.
-BÓ!- usłyszał krzyk za sobą.
Podskoczył w miejscu i złapał się za serce. Nienawidził tego typu powitań.
-Chcesz żebym zawału dostał?- warknął Bill i oparł się o wózek.
-Ojej ale ten twój tatusiek strachliwy. Ojej, ojej.- zaśmiał się Tomasz i kucnął przodem do spacerówki.- Ale ona do ciebie podobna.- stwierdził.- Wiesz, że jak córka jest podobna do ojca to będzie miała powodzenie?
-Spadaj. Ona jest za mała na powodzenie!- stwierdził Bill.- Zresztą zamknij się bo ją obudzisz.
-Ale ona już nie śpi.- stwierdził starszy Kaulitz i wziął chrześnice na ręce.- Uciekamy od tatusia?
-Taa.- zaśmiała się mała i zaklaskała w ręce.
-Nie Tom! Nie! Nawet się nie ważcie!
Dredziarz wystawił bratu język i z powrotem wsadził dziewczynkę do spacerówki po czym odepchnął lekko brata i zaczął uciekać z dzieckiem w stronę placu zabaw.
-Pobawimy się z tatusiem w berka.- krzyknął Tomasz.
-NIE!- wrzasnął Czarny i rzucił się w pogoń za nimi.- NIE! Silviia mnie zabije! NIE! Wracajcie!
Ludzie przechadzający się po parku zwrócili wzrok w ich stronę i chichotali cicho. Przecież niecodziennie widzi się dwóch dorosłych mężczyzn bawiących się w berka ; ).

Silviia Kaulitz – sens życia


Ciemnowłosa kobieta wyszła z eleganckiego, czarnego samochodu i porządnie trzasnęła drzwiami. Nie wyglądała na typową 23letnią kobietę posiadającą rodzinę. Wyglądała raczej na nieco wyrośniętą nastolatkę. Porwane jeansy, bluzka z czachą i czarne okulary zasłaniające pół twarzy. Kto by pomyślał, że ta oto kobieta posiada rodzinę, męża, dziecko. Nikt. Typowe ocenianie ludzi po pozorach.
Ciemnowłosa zwinnie przeskakiwała po parę schodków by jak najszybciej znaleźć się w domu. Jeszcze parę lat temu wlekła się tu powoli. Nie miała do kogo wracać, tylko do pustego mieszkania. Jednak 3 lata temu życie zmieniło bieg, życie nabrało sensu. Nie ważna była kariera, fani, koncerty i piosenki. Ważna była rodzina, miłość, przyjaźń.
Otworzyła drzwi i spojrzała na zegarek. Było już zdrowo po 21. Znowu przegapiła wspaniały moment, gdy jej półtorej roczna córeczka zasypiała w swoim łóżeczku, ale teraz to był już ostatni raz. To był ostatni koncert, pożegnalny koncert. Kobieta usiadła przy stole i po chwili usłyszała cichy i kojący głos dochodzący z dziecięcego pokoju.
-*Ależ nic mu na skale nie przychodzi do głowy. Żaden pomysł na zabicie smoka. Do szewczyka Dratewki w Krakowie za daleko. Ale, gdy był już bliski rezygnacji z walki, usłyszał nad sobą głos dobrych wróżek ,,Pamiętaj, że tylko twój pocałunek może ją uratować”.
Śpiąca Królewna Bajka tak dobrze znana Silviia. Niestety w tamtym przypadku pocałunek nic nie zdziałał. Po chwili z pokoju wyszedł czarnowłosy mężczyzna. Uśmiechnął się promiennie i usiadł obok żony.
-No nareszcie. Mam nadzieję, że to ostatnia trasa.- wyznał.
-Ostatnia. Nigdzie się już stąd nie ruszę.- odrzekła i przejechała palcem po jego dłoni.- Już nigdy.
Bill przytulił Silviia i uśmiechnął się lekko. Jak to dobrze mieć przy sobie dwie ukochane kobiety. Brakowało jeszcze tylko jednej osoby…A raczej dwóch…
Zakochanym przerwało ciche pukanie do drzwi. Bill uniósł lekko głowę i powiedział ,,proszę”. Drzwi otworzyły się i stanął w nich Tom. Na jego ustach gościł uśmiech, a w ręku ściskał małego, lekko zwiędłego kwiatka.
-Kwiaciarnie już pozamykane.- oznajmił i podszedł do brata i szwagierki.- A nie wypada przychodzić z pustymi rękoma.
Uśmiechnął się i usiadł obok nich.
-Jak to dobrze gdy rodzina w komplecie.- mruknął Bill i uśmiechnął się lekko.

Jonna Nygren – starość nie radość


Czarnowłosa kobieta wyszła właśnie z ostatniej agencji modelek w mieście. Nie była w najlepszym humorze. W każdej agencji mówili jej to samo. Czyżby się zmówili?
Za dużo w biodrach, za dużo lat, za mało w piersiach
Ona! Ona niegdyś świetna modelka ma za dużo w biodrach. Nerwowo machnęła torebką z taka siłą, że walnęła chłopczyka, który szedł tuż przed nią. Blondynek odwrócił się i widząc ją zaczął głośno wrzeszczeć.
-Tatooo! Tato!- maluch podbiegł do ojca.- Zobacz czy u nas w piwnicy mieszka TAKA baba jaga?- zapytała tatę i wskazał na Nygren.
-Synku tak nie ładnie.- szepnął mężczyzna i wziął latorośl na ręce.
-Ale tato ja ją widziałem!
-Cicho już!- syknął ojciec.
Jonna udawała nie przejęta całą sytuacją i nawet uśmiechnęła się lekko na co maluch zareagował płaczem. Gdy ojciec z dzieckiem zniknęli za rogiem kobieta w wyniku złości trzasnęła torebką o budynek i zaklęła głośno. Gdyby nie te dwie dziewuchy to teraz siedziała by przed kominkiem w objęciach Villego, ale nie. One jak zwykle musiały wszystko zepsuć. Czarnowłosa stanęła na krawędzi ulicy i wystawiła palec w celu zatrzymania jakiejś taksówki. Po chwili machania ręką jeden z taksówkarzy zatrzymał się i wjechał prosto w kałużę ochlapując przy tym emerytowaną modelkę. Nygren wyglądała teraz jak mokra kura. Wypluła resztki błota z ust i próbowała wytrzeć chusteczką plamy z nowej sukienki. Z okna taksówki wychylił głowę jakiś młodziak. Na oko miał około 20 lat.
-Może pani starszej w czymś pomóc?- zapytał i zaśmiał się.
Kobieta spojrzała na niego groźnie spod warstwy błota i spływającego makijażu i chwyciła za swoją tajną broń. Zaczęła okładać go po głowie czerwoną torebką pasującą do sukienki.
-Nie…jesteś…pani…starsza!
Chłopak szybko wskoczył do taksówki, a Jonna ruszyła chodnikiem w stronę przystanku autobusowego.
-Starość nie radość!- krzyknął za nią młody taksówkarz i odjechał z piskiem opon.

Tom Drugi



Rozdział I


Sława. Czym jest sława? Czy sława to kupa fanek płaczących na każdym koncercie? A może sława to pieniądze? Nie musisz się o nic martwić. Dwa koncerty i jesteś ustatkowany na kolejne 10 lat. Sława…Czymże ona jest tak naprawdę? Nikt kto jej nie doświadczył nie może sobie odpowiedzieć na to pytanie.
Dla młodych artystów sława to coś co pozwala im się wybić nade wszystko, coś co pozwala spełnić marzenia, coś co daje satysfakcje…Jednak po kilku latach sława staje się męcząca, nie pozwala ci normalnie funkcjonować. Przypiera cię do muru, uzależniasz się, chcesz coraz więcej i więcej. Pieniądze, rządza, władza…aż w końcu koniec. Szary koniec, gdy zaufasz sławie skończysz na dnie, na szarym dnie, bez przyjaciół.

-Sława to kapryśna przyjaciółka Billu Kaulitz.
-Nie jestem już sławny. Nie chcę być.
-Ona zawsze będzie w tobie. Może znowu cię…
-Odczep się! Mam rodzinę i kocham ją. Nie potrzebuję nic więcej do szczęścia.
-Tak, na pewno?
-Na pewno! Idź już sobie! Wynoś się z mojego życia raz na zawsze!
-Gdyby nie ja nigdy byś jej nie poznał.
-Idź już sobie! Nie jesteś mi już do niczego potrzebna!
-Jak sobie życzysz.


25 letni mężczyzna wytarł ręką pot z czoła i spojrzał w lustro. Zobaczył tam siebie. Swoje odbicie, normalne odbicie, proporcjonalne do jego wieku. Znowu ma omamy.
Już nigdy nie tknę piwa nawet na wieczorze kawalerskim Toma.
Bill ostatni raz przejechał maszynką po twarzy i spłukał pozostałości pianki. Nienawidził nosić zarostu, wolał, żeby jego twarz była gładka niczym pupa jego własnej córeczki. Wtedy miał większe szanse na pocałunki od dwóch ukochanych dam.
-Hello zasnąłeś tam?- zapytała kobieta i załomotała w drzwi.- Bożesz ty mój Bill! Nieznane moce z dna kanalizacji wciągnęły cię w swoje towarzystwo! Bożesz ty…
-Golę się przecież tylko!- odkrzyknął Kaulitz i wytarł twarz ręcznikiem.
No tak. 7 lat nie przyniosło za dużo zmian w psychice jego małżonki. Zmieniła się z wyglądu, ale w duchu dalej pozostała lekko nierozgarniętą gitarzystką Immortal Dream.

-A ty ciągle pozostałeś próżnym i pysznym wokalistą Tokio Hotel.- odezwał się głos w jego głowie.
-Nie prawda!- warknął Bill i odstawił wodę po goleniu na miejsce.- Zmieniłem się.
-Tylko ci się tak zdaje.
-Spieprzaj daj mi spokój.

-Z kim ty tam rozmawiasz?- zapytała Silviia i weszła do łazienki.
-Prowadzę konwersację ze ściekowymi potworami na temat wymiany.- odrzekł.- A ty już jesteś gotowa?- zapytał i zmierzył ją wzrokiem.
Nie była gotowa ani trochę. Nie umalowana, nieuczesana, w samej bieliźnie nawet bez szlafroka. Kobiety…Bill nie mógł zrozumieć ich w kwestii szykowania się na imprezy.
-Nie bo cały czas siedzisz w łazience i gadasz do swojego odbicia w lusterku.
-Przecież już wychodzę.- mruknął Bill i chwycił swoją koszulkę.- Przypominam ci, że mamy jeszcze godzinę, a musimy jeszcze odwieźć Shirley do mojej matki. Streszczaj się.
_***_
Ciemnowłosa kobieta i czarnowłosy mężczyzna biegli chodnikiem w stronę kościoła. Ona starała się uważać, żeby nie połamać nóg, a on ściskał w ręku bukiet kwiatów i torbę z prezentem. Znowu się spóźnili. Zawsze się spóźniali. W ostatniej chwili wbiegli do kościoła i zajęli miejsce gdzieś z tyłu.
-Na koncerty też się spóźniałaś.- mruknął Bill i położył bukiet kwiatów obok siebie.
-Wolałabym, żebyś pewnych rzeczy nie pamiętał.- oznajmiła kobieta.
-Pamiętam wszystko co najważniejsze. Np., że jesteś świetna w…
-BILL! Nie w kościele!- zganiła go ciemnowłosa.
-Chciałem tylko powiedzieć, że jesteś świetna w graniu na gitarze!- zbulwersował się.
Silviia westchnęła głośno i pokręciła głową. W tym momencie do kościoła weszła panna młoda wraz z ojcem. Piękna biała sukienka aż do samej ziemi, długi welon, jasne włosy ułożone w wykwintny i modny kok.
-Ty i tak wyglądałaś ładnie.- szepnął Czarny.
-Cii.- uciszyła go Silviia.
-Potem będziesz narzekać, że nie prawię ci komplementów…
-BILL! Nie w kościele!
Czarny zaczął mruczeć coś pod nosem i wreszcie skupił się na ceremonii. Oboje siedzieli nieporuszeni, aż do momentu, w którym ksiądz zaczął czytać kazanie. To samo kazanie, które 3 lata temu głoszono na ich ślubie. To samo…słowo w słowo. Hymn o miłości…

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką możliwą wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał.
Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,
jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie.
Po części bowiem tylko poznajemy, po części prorokujemy.
Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.
Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce.
Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś twarzą w twarz: Teraz poznaję po części, wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.
Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: z nich zaś największa jest miłość."

Słowa płynęły, płynęły do uszu słuchaczy i nikt nie śmiał nawet szepnąć słowa, nikt nie wstał, nie ruszył się. Nie kaszlnął, ani nawet nie pociągnął nosem. Czarnowłosy nieśmiało ujął dłoń małżonki i ścisnął ją lekko. Czuł jakby żenił się drugi raz…

Rozdział II


-Jeszcze jeden i jeszcze raz! Sto lat, sto lat niech żyją nam!- śpiewało chórem paru mężczyzn.
Bill przypatrywał się temu z daleka. Obiecał sobie i żonie, że już więcej nie będzie pił. Nie wróci do domu zalany, nie zrobi awantury, nie wyrządzi krzywdy…Westchnął głośno i usiadł przy stole. Kątem oka spoglądał na przyjaciół, którzy co chwila nalewali sobie do kieliszka. Tom też nie wylewał za kołnierz. Ale on nie mógł. On – Bill Kaulitz przyrzekł, a jego słowo jest droższe od pieniędzy. Przynajmniej tak mu się zdawało…
-Stary wypij coś!- krzyknął Georg i walnął go swoją wielką łapą w plecy.- Nie wypijesz za zdrowie przyjaciela?
-Nie mogę.- syknął Czarny.- Przecież wiesz.
-Ale to tylko raz…
-Nie ma tylko raz.- oznajmił Bill i wstał od stołu.- Dzięki za wsparcie.- warknął.
Wtopił się w tłum i pośród kilkudziesięciu kobiet szukał żony.
-Po co ty jej jeszcze szukasz?
- Bo ją kocham.- syknął cicho.
-Oh po co ci ona? Może reaktywacja TH? Nie brakuje ci fanek, tego huku w około ciebie?

Zatrzymał się. Czy nie brakuje ci…Trochę na pewno brakowało, ale rodzina…rodzina, dziecko, żona. To coś dla czego warto było zostawić Tokio Hotel…zostawić już na zawsze i nigdy nie zacząć znowu śpiewać. Sława mogłaby wszystko zniszczyć…
- Nie brakuje.- skłamał.
-Zastanów się jeszcze nad tym. Wróć. Wróć z wielkim hukiem…

-Oh tu jesteś!- usłyszał głos Silvii.- Gdzie byłeś?- zapytała.
-Siedziałem z chłopaka…nie piłem!

Ciemnowłosa uśmiechnęła się i pogładziła go po włosach. Była dumna. Na razie wywiązywał się ze słowa danego jej i małej. Nie pił. Trzymał się dobrze.
-Zaraz będzie konkurs ściągania podwiązek zębami!- podjarał się Bill.- Weźmiemy udział?!
-Nie bo mi znowu majtki ściągniesz jak się zagalopujesz.- mruknęła założyła ręce na piersiach.
-Ohh nie! Obiecuję, że nie.- zapewniał się Czarny.
-Muszę iść do łazienki poprawić makijaż.- oznajmiła.- Idziesz ze mną czy zostajesz?
-Idę!

Silviia Kaulitz stała przed jednym z lusterek znajdujących się w łazience i malowała lewą powiekę. Tuż obok stał jej mąż i…też malował lewą powiekę. Pasowali do siebie pod każdym względem. Rano razem się malowali, po południu razem gotowali obiad, wieczorem razem zmywali makijaż, a w nocy razem…no spali. Czarny schował cień do powiek i uśmiechnął się zawadiacko do własnego odbicia.
-Wyglądasz niezwykle pociągającooo.- oznajmił i oparł dłonie na jej biodrach.- Masz ochotę wracać na salę?
-Ani trochę…
Bill przycisnął ją lekko do umywalki i namiętnie pocałował. Ich języki złączyły się po raz niewiadomo, który tego dnia. Metalowa kulka delikatnie pieściła jej podniebienie. Czarnowłosy przesunął ręce na jej pośladki i ścisnął je lekko. Mało ich obchodziło, że są w łazience, że za drzwiami są setki ludzi, że w każdej chwili może ktoś wejść…Podniecenie i emocje wzięły górę.
-Bądźmy nieprzyzwoici.- mruknął Kaulitz.
-Przecież jesteśmy…
Silviia wsunęła dłonie w tylne kieszenie jego spodni i lekko zaczęła masować jego pośladki. Bill zaśmiał się cicho, a jego ręce powędrowały nieco w dół. Ręka kobiety zaś przesunęła się na klamrę od paska mężczyzny.

Tom wstał od stołu i potrząsnął głową. Był trochę pijany jednak jego kontakt ze światem rzeczywistym był tak samo dobry jak na trzeźwo. Żwawym krokiem ruszył w stronę łazienki. Musiał przemyć twarz, trochę się odświeżyć. Otworzył drzwi toalety i to co tam zobaczył przyprawiło go o zawrót głowy.
-O Boże wam się nudzi na weselu?- zapytał i podszedł do lusterka.
-Oh spadaj.- warknął Bill i w pośpiechu zapiął pasek.- Zawsze musisz wszystko zepsuć.
-Ciesz się, że teraz, a nie 5 minut później.- zachichotał Tom i opłukał twarz zimną wodą.
-Nie mogłeś iść do drugiej toalety?- zapytał.
-A Wy nie mogliście?
Czarnowłosy prychnął i chwycił za swoją marynarkę po czym wyszedł z łazienki, a za nim pobiegła jego żona.
-Zboczeńcy.- mruknął Tom.
Spojrzał w lusterko i zobaczył siebie. Od dawna chyba nie wyglądał tak dobrze. Nie miał zapuchniętych oczu, odstających pojedynczych włosów. Wyglądał zdrowo i młodo. Miał w sobie energię, która zbierał przez 7 lat. Był gotów jakąś ją wykorzystać, zrobić coś szalonego…
- Pst, a może reaktywacja Tokio Hotel?
- Reaktywacja Tokio Hotel? Hej! Kim ty w ogóle jesteś?
- To ja…Twoja przyjaciółka…Kapryśna przyjaciółka sława.
- Gadam sam ze sobą…to głupie.
-Jesteś tak samo pyszałkowaty i zakochany w sobie jak Twój brat.
-Spieprzaj dziadu.- warknął Tom.
-Jak chcesz Tomie Kaulitz.- zaśmiała się i odeszła…

Tom jeszcze raz chlusnął na siebie zimną wodą i lekko potrzasnął głową. Gada sam do siebie…coś z nim nie tak…Na wszelki wypadek nikomu nie powie o rozmowie ze swoją ,,sławą”. Jego rozmyślania przerwał odgłos otwierających się drzwi. Szybko spojrzał w tamta stronę. Do łazienki weszła brązowowłosa kobieta. Miała na sobie lekką, niebieską sukienkę przed kolana. Wyglądała na elegancką i zrównoważoną. Nie łatwa sztuka, jednak Tom poczuło niej dziwny pociąg. Pierwszy raz od paru lat zachciało mu się kobiety. Miał ochotę ja poderwać, zwrócić na siebie uwagę.
-Ładna sukienka.- zagadał i puścił jej oczko.
-Dziękuję.- odrzekła kobieta i wyciągnęła szminkę z torebki.
Dredziarz udawał, że cos mu wpadło do oka. Chciał jak najdłużej tu zostać i nawiązać kontakt z piękną nieznajomą.
-Jestem Tom…Tom Kaulitz, a piękna pani to…?
-Alexandra.
-A…to może pójdziemy na salę i zatańczymy razem?- zaproponował zanim ugryzł się w język.
-Chętnie.- zgodziła się ciemnowłosa i obdarzyła go ciepłym uśmiechem.

Bill siedział sam przy stole. Silviia poszła zatańczyć z Gustavem i zostawiła go samego. Przed nim stała całą butelka czystej.
Wypij…wypij za mnie. Za swoją przyjaciółkę sławę.
-Spadaj. Nie będę pił. Obiecałem żonie i córeczce.
-Wypij…raz ci przecież nie zaszkodzi…Jeden kielich za sławę…

Czarny wyciągnął rękę w stronę butelki i bez wahania napełnił kieliszek. Powoli zaczął zbliżać go do ust i cały czas bił się z myślami. Przecież…przecież to tylko jeden kieliszek. On mu nie zaszkodzi…jeden kieliszek za rodzinę…

Rozdział III


Czarnowłosy mężczyzna leżał na tylnym siedzeniu samochodu i bulgotał coś pod nosem. Jeden kieliszek zamienił się w jedną butelkę. Znowu to zrobił. Znowu upił się do nieprzytomności, zawiódł je. Zawiódł żonę i córeczkę, zawiódł także matkę…Zawiódł sam siebie…Ale teraz o tym nie myślał, teraz chciał znaleźć się w ciepłym łóżku i szybko zasnąć.
-Silviia…- wymamrotał i złapał za oparcie kierowcy.- Silviia…przepraszam.
-Który to już raz?- zapytała drżącym głosem.- Wiesz? Bo ja już nie nadążam liczyć.
-Silviia…kochanie, przepraszam. Już nigdy więcej…
-Za każdym razem mówisz to samo!- krzyknęła z wyrzutem.
-Teraz już naprawdę…
-Nie mów nic. Nie odzywaj się. Zamknij się!

Ciemnowłosa kobieta za kierownicą miała ochotę płakać. Chciała płakać, ale nie mogła. Nie mogła, przecież przez to mogłaby spowodować wypadek, więc powstrzymywała łzy. Znowu to samo, znowu wódka okazała się ważniejsza od danego słowa...Znowu to samo, znowu ten sam tekst ,,Już nigdy więcej, przepraszam” Ona nie chciała słyszeć tego już nigdy więcej. Nie chciała jego przeprosin, nie chciała jego skruchy…ona tylko chciała, żeby się zmienił. Żeby przestał pić…Chciała, żeby ich rodzina znowu była normalna, jak na początku, żeby Shirley nie musiała oglądać pijanego ojca wracającego z odwiedzin u wujka Georga. Chciała, żeby wszystko było dobrze, a tym czasem nie pomagały groźby, nie pomagały terapie…nie pomagało nic. Chyba trzeba zacząć coś robić, a nie tylko mówić i prosić…
Silviia zatrzymała się pod jednym z ekskluzywnych apartamentów i wysiadła z samochodu. Otworzyła tylne drzwi i pomogła mężowi wydostać się na zewnątrz. Bill zarzucił jej rękę na szyję i razem ruszyli w stronę wejścia. Cudem udało się jej dociągnąć go na pierwsze piętro. On był mężczyzną, do tego pijanym, a ona tylko kruchą, młodą kobietą. Czarnowłosy oparł się o stół i własnymi siłami zaczął iść w stronę sypialni.
-Nie!- krzyknęła Silviia.- Ty śpisz na kanapie. Nie zamierzam spać w jednym łóżku z pijanym facetem.- warknęła i weszła do sypialni.
Wyciągnęła z szafy koc i chwyciła jedną poduszkę. Wróciła do salonu i pościeliła mu na kanapie. Czarny westchną ł głośno i walnął się na sofę i od razu zasnął.
Ciemnowłosa zrobiła sobie kawę i usiadła obok mężczyzny. Tak bardzo go kocha, tak bardzo. Byłaby wstanie zrobić dla niego dosłownie wszystko, a w zamian chciała tylko, żeby był taki jak wcześniej…żeby wreszcie zerwał z nałogiem…
-Tak bardzo cię kocham.- powiedziała cicho i odgarnęła mu włosy z czoła.- Proszę cię tylko o jedno...rzuć to, rzuć to dla nas…

Simone Kaulitz krzątała się w kuchni i przygotowywała śniadanie dla swojej jedynej i ukochanej wnuczki. Postawiła na stole talerz ze śniadaniem i udała się na górę by obudzić małą Shirley. Dziewczynka spała smacznie w pokoju, który kiedyś należał do jej ojca. Nic tu się nie zmieniło. Dalej dominował tu kolor pomarańczowy, a na biurku dalej stał zepsuty komputer.
-Kochanie czas wstawać.- mruknęła ciepłym głosem kobieta i lekko szturchnęła wnuczkę.
Brązowowłosa dziewczynka otworzyła oczy i uśmiechnęła się lekko na widok babci. Simone odwzajemniła uśmiech i wzięła małą na ręce po czym razem wróciły do kuchni.
Shirley urodę odziedziczyła po ojcu. Ciemne włosy, urzekające piwne oczy i charakterystyczne rysy twarzy. Nie jeden wujek zapewniał rodziców o powodzeniu małej gdy dorośnie. Była naprawdę śliczna i kochała wszystko i wszystkich dookoła. Jednym słowem mówiąc była niezwykłym dzieckiem.
-Kiedy mama i tata psyjadą?- zapytała.
-Zapewnie niedługo. Na pewno jeszcze śpią po weselu.- odrzekła Simone i zajęła miejsce naprzeciwko wnuczki.- Jak chcesz to zadzwonimy do nich jak zjesz.
-Tak, tak!- ucieszyła się mała i zaklaskała w ręce.

Billa Kaulitz obudził silny ból głowy. Otworzył oczy i po dokładniejszych oględzinach stwierdził, że znajduje się w salonie na kanapie. Nie bardzo pamiętał co było powodem wyrzucenia go z sypialni, ale ból głowy i susza w gardle podsuwały mu odpowiedź na dręczące go pytanie. Znowu to zrobił. Napił się mimo, że dał słowo. Był wściekły na siebie, teraz Silviia już na pewno mu tak łatwo nie odpuści…Wygrzebał się z kołdry i ruszył do kuchni. Zaparzył kawę i już miał iść do sypialni by obudzić żonę lecz ona była pierwsza. Wyszła z łazienki już ubrana, umalowana i najwyraźniej gotowa do jakiegoś wyjścia.
-O nareszcie wstałeś.- prychnęła i chwyciła torebkę pasującą do płaszcza.
-Silviia…ja…daj mi się wytłumaczyć.
-Mam dość słuchania twoich wytłumaczeń.- powiedziała spokojnie i ruszyła do drzwi.- Jadę po Shirley, lepiej doprowadź się do normalnego stanu zanim wrócimy. Nie chcę, żeby moja córka oglądała skacowanego ojca.
-Chcę jechać z tobą.- oznajmił i wyciągnął rękę w jej stronę.
-Nie ma mowy. Lepiej doprowadź się do stanu używalności. Do widzenia.
Wyszła. Kaulitz zaklną głośno i machnął ręką rozlewając kawę. Ciepła ciecz zaczęła rozlewać się po całym stole. Powoli dążyła do krawędzi. Jedna z kropli zawisła na samej krawędzi, a za nią podążyła reszta.
Kap, kap, kap.
,,Znowu wszystko zepsułem…to moja wina”
Kap, kap, kap.
,,Niszczę naszą rodzinę…”
Kap, kap, kap.
,,Jestem cholernym nieudacznikiem”
Kap, kap, kap.
,,Muszę z tym skończyć…”
Kap…kap…kap.
,,Kap, kap, płyną łzy, w łez kałużach ja i ty, wypłakane oczy i przekwitłe bzy…”
Czarny wytarł rękawem łzy spływające po jego policzkach. Miał siebie dość, był na siebie wściekły, znowu wszystko zepsuł, znowu wszystko zaprzepaścił, znowu wszystkich zawiódł…
,,Płacze z tobą deszcz i fontanna szlocha też, trochę zadziwiona skąd ma tyle łez…
Kaulitz wytarł stół i głośno pociągnął nosem. Gdyby mógł cofnąć czas…gdyby mógł to nigdy nie chwycił by za butelkę, nigdy nie wypiłby nawet kropli wódki…Gdyby mógł cofnąć czas…
Ale nie możesz. Panie Kaulitz czas to nie zabawka, która możesz zmodyfikować…

Silviia zatrzymała się pod niedużym domkiem i wyskoczyła z samochodu. Westchnęła głośno i nacisnęła dzwonek przy drzwiach. Po chwili otworzyła jej blond włosa kobieta.
-Oh nareszcie! Mała już od godziny o was…a gdzie jest Bill?
-On…nie mógł przyjechać.- odrzekła ciemnowłosa.
-Znowu to samo?- zapytała szeptem Simone.
Silviia lekko kiwnęła głowa. Pani Kaulitz otworzyła drzwi i wpuściła ją do środka.
-Mama!- krzyknęła mała dziewczynka i rzuciła się matce w ramiona.- A gdzie jest tatuś?
-Tatuś on…on się źle poczuł.- skłamała.- Czeka na ciebie w domu.
I teraz znowu trzeba się uśmiechać, znowu kłamać, znowu robić dobrą minę do złej gry…
Na ustach uśmiech, a w sercu ból…to najtrudniejsza z życiowych ról.

Rozdział IV


Zimna woda powoli spływała po nagim ciele Billa Kaulitza i powoli docierała do najintymniejszych części jego ciała.
-Znowu mnie posłuchałeś…uległy z ciebie facet Kaulitz.
-Odczep się wreszcie ode mnie!
-Panuję nad tobą.
-Wcale nie!
-Tak…kiedyś sam się o tym przekonasz.

Czarnowłosy zakręcił wodę i lekko drżąc wyszedł z pod prysznica. Wytarł się miękkim niebieskim ręcznikiem po czym nałożył świeże ubrania. W pośpiechu podkreślił oczy czarną kredką i wyszedł z pomieszczenia. Suszyło go, czuł dziwną chęć napicia się, chciał uciec od problemów świata codziennego…chciał tylko uciec.
-Nie mogę…nie mogę!- krzyknął i walnął pięścią w ścianę…nie mogę!
Nie mógł…nie mógł wykrzesać z siebie chodźmy iskierki silnej woli. Coś jakby się starło, jakby cos się zniszczyło, jakby krzemienie wskrzeszające iskry silnej woli stępiły się i nie potrafiły działać tak jak kiedyś…Kaulitz chwycił za portfel i wybiegł z domu nawet go nie zamykając. Zbiegł piętro niżej i zastukał do drzwi apartamentu swojego przyjaciela.

Alexandra otworzyła oczy i wyciągnęła się w łóżku. Na jej twarzy zagościł uśmiech gdy ujrzała obok siebie twarz mężczyzny, z którym spędziła tak wspaniałą noc. Przekręciła się na bok i przejechała opuszkami palców po jego policzku. Chciała go delikatnie i romantycznie obudzić, chciała, żeby poczuł się szczęśliwy, naprawdę szczęśliwy od tych paru lat. Ona wcale nie zamierzała go zranić, nie zamierzała wykorzystać i zostawić…Ot tak wielu lat pragnęła znaleźć się u jego boku, ale nie mogła, nie mogła ziścić swoich marzeń. Nikt nie był w stanie jej pomóc, nikt nawet nie próbował. Nie przejmowali się jej marzeniami i pragnieniami, ale ona sobie kiedyś obiecała, że spełni swoje marzenia mimo wszystko, że w końcu osiągnie ich szczyt i właśnie teraz gdy powoli zaczęła zapominać, gdy to stawało się lżejsze…To wesele, to wesele zmieniło wszystko, a wszystkie uczucia wróciły. Nierealne sny zamieniły się w rzeczywistość, a ból i cierpienie zastąpiły radość i miłość.
Kobieta wygrzebała się z łóżka i całkiem bezwstydnie przeszła nago po pokoju i chwyciła bluzę Toma, w której wczoraj był na weselu. Narzuciła ją na siebie i udała się do kuchni. Ogarnął ją przyjemny chłód. Zimne powietrze docierało do kuchni przez lekko uchylone okno. Alex szczelnie otuliła się koszulą i zajrzała do lodówki. Nic w niej nie było oprócz jajek.
-Z tego też da się coś zrobić dla dużego księcia.- stwierdziła i wydobyła z lodówki 3 jajka.

Toma obudził zapach jajecznicy. Niechętnie otworzył oczy i uśmiechnął się szeroko gdy zobaczył przed sobą Alexandrę z tacą z jedzeniem. Podciągnął się do pozycji siedzącej i zatarł ręce na widok smakowitości.
-Przepraszam, że tylko tyle, ale nie miałeś więcej w lodówce.
-Spoko, spoko tyle starczy. Dziękuję ci bardzo.
Kobieta westchnęła cicho i przyglądała mu się. Patrzyła jak wkłada do buzi widelec z jajecznicą, jak przeżuwa, połyka. Spojrzał na nią. Ich spojrzenia znowu się spotkały. Uśmiechnął się do niej szeroko. Ona to odwzajemniła. Kochała jego uśmiech…nawet teraz kiedy jajecznica wystawała mu z między zębów.

Bill usiadł na kanapę i westchnął głośno. Nie zamierzał pić, dziś przyszedł po poradę przyjacielską. Chciał, żeby mu ktoś pomógł…szukał jakiegoś wsparcia, mimo, że zawsze miał je w matce i żonie. Zawsze szukał dziury w całym…
-No i co tam?- zapytał Georg gdy wrócił z 4 pakiem piw.- Kacyk męczy?
-Nie chcę już tak żyć.- oznajmił.- To ty mnie w to wciągnąłeś!- warknął.- To twoja wina!
To twoja wina, to twoja wina, to twoja wina…
-Sam chciałeś.- zbulwersował się Georg.- Ja cię do niczego nie namawiałem!
-To Twoja wina!- powtórzył i wstał.- Koniec z naszą przyjaźnią!
Wyszedł z jego domu trzaskając drzwiami. Z jednej strony czuł się dobrze, że wreszcie się wyładował, czuł się jakoś tak lepiej, ale z drugiej strony szargały nim wyrzuty sumienia. W końcu Listing miał rację. On do niczego go nie zmuszał, nie kazał mu. Gdyby mógł cofnął by czas, może lepiej by było gdyby go w ogóle nie było, gdyby to wszystko się nie zdarzyło…Gdyby nie sięgnął bo tą butelkę, a potem po kolejną, następnego dnia znowu i tak w kółko…
Jakby to było gdyby mnie nie było, jakby to było gdyby się nie wydarzyło…
Wszedł do mieszkania i zamknął się od wewnątrz. Nie chciał widzieć nikogo, nie chciał z nikim rozmawiać, nie chciał…Pragnął być sam i winić sam siebie niż słyszeć to od bliskich.

Silviia wysiadła z samochodu i wzięła małą na ręce. Miała nadzieję, że Bill doprowadził się już do stanu używalności i nie widać po nim jego ,,choroby”. Kobieta przekręciła klucz w zamku i weszła do domu. Spodziewała się czegoś innego niż zobaczyła. Jej mąż spał przy stole a naprzeciwko niego stała pusta flaszka po wódce. Coś w niej się zmieniło, coś pękło. Przeciągnął strunę. Ciemnowłosa postawiła małą na podłogę i pobiegła do sypialni. Dość tego, nie będzie sobie urządzał melin w domu. Nigdy nie pozwoli na to, żeby jej dziecko patrzyło jak ojciec się zalewa, jak rodzice się kłócą. Wbiegła do sypialni i otworzyła szafę. Po kolei zaczęła wyrzucać z niej rzeczy męża. Nie będzie z nim mieszkać, nie zamierza, już nie chce. Wróciła do sypialni i nachyliła się nad Czarnowłosym.
-Wstawaj kochanie…wstawaj.- powiedziała sztucznie i pogłaskała go po głowie.- Tatuś zasnął ze zmęczenia.- oznajmiła córeczce.- Idź do siebie i się pobaw.
-Dopse.- uśmiechnęła się mała i podreptała do swojego pokoju.
-Wstawaj alkoholiku.- warknęła mu do ucha.
Czarny podniósł głowę i spojrzał na nią. Była zła, bardzo zła. Na jej twarzy malowała się nienawiść, a w oczach lśniły małe kropelki. Chciała płakać z bezradności, ale nie mogła, nie mogła pokazać mu, że jest słabsza, nie mogła nawet jakby chciała.
-Co…co się stało?- wymamrotał.
-Znowu to zrobiłeś!- krzyknęła.- Prosiłam cię o coś! Mamy w domu małe dziecko.
-Daj mi spokój wreszcie. Będę robił co mi się żywnie podoba.
-Ale nie w tym domu.- oznajmiła i siłą zmusiła go do wstania.- Wynoś się stąd!- krzyknęła i wskazała mu drzwi.
-Nie…nigdzie nie pójdę! To też mój dom!
-Wynoś się!- powtórzyła.
-Nie.- syknął przez zęby i złapał ja za nadgarstki.- Nigdzie nie pójdę, nie wyrzucisz mnie stąd!
-A żebyś się nie zdziwił!
Kobieta próbowała przepchnąć go w stronę drzwi, ale on był silniejszy. Mocno trzymał ją za nadgarstki i uśmiechał się triumfalnie. Ona walczyła, próbowała mu się wyrwać, ale on nie dawał jej szans. Odepchnął ją całą swoją siłą, a kobieta upadła na podłogę. Nie miała siły się podnieść, zwinęła się w kłębek i cicho zaczęła płakać. Podszedł do niej, usiadł obok i zaśmiał się chłodno. Położył jej rękę na biodrze i jednym ruchem ręki pociągnął za jej koszulkę by odsłonić kawałek ciała.
-Zostaw mnie.- załkała i szybko naciągnęła koszulkę z powrotem.- Wyjdź stąd.
Nie odpowiedział. Siłą przekręcił ją na plecy i jedną dłonią złapał ją za nadgarstki, a drugą zerwał z niej koszulkę. On ją obmacywał i uśmiechał się głupio, a ona leżała i płakała. Nigdy by nie pomyślała, że on…że on zrobi to wszystko, że tak się stanie. Myślała, że on jest inny, że jest idealny, że potrafi się zmienić dla miłości…
-Zostaw mnie!- krzyknęła przez łzy.- Proszę! Dlaczego taki się stałeś?!
-Wcześniej zachowywałem się normalnie bo nic nie mówiłaś.- warknął i zbliżył do niej swoja twarz.- Zaczęłaś narzekać więc i ja się zmieniłem, a skoro nie chcesz dać mi tego czego ja chcę to sam to sobie wezmę…

Rozdział V


Alexandra związało luźno włosy i ostatni raz przeglądnęła się w lusterku. Musiała wyglądać pięknie i to nawet teraz, kiedy byli w domu. Wiedziała, że niedługo będzie musiała iść i zapomnieć o nim, ale cieszyła się nawet ją jedną nocą, cieszyła się, ze mogła spędzić z nim te chwile, że mogła być tak blisko, że mogła go dotykać i całować, że on należał tej nocy tylko do niej. Ostatni raz przejechała błyszczykiem po ustach i wyszła z łazienki.
Tom siedział przy stole i tak skupiła się nad krzyżówką, że aż czoło mu się pomarszczyło. Co chwila coś skreślał i wpisywał od nowa, a do tego wystawiał lekko język jak wielki artystka, malarz i rzeźbiarz Tomasz Kałliż z gorącej Grenlandii.
-Czemu się już ubrałaś?- zapytał odrywając wzrok od krzyżówki.- Dopiero po 14.
-No tak, ale ja niedługo muszę iść.- mruknęła.
Miała cichą nadzieję, że spróbuje ją zatrzymać, że może gdzieś ją jeszcze zabierze więc stała i uśmiechała się słodko. Odłożył krzyżówkę. Podszedł do niej i pocałował ją namiętnie. Objęła go mocno, nie chciała puszczać, znowu chciała bliskości ciał, chciała czuć jego przyśpieszony oddech, słyszeć jego bicie serca.

Nie panował nad sobą, nie panował nad sobą i swoimi pragnieniami. Sam chyba do końca nie wiedział co teraz właśnie robi. Uderzył ją, znowu. Głośny plask, ciche łkanie i kolejna porcja łez. Bił ją, szarpał, całował i obmacywał. Był okropny, był taki jaki jeszcze nigdy nie był i wcale nie chciał być, to alkohol zamroczył jego umysł. Nie był sobą…nie panował, nie chciał, a jednocześnie to robił.
Ich bin nich ich
Silviia przekręciła się tyłem do niego, ale on szybko pomógł wrócić jej do wcześniejszej pozycji i usiadł na niej okrakiem, żeby przypadkiem znowu nie próbowała mu uciec. Gdy patrzył na jej twarz cos się działo w jego mózgu. Walczył, walczył sam ze sobą jednak alkohol w tym momencie brał górę.
Czarny odrzucił włosy do tyłu i uśmiechnął się sztucznie po czym zabrał się za rozporek od swoich spodni. Ciemnowłosa lekko uniosła głowę i wtedy zrozumiała, że to jest ten moment. Odepchnęła go z taką siłą, że spadł z niej i walnął głową o lodówkę. Stracił przytomność. Kobieta szybko ubrała się i uklękła obok niego. Z tyłu głowy miał wielkiego siniaka i był nieprzytomny. Siedział oparty o lodówkę i wyglądał jak zepsuta lalka. Silviia usiadła na krześle i patrzyła na niego. Nie wiedziała, że pod wpływem alkoholu nawet ON jest zdolny do takiego czegoś, nie wiedziała, nie miałam pojęcia. Westchnęła głośno. Krew spływała jej ze skroni i mieszała się z łzami wydostającymi się z oczu. Nikt nigdy tak jej nie upokorzył, zazwyczaj to ona zawsze biła facetów, bali się jak diabli wody święconej, ale gdy zła dziewczynka staje się kobietą…wszystko się wtedy zmienia.

Georg uniósł lekko głowę i nadstawił uszu. Z góry dochodziły jakieś wrzaski i krzyki. Bez problemu rozpoznał głos swojego ,,byłego” przyjaciela i jego żony. Nie wiedział o co chodzi, ale miał złe przeczucie. Wstał z kanapy i bez wahania wyszedł z domu. Z szybkością światła wbiegł na piętro. Wrzaski ustały. Cisza, szuranie krzesła i ciche łkanie. Zapukał lekko i gdy usłyszał cisze ,,proszę” wszedł do środka. Silviia siedziała przy stole zalana łzami, a z jej skroni ciekła krew. Wyglądała wręcz okropnie. Pod lodówką siedział Bill, był nieprzytomny. Listing powoli ruszył w stronę przyjaciółki i usiadł na krześle obok niej. Bał się nawet zapytać co się stało, nie chciał wywołał u niej histerii, nie chciał, żeby płakała.
-Nienawidzę go.- powiedziała cicho, a po jej policzkach spłynęła kolejna porcja łez.- Zabierz go stąd!
-To…to moja wina.- przyznał cicho i spuścił głowę.- Gdybym tu nie zamieszkał to nie miał by z kim pić i…
-Nic nie jest twoją winą!- powiedziała stanowczo.- Ty nie stałeś się przez to alkoholikiem. Umiesz się pohamować dla Luizy, a on dla mnie nie potrafi!
-Potrafi, ale potrzebuje czasu.
-Chciał mnie zgwałcić.
-CO?!
-Chciał mnie zgwałcić.- powtórzyła spokojnie.- Nie chcę z nim już mieszkać. Próbowałam go wyrzucić, ale on wpadł w histerię, w jakiś amok. Nie wiem co to było.- powiedziała i pokazała mu siniaki na nadgarstkach.- Czy to normalne?!
-Skurwysyn.- warknął Georg i zacisnął pięść.
Minęło chyba około dwóch godzin. Ona płakała, a Georg pocieszał ją i obiecywał, że spróbuje cos z Billem zrobić, że mu da nauczkę. Pili właśnie herbatę gdy Czarny poruszył się znacznie. Złapał się za głowę i otworzył oczy. Ciemnowłosa wystraszyła się lekko i spojrzała błagalnie na Listinga. On tylko kiwnął głową. Bill rozejrzał się dookoła i jęknął trzymając się z tyłu za głowę.
-Czy ty upadłeś na głowę?!- krzyknął Listing.- Jak mogłeś zrobić cos takiego?!
Bill patrzył na niego ze strachem w oczach. Chyba już wrócił do siebie bo nie za bardzo pamiętał co takiego strasznego zrobił. Georg wstał i pochylił się nad nim. Wyglądał strasznie groźnie więc Kaulitz zaczął czołgać się w drugą stronę i rzucał żonie błagalne spojrzenia. Jednak ona wcale na niego nie patrzyła, nie chciała, nie mogła.
-Jak…mogłeś…zrobić…to…WŁASNEJ ŻONIE?!- ryknął Geo.
-Ale co ja zrobiłem?!- oburzył się Czarny.
-Od dziś już tu nie mieszkasz.- oznajmiła Silviia.- Wynoś się…
-Ale…dlaczego?
-Ty już powinieneś wiedzieć dlaczego!- krzyknął Żorż.- Odprowadzić cię na dół?
-Nie.- odrzekł Bill i wstał.- Obejdzie się…Silviia, ale ja cię kocham ja…
-WYNOŚ SIĘ!- krzyknęli razem.
-Chciałabym cos wziąć…jakieś ubrania i pieniądze.-mruknął nieśmiało.- A najbardziej chciałbym tu zostać bo…kocham cię…naprawdę, ale ja naprawdę nie wiem co się stało…
-Nie ma mowy.- powiedziała stanowczo.
-A rzeczy?
Silviia poszła do sypialni i wróciła po chwili z walizką. Podała mu ją, a on złapał ja za rękę i spojrzał w oczy. Ona jednak szybko odsunęła się od niego, a w jej oczach malowała się pogarda i wstręt, a zarazem strach. Brzydziła się nim, gardziła nim i bała się go.
-No to…do zobaczenia.- powiedział cicho i spojrzał na nią ostatni raz.- K..
-Nie mów nic.- przerwała mu.- Idź już…
Wyszedł. Zatrzasnęła za nim drzwi. To ich podzieliło…jego nałóg to koniec i początek. Kończy się coś co było piękne, jedyne i niepowtarzalne, a zaczyna się koszmar, załamanie, ale to on sam tego chciał, to jego świadomy wybór. Spojrzał ostatni raz na zamknięte drzwi i zbiegł na dół. Im szybciej stąd wyjdzie tym lepiej, może będzie łatwiej, może będzie lepiej. Pchnął metalowe drzwi i wybiegł na ulicę Berlina. Już się ściemniło. Księżyc przejął wartę i świecił jasno nad miastem. Kaulitz nie wiedział co ma ze sobą zrobić. Jedyny pomysł jaki miał w głowie to iść do hotelu i przespać noc.

Rozdział VI


Alexandra szła jedna z Berlińskich ulic i była w świetnym humorze. Noc z Tomem Kaulitzem jednak nie zakończyła się na jednej. Potem była jeszcze jedna, spotkanie w klubie, a teraz właśnie wracała z romantycznej randki w jednej z najdroższych restauracji. Uśmiechała się promiennie i nie zwracała uwagi na otaczający ją świat. Czuła się teraz najszczęśliwszą kobietą na ziemi. Od tylu lat po raz pierwszy była naprawdę szczęśliwa i nie zamierzała z nikim się tym dzielić.

Bill stanął naprzeciwko jednego z bloków i westchnął głośno. Mieszkanie w wynajętej kawalerce jakoś mu się nie uśmiechało, ale musiał to zrobić bo ciągłe życie w hotelach kosztowałoby go 5 razy więcej. Z niezadowoloną minął wszedł do klatki i przeraził się. Było tu brudno i nie najprzyjemniej pachniało. Wstrzymał więc oddech o szybko wbiegł na pierwsze piętro. Otworzył białe drzwi i wszedł do środka. Było tu strasznie ciasno nie mówiąc już nawet o urządzeniu. Mieszkanie składało się z wąskiego przedpokoju, małego pokoiku, takiej samej kuchni i malutkiej łazienki. Postawił walizkę obok kanapy i westchnął głośno. No to się doigrał.

Silviia obudziła się i przetarła oczy. Znowu budzi się w pustym łóżku, w pustej sypialni, w pustym domu. Shirley zabrał dziadek. Nawymyślał sobie, że pokaże jej hodowlę Reniferów w Finlandii. Chciał zabrać ze sobą córkę, ale ona nie dała się namówić. Wiedziała, że musi tu zostać w razie czego, gdyby coś się stało. Wygrzebała się z łóżka i od razu ruszyła do łazienki. Robiła to codziennie. Każdego dnia sprawdzała ile jeszcze zostało jej siniaków i jak bardzo są one widoczne. Te na nadgarstkach i plecach schodziły szybko, ale ten jeden na twarzy był najgorszy i najtrudniejszy do zamaskowania. Sama się sobie dziwiła, że nikt jeszcze jej nie rozgryzł, że nikt jeszcze nie zobaczył…oprócz Georga oczywiście. Stanęła przed lustrem. Od wczoraj nic się nie zmieniło. Pod jej okiem wciąż widniał fioletowy siniak. Westchnęła głośno i chwyciła za puder. Znowu musiała go ukrywać, znowu musiała stać godzinami przed lustrem, żeby doprowadzić się do normalnego stanu, żeby ukryć to co sprezentował jej małżonek. Puk, puk, puk – ktoś zapukał. Odwróciła szybko głowę od lusterka. Puk, puk, puk – znowu. Wyszła z łazienki nieświadoma tego, że nie dokończyła makijażu. Podeszła do drzwi i spojrzała przez judasza, ale niestety ktoś zasłonił go palcem – żartowniś.
-Jeżeli to znowu ty…to lepiej idź już sobie i nie wracaj!- warknęła.
-Nie. Zapewniam, że to nie ja.- usłyszała głos szwagra.
Po raz pierwszy od paru dni naprawdę się uśmiechnęła. Toma dawno u nich nie było i nawet się za nim stęskniła. Brakowało jej tych rozmów i tego wszystkiego. Bez wahania otworzyła drzwi i przywitała go szczerym uśmiechem, a on zamiast się uśmiechnąć zrobił minę jakby zobaczył ducha.
-Co się stało?- zaśmiała się i wpuściła go do środka.- Makijaż mi się rozmazał?
-No…tak jakby trochę fioletowy…- mruknął nie odrywając od niej wzroku.
-Ohhh.- jęknęła i złapała się za oko.- To nic…to ja się walnęłam to był wypadek to…
-Oh i widzę, że w nadgarstki też się walnęłaś.- mruknął i złapał ją za rękę.- Ciekawie. Gdzie jest Bill?
-Nie ma.- odrzekła szybko i ruszyła w stronę łazienki.- Wyszedł.
-Gdzie?
-Eee…nie wiem, nie mówił mi.
-To on cię tak załatwił?
-NIE! Już ci mówiłam, że to był wypadek ja…
-Nie mydlij mi oczu. Gdzie on jest? Co w ogóle się stało i dlaczego ja nic o tym nie wiem?
-No przecież mówię, że nic się nie stało.- skłamała i nałożyła dużą ilość pudru na nadgarstki.- Wyszedł i wróci raczej wieczorem…
-Oh to ja poczekam na niego. Mogę prawda?
-Może wrócić naprawdę…OH ON TU NIE MIESZKA!- wrzasnęła i wyszła z łazienki.- Zadowolony?! Pobił mnie! Tak to on, wyrzuciłam go z domu! NIE WIEM GDZIE JEST I NIE CHCE WIEDZIEĆ!- wykrzyczała.
-Tak właśnie myślałem.- westchnął głośno.

Bill stoczył się z wersalki na ziemie i ostatkami sił doczołgał się do sedesu. Zwymiotował. Wyrzucił z siebie wszystko co wczoraj zjadł i co wypił. Nie przejmował się tym, że jest brudny, że nieogolony i że stoczył się już całkowicie. Jego wymiociny już zdążyły zabrudzić mu spodnie i bluzkę, ale on tego nawet nie zauważał. Myślał tylko o tym skąd wytrzasnąć kolejne pół litra i jak zdobyć kolejne pieniądze na życie. Jeszcze chwila i odłączą mu wodę i światło. Spuścił wodę i stanął na równe nogi. Zobaczył swoje odbicie w pękniętym lustrze i doznał szoku. Brudny, nieogolony, zaniedbany z workami pod oczami. Nigdy jeszcze siebie takiego nie widział. Przetarł oczy i chlusnął na siebie lodowatą wodą. Chyba czas się wreszcie umyć. Zrzucił z siebie brudne ubrania i napełnił wannę ciepłą wodą. Wskoczył do niej i szybko zaczął się myć. Myślał, że w ten sposób zedrze z siebie piętno alkoholika i złego męża. Po paru minutach wyszedł z wanny i sięgnął po maszynkę do golenia. Naprawdę ostro się zaniedbał.
Gdy już doprowadził się do stanu używalności ogarną lekko pokój i wyszedł z domu. Może uda mu się jakoś ją przebłagać, może jakoś na nią wpłynie, może dostanie jeszcze jedną szansę. Przecież on ją kocha, ona go zapewne też, kochają się wiec dlaczego nie? Wstąpił po drodze do kwiaciarni i kupił bukiet czerwonych róż. Gdy stał już przed drzwiami apartamentu zawahał się. Bał się odrzucenia, bał się, że powie, że już go nie kocha…bał się. Cholernie się bał. W końcu jednak zmobilizował się i zapukał. Nikt mu nie odpowiedział, ale był pewien, że ktoś jest w środku bo słyszał jakieś szepty i szuranie krzeseł. Zapukał drugi raz i wtedy usłyszał szczęk zamku. Uśmiechnął się promiennie i ukląkł na jedno kolano. Drzwi otworzyły się i zobaczył kawałek twarzy swojej ukochanej. Już chciał coś powiedzieć, już otworzył usta, ale ona zatrzasnęła drzwi z hukiem.
-Silviia proszę.- jęknął i zapukał znowu.- Porozmawiajmy.
Nie odpowiedziała. Spuścił głowę i westchnął głośno. Czyli jednak nic z tego. Usłyszał, że ktoś podchodzi do drzwi i uśmiechnął się promiennie. Może jednak postanowiła zamienić z nim chociaż jedno słowa? Albo chociaż mu się pokazać, chciał ją znowu zobaczyć. Drzwi otworzyły się i tu czekała go niespodzianka. Zamiast żony zobaczył brata. Był czymś wyraźnie zdenerwowany. Bill szybko wstał z kolan i stanął naprzeciwko niego.
-Cześć Tom!- krzyknął zadowolony.
-Ohh kogo ja tu widzę.- mruknął Dred.- Mój KOCHANY braciszek czytaj – damski bokser.
-Oh daj spokój.- powiedział Bill i powrotem spuścił głowę.- Nie wiesz jak było…
-A co chcesz mi zaprezentować?
-NIE MÓW TAK!- krzyknął.
Dwie łzy spłynęły z jego oczu. Spojrzał prosto w oczy brata i zobaczył w nich nienawiść i pogardę. Nie widział miłości i tych iskierek co zawsze. Wiedział, że zrobił strasznie głupio, ale nie wiedział, że przez ten ,,wybryk” odwrócą się od niego wszystkie osoby, które kochał. –Chciałbym zobaczyć Shirley.- oznajmił.- Mogę wejść?
-Nie. Nie możesz. Nie wymyślaj, nie wpuścimy cię.
-Tom…zrozum mnie proszę..
-Nie rozumiem i nie chcę rozumieć!
-Ale to mój dom! Moje dziecko i moja żona!
-Oh teraz zgrywasz takiego kochanego tatusia i męża…Idź lepiej na spotkanie AA.
-Ale ja nie muszę!- skłamał.
-Nie, ja muszę.- rzucił ironicznie Tom.- Idź stąd i nie wracaj.- warknął i zatrzasnął mu drzwi tuż przed samym nosem

Rozdział VII


Ciemnowłosa kobieta siedziała w salonie i tępo wpatrywała się w ekran telewizora. Dochodziła już 3 rana, a ona nie mogła spać. Wcale nie czuła się bezpiecznie w swoim domu, wręcz przeciwnie. Bała się każdego dnia, każdej kolejne chwili. Nie wiedziała ile jeszcze wytrzyma ile jeszcze będzie miała serca oszukiwać własną córeczkę…Ile można…
Ostatkami sił podniosła się z łóżka i złapała się za głowę. Wszystko ją przewyższało. Ta sytuacji, kłamstwa, brak JEGO. Słone łzy powoli zaczęła spływać po jej policzkach. Płynęły i płynęły łącząc się w strumienie. Łkała głośno mimo, że tak naprawdę wcale tego nie chciała, nie chciała płakać, chciała wszystkim udowodnić, że jest jeszcze tak silna jak kiedyś, ale…nie była. Miłość zmienia ludzi, zmiękcza ich serca, miłość uzależnia…bo jeżeli już się zakochasz....

Bill Kaulitz stał na balkonie w samych spodniach i palił papierosa. Opierał się o barierkę i lekko przymykał oczy patrząc na szary świat. Świat, który dla niego stracił już barwy. Zamiast kwitnących, zielonych drzew widział zeschłe, szare i chude badyle. Wszystko było dla niego brzydsze niż było w rzeczywistości, nic już nie miało kolorów, wszystko straciło sens wraz z tamtym dniem. Wyrzucił papierosa za barierkę, a przed jego oczami ukazał się płomień ognia, który niszczył wszystko dookoła. Niszczył tak samo, jak on, niszczył i ranił. Spisywał uczucia, ludzi i miejsca na straty.

Tom wstał od stołu i otworzył szafkę. Wyciągnął z niej dwa duże kubki i wstawił wodę na herbatę. Z jednej strony był szczęśliwy. Cieszył się bo znalazł kogoś kto pomógł mu zapomnieć o Karolinie. Mimo, że wciąż miał na sobie piętno dziwkarza i wiedział…wiedział, że to była jego wina, lecz gdyby ona kochała go naprawdę to wybaczyła by, zrozumiała, że zrobił to po pijanemu, że naprawdę ja kocha…kochał. Nie mógł zapomnieć, pisał, a gdy pojechał do niej okazało się, że ona ma już kogoś innego. Bolało, ale Alex pomogła mu z czasem wyleczyć ten wewnętrzny ból. Z tego się cieszył, to podnosiło go na duchu i czuł się szczęśliwy, ale z drugiej strony ciążyła mu sytuacji szwagierki i jego debilnego brata. Nigdy by nie pomyślał, że ona może się zachować, prędzej by osądził o to siebie niż jego…prędzej siebie…
-O czym tak myślisz?- zapytała ciemnowłosa i zalała herbaty.- Nie usłyszałeś czajnika…
-Myślę o niej…- odrzekł i przygryzł wargę.- Ona sobie sama nie poradzi, nie teraz. Alex…musimy jej pomóc.
-Masz…masz kogoś innego?- zapytała szeptem.
-Nie…chodzi o moją szwagierkę. Musimy jej pomóc.
-Ty masz szwagierkę?!- zdziwiła się kobieta i zrobiła duże oczy.- Nie mówiłeś mi, że…
-To nie jest teraz ważne co ja mówiłem, a co nie. Bill jest alkoholikiem.- powiedział i zacisnął palce na uchwycie kubka.- Pobił ją, próbował zgwałcić, ona jest sama z dzieckiem…boi się.
-Tom…- szepnęła i położyła mu dłoń na ramieniu.- Więc jedźmy. Pomóżmy.
-Wiesz co?- zapytał i odwrócił się przodem do niej.
Patrzył w jej oczy, zatapiał się w jej teńczówkach.
-Co?- zapytała drżącym głosem.
-Byłem pewien, że powiesz, że nie możemy się wtrącać w ich sprawy, że nie będziesz chciała, że…
-Że jestem samolubna i chcę tylko dla siebie…po części to prawda, ale naprawdę wiem jakie ciężkie jest życie.- powiedziała i uśmiechnęła się lekko.
-Kocham cię.- wyznał.
Powiedział to dopiero drugi raz w życiu. Raz dla Karoliny, teraz dla niej. Od dziś będzie starał się częściej używać tego słowa w stosunku do niej.
-Ja ciebie również.- krzyknęła i rzuciła mu się na szyję.- Nawet nie wiesz jak bardzo.

Młodszy Kaulitz wracał właśnie ze sklepu z reklamówką pełną żywności. Nie kupił wódki. Udało mu się powstrzymać i był z siebie dumny. Nie pił już od dwóch dni czyli generalnie jest na dobrej drodze. Wesołym krokiem wszedł do klatki i potknął się o coś burego leżącego przy drzwiach. Dopiero teraz zauważył, że leżał tam nieduży kot. Widać po nim było, że był zaniedbany, bezdomny i smutny. Czarny podszedł do niego i wziął zwierzaka na ręce. Kot drżał w jego ramionach i patrzył na niego smutnymi, zielonymi oczami.
-Nie bój się koteczku.- powiedział cicho i zaczął iść po schodach.- Nie zostawię cię tu samego przecież.
Kot zamiauczał cicho i wtulił się w jego ciepłą kurtkę. Czarny uśmiechnął się pod nosem. Był z siebie dumny, że był na świecie jeszcze ktoś kim mógłby się zaopiekować. Otworzył drzwi do mieszkania i położył kota na łóżku.
-Ojeju jesteś kotką.- stwierdził przyglądając się jej uważniej.- Śliczna jesteś.- mruknął i podrapał ją za uchem.- Mogę nazwać cię Silviia? Podoba ci się prawda?
Kotka tylko zamruczała cicho i pacnęła go łapką po ręku. Bill uśmiechnął się i westchnął głośno. Nareszcie nie będzie sam, nareszcie będzie miał kogoś kto go będzie kochał i kto będzie potrzebował go na co dzień, żeby żyć, żeby być szczęśliwym…

Tom i Alex stanęli przed drzwiami prowadzącymi do mieszkania Silvii. Kobieta westchnęła głośno, a on mocno zastukał do drzwi. Czekali chwilę zanim właścicielka doczłapała do drzwi i im otworzyła.
-Ohh Tom.- ucieszyła się kobieta na widok szwagra i lekko go przytuliła.- A to zapewnie Alexandra. Miło mi Silviia.
-Cześć.- mruknęła niemrawo Alex i weszła do mieszkania.
Spodziewała się raczej dość zaniedbanego mieszkania bo przecież osoby w takim stanie nie mają na nic siły, a mąż alkoholik to niełatwy orzech do zgryzienia. Tu jednak się pomyliła. Mieszkanie niemalże lśniło czystością, wszystko na swoim miejscu i jeszcze ten nowoczesny wystrój.
-Kawa, herbata?- zapytała Silviia i podeszła do jednej z szafek.
-Kawa…- zaczął Tom.
-Rozpuszczalna z mlekiem.- zaśmiała się kobieta.- A ty?
-Ja podziękuję.- bąknęła Alex i usiadła na jednym z krzeseł.
Trochę nie podobało się jej, że ta baba wiedziała o Tomie więcej niż ona i mimo tego, że to tylko stara przyjaciółka nie mogła odgonić od siebie zazdrości. Podparła głowę ręką i wbiła wzrok w lodówkę, na której wisiało pełno obrazków i karteczek z różnymi cytatami. Kiedyś to musiała być naprawdę szczęśliwa rodzina…Tom w tym czasie przysunął do siebie talerz z ciastami i zaczął się namiętnie nimi częstować.
-Gdzie jest moja kochana Shirley?- zapytał Tom i schował parę ciastek do kieszeni.
-Dziadek zabrał ją do Finlandii. Dobrze jej zrobi odpoczynek od tego chorego domu, a ja w tym czasie się pozbieram jakoś.- oznajmiła i podała mu kawę.- Dałabym głowę, że stał tu cały talerz ciasteczek…Hym. Nie ważne.- mruknęła i usiadła.
-Kto to Shirley?- zainteresowała się Alex.
-To moja córeczka.- odrzekła ciemnowłosa i wypiła łyk kawy.
Alex spojrzała ponownie na kobietę i westchnęła głośno. Miała wrażenie, że już ją gdzieś widziała, te charakterystyczne rysy twarzy, te oczy i to wszystko…te włosy i…
-Oh! – wykrzyknęła jakby nagle ją oświeciło.- Ty byłaś gitarzystką Immortal Dream!- wykrzyknęła.- Nigdy was nie lubiłam. Ohhh Karolina OKROPNIE skrzeczała, ale za to podobała mi się twoja gitara. Masz ją gdzieś jeszcze? A tak poza tym to…
-Alex błagam cię.- syknął Tom i posłała jej wrogie spojrzenie.
-No, ale nieźle potraktowałaś tą fankę wtedy na koncercie co się tak na Billa rzuciła. Miłość nie zna granic hę? Mogłaś teraz go tak potraktować. Tylko wiesz…oknem, oknem, ale ta twoja siostra…oh! Porażka to już chyba ty lepiej te chórki z Joshem śpiewałaś. Tak w ogóle to fajny był koncert w Paryżu. Ten wasz ostatni jak Joel i Shane grali we dwóch na jednej perkusji i w ogóle! Wtedy mi się podobało, ale ta Carolina to tak mi się nie podobała! Ona tak skrzeczała…Boże Tom jak ty mogłeś ją kochać?! Ale ogólnie niezły show był na tych koncertach…no i to chyba tyle.
Tom i Silviia przyglądali się jej uważnie. Zamurowała ich do tego stopnia, że żadne z nich nie było w stanie nic powiedzieć, ani się poruszyć. Alex uśmiechnęła się ukazując swoje białe, równe zęby i sięgnęła po ciastko.
-No bo przecież dobrze powiedziałam nie?

Rozdział VIII


Billa Kaulitza obudziło miłe gilgotanie pod szyją. Zaśmiał się cicho i pogłaskał po grzbiecie burą kotkę. W niczym nie mogło się to równać do romantycznych pobudek w domu, w ciepłym łóżku, ale mimo wszystko przynajmniej nie był sam. Wstał i rozejrzał się. Nic tu od wczoraj się nie zmieniło, może oprócz położenia gumowej, piszczącej myszki. Kaulitz ziewnął i wyciągnął się w górę.
-Jak myślisz co mam dziś zrobić?- zapytał swojej przyjaciółki i jednym ruchem ręki przewrócił ją na plecy.- Może do niej iść hę? Może wreszcie będzie sama bez tej artylerii i uda mi się z nią pogadać. Jak myślisz?
Kotka nie mruknęła zachęcająco lecz spojrzała na niego smutno i z powrotem przewróciła się na brzuch. Czarny westchnął głośno i wstał z łóżka. Zapowiada się ciężki dzień.

Alexandra uniosła wzrok z nad kubka i zaczęła czytać jedną z gazet porannych.
Bill Kaulitz – były wokalista Tokio Hotel alkoholikiem!
Bill nie mógł się oprzeć nałogowi i jak każda gwiazda rocka stoczył się tuż po zakończeniu kariery. Został alkoholikiem, rzuciła go żona…
Kobieta odrzuciła gazetę i wypiła łyk herbaty. Miała już serdecznie dość tych wszystkich artykułów o tym jaki to on nie jest zły. W prawdzie wcale go nie znała osobiście, ale i tak nie mogła tego czytać. Tom chodził całymi dniami zły, rzucał gazetami, a jednocześnie wyklinał brata.
-Tom…przepraszam, że się tak ostatnio zachowałam u Silvii.- mruknęła skruszona.- Pojedźmy tam jeszcze raz. Naprawię to.
-Nie. Nie trzeba. Sam tam dziś pojadę, ale po południu. Może załapię się na jej pierogi…
-Ohh myślisz tylko o jedzeniu.- warknęła.
-A ty tylko o tym jak poniżyć wszystkie moje byłe!
-Oh Tom…- westchnęła głośno.- Może ci kiedyś opowiem coś, ale nie wiem czy kiedykolwiek będę do tego zdolna.
Tomasz westchnął głośno i usiadł na krzesło obok niej. Zapowiada się ciężki dzień…

Młodszy Kaulitz wstąpił do sklepu z zabawkami i chwycił za największego, najbardziej puszystego i najładniejszego misia. Wychodząc ze sklepu ciągle miał w głowie negatywne myśli. Bał się, a właściwie był pewien, że Silviia wcale go do domu nie wpuści, a on chciał tylko je zobaczyć. Zobaczyć, że są zdrowe, że nic im nie jest. Szybkim krokiem przemaszerował dwie ulice i w końcu dotarł tam, gdzie dotrzeć miał. Stanął przed drzwiami i zapukał cicho po czym zasłonił judasza palcem i czekał. Miał jeszcze nadzieję, że będzie sama z małą, bez Toma, bez Geo, ani bez nikogo innego.
-Ohh Tom! Przestań zasłaniać się palcem! – krzyknęła kobieta i zaśmiała się.
Bill uśmiechnął się pod nosem i opuścił rękę. Zamek cicho zaszczękał i drzwi otworzyły się na oścież. On uśmiechnął się szeroko i całkiem niezauważalnie wsunął nogę między drzwi, a futrynę bo wiedział co zraz nastąpi. Jej zrzedła mina. Spojrzała na niego i mocno machnęła drzwiami. On poczuł ból, ale nie wycofał nogi, nie zamierzał się tak łatwo poddać.
-Daj mi wreszcie spokój. Odejdź z mojego życia i nie psuj go więcej.- warknęła.
-A nie pomyślałaś co teraz jest z moim życiem?
-Zasłużyłeś na to. Sam sobie zgotowałeś taki los. Nikt ci nie kazał tak postępować, a już na pewno nie ja więc jeżeli ktoś tu do kogoś ma mieć pretensje to wybacz, ale na pewno nie ty do mnie.
-Ale wysłuchaj mnie…daj ze sobą porozmawiać.
-Ty nie dawałeś.- syknęła.- Idź sobie stąd.
-Nie.
-A rób sobie co chcesz!- krzyknęła i jeszcze raz mocno machnęła drzwiami, żeby sprawić mu jak największy ból.
Odeszła od drzwi i szybko pobiegła do sypialni. Miała go dość. Miała dość wszystkiego. Chciała, żeby w końcu dali jej spokój. Bill, Tom i ta cała Alexandra, która próbuje być miła, ale wcale jej to nie wychodzi. Usiadła pod drzwiami po turecku i założyła ręce na piersiach.
-Silviia…proszę porozmawiajmy.- powiedział ciepłym szeptem i nacisnął na klamkę.- Daj mi szansę.
-Goń się leszczu.- warknęła i ścisnęła złoty kluczyk od sypialni.- Jak nie dasz mi spokoju to połknę klucz.
-SILVIIA NIE! Będziesz miała niestrawności!
-Nie próbuj nawet mnie rozśmieszyć!- warknęła.- Nie wyjdę stąd dopóki nie wyniesiesz się z mojego domu!

Bill siedział pod drzwiami od sypialni już 2 godzinę. Zrobił sobie herbatę i kanapki, czytał gazetę i co jakiś czas próbował nawiązać kontakt jednak za każdym razem słyszał tylko ,,Goń się leszczu”. Gdy tak siedział rozpoczynając już trzecią godzinę czuwania wpadł mu do głowy pewien pomysł.
-No dobra. Idę jeżeli mnie tak bardzo nie chcesz!- krzyknął i wstał z ziemi.
-Nareszcie!- odkrzyknęła mu.
-Nic się nie zmieniłaś!- odkrzyknął jej na wychodne.
-Ty również! Dalej oglądasz Władców Móch.
-No i dobra!- krzyknął oburzony.
-Baj, baj maszkaro!
Kaulitz wyszedł z domu i szybko zbiegł schodami na dół. Pobiegł na tyły apartamentowca i wypatrzył okno sypialni. Nie było wysoko – pierwsze piętro. Zawsze przecież mogło być dziesiąte. Rozejrzał się czy przypadkiem nikt nie idzie i zaczął wspinać się po rynnie. Parę minut później stał już na twardej podłodze w sypialni. Jej nie było. Musiała opuścić pomieszczenie zaraz po jego wyjściu. Podszedł do drzwi i uchylił je lekko. Siedziała przy stole tyłem do niego i co jakiś czas zerkała na dużego miśka siedzącego na krześle obok.
-Życie jest popieprzone.- mruknęła pod nosem i podparła głowę rękoma.
Bill powoli zaczął się do niej zbliżać. Lekko stawiał kroki, żeby za nic go nie usłyszała. Na pewno zaraz y gdzieś uciekła, a on tak bardzo ją kochał, tak bardzo chciał ją dotknąć, być z nią, być blisko niej…już na zawsze. Podszedł do niej. Stał tuż za nią. Ręce mu drżały.
Silviia westchnęła głośno i wyprostowała się. Miała dziwne uczucie, że ktoś z Anią stoi. Trochę się bała. Nagle poczuła na swoich ramionach czyjeś dłonie. Zadrżała ze strachu i odruchowo złapała za dłoń tej drugiej osoby. Objął ją od tyłu i położył głowę na ramieniu. To on…Znowu on. Wcale nie pomagał jej zapomnieć, nie chciał zapomnieć i ona też nie chciała, kochał ją i ona też kochała, mógł zrobić dla niej wszystko…prawie wszystko.
-Daj mi spokój.- wyszeptała, a z jej oczu popłynęły łzy.- Zniknij z mojego życia…daj mi żyć.
-Ale ja nie chcę znikać z twojego życia, nie chcę żebyś ty znikała z mojego. Kocham cię i nie pozwolę ci odejść.
-Bill…- powiedziała cicho i ścisnęła jego dłonie.- Nie pozwolę małej…ja bym to jeszcze jakoś wytrzymała…
-Pomóż mi…pomóż mi wyjść z tego bagna…Nawet nie wiesz jak bardzo tego chcę…
-Nie możesz tu wrócić…Wiesz przecież, że nie możesz. Nie teraz.
-Więc ty ucieknij do mnie…
-Shirley…
-Jej nie ma. Pozwól mi dziś tu zostać…Chcę czuć dziś twoją bliskość, dziś i zawsze.
-Bill…nie wygłupiaj się. Daj mi…daj nam spokój.
-Ale ja wiem, że ty mnie ciągle kochasz, ja ciebie też kocham więc po co tak…
-Kiedy ostatnio piłeś?
-Wczoraj ale to…to z rozpaczy!- krzyknął z wyrzutem.
-Wyjdź.- powiedziała stanowczo i wstała tym samym uwalniając się z jego uścisku.
Myślała, że przez ten czas coś się zmieniło, że on zrozumiał swoje błędy i jakoś zaczął z tym walczyć, ale nie…On nie zrobił całkowicie nic w tej sprawie. Potrafił tylko płaszczyć się, błagać, płakać i wchodzić po rynnie, ale nie potrafił się przełamać, nie potrafił zrobić czegoś dla niej i dla Shirley. Nie potrafił, nie chciał…nałóg związał mu ręce, związał mu nogi i zakneblował usta by nawet nie próbował krzyczeć ,,Nie chcę”.
-Wyjdź.- powtórzyła.
-ALE JA CIĘ KOCHAM!- krzyknął i złapał ją za ramiona.- NIE CHCĘ CIĘ STRACIĆ BO CIĘ KOCHAM!
-WCZEŚNIEJ BYŁO O TYM MYŚLEĆ!- wrzasnęła i wyrwała się z jego uścisku.
Kaulitz spojrzał na nią smutnym wzrokiem by po chwili spojrzeć gdzie indziej. Tak bardzo ją kochał, tak bardzo ją kochał, że nie mógł na nią patrzeć. Im dłużej wpatrywał się w nią, w jej twarz, w jej ciało tym bardziej nie miał ochoty stąd wychodzić, a wiedział, że mimo wszystko będzie musiał.
-Zachowałem się jak kretyn…
-Ciągle się tak zachowujesz!- krzyknęła z wyrzutem i odwróciła wzrok.
Nie patrzyli na siebie, nie mogli. Tak bardzo się kochali, a zarazem nie mogli znieść swojego widoku. Nie mogli bo wiedzieli, że zraz przyjdzie rozstanie, które musi przyjść mimo, że go nie chcą, mimo, że się kochają, mimo, że chcą być ze sobą, ale nie mogą bo…Bo nałogi niszczą wszystko, nawet najlepsze małżeństwa, nałogi niszczą przyjaźnie, związki…niszczą życie, zabijają silną wolę…
Bill spojrzał na nią ostatni raz. Miał nadzieję, że może rzuci mu spojrzenie, byle jakie, chodźmy jakieś pogardliwe…byle tylko spojrzała na niego, ale ona tego nie zrobiła. Mocno ściskała oparcie krzesła i patrzyła gdzieś w bok. Westchnął głośno. Przechodząc obok niej próbował dotknąć jej ramienia. Poczuć jeszcze raz jak jej skóra jest delikatna…poczuć jej ciepło, ale ona skutecznie odsunęła się rozbijając bańkę nadziei, która rozprysła się gdzieś w jego głowie.
Wyszedł, a ona została sama w mieszkaniu. Drzwi trzasnęły cicho. Upadła na podłogę i zalała się łzami. Nie mogła już tak…wiedziała, że długo nie będzie umiała udawać twardej, silnej…udawać, że wcale go nie potrzebuje. Potrzebuje, potrzebuje jak wody do picia, jak tlenu do oddychania…
Tobą oddychać chce i zaspokajać głód…

Rozdział IX


Alex obróciła w rękach porcelanowy kubek z żabą i westchnęła głośno. Nie mogła zrozumieć tej całej sytuacji, nie mogła zrozumieć zachowania młodszego Kaulitza. Najpierw pił, bił, gwałcił, a teraz? Płaszczy się, błaga, podlizuje. Wypiła łyk herbaty i kątem oka spojrzała na Silviię.
-I co teraz zamierzasz zrobić?
-Nie wiem.- mruknęła i jeszcze raz spojrzała na białą karteczkę z adresem.- Najlepiej zajebię się jakimś tępym narzędziem.
-Nie można tak mówić…zawsze jest jakieś wyjście z problemu.
-Oh łatwo ci mówić.- mruknęła ciemnowłosa i uśmiechnęła się ironicznie, a Alexandra odpowiedziała jej tym samym.
Przez te dwa dni jakoś nie bardzo się polubiły. Alex siedziała tu tylko dlatego bo Tom tu siedział, a Silviia najchętniej odgrodziłaby się od nich i od całego świata. Miała dość tych pielgrzymek z wyrazami współczucia, dość gadania sąsiadów, dość wszystkiego. Po raz kolejny spojrzała na kartkę z adresem, ale po chwili wcisnęła ja do kieszeni jeansów i wstała.
-Idę się przejść.- oznajmiła i chwyciła za letnią kurtkę.
-Idziesz do niego?- zapytała Alex i także wstała.
-Nie, nie idę do niego.- syknęła i schowała klucze do kieszeni.- Nawet jeżeli tak to nic wam do tego, ani tobie ani Tomowi.
Wyszła trzaskając drzwiami. Nie obchodziło ją co oni sobie myślą, a ich nie powinno obchodzić gdzie ona chodzi. Nawet jeżeli poszła by do Billa to im nic do tego. Zresztą…od kiedy interesuje ich coś innego oprócz obściskiwania się na jej kanapie. Truchcikiem przebiegła przez ulicę i szła. Sama nie wiedziała gdzie, po prostu szła. Szła za głosem serca, szła przed siebie, nie myślała gdzie zajdzie, nie martwiła się niczym…Szła.

Bill rzucił się na łóżko i westchnął głośno. Miał dość tego wszystkiego, miał dość takiego życia, miał dość wódki. Jednym słowem – miał dość wszystkiego. Leżał z twarzą wtuloną w zieloną pościel i tępo gapił się w ciemno-brązową komodę. Teraz pozostało mu tylko czekanie. Czekał na nią, czekał i miał nadzieję, że przyjedzie tu pewnego dnia i…może, może wtedy jakoś im się uda…tak na nowo.
-Powiedz mi co ja mogę jeszcze zrobić?- zapytał kotki, która leżała na brązowo-ciemnej ławie.
Spojrzała na niego swoimi zielonymi oczami i zamiauczała cicho. Mimo, że nie wiedział co chce mu powiedzieć to miał nadzieję, że są to słowa otuchy, że ona też myśli, że im się ułoży.
Dochodziła 19. Na podwórku było już dość ciemno, a ciemne chmury zasłaniały księżyc i gwiazdy tak dokładnie, że można by było śmiało powiedzieć, że to już noc mimo tak wczesnej godziny. Kaulitz otworzył oczy i podniósł głowę z łóżka. W ciemności było widać tylko zielone oczy kotki. Nie wiedział co tak naprawdę go obudziło dopóki nie usłyszał cichego pukania do drzwi. Jak oparzony zerwał się z łóżka i na łeb na szyję rzucił się do drzwi. Miał nadzieję, że to właśnie ONA, że jednak przyszła, że jednak postanowiła mu dać szansę. Spojrzał jeszcze w lusterko i jednym ruchem ręki odgarnął włosy na bok. Chwycił za klamkę i nacisnął ją, ale gdy zobaczył kto stoi na progu mina momentalnie mu zrzedła. Miał nadzieję, że zobaczy swoją ukochaną kobietę, a tym czasem zobaczył kobietę, która zniszczyła mu życie i o mało nie doprowadziłaby do go do choroby umysłowej. Nienawidził jej tak bardzo, nienawidził jej przez to co mu naopowiadała o Silvii, o Tomie o innych, nienawidził jej całym sercem, a tymczasem ona tak po prostu stoi tu i uśmiechnęła się bezczelnie.
-Czego tu szukasz?- wysyczał przez zaciśnięte zęby.
-Tak przyszłam…słyszałam, że zostałeś sam. Może potrzebujesz…dziewczyny?
-Wynos się stąd! Drugi raz nie zrujnujesz mi życia!
-Sam je sobie zrujnowałeś.- zaśmiała się ironicznie i odepchnęła go, że by wejść do środka.
-Wynoś się stąd!- powtórzył i złapał ją za łokieć.- NIE CHCE CIĘ TU WIDZIEĆ! Silviia zaraz przyjdzie!
-Wierzysz w to?- prychnęła i usiadła na łóżku.- O…jaki ładny kotek.
-Wierzę…- odrzekł i zacisnął pięści.- Wierzę w nas…wierzę w naszą miłość.
-Nadzieja matką głupich.- stwierdziła.
Czarny zacisnął pięści tak mocno, że paznokcie wbiły mu się w dłonie. Miał ochotę złapać ją za te czarne kudły i siłą wywlec ze swojego domu, ale miał jeszcze swój honor, miał ten szacunek do kobiet. Nawet do tych, które zniszczyły mu życie w pewnym stopniu.
-Wyjdziesz stąd czy nie?- zapytał.
-Nie.- zaśmiała się i wyciągnęła rękę w stronę kota.
,,Silviia” spojrzała na nią i prychnęła, a gdy Ann zbliżyła do niej swoją rękę bez wahania wbiła w nią paznokcie. Kobieta zaczęła wrzeszczeć i natychmiast cofnęła rękę. Bill uśmiechnął się triumfalnie i uniósł lekko prawą brew. W grupie siła.
-A ty się tak nie ciesz…Kaulitz.- powiedziała i podeszła do niego.
Stali prawie, że nos w nos, czoło w czoło, oczy w oczy. Ona oplatała go całego wzrokiem i uśmiechała się kpiąco, a on zaciskał pięści i miał ochotę rzucić się na nią z pazurami. On jej nienawidził, a ona widocznie próbowała go uwieść. Złapała go za koszulę i pchnęła na łóżko. Bill skrzywił się i oparł się na łokciach. Tak bardzo jej nienawidził.
-Jeżeli mnie dotkniesz to nie ręczę za siebie.- syknął.
Uśmiechnął się ironicznie i wepchała się na miejsce obok niego. Chciał za wszelka cenę go uwieść, chciała mieć go dla siebie i nie mogła wybaczyć jego żonie, nie mogła wybaczyć Joelowi…Spojrzała na niego figlarnie i powoli zaczęła odpinać guziczki czarnej bluzeczki, która miała na sobie. Bill zaśmiał się kpiąco i odwrócił wzrok.
-Nie chwal się swoimi WALORAMI bo i tak mnie nie dorównasz Silvii.- oznajmił.
-Chyba nigdy nie widziałeś prawdziwszy piersi.
Czarny roześmiał się chamsko i pokręcił głową. Nigdy nie widział jeszcze tak nachalnej i głupiej dziewczyny. Ann położyła dłoń na jego klatce i powoli zaczęła rozpinać mu koszule. Bill spojrzał na nią z pogardą i złapał za rękę.
-Suka z ciebie.- warknął.
-Jeżeli chcesz to mogę być nawet i twoją suką.- powiedziała i oblizała swoje ponętne usta.
-Nie skorzystam.- odrzekł i usiadł po czym zaczął zapinać koszulę.- Mam żonę.
-Nie masz. Ona cię już nie kocha, już cię nie chcę, a ręką długo nie pociągniesz.- zaśmiała się.
-Jeżeli chcesz świadczyć usługi sexualne to radziłbym iść do agencji towarzyskiej.
-Ale ja nie chcę żadnych obleśnych facetów z brzuchem do kolan i 5 centymetrowym penisem.- oznajmiła i objęła go od tyłu.- Chcę ciebie.

Tom wszedł do kuchni i ku swojemu zdziwieniu zobaczył tam tylko Alexandrę. Siedziała przy stole i piła herbatę.
-A gdzie Sil?- zapytał i usiadł naprzeciwko niej.
-Nie ma. Wyszła.- odrzekła kobieta i wypiła kolejny łyk herbaty.- Do niego…chyba.
-Myślisz, że powinienem do niej iść?- zapytał.
-Nie idź. Najlepiej będzie jak to sobie wytłumaczą. Na spokojnie…- powiedziała i złapał go za dłoń.
Spojrzał w jej oczy i uspokoił się nieco. Alex na pewno ma rację. Niech sobie pogadają spokojnie. Wytłumaczą pewne sprawy…może coś zrozumieją…Może zrozumieją, że tak naprawę nie mogą bez siebie żyć, że potrzebują siebie nawzajem do …życia, że należy wziąć się w garść i walczyć z nałogiem…walczyć, ale razem…

Silviia zatrzymała się przed jednym ze zwykłych szarych bloków. Serce zabiło jej mocniej bo poczuła się tak jakby właśnie doszła do celu swojej podróży. Wygrzebała z kieszeni mała karteczkę i odczytała adres. Czy to przypadek, że serce przywiodło ją akurat tu? Akurat w to miejsce…Westchnęła głośno i weszła do drugiej klatki. Skrzywiła się lekko gdy do jej nosa uderzył niemiły zapach na klatce. Jak najszybciej tylko mogła wbiegła na drugie piętro i przez ten cały czas próbowała wstrzymywać oddech. Zatrzymała się dopiero przed drewnianymi drzwiami i tu poczuła już miły zapach ulubionych perfum Billa. Widać on też nie mógł znieść tego smrodu i opryskał klatkę schodową. Już chciała zapukać gdy usłyszała głosy dochodzące zza drzwi. Kłócił się…kłócił się z jakąś kobietą. Padały wyzwiska typu dziwka i suka. Kobieta zmarszczyła czoło i nacisnęła na klamkę. Wcale nie zamierzała pukać…

Rozdział X


-Daj mi spokój głupia babo.- warknął Bill i odepchnął ją.- Naprawdę powinnaś iść pod latarnię. Dużo tu takich.
-Ohh Billuś nie opieraj się. Sex to rzecz ludzka…obiecuję, że nic nie powiem twojej żoneczce od siedmiu boleści…no, ale jak mi odmówisz to zawsze mogę do niej wstąpić i udawać zgwałconą…prawda, że mogę?
-Kurwa.- rzucił Czarny i otworzył drzwi balkonowe.- Dam ci kasę, dam ci ile chcesz tylko spierdalaj stąd i daj nam żyć.
-Nie chcę pieniędzy…- mruknęła cicho i oparła się o komodę.- Chcę ciebie sexowny chłopcze…No chodź do mnie.
-1000 euro? 2000? Ile chcesz mów.
-Chcę tylko i wyłącznie twoje ciała.- odrzekła i podeszła do niego.
Bill zapalił papierosa i chuchnął jej prosto w twarz. Ann uśmiechnęła się kpiąco i dotknęła ręką jego przyrodzenia przez spodnie.
-Wcale mnie to nie podnieca.- oznajmił Bill.
-Jak to nie? Czuję że tak.- zaśmiała się i zaczęła powoli poruszać dłonią.

Mało brakowało żeby para poszła Silvii uszami. Gotowało się w niej i była zła jak nigdy. Ann GO dotykała TAM gdzie TYLKO ona mogła. Ciemnowłosa bez chwili wahania wparowała do mieszkania robiąc przy tum niezły łomot.
-Łapy precz!- warknęła i chwyciła za lampę stojącą na komodzie.
-SILVIIA!- krzyknął Bill z niedowierzaniem i upuścił papierosa.- Co ty tu robisz?
-Bądź co bądź, ale JESZCE jesteś moim mężem, a ja nie lubię się dzielić tym co jest moje.- oznajmiła.- Odsuń się od niego suko.
-Chyba nie wiesz…
-ODSUŃ SIĘ BO CI PRZYGWIŻDZĘ TĄ LAMPĄ!
Ann skrzywiła się, ale po chwili roześmiała się w głos. Mimo, że Silviia zmieniła się teraz o 360 stopni to jednak pozostało w niej coś z 16 – letniej buntowniczki, pyskatej gitarzystki i okropnej dziewuchy. Pozostała jej chęć walki o swoje, chęć bycia kochaną, chęć rywalizacji i wygrywania. Zacisnęła zęby, zacisnęła spocone dłonie na lampie i…rzuciła. Lampa walnęła w ścianę i rozwaliła się tuż nad głowami Billa i Ann. Czarny oberwał szkłem i złapał się za ramię, a Ann nakryła głowę rękoma i wybiegła z mieszkania krzycząc coś w stylu ,,jeszcze mnie popamiętacie!” . Ciemnowłosa westchnęła głośno i odgarnęła włosy za ucho. Czarny spojrzał na nią i wydusił…
-Silviia…eee…- dukał i wskazał na rozbita lampę.
-Odkupię ci oczywiście.- mruknęła.
Zbliżyła się do niego i ukucnęła obok, żeby pozbierać części rozbitej lampy. Czuła się trochę nieswojo i głupio. Jest przecież dorosła, ale zachowała się jak głupia nastolatka…Była gotowa nawet zranić druga kobietę, która przystawiała się do jej męża.
W miłości i w wojnie wszystko jest dozwolone
-Uważaj, żebyś się nie pokaleczyła.- szepnął i zbliżył się do niej.- Pomogę ci.
-Nie…nie trzeba.
-Pomogę ci.- upierał się.
Nic nie odpowiedziała bo wiedziała, że i tak zrobi to co chce. Ukucnął obok niej i razem zbierali resztki lampy. Roboli to bardzo powoli bo jedne chciało być jak najdłużej i jak najbliżej drugiego. Zachowywali się jak zawstydzone, nieśmiałe dzieci i wcale nie przypominali małżeństwa z 3 letnim stażem. Bill specjalnie upuścił szkło i uśmiechnął się nieśmiało po czym zaczął zbierać je od nowa. Zbierali to tak sobie i puszczali dopóki jedna dłoń nie spotkała drugiej. Czarny ścisnął jej dłoń i spojrzał w jej ciemne oczy.
-Jesteś taka waleczna…a ja jestem tchórzem…zupełnie jak wtedy.
-Wcale nie jesteś tchórzem.- powiedziała i odwróciła wzrok.- Zbierzemy to dziś?
-Nie zbierzemy.- odrzekł i przyciągnął ją do siebie.

Alex siedziała na kolanach Toma i oboje wpatrywali się w swoje oczy. On lekko gładził jej kolano, a ona bawiła się jego dredami. Nic nie mówili…Nie musieli, rozumieli się bez słów. Nie używali ich…rozmowa jest źródłem komplikacji. Przejechał językiem po jej szyi aż do ust. Chwilę pieścił językiem jej ponętne wargi po czym nałożył swoje usta na jej i zaczęli się namiętnie całować. Każdy kolejny pocałunek wyrażał większe uczucie, był namiętniejszy, dłuższy…Tom wplótł dłoń w jej gęste włosy i całował ją. Całował ją tak jak nigdy, jakby zaraz miał umrzeć, jakby świat się zaraz skończyć miał. Alexandra zarzuciła mu obie ręce na szyję i lekko gładziła go po karku podczas gdy on dotykał ręką jej pleców i lekko jeździł nią po nich od góry aż po sam dół. Miłość i namiętność opanowała ich, wzięła ich w swoje ramiona, a razem z nimi cały pokój w, którym unosił się teraz zapach jego perfum, zapach ich miłości. Przyjemne ciepło ogarniało ich ciała i serca do tego stopnia, że po chwili niemieli na sobie prawie, że nic. Nie wstydzili się swojej nagości – wręcz przeciwnie. Czuli się swobodnie kochając się namiętnie na kanapie. Ciche jęki odbijały się od ścian i z powrotem wracały do nich. Alex objęła mocna Toma i wbiła paznokcie w jego plecy, a on dalej bawił się jej włosami i po raz pierwszy poczuł coś więcej niż tylko przyjemności płynące z seksu. Poczuł miłość, napawał się jej cichymi jękami. Podniecało go to, ona go podniecała i nie potrzebował nic więcej. Nie liczyli się inni, nie liczył się świat w około, nie liczył się księżyc, który bezwstydnie zaglądał do salonu. Alexandra wygięła się w łuk i opadła na poduszki z głośnym westchnieniem, a on wcisnął się obok niej. Mimo, że było im ciasno byli zadowoleni z tej bliskości. Kobieta pogładziła go po twarzy i uśmiechnęła się lekko.
-Kocham cię.- wyznała i złożyła na jego ustach krótki, namiętny pocałunek.
Pocałunek, który wyrażał zachwyt, zadowolenie i miłość. Tom objął ją swoim ramieniem, a ona wtuliła się w niego. Czuła się bezpiecznie w jego ramionach, wiedziała, że nikt jej nie skrzywdzi, nie bała się niczego. Oboje się nie bali bo kochali i byli kochani…

Znowu był blisko niej. Mógł ją całować, mógł ją dotykać, a ona zamiast opierać się dawała mu to samo. Znowu byli jednością, a tak naprawdę to…nigdy nie przestali nią być. Bill nieśmiało zsunął jej kurtkę z ramion i niedbale rzucił ja gdzieś w kąt pokoju. Był ogłupiony. Ogłupiał ze szczęścia, ogłupiał z miłości. Objął ją mocno i czule pocałował w ucho. Silviia zaśmiała się cicho i pogładziła go po włosach. Gdzieś w jej głowie błądziły głosy, które mówiły, że nie powinna tego robić, ale ona ich nie słuchała.Za bardzo go pragnęła, żeby teraz zrezygnować. Kochała go wciąż tak samo jak nie mocniej i nie zamierzała wcale go porzucać. Chciała być z nim mimo przeszkód, raz się udało…teraz też się MUSI udać.
-Kocham cię.- szepnął jej do ucha i wsunął ręce pod jej bluzkę.
Nie odpowiedziała, nie musiała. Kochali się mimo wszystko i to było niezaprzeczalne.
Bill dotknął swoimi wargami jej warg i pocałował ją namiętnie. Ona wcale się nie broniła, nie chciała, nie musiała. Całowała go, całował ją, całowali się za te wszystkie stracone dni, za dni, które nie byli obok siebie. Oderwali się od siebie tylko na chwilę, żeby pozbyć się bluzek, które coraz bardziej im przeszkadzały. Przylegli do siebie jeszcze bardziej niż wcześniej. Ich języki wykonywały długi i namiętny taniec, a ich ręce błądziły po ich plecach, a ich przymknięte oczy wyrażały głęboką miłość, a ich serca biły w jednakowym rytmie. Ręce mężczyzny napotkały przeszkodę w postaci stanika, ale sprawne palce w mig ją pokonały, a ich ciała osiągnęły kolejny stopień swobody. Bill wziął ją na ręce i spojrzał w jej piękne oczy. Oboje byli pół nadzy i wcale nie przeszkadzał im otwarty balkon bo rozgrzewała ich miłość mieszkająca w ich sercach. Bill położył ją delikatnie na łóżko tak jakby była kruchą laleczką ze szkła. Powoli zsunął z niej jeansy i delikatnie przejechał palcem po jej ciele. Od samych stóp aż po same usta. Pocałował ją delikatnie i wymacał rozporek swoich spodni po czym pozbył się ich. Teraz do całkowitej jedności dzieliły ich jedynie skrawki cienkiego materiału. Czarny otarł się o nią delikatnie, ona jęknęła cicho i odwróciła głowę w druga stronę. Bill w pośpiechu pozbył się ostatniej części ich garderoby i nachylił się nad nią, żeby znowu złożyć na jej ustach namiętny pocałunek. Złapał ją za nadgarstki i przycisnął lekko do łózka tak, jakby bał się, że mu ucieknie, że się wyrwie. Wszedł w nią powoli i delikatnie jakby robił to po raz pierwszy w życiu. Czuł na swojej twarzy jej przyśpieszony oddech, słyszał jej ciche jęki i czuł jak mocno wbija swoje paznokcie w jego plecy, czuł jak porusza biodrami. Objął ją mocno i nieco nabrał tępa. Jego oddech stawał się coraz szybszy, a pot spływał z czoła sklejając jego czarne włosy. Z jego ust wydobył się długi piskliwy jęk i uciekł razem z powietrzem przez drzwi balkonowe. Oboje czuli, że SA już blisko, czuli się jak wzięci do nieba, czuli lekkość, problemy uciekły, byli tylko oni, byli jednością, jedną duszą i jednym ciałem, w którym płynie wspólna krew. Ich jęki złączyły się w jeden wspólny krzyk, straci kontrole nad swoimi ciałami, osiągnęli szczyt. Osiągnęli go razem, w jednej chwili, w tej samej sekundzie co jeszcze bardziej podkreśliło ich jedność, ich nierozłączność…Obydwoje opadli na poduszki i złapali się za ręce. Leżeli na łóżku kompletnie roznegliżowani, a wiatr ochładzał ich rozgrzane ciała lekkim powiem.
-Chodź do mnie.- powiedział cicho Bill i przytulił ją do siebie.
Nakrył ich kołdrą, a ona wtuliła się w jego klatkę piersiową i zamknęła oczy. On wplótł dłoń w jej włosy i nawet nie zauważyli kiedy miłość utuliła ich do snu…

Rozdział XI


Ann szła jedną z Berlińskich ulic i wyżywała się na wszystkim na czym się dało. Była zła na niego, na nią, na siebie i aż w końcu na lampę, którą o mało nie oberwała po głowie. Ale ona nie powiedziała jeszcze ostatnie słowa, o nie. Nie przyjechała tu po to, żeby dać im spokojnie żyć, o nie, nie. Jeżeli oni myślą, że mają ją już z głowy to bardzo, ale to BARDZO się mylą. Już teraz miała ułożony plan. Uśmiechnęła się pod nosem i ruszyła w stronę jednego z Berlińskich apartamentowców.

Bill otworzył oczy i znowu ujrzał biały sufit. Bał się spojrzeć na miejsce obok siebie, bał się, że jej tam nie będzie, bał się, że to był tylko piękny sen, że to było takie wspaniałe urojenie. Zamknął oczy i próbował o niej myśleć, próbował myśleć o niej i o sobie, co teraz będzie, jak potoczy się ich życie…W końcu się przełamał i spojrzał w bok. Leżała, była obok niego, leżała odwrócona tyłem, a jej ciemne włosy układały się na poduszce. Kaulitz przekręcił się na bok i objął ją.
-Która to godzina?- zapytała zdezorientowana ciemnowłosa.
-Eee…po 7.- odrzekł i musnął ustami jej szyję.
Ona oddała mu pocałunek. Całowali się chwilę dotykając się nawzajem po czym Bill wygrzebał się z pościeli i poszedł do łazienki wziąć zimny prysznic. Silviia wskoczyła w jego odrobinę za dużą bluzkę i usiadła na brzegu łóżka. Nie wiedziała czy dobrze zrobiła kochając się z nim. On na pewno myśli teraz, ze jak gdyby nigdy nic wróci do domu i wszystko będzie tak jak wcześniej. Ona wolała jednak najpierw zwalczyć nałóg, a dopiero potem rozpocząć wszystko od nowa bo gdy tak nagle wróci do domu…to wszystko może runąć. Bill wyszedł z łazienki już ubrany i usiadł obok niej. Uśmiechał się od ucha do ucha, a w jego oczach błyszczały iskierki szczęścia, która ona zaraz będzie musiała ugasić.
-No to zaraz wracamy do domu?- zapytał i objął ją ramieniem.
-Bill…chyba musimy z tym trochę poczekać…
-Co?
-Najpierw musisz nauczyć się żyć bez picia…dopiero potem będziesz mógł wrócić.- oznajmiła i naciągnęła na siebie jeansy.- Przykro mi, ale musisz się z tym pogodzić.
-To po co tu przylazłaś?- syknął i odsunął się do mnie.- Chciałaś tylko, żebym cię przeleciał?
-CO?! Jak możesz tak mówić?!- zbulwersowała się.- Przyszłam tu, żeby ci pomóc! Sam tego przecież chciałeś!
-Niezła pomoc…
-Oh jeżeli ci przeszkadzam to ja sobie pójdę. Jak spotkam Ann to wyśle ją do ciebie. Ona zawsze chętna, żebyś ją wydymał.
-Daj spokój.
-Ty daj. Nic nigdy nie rozumiesz i chyba nie widzisz swoich błędów. Kupić ci okulary?
-Dlaczego nie chcesz, żebym wróciło domu?
-Bill czy ty wiesz co się dzieje z ludźmi, którzy przestają pić? Szaleją i w ogóle mają odpały, a my mamy w domu małe dziecko…Wiem bo przecież odtruwałam mojego ojca.
Bill spojrzał na nią z wyrzutem. Wiedział, że ma rację, ale ta bardzo chciał być przy niej i przy małej. Tak bardzo chciał być z nimi mimo, że wiedział, iż to nienajlepszy pomysł. Podszedł do niej i objął ją mocno. Był jej wdzięczny, wdzięczny za to, że nadal go kocha mimo wszystko, że mu pomaga i nie zostawia go jak psa, nie traktuje jak szmatę mimo, że wyrządził jej tyle krzywd.
-Załatwiłam ci miejsce na terapii…będziemy chodzić razem.

Ann weszła do klatki i ruszyła na drugie piętro. Po drodze rozerwała sobie bluzkę i rozmazała makijaż. Musiała wyglądać jakby kto…s ją szarpał, a potem jakby płakała. Wymusiła parę łez i zaczęła głośno łkać po czym zastukała do drzwi.
Alex obudziła się na kanapie. Chwile zastanawiała się co tak właściwie ją obudziło gdy usłyszała pukanie do drzwi. Zaklęła pod nosem i wstając potknęła się o Toma śpiącego na podłodze. Dopełzła do drzwi i narzuciła na siebie bluzę Toma. Nie zamierzała paradować nago przed gośćmi, albo co gorsza przed właścicielką, która właśnie przypomniała sobie gdzie mieszka. Otworzyła drzwi i już miała palnąć kazanie Silvii gdy zobaczyła, że na klatce nie stoi ona tylko jakaś wyłuzdana, czarnowłosa baba.
-Ty…ty jesteś Alex?- zapytała roztrzęsionym głosem?
-Nie. Kunegunda.- warknęła i założyła ręce na piersiach.- Czego chcesz?
-Bill mnie…on…chciał mnie zgwałcić!- załkała i padła na kolana.
Alexandra zmarszczyła brwi i podrapała się po głowie. Chyba nie do końca jeszcze kojarzyła fakty, ale nawet na śpiąco czuła, że to jedna wielka bujda. Ziewnęła głośno i już miała zamykać drzwi gdy ta bezczelnie wyłożyła się na podłodze i zaczęła zanosić się głośnym płaczem.
-Poszłam do niego…ja…go kocham!- krzyknęła i walnęła pięścią w podłogę.- A on chciał mnie zgwałcić!
-Tak, tak słyszałam to już 45987 razy tylko, że o Tomie. Słuchaj ja nie dam się wrobić i nie rozbijesz mojego związku z Tomem, ani nie sprawisz, żeby Silviia bardziej znienawidziła Billa zresztą jej tu nie ma, ona jest u Billa. Śpią w jednym łóżku tulą się do siebie, a ty jesteś głupia.
Ann oderwała głowę od podłogi i spojrzała na nią. Uśmiechała się ironicznie do niej. Patrzyła na nią z odrazą, wyższością i pogardą. Tym razem jej się nie udało, o nie. Nie potrafiła oszukać Alexandry, była zbyt słabą aktorką dla niej, dla osoby, której życie nauczyło tak wiele.
Czarnowłosa dźwignęła się z podłogi i stanęła naprzeciwko Alex. Wykrzywiła się w nieprzyjemnym grymasie i powiedziała.
-Tom cię wykorzysta i zostawi…Zostawi cię, a ta cała Silviia to suka, a Bill dziwkarz…zdradził ją tyle razy…
-Zamknij mordę!- wysyczała.
-Tyle razy ją zdradził jak wtedy zabrałam go ze szpitala.
Alex nie wierzyła w jej słowa. Kto jak kto, ale na pewno nie Bill. To co ona mówiła było totalnie wyssane z palca, a ona nawet nie umiała dobrze kłamać. Kobieta zacisnęła pięść i w jednej sekundzie trafiła nią prosto w nos czarnowłosej.
-Nie będziesz obrażać moich przyjaciół.- warknęła.
Ann zachwiała się i podparła się o ścianę, żeby nie runąć na ziemię. Krew poszła jej z nosa i kapała na podłogę, brudziła jej ubrania. Zaczęła krzyczeć, krzyczała jak głupia, aż w końcu przy pomocy Alexandry wyszła z mieszkania.
-Co się stało?- zapytał Tom, który właśnie się przebudził.
-Nie nic. Cyganie sprzedają dywany. Byli bardzo natrętni.- oznajmiła Alex i uśmiechnęła się do niego słodko.- Śpij kochanie..

Bill patrzył na nią. Obserwował ją. Jak ubiera kurtkę, później buty, aż w końcu podeszła do niego. Pocałowała go romantycznie. Wiedział, że będzie musiała już iść, że musi. Wracać do domu, ale wiedział, że znowu się niedługo zobaczą. Ta myśl dodawała mu skrzydeł. Miał na co czekać, miał do czego odliczać dni, godziny, minuty.
-Kocham cię.- mruknęła i pocałowała go w ucho.- Do zobaczenia.
-Pa kochana.
Wyszła zostawiając za drzwiami swoje serce, swoje myśli, swoją nadzieję, szczęście i…swoją miłość.
-Teraz może być już tylko lepiej.- powiedziała sama do siebie.
Nie wiedziała jednak co jeszcze przygotował dla nich los, jakie próby będą musieli znieść zanim wszystko będzie tak jak dawniej i…i nie była pewna czy już potem wszystko będzie dobrze, ale miała nadzieję…nadzieję na lepsze dni.

Rozdział XII


Miesiąc. 31 jeden dni, setki godzin, setki minut. Ile można zrobić w miesiąc? Można przeczytać parę książek, można poznać wielu ludzi, można zachorować i wyzdrowieć, można…można naprawdę wiele rzeczy w jeden miesiąc, w te cholerne, krótkie 31 dni. Można…tylko trzeba naprawdę chcieć.
-Melediwy…Melediwy…Yyy, Karaiby, Hawaje…nie, nie. Melediwy!- oznajmił mężczyzna i popukał palcem w książeczkę biura podróży.
-Do wakacji jeszcze daleko!- oznajmiła ciemnowłosa i schowała katalog do torebki.- A jak ty się czujesz?
-Dużo lepiej!- odrzekł i kopnął kamień.- Dzięki tobie, dzięki terapii, dzięki Shirley, dzięki Tomowi, dzięki Alex…Jeszcze parę miesięcy, a już będę mógł to wszystko kontrolować sam. Znowu będziemy szczęśliwą rodziną.- ucieszył się i objął ją w pasie.- Mogę wpaść do was dziś wieczorem i pomalować z Shirley?
-Możesz. Alex i Tom też wpadną. Zaprosiłam ich na kolację. Pomalujecie sobie we trójkę.
-Jak to we trójkę?- zdziwił się Bill.
-No bo jak Tomaszowi nie pozwolicie porysować z wami to się pewnie obrazi.- zaśmiała się ciemnowłosa.
Bill zaśmiał się i cicho. Oboje skręcili w jedna z ulic i znikli za jednym z szarych, zwykłych bloków…

Carolina wygodnie usadowiła się w fotelu i zapięła pas. Była podekscytowana, a zarazem przestraszona. Po tylu latach wracała do rodziny i nie wiedziała jak oni na to zareagują, jak ją przyjmą…czy w ogóle przyjmą. Nie wiedziała co z siostrą, co z Billem, co z resztą. Nic nie wiedziała. Przez ten cały czas nie odzywała się do nikogo, a tu nagle wraca jak gdyby nigdy nic.
Samolot wystartował, a ona poczuła jak serce spada jej gdzieś na dno brzucha. Złapała się oparcia i westchnęła głośno. Nie cierpiała łatać samolotami…

Shirley siedziała na kocyku w misie rozłożonym na podłodze w kuchni i bawiła się zabawkami. Gryzła swojego pluszowego króliczka, waliła lalką o podłogę i co jakiś czas rzucała się na dużego misia, prawie 4 razy większego od niej. Dostała go od tatusia. Czekał na nią gdy wróciła od dziadka…Mamusia już nie była taka smutna jak wcześniej. Wręcz przeciwnie. Nastąpiła w niej wielka zmiana. Od paru tygodni ciągle chodzi uśmiechnięta, stroi się i wychodzi gdzieś na długo, a potem wraca z tatusiem. Idą do sypialni, a potem tatuś wraca znowu na trasę koncertową. Przynajmniej tyle udało się jej ustalić z życia codziennego jej rodziców…
Silviia doprawiła sałatkę po czym nakryła do stołu. Alex i Tom mieli przyjść za pół godziny, a Bill powinien być tu już od 15 minut. I on zawsze narzeka, że ludzie są niepunktualni…Chwilę później otworzyły się drzwi, a do środka wpełzł Bill. Targał ze sobą jakieś kolorowe torby, a na sobie miał potargane jeansy i nową skórzaną kurtkę.
-Tata!- zawołała mała i wyciągnęła ręce do ojca.
Bill ucałował Silviię na dzień dobry i od razu potem pognał do córeczki. Wyciągnął z torby śliczną lalkę z blond włosami i wyręczył jej ją.
-Lala!- ucieszyła się Shirley i zaczęła tulić blondynkę.
-Rozpieszczasz ją.- stwierdziła Silviia i ukucnęła obok nich.
-Ktoś musi!- oburzył się Czarny.
Ciemnowłosa spojrzała na niego i uśmiechnęła się lekko. Znowu był taki jak kiedyś, wódka już go nie psuła, nie niszczyła jego charakteru i zdrowia, był sobą, był naturalny…taki jak wcześniej, był takim jakiego go kochała…
***
-No i wtedy…- mówił Tom dławiąc się ze śmiechu.- Ona do niego z tekstem o jakiejś żabie, jakiś Żampol.- śmiał się i machał ręką.- Haha…mówię ci idiotyzm.
Alex spojrzała nieco krzywo na swojego pijanego chłopaka i westchnęła głośno. Tom po pijaku lubił opowiadać śmieszne historyjki, jakieś bzdety, a od trzeciej lampki wina twierdzi, że Bill prowadził jakąś kartotekę, w której spisywał wszystkie pocałunki Silvii i Joela.
-On to tak zawsze?- zapytała Alex i wskazała na Toma.
-Zawsze.- westchnął Bill i zamieszał łyżeczką w swojej herbacie.- Jak nie pije, to nie pije, ale jak się uchla to Święty Boże nie pomoże.
-Naprawdę tak bardzo nienawidziłaś Billa?- zainteresowała się.
-Naprawdę.- odrzekła ciemnowłosa.- Oceniłam go po pozorach, ale on też był okropny w stosunku do mnie.
-Tak bo nie dałem jej bukietu z liści i się obraziła.- wtrącił Czarnowłosy.- Ona wolała trzymać z Tomem i obgadywać cudze tyłki.
Alex i Silviia zaśmiały się, a Bill tylko uśmiechnął się lekko. Nikt kto by ich nie znał nie uwierzył by, że tak bardzo się nienawidzili, że zdolni byli powyrywać sobie włosy byle by tylko jeden okazał się lepszy od drugiego. Ale pewne sytuacje zbliżają ludzi do siebie…nawet do tego stopnia, że parę lat później stają przed ślubnym kobiercem…
-Jak to się stało, że zakochaliście się w sobie?
-A co to rozmowy w toku?- zaśmiał się Bill.
-Byliśmy kiedyś w rozmowach w toku!- krzyknął Tom i pociągnął łyk wina.- Pamiętam to jak dziś.
-Nigdzie nie byliśmy.- burknęła cicho Sil.- On już bredzi…a tak w ogóle…miłość przychodzi sama z siebie. Ja nawet nie wiem kiedy pokochałam tego gnoja.
-Ja ci dam gnoja!- oburzył się młodszy Kaulitz.- Jak się poznaliśmy to ty jeszcze z dywanu na podłogę skakałaś, a na chleb ,,pep” mówiłaś!
Silviia parsknęła śmiechem przez co nieduża ilość soku wylądowała na bluzce Alexandry.
-Przepraszam…- zaśmiała się.- A ty Bill gadasz jak mój ojciec.
-A ty Bill gadasz jak mój ojciec.- powtórzył oburzony Czarny i podparł głowę łokciami.- Zrobiło się strasznie smętnie i babsko.- stwierdził.
-Trochę.- przyznała Alex i rzuciła okiem na Toma, który spał na siedząco.
Siedzieli w ciszy. Tylko czasem Tom chrapnął, Bill czasem chrząknął lub ktoś się czegoś napił. Wszyscy patrzyli w jedno miejsce. W świeczkę stojącą na środku stołu. Obserwowali jak wosk spływa po niej i rozlewa się na podstawce. Płomyk ognia tańczył wzmagany powietrzem, oddechami, wzmagany każdym gestem. Tańczył niczym baletnica, samotna baletnica w piękną gwieździstą noc, samotna baletnica, która wylewa setki łez, samotna baletnica, której partner…której partner odszedł, zaginął bez śladu…Cichy dźwięk telefonu przerwał ciszę panującą w mieszkaniu. Wszyscy spojrzeli po sobie. Bill westchnął głośno i ruszył w stronę telefonu. Odebrał.
- Hallo?
- Mieszkanie Państwa Kaulitz?- usłyszał głos kobiety po drugiej stronie.
- Tak…Bill Kaulitz, a o co chodzi?
- To ja…Carolina, Carolina Valo. Pamiętasz mnie jeszcze?

Bill odsunął słuchawkę od ucha i spojrzał na trójkę przyjaciół siedzących przy stole. To ona…Ona. Nagle jej się przypomniało. Po 5 latach przypomniała sobie Kogo tu zostawiła. Toma, jego i co najgorsza…zostawiła własną siostrę. Nie odzywała się, nie przyjechała na ślub, o dziecku nawet jej nie mówili. Czarny zacisnął rękę na słuchawce i z powrotem przyłożył ją do ucha.
- Jeżeli chcesz wrócić do Toma…to nie ma szans.- wysyczał do słuchawki.- Teraz ci się przypomniało?!
- Bill…daj mi powiedzieć..
- TERAZ CI SIĘ PRZYPOMNIAŁO O RODZINIE?!- wrzasnął i rzucił słuchawką o ścianę.


Rozdział XIII


-Co się stało?- zapytała Sil i wstała od stołu.- Kto to dzwonił…?
-Carolina.- odrzekł zdenerwowany i usiadł przy stole.- Nie wiem co chciała…przypomniało jej się kurwa.
Alex zacisnęła pięści pod stołem i przygryzła wargę. Ona na pewno chce wrócić…Bała się, że jak ona wróci to zabierze jej Toma, ale…ale ona na to nie pozwoli. O nie, nigdy. Za dużo przeżyła by go teraz oddawać bez walki. Carolina go zostawiła i niech spieprza z kosą na grzyby…
-Ona przyjechała po Tomasza.- mruknęła.
-Ohh…Daj spokój. Tom kocha ciebie, a nie ją.
-Mam nadzieję.- westchnął i ścisnęła rękę śpiącego Toma.- Mam nadzieję…

Carolina rozejrzała się dookoła. Wszędzie było pełno ludzi, którzy czekali na swoich bliskich wracających z zagranicy. Ludzie ściskali się, płakali ze szczęścia. Po prostu byli szczęśliwi…Na nią nikt nie czekał. Wiedziała, że sama sobie na to zasłużyła i mogła mieć pretensje tylko i wyłącznie do siebie. To ona zawiniła, nie oni. Ona nie przyjechała na ślub, ona nie odpowiadała na telefony, ona…jej wina. Zarzuciła torbę na ramię i ruszyła do wyjścia. Było już ciemno, wiatr wiał i targał jej czarne włosy. Westchnęła głośno i ruszyła przed siebie. Miała tylko adres, adres i mętlik w głowie. Wiedziała, że siostra nie przyjmie jej zbyt ciepło, ale też wiedziała, że nie zostawi jej na ulicy.

Bill wtulił się w plecy żony i zamknął oczy. Pierwszy raz od paru tygodni mógł wreszcie wyspać się w swoim łóżku, w swojej sypialni, ze swoją żoną. Czuł się jak u siebie…nareszcie.
-Mami, tati!- krzyknęła Shirley i zastukała do drzwi.
Bill westchnął głośno i otworzył drzwi. Mała stała przed nim z misiem i patrzyła na niego swoimi ślicznymi oczami. Czarny uśmiechnął się lekko i wziął ją na ręce.
-Nie możesz spać?- zapytał i ułożył ją między siebie, a Silviię.
-Nie.- odrzekła i przytuliła się do niego.- Ce z wami.
-Wujek Geo ci się pewnie przyśnił.- zaśmiał się Bill i pogładził córeczkę po główce.- Śpij kochanie.
-Rodzinne spotkanie w łóżku.- zaśmiała się ciemnowłosa i odwróciła przodem do męża.- Przyzwyczaiła się, że śpi ze mną.- oznajmiła.
Kaulitz uśmiechnął się lekko i zamknął oczy. Miał nadzieję, że teraz wyśpi się smacznie razem z dwiema ukochanymi kobietami. Tylko brakowało jeszcze trzeciej, która siedziała w jego mieszkaniu i zapewne śpi na jego łóżku, lub łowi myszy w piwnicy. Już prawie spał. Cała trójka była już w połowie w krainie snów. Powoli zasypiali, a uśmiech gościł na ich twarzach. W tym momencie w całym domu rozległ się donośny dźwięk dzwonka. Bill zerwał się z łózka jak oparzony.
-Ja pier…ja no kto o tej godzinie łazi po domach.- warknął i zwlekł się z łóżka.
Naciągnął spodnie tyłem na przód i ruszył do drzwi. Był cholernie wpieniony. To na pewno Georg. Tylko on mógł przyjść o trzeciej w nocy pożyczyć cukier. Otworzył drzwi i już miał sypnąć wiązankę na temat ciszy nocnej i cukry, ale zatkało go. Na klatce wcale nie stał Georg, lecz czarnowłosa kobieta z walizką. Uśmiechała się do niego niewinnie.
-Kochanie…- mruknął i odszedł do drzwi.- Silviia! Do ciebie!
-Bill poczekaj.- powiedziała Carolina i złapała go za ramię.- Ty też zostań.
-Zostaw mnie.- warknął i odtrącił jej rękę.
Silviia narzuciła na siebie szlafrok i wyczłapała z pokoju. Jej mąż siedział na krześle, a drzwi były otwarte na oścież.
-Czy ty sobie chuja przytrzasnąłeś?- warknęła.- Jest trzecia w nocy. Zamknij te drzwi bo wszyscy się przeziębimy.- mruknęła i zatrzasnęła drzwi.- Kto to był?
-Carolina.
-KTO?!
-No przecież mówię, że Carolina!- krzyknął.
Ciemnowłosa z powrotem otworzyła drzwi. Rzeczywiście. Na progu stała jej siostra z walizką. Zamarła. Stała jak wryta i patrzyła na nią. Nie mogła uwierzyć. Przed nią stała jej siostra, której nie widziała przez pięć lat. Nie wiedział czy się cieszyć, czy ją skrzyczeć, czy po prostu zatrzasnąć jej drzwi przed nosem i iść dalej spać. Tym razem to nie ona wykonała pierwszy krok. Carol rzuciła walizkę i objęła ją mocno. Ciemnowłosa poklepała ją po plecach. Nie kontaktowała jeszcze.
-Silviia…pięć lat. Tak bardzo się za tobą stęskniłam. Tak bardzo, przepraszam, przepraszam za wszystko. Przepraszam, wybaczcie mi….już nigdy.
-Daj jej spokój!- warknął Bill i wstał.- Dość już chyba namieszałaś nam wszystkim w głowie. Nieprawdaż?
Czarnowłosa odsunęła się od siostry i spuściła głowę. Niestety…niestety, ale mieli rację. Ona wszystko zepsuła, nie było jej, ułożyła sobie życie na nowo, odizolowała się. Czarny spojrzał na nią morderczym wzrokiem i przytulił do siebie żonę. Carolina zrobiła krok do przodu i weszła do domu. Postawiła walizkę i zamknęła drzwi.
-Zabieraj się stąd.- rozkazał Bill i pogładził Silviię po głowię.- Po co tu w ogóle przyjechałaś?
-Do was…chcę zobaczyć jak żyjecie i…
-PO PIĘCIU LATACH TY CHCESZ ZOBACZYĆ JAK MY ŻYJEMY?!
-Bill daj spokój.- poprosiła go Sil.- Porozmawiajmy. Zresztą nie krzycz bo Shirley śpi.
-Ty chcesz rozmawiać?!- zdziwił się Czarnowłosy.- W takim razie wy sobie rozmawiajcie jak gdyby nigdy nic, a ja idę. Wychodzę. Wracam do siebie.
-Sam dobrze wiesz, że powinno dać się drugą szansę!- krzyknęła z wyrzutem ciemnowłosa.
-Ale ja…ja to inna sprawa.- mruknął i ubrał kurtkę.
-Ty jesteś alkoholikiem…
-BYŁEM alkoholikiem.
-Bill...alkoholikiem zostaje się na całe życie.
Nie słuchał jej. Wyszedł trzaskając drzwiami, a ona znowu zaczęła płakać. Znowu zaczęła płakać za nim…sama sobie się dziwiła, że po tym wszystkim ma jeszcze łzy.
-Nie idź…- powiedziała cicho i z głośnym pacnięciem usiadła na podłogę.- Zostań…

Czarnowłosy szedł przez miasto z rękoma ukrytymi głęboko w kieszeni. Był zły. Zły na Carolinę. Po co ona w ogóle tu wraca? Żeby namieszać w życiu Silvii…w ich życiu, żeby odbić Toma Alexandrze? Do tego jeszcze Sil. Ona wmawia mu, że on jest ALKOHOLIKIEM. Przecież wcale nie jest, bo już nie piję! Zrobił to dla niej, a ona zwyczajnie nazywa go alkoholikiem, a do tego jeszcze chce rozmawiać z tą zdrajczynią. Wszedł do swojego mieszkania i od razu poczuł jak coś ciepłego i miłego ociera się o jego nogi. Uśmiechnął się lekko i wszedł do kuchni. Panował tu porządek. Silviia ostatnio wysprzątała mu całe mieszkanie. Otworzył szafkę, a w jego brązowych oczach zabłysły iskierki. Tuż za colą i fantą stała butelka po jakimś napoju. Butelka z przeźroczystym płynem. Bill oblizał usta i sięgnął bo butelkę. Przecież nie pił już od miesiąca. Jak raz się napije to mu się nic nie stanie. Panuje nad tym i wcale nie jest uzależniony.
-Ah…raz za smutki.- mruknął do siebie i wziął kieliszek.
Ruszył do pokoju. Z jednej strony czuł pewne wyrzuty sumienia – bo przecież obiecał, ale z drugiej był pewien, że nad tym panuje. Wrócił do pokoju. Usiadł na wersalce i nalał do kieliszka. Pił kieliszek za kieliszkiem, tracił świadomość, majaczył, a kotka leżała obok niego i miauczała żałośnie. Zawsze tak robiła gdy pił. Wyrażała tym swoją dezaprobatę.

-Bill alkoholikiem?!- zapytała z niedowierzaniem czarnowłosa.- Tom…ale Bill?! Dałabym sobie rękę uciąć, że on by nigdy…
-A jednak…teraz też na pewno się napiję…- mruknęła ciemnowłosa i położyła głowę na stole.- Też mam ochotę się teraz zalać.
-Nie płacz, nie dołuj się, nie zalewaj…wszystko się ułoży. Zobaczysz.- pocieszała ją Carol.- Będzie jeszcze dobrze…
-Oby…

Rozdział XIV


Bill obudził się w swoim łóżku. Wszystko wirowało mu w głowie. Obrazy, odgłosy, cały wczorajszy wieczór. Carolina, Silviia, a potem ta nieszczęsna butelka w jego dłoniach. Teraz leżała na stole, a z niej wylewała się wódka. Nienawidził siebie za to.
- Hihi, jesteś słaby.
-Wcale nie jestem.- warknął.
-Jesteś Kaulitz…lepiej weź się za siebie bo to się źle skończy.
-SPIERDALAJ!
-No przecież już idę…

Czarny wygrzebał się z pościeli i westchnął głośno. Głowa mu pękała, obrazy jak szalone wirowały w jego głowie, czuł się okropnie. Miał ochotę narzygać na stół. Chciał to wszystko z siebie wyrzucić, te wszystkie pieprzone toksyny. Dźwignął się na nogi i ruszył w stronę balkonu. Otworzył drzwi na oścież i pełną piersią zaczął wdychać powietrze, które w krótkim czasie wypełniło jego małe mieszkanie. Poczuł się nieco lepiej, znowu poczuł, że może wszystko. Sięgnął po butelkę.

Silviia obudziła się około 10. Billa nie było obok niej. Była Shirley. Kobieta otuliła ją kołdrą i wstała z łóżka. Chyba powinna iść do Billa. Porozmawiać z nim chwilę i wytłumaczyć, że Carol też należy dać drugą szansę. Skoro on mógł ją dostać, to dlaczego ona nie? Wcisnęła się w jeansy i pierwszą lepszą bluzkę i wyszła z sypialni. Carol spała w pokoju gościnnym. Sil nie chciała jej budzić więc napisała tylko karteczkę, że wychodzi i że wróci niedługo. Narzuciła płaszcz na ramiona i szybko wybiegła z budynku. Parę minut później stała już pod blokiem, w którym aktualnie mieszkał jej maż. Weszła do klatki, a potem do jego małego mieszkania. Śmierdziało wódką. Usta ciemnowłosej niebezpiecznie zadrżały. Chciała płakać bo on znowu TO zrobił, znowu się upił, żeby uciec do problemów. Weszła do pokoju. Bill leżał na wersalce, a obok niego pusta butelka. Silviia wziął ją do ręki i spojrzała na niego. Nie był strasznie pijany, ale było widać, że miał ciężką noc. Miała ochotę przypieprzyć mu butelką przez łeb, ale nie mogła bo miłość była silniejsza niż złość.
-Znowu…się…uchlałeś.- wysyczała przez zęby.
-Trochę…- wymamrotał i złapał się za głowę.- Ale ja nad tym panuję…
-NAD NICZYM NIE PANUJESZ!- wrzasnęła.- Jesteś cholernym nieudacznikiem! Nic nie potrafisz dla nas zrobić!- krzyknęła i rzuciła butelką o ścianę.
Bill zakrył twarz rękoma, żeby się nie pokaleczyć i przekręcił się na bok. Miała racje – był nieudacznikiem i chciał to zmienić, ale chyba naprawdę miał za słaba wolę. Silviia zalała się łzami i usiadła obok niego.
-Było dobrze…- załkała.- Musiałeś to zepsuć?! Musiałeś prawda?!
-To nie moja wina!- krzyknął.- Mogła nie przyjeżdżać!
-Trzeba dać jej szansę! Tobie dałam szansę, nie wykorzystałeś jej.- oznajmiła i wstała.- Żegnam!
-Nie idź!- jęknął i złapał ją za nogę.- Silviia nie…pomóż mi jeszcze!
-Daj mi spokój!
-Nie! KOCHAM CIEBIEEE!- wydarł się.- Już nigdy…błagam to było tylko raz…błagam!
-Zostaw mnie! Puść mnie idioto, daj mi spokój! Już i tak zrujnowałeś mi życie!
-Już nie będę!- krzyknął i zaczął płakać.- Już nigdy…Silviia ja naprawdę…proszę, proszę.
Płakał jak małe dziecko i tulił do siebie jej nogę. Wyglądał okropnie żałośnie, był żałosnym nieudacznikiem. Zamiast wziąć się w garść to płaszczył się przed kobietą błagając ją o wybaczenie. Gdyby nie jego głupota to nie musiałby tego robić.
- Carolina nas wszystkich zraniła…- wydukał.
-TY TAKŻE MNIE RANISZ!- wybuchła.- DAJ NAM SPOKÓJ!
Krzyczała na niego, wrzeszczała, a on płakał i błagał. Ona była cholernie zła, krew kipiała jej w żyłach, aż w pewnym momencie poczuła dziwną słabość. Zakręciło jej się w głowie, miała ochotę zwymiotować, zrobiło jej się słabo. Traciła kontrolę nad swoim ciałem, aż w końcu upadła bezwładnie na podłogę.
Bill słysząc huk otworzył oczy i przestał płakać. Uniósł głowę. Silviia leżała na podłodze z zamkniętymi oczyma i nic nie mówiła. Nie krzyczała na niego. Nic. Szybko zczołgał się z wersalki i podpełzł do niej. Szczęście, że był jeszcze w pełni świadom swoich czynów. Sprawdził puls. Żyła i nie miała żadnych obrażeń. To omdlenie. Wyciągnął z kieszeni jej telefon i zadzwonił na pogotowie. Bał się o nią. Bał się cholernie. Ręce zaczęły mu drżeć, znowu zaczął płakać. To jego wina, to przez niego się zdenerwowała, przez niego zemdlała. Położył się obok niej i ułożył głowę pod jej piersią. Słyszał i czuł rytmiczne bicie jej serca. Westchnął głośno i zamknął oczy. Leżał tak do momentu, aż przyjechało pogotowie. Faceci w czerwonych ubraniach załadowali ją na nosze i zabrali. Zabrali mu ją…Zacisnął pięści , a z jego oczu wytoczyły się dwie ostatnie łzy, które potem rozpryskały się na jego jeansach.

Carolina szła szybko jednym z szpitalnych korytarzy. Przed chwilą dostała telefon, że jej siostra zemdlała i wylądowała w szpitalu. Nie wiedziała dlaczego i co tak naprawdę się stało, ale jak najszybciej chciała się dowiedzieć. Po drodze wpadła na lekarza, który wychodził właśnie z Sali, w której leżała jej siostra. Uśmiechał się promiennie i przyglądał się białej kartce z wynikami.
-Co się stało?- zapytała Carol.- Czemu pan się cieszy?
-Nic się pani siostrze nie stało.- oznajmił.- A wręcz przeciwnie sądzę, że będzie się cieszyć razem z mężem z wyników. Ha!- oznajmił wesoło.- Ale nie pokarzę pani, dopiero jak pacjentka się obudzi.
Czarnowłosa zmarszczyła czoło i udała się w stronę Sali. Dziwny ten lekarz.

Ciemnowłosa oślepiło rażące, białe światło. Szpital. Nienawidziła ich. Kojarzyło się z nimi tak wiele złego. Śmierć jej mamy, potem śpiączka Billa, Ann…Teraz jeszcze ona musi tu leżeć. Przetarła oczy i usiadła. Zdziwiła się trochę. Po jednej stronie łóżka siedziała Carol, po drugiej Alex, a na łóżku Tom. Obie kobiety zabijały się wzrokiem, a Dredziarz robił dobrą minę do złej gry. Zapowiadają się ciekawe odwiedziny.
-Alex…zobacz Silviia się obudziła!- oznajmił Kaulitz i kopnął lekko swoją dziewczynę.
-No przecież widzę!- warknęła i zamrugała oczyma.- Cześć Sil. Jak się czujesz? My z Tomem przyszliśmy pierwsi!
-Eee…dobrze się czuję.- odrzekła zmieszana Silviia.- Cieszę się, że przyszliście pierwsi
-Bill wpadnie po południu. Chce dziś wyglądać specjalnie. Lekarz mu powiedział, że ma dla was dobre wieści.- oznajmił Tom.
-Ohh. Po prostu nic mi nie jest. Zaraz stąd wychodzę.
Carol i Alex znowu zaczęły zabijać się spojrzeniem, a Tom założył ręce na piersiach i spojrzał na szwagierkę. Oni byli obozem pośrodku, a Alex i Carol to obozy wroga. Carolina w końcu odwróciła wzrok i zrobiła obrażoną minę. Ciemnowłosa nie wiedziała o co im poszło, ale na wszelki wypadek wolała się nie mieszać w ich sprawy.

Było już ciemno. Silviia leżała w łóżku, a Tom siedział obok niej na krześle i czytał dzisiejszą gazetę. Teraz on miał wartę do 2 w nocy. W prawdzie nie było to potrzebne, ale Alex stwierdziła, że mimo wszystko Sil nie może zostać sama. Carol pilnowała Shirley, a oni zmieniali się co jakiś czas. Alex wyskoczyła teraz do sklepu po jakieś owoce i coś dobrego do jedzenia.
- Piszą o Billu.- westchnął głośno Tom.- Bill Kaulitz – czy uda mu się wyjść z nałogu?
-Uda się.- odrzekła Silviia i przewróciła stronę w książce.- Ja już się o to postaram.

Bill przylgnął nosem do szyby i obserwował swoją ukochaną. Leżała w białej pościeli i czytała książkę. Była taka śliczna, wyglądała jak anioł. Ścisnął w dłoniach czerwone róże i wszedł do środka. Na początku nawet go nie zauważyła. Dopiero jak podszedł bliżej spojrzała na niego i westchnęła głośno.
-Przepraszam.- mruknął cicho i ukląkł obok jej łóżka.- Kocham cię.- pocałował ją w dłoń i położył kwiaty na łóżku.
Po tym krótkim rytuale usiadł obok niej i ścisnął jej dłoń. Ona już nie była zła, nie potrafiła. Bill już chciał coś powiedzieć, gdy do Sali niemalże w podskokach wszedł doktor. Był przepełniony pozytywną energią i ściskał w ręku jakąś karteczkę.
-On jest chyba psychiczny.- szepnął Bill.- Zaczepił mnie na korytarzu i zaczął gadać, że mam uroczą żonę i śliczne będą nasze dzieci…
-Dzień dobry!- powitał ich i usiadł obok Billa.
Czarny wzdrygnął się i mocniej ścisnął dłoń żony.
-Dzień dobry.- przywitał go Tom – jako jedyny.
-Mam dla państwa wspaniałą wiadomość.- oznajmił i uśmiechnął się szeroko.
-Wali pan.- powiedział Bill.
-Będziecie mieli państwo dziecko.- oznajmił bez ogródek i obdarzył wszystkich promiennym uśmiechem.

Rozdział XV


W Sali zapanowała cisza. Bill patrzył na Sil, Sil na doktora, a Tom obejmował wzrokiem ich wszystkich i mało brakowało, żeby wybuchnął płaczem. Czarny wydał z siebie głośny pisk, który wyrażał uczucie szczęścia i mocno uścisnął żonę. Ona chyba jeszcze do końca wierzyła w to co usłyszała.
-BOŻE! Będę wujkiem!- wrzasnął Tom.
Z jego oczu zaczęły spływać łzy radości. Zerwał się z krzesła i zaczął skakać po Sali. Cieszył się, był szczęśliwy. Uwielbiał dzieci, ale własnych na razie nie planował.
Doktor uśmiechnął się lekko i wyszedł Sali zostawiając przyjaciół samych. Silviia tuliła się do Billa i nie wiedziała czy ma się cieszyć czy płakać. Problem z nałogiem Billa, Carolina wraca, a do tego jeszcze dziecko. Była pewna, że urodzi, już je kochała, ale nie wiedziała czy sobie poradzą…Jeżeli Bill naprawdę się nie zmieni…będzie ciężko. Alex weszła do Sali z dwiema reklamówkami i postawiła je na łóżku i uśmiechnęła się ciepło.
-Tom…a ty czemu płaczesz?- zdziwiła się.
-Będę wujkiem.- oznajmił i wybuchł histerycznym płaczem.- ONI ZNOWU BĘDĄ MIELI DZIECKO! ALEX JA TEŻ CHCE MIEĆ Z TOBĄ DZIECI!- wyznał i wydmuchał nos w róg poduszki.
Alexandra usiadła na łóżku z promiennym uśmiechem. Nic nie mówiła. Po prostu uśmiechała się szeroko.

Mijały godziny, dni, tygodnie, minęły trzy miesiące. Bill na dobre przeprowadził się do żony i córki. Ona teraz go potrzebowała. Będą mieli dziecko. Drugie dziecko. Ta cała sytuacja zmobilizowała go do pozostania trzeźwym przez ten cały czas. Pomagał, kochał, znowu byli prawdziwą rodziną. Prawdziwą, kochającą się, idealną rodziną. Shirley, mimo, że była jeszcze dzieckiem strasznie przejmowała się tą całą sytuacją i nawet chciała pomagać i była niezwykle oburzona, gdy Bill tłumaczył jej, że to bardzo dobrze i że jest kochana, ale musi poczekać aż podrośnie. Ona uważała się jednak za dość dużą. Miała przecież już 3 lata!
-Jak się czujesz?- zapytał Czarny i podszedł do żony.
-Wspaniale…dziękuję.- mruknęła i pocałowała go w usta.
Bill położył dłoń na jej brzuchu i uśmiechnął się szeroko. Jeszcze nie kopało, za wcześnie. Ale z każdym USG było widać już coraz więcej, maleństwo rozwijało się prawidłowo i to teraz było najważniejsze. Nie było żadnych komplikacji. Mamusia jak i dziecko czuli się wspaniale.
-Wychodzę do Toma i Alex.- oznajmił Bill.- Wrócę za niedługo skarbie. Nie przemęczaj się.
-Jasne.- uśmiechnęła się.- Idź i pozdrów ich.
Bill uśmiechnął się i wsadził nogi w buty po czym wyszedł z domu. Tak naprawdę wcale nie szedł do Alex i Toma. Postanowił zrobić rodzince małą niespodziankę. Przecież dziś pierwszy dzień lata, a Silvii się należy. Tyle się bidulka jeszcze namęczy zanim ich szczęście przyjedzie na świat. Po drodze wstąpił do sklepu z artykułami dziecięcymi. Od dawna tu zaglądał i polował na śliczne śpioszki z uszkami kotka, które widział tu w tamtym tygodniu. Niestety na drugi dzień wszystkie były już wykupione. Były! Wbiegł do sklepu i jak szalony zaczął przepychać się przez wszystkie kobiety, aż w końcu chwycił śpioszki. Jedne różowe, drugie niebieskie. Przecież nie wiedział jeszcze co się urodzi.
-Zwariował pan?!- oburzyła się kobieta.
-Dla żony.- wydyszał.- Bardzo podobają się jej…
-Oh, ale…
-Ja bardzo kocham żonę, ja dla niej wszystko!
Kobieta uśmiechnęła się lekko i pokręciła głową po czym odeszła. Kaulitz miał gadane. Uśmiechnął się triumfalnie i ruszył do półek z bucikami. Wybrał słodkie niebieskie kapciuszki, po czym dokupił parę drobiazgów i wyszedł ze sklepu. Obładowany torbami ruszył do domu. Ale Sil się ucieszy jak to wszystko zobaczy. Ona jest taka kochana i tak uwielbia dzieci i ciuszki dla maluszków, małe buciki i słodkie grzechotki. Po raz kolejny będą przeżywać pierwszy ząbek, pierwsze słowo, pierwszy kroczek.

-Boże Silviia wygląda teraz jak mała orka.- zaśmiał się Tom na widok szwagierki.- Za ile ona urodzi to dzidzi? Będę mógł polulać? Będę prawda?- dopytywał się.
-Ty zawsze wyglądasz jak mała orka, termin mamy na za dwa tygodnie, jak będziesz grzeczny to będziesz mógł.- odrzekł dumnie Bill.
Tom usiadł obok niego i tępo patrzył na szwagierkę. Fajnie wyglądała z tym brzuchem. Tak dziwnie, a zarazem tak słodko. Trochę go to ruszało…może nie tak jak Billa bo przecież to jego dziecko i on bardziej to przeżywa. Już nie mógł się doczekać aż znowu będzie mógł przytulić malutkie dzidzi swojego brata i swojej szwagierki. Na samą myśl o malutkim dziecku do oczu zaczęły mu się cisnął łzy. Jeszcze tak niedawno Sil była taka malutka, miała te swoje 16 lat była taka pyskata…a teraz jest już dorosła i niedługo urodzi małe dziecko. To wszystko strasznie go wzruszało. Przytulił do siebie Billa i zaczął płakać.
-Ten czas tak szybko leci…niedawno wszyscy byliśmy gnojami…a wy już macie dzieci…- łkał.- Ja też chcę!
-Ohh…Tom nie płacz. Nasze dziecko to prawie jak twoje. Będziesz mógł je często odwiedzać.- pocieszyła go i pogłaskała po głowie.
-Nie za często.- wtrącił Bill gdy już wyrwał się z objęć brata.
-Skoro wy będziecie mieli nowe dziecko…to ja mogę wziąć sobie Shirley?- zapytał i otarł łzy.
-CHYBA CI SIĘ FIUT WYKRZYWIŁ!- wrzasnął oburzony Bill.- Zrób sobie własne dzieci. Nie oddamy ci Shirley! To moja córeczka.
-SILVIIA!- załkał Dred.- On na mnie krzyczyyyyy!
-Bill spokojnie.- westchnęła Silviia i pocałowała go w policzek.
-Ale to moje dzieci i mu nie oddam żadnego!
-Dobrze, dobrze. Przecież Tom tylko żartował.- uspokoiła go ciemnowłosa i przytuliła do siebie.- Nie kłóćcie się bo się zdenerwuje.
-Ona nie może się denerwować.- powiedział Bill i pogładził ją po brzuchu.- Bo wtedy mogłoby być cos nie tak z dzidzią.
Tom spojrzał na nich i uśmiechnął się przez łzy. Cieszył się, że w końcu tak naprawdę zaczęło im się układać, że wreszcie znowu się kochają, że Bill zrozumiał co jest ważniejsze…przełamał się i zrobił to co każdy mężczyzna zrobić powinien. Zaczął budować dom, dom, którego podstawą jest miłość, szacunek i lojalność. Dom na uboczu, parę kilometrów od Loichste. Tam gdzie będzie azyl dla tej kochającej się czwórki, a wszystkie drogi mierzone będą od tego właśnie miejsca…
-Jeszcze zostało ci tylko spłodzenie syna.- oznajmił.- No, a kto wie czy już tego nie zrobiłeś.

Bill siedział u Toma i razem rozwiązywali krzyżówkę. Cholernie im się nudziło. Tom popijał piwo, a Bill bez najmniejszego bólu sączył sok pomarańczowy i często się uśmiechał. Tom wpisywał hasła do kratek, czasem się kłócili…było fajnie i miło. Alex zrobiła im kanapki. Czuli się trochę jak dzieciaki.
-Zostawiłeś Sil samą w domu?- oburzyła się Alexandra i usiadła obok niego.- Dlaczego?
-Została z Carol.- odrzekł.- Nawet mnie poprosiła, żebym wyszedł. Chciały o czymś porozmawiać.
Tom na wspomnienie o Carolinie spuścił wzrok i zaczął nerwowo gryźć długopis. Nie chciał o niej rozmawiać, nie miał najlepszych wspomnień. Siedzieli chwilę ciszy, którą rozerwał dźwięk dzwonka telefonu Toma. Dred odebrał i otworzył szeroko usta. Rzucił telefon na stół i szybko zaczął się ubierać. Alex i Bill patrzyli na niego zdziwienie. Nie wiedzieli co on robi, po co się ubiera…
-Bill…a ty się nie ubierasz?- zdziwił się Tomasz.
-Ale co się w ogóle stało?
-Ah zapomniałem ci powiedzieć.- mruknął i rzucił mu bluzę.- Silviia jest w szpitalu.

Rozdział VI


Bill zrobił oczy wielkości spodków i zerwał się z krzesła. Wyleciał na dwór w samych skarpetkach, bez butów, bez bluzy. Ogólnie w samych spodniach i bluzce. Był tak bardzo szczęśliwy. Wsiadło samochodu. Alex i Tom ledwo zdążyli się do niego władować bo Czarny już odpalał jak Tom wsiadał. Mieli szczęście, że nie złapała ich policja bo chyba do końca życia Bill nie wypłaciłby się z mandatów. Wyskoczył z auta i pognał do szpitala. Nawet nie czuł jak kamienie wbijają mu się w nogi. Wszyscy patrzyli na niego jak na wariata. Biegł ile sił w nogach na porodówkę, wiedział już gdzie to jest. Przecież raz już tam…zemdlał. Zakręcił się na śliskiej posadzce i wwalił się prosto do Sali przewracając tym samym lekarza.
-Czy pan ocipiał?!- warknął mężczyzna i zepchnął z siebie Kaulitza.- Co pan tu robisz?
-Silviia!- ucieszył się na widok żony.- Dobrze się czujesz?
-Całkiem, całkiem.- odrzekła i złapała się za brzuch.
Czarny podpełzł do jej łóżka i złapał ją mocno za rękę. Zamknął mocno oczy i spuścił głowę. Nie chciał znowu zemdleć. Może teraz jak nie będzie patrzył to nie zemdleje, albo jak zemdleje, to nie zauważą. Nie wiedział nawet ile tam siedział, ciemnowłosa płakała, krzyczała i mocno ściskała jego dłoń. Nic nie widział, ale wystarczy, że słyszał. I w końcu po niecałej godzinie męki, krzyków i płaczu wszystko ustało. Nastała chwilowa cisza, czarnego ścisnęło coś w sercu. Zaczął się bać…był niepewny. Nikt nie płakał…przecież Shirley darła się w niebogłosy…Zacisnął mocno powieki, kolejna chwila ciszy i…Głośny krzyk małego dziecka rozdarł ciszę panującą w Sali. Maleństwo płakało, krzyczało, piszczało. Bill westchnął głośno. W tym momencie to było jak miód wylany na jego serce, dźwięk zwiastujący dobre nowiny. Odetchnął z ulga i wytarł pot z czoła. Pielęgniarka stała nad nim z dużymi nożyczkami i uśmiechała się zachęcająco. Bill podtrzymał się łóżka i stanął. Nogi miał jak z waty. Lekarz trzymał JEGO maleństwo na rękach. Dzidzia krzyczała, była cała we krwi. Ten widok był dla niego odmianą. Gdy pierwszy raz zobaczył córeczkę była już umyta, w białym ręczniczku i różowych śpioszkach.
-Jak zemdlejesz to przyrzekam, że uduszę cię pępowiną Twojego własnego dziecka.- zagroziła Sil.
Bill uśmiechnął się niepewnie i wziął nożyczki od lekarki. Przeciął pewnego rodzaju ,,łącze” które do tej pory łączyło dziecko z matką. Ciemnowłosa ochoczo zaklaskała w dłonie i lekko się podciągnęła. Była już gotowa do wzięcia maleństwa na ręce. Lekarz uśmiechnął się lekko i podał jej maleństwo.
-Śliczny chłopiec.- oznajmił i odsunął się lekko by dać nacieszyć się im dzieckiem chodź przez chwilę.
-Znowu twoje oczy.- westchnęła zrezygnowana Silviia.- Jest śliczny…będzie twoją kopią. Mówię ci to.
Bill zaczął skakać w około łóżka i cieszył się jak głupi. Szalał. Miał najśliczniejszą córeczkę na świecie, a teraz ma jeszcze najładniejszego chłopca. Wybiegł na korytarz i zaczął krzyczeć na cały szpital, że ma synka. Tom i Alex siedzieli na krzesłach i patrzyli na niego jak na idiotę. Zachowywał się jak idiota, ogłupiał ze szczęścia i…w pewnym stopniu nawet był idiotą. ; )

Silviia siedziała w Sali z Alex, Billem i Shirley. Czarny trzymał na rękach synka i mówił do niego czule. Przytulał go i lulał. Shirley siedziała obok mamusi i przypatrywała się braciszkowi. Kochała już go. Kochała go całym sercem i była dumna, że ma takiego braciszka. Będzie się nim opiekowała, będzie kochać go najbardziej na świecie. Będzie pomagać mamusi i tatusiowi. Silviia objęła małą ramieniem i pocałowała ją w czółko.
Teraz miała dwoje najwspanialszych dzieci pod słońcem, najwspanialszego męża, najwspanialszego szwagra, najwspanialszą siostrę i najwspanialszą przyjaciółkę.
-Kocham was wszystkich.- oznajmiła i uśmiechnęła się lekko.
Alex usiadła obok niej i przytuliła ją lekko. Kto by pomyślał, że przez to wszystko tak się do siebie zbliża? Ta przyjaźń była prawie taka sama jak miłość Billa i Silvii. Najpierw nie zainteresowanie, dogryzanie, a potem wież. Tyle, że one nie planowały mieć ze sobą dzieci.
-Mogę go?- zapytała nieśmiało Alex odklejając się od ciemnowłosej.
Bill spojrzał na synka i podał go przyjaciółce. Nie chciał go oddawać, ale nie chciał też być samolubny. Teraz wziął Shirley na kolana i zaczęli bawić się w konika. Alexandra uśmiechała się do dziecka, a ono odwzajemniało uśmiech i patrzyło na nią swoimi dużymi oczami.
-No to mały chyba sam wybrał sobie chrzestną.- zaśmiał się Bill.
-Naprawdę?- zapytała z niedowierzaniem.
-No tak…Chyba lepszej byśmy nie znaleźli.- dodała Sil i uśmiechnęła się lekko.

Joel siedział właśnie przed komputerem i jak zwykle rano sprawdzał pocztę. Mało nie spadł z krzesła gdy zobaczył, że dostał list od…SILVII! Zdziwił się i szybko zaczął mrugać oczyma. Ostatni raz widział ją na jej weselu, a potem dowiedział się, że urodziła córkę. On niestety siedział teraz w Finlandii razem ze swoją dziewczyną. Otworzył wiadomość i znowu o mało nie spadł z krzesła. Właśnie został poproszony o zostanie chrzestnym!
Blondwłosa kobieta weszła do pokoju i założyła ręce na piersiach. Jej narzeczony znowu zwariował.
-Silviia i Bill poprosili mnie, żebym został chrzestnym.- oznajmił Joel i uśmiechnął się.- Możesz już wykupywać bilety do Niemiec.

-Jest śliczny.- zachwycała się Simone i lulała w ramionach wnuka.- Tom, Alex też moglibyście sobie sprawić.- zaśmiała się.- Jest śliczny prawda?
-No…- przyznał Dred.- Ma oczy po mnie.
-Po mnie.- wtrącił Bill.
-No tak, ale ty masz oczy po mnie.- przypomniał mu brat i wytknął język.- Więc ma NASZE oczy. Jedno moje, drugie Billa.
Silviia westchnęła głośno i spojrzała na nich. Bill tak wydoroślał, tak się zmienił. Nigdy by nie pomyślała, że będzie tak dobrym ojcem, nigdy by nie pomyślała, że będą mieli dzieci, nigdy by nie pomyślała, że się ożenią…a kiedyś nawet by nie myślała, że go pokocha. Czas jednak zmienia ludzi, a bliskość między nimi wskrzesza pewne iskry, które potem wybuchają i zmieniają się w ognisko uczuć, przyjaźni, miłości, wzajemnego szacunku. Ile musiało czasu minąć zanim ich serce wskrzesiły malutkie iskierki namiętności, ale warto było czekać…warto było na to czekać, dla takiego życia…
A Tom? On się praktycznie nie zmienił. Dalej był tak samo śmieszny, tak samo pozytywny. Działał na nią i na resztę jak gaz rozweselający. Rozsiewał w około siebie pozytywną energię i w końcu wyrósł z zarywania pierwszych lepszy lasek. Stał się prawdziwym 100% mężczyzną tak samo jak ona i Bill stali się 100% małżeństwem 100% rodzicami…

Rozdział XVII


Czas…Gdy człowiek jest szczęśliwy czas leci szybko zamieniając te najszczęśliwsze chwile w wspomnienia, w historię zawartą w zdjęciach. Nie zdążysz się oglądnąć zanim minie dzień, tydzień, miesiąc…zanim minie rok, dwa. Zanim…
Śnieg padał gęsto za oknem. Gałęzie uginały się pod jego ciężarem. Czarnowłosy mężczyzna biegł zaśnieżonym chodnikiem ciągnąć za sobą sanki z dwójką dzieci, które śmiały się głośno i co jakiś czas prosiły o szybsze tempo. Szczęśliwy ojciec z dziećmi, szczęśliwy ojciec, bez nałóg, idealny ojciec, kochający ojciec. Przyśpieszył, a chwilę później byli już na górce. Było tam też pełno innych dzieci. Starszych i młodszych z rodzicami. Widocznie nie tylko oni nie mogli wysiedzieć w domu w święta. Zresztą Silviia, Carol, Alex i Simone tylko się wkurzali, że Bill przeszkadza im w przygotowaniu wigilii więc jego wysłali na sanki z dziećmi, a Toma miał do nich zaraz dołączyć.
-Tato ja wezmę Charliego i pójdziemy na górę.- oznajmiła Shirley i zeskoczyła z sanek.- A ty idź po wujka bo jeszcze się zgubi.
-Naprawdę myślisz, że wujek jest taki nieporadny?- zapytał Bill.
-Trochę. W końcu…po rodzinie nic nie ginie.
Ciemnowłosa dziewczynka złapała za sznurek od sanek i pociągnęła je razem z bratem w stronę górki. Bill schował ręce do kieszeni i uśmiechnął się. Shirley wdała się w matkę. Była tak samo ładna, miała ten sam charakter, ale miała jego oczy.
-Bill.
Usłyszał za sobą głos. Zimny, męski, gruby, niemiły…tak dobrze znany mu głos. Zamarł. Jego źrenice powiększyły się, serce zaczęło nieco mocniej bić…Zimny pot wstąpił mu na czoło. Zacisnął pięści i odwrócił się twarzą do mężczyzny stojącego za nim…

Silviia kroiła marchewkę na sałatkę, Alex i Simone robiły ciasto, a Carol sprzątała w salonie i podśpiewywała coś pod nosem. Wszyscy byli szczęśliwi, śmiali się. Bo to przecież Wigilia. Dzień radości, wybaczenia. Silviia jednak od paru dni czuła się dziwnie. Wręcz okropnie. Była blada, zmęczona i nic się jej nie chciało. Była zła, że dopadła ją choroba akurat teraz, na święta. W skupieniu jednak kroiła marchewkę i nie odzywała się do reszty. Była dziwnie wyciszona, wręcz smutna. Coś jakby odczuwała złe wydarzenia, które niedługo spadną na jej głowę. Jednak nie zwracała na to uwagi. W tym roku Wigilię przygotowywali oni, w ich nowym domu, w Loischte. W pewnym momencie na posiekanej pomarańczowej marchewce zaczęły pojawiać się nieduże czerwone ślady krwi. Z początku nikt tego nie zauważył. Dopiero gdy marchewka zmieniła swój kolor na czerwony Sil wrzasnęła głośno i pobiegła do łazienki. Krew buchała jej z nosa. Spływała po koszulce dłoniach, rozpryskiwała się na lustrze, a łazienka chwilę potem wyglądała jakby ktoś popełnił w niej morderstwo. Po Chwili przybiegła Alex z chusteczkami. Próbowała nimi zatamować krwotok. W domu zapanował wielki harmider. Simone krzyczała i chciała już wżywać pogotowie, a Silviia tylko darła się z łazienki, że nie trzeba. Dobrze, że w tym czasie nie było w domu bliźniaków i dzieci.
-Może naprawdę powinnaś pojechać do szpitala?- zapytała Alexandra i przyłożyła jej do nosa kolejną chusteczkę.- To nie wygląda za fajnie.
-Już jest lepiej.- mruknęła ciemnowłosa i oparła się o ścianę.
-Może jednak…zadzwonimy do lekarza?- zapytała nieśmiało Alexandra.
-Nie…nie, nie, nie. Nie potrzeba.- mruknęła.- Zaraz przejdzie.
Parę minut później Silviia siedziała przy stole i dalej siekała marchewkę. Alex, Carol i Simone co jakiś czas spoglądały na nią jakby bały się, że zaraz krew znowu buchnie jej z nosa, że zemdleje czy może coś gorszego.
-Nie mówcie Billowi okej?- poprosiła.
-On powinien wiedzieć.- stwierdziła Alex.
-Nie mówcie. To było jednorazowe.- mruknęła i wróciła do krojenia marchewki.- Ostatnio czuje się gorzej. Dopadła mnie choroba. Na pewno grypa.

Bill odwrócił się przodem do mężczyzny. Zadrżał. Stał przed nim jak gdyby nigdy nic i uśmiechał się niewinnie, a w rękach miał dwie duże, kolorowe reklamówy. Czarny zrobił krok w tył i głośno przełknął ślinę. Kogo jak Kogo, ale jego się nie spodziewał.
-Czego chcesz?- warknął.
-Bill…nie bój się.- powiedział cicho i wyciągnął rękę w jego stronę.
-NIE BÓJ SIĘ?!- krzyknął z oburzeniem.
-Chciałem tylko…tylko chciałem złożyć ci życzenia z okazji świąt i zobaczyć…Twoje dzieci.
-ŻYCZENIA?! Teraz ci się na życzenia zebrało?! Wynoś się! Idź sobie, won! Z daleka od mojej rodziny! Idź precz!- wrzeszczał, a ludzie oglądali się na nich.
Bill miał ochotę uciec, miał ochotę wołać o pomoc. Zupełnie jak kilkanaście lat temu tylko z tą zmianą, że wtedy nie mógł krzyczeć. Wtedy wstyd ściskał mu gardło. Nie mówił o tym, nie mógł, nie chciał, wstydził się…Nie mówił o tym aż do pamiętnego wieczoru, w którym ONA przyszła, w którym ONA go przygarnęła, w którym zobaczył w NIEJ to coś, czego wcześniej NIE widział.
-Bill…chciałem cię przeprosić.
-Przeprosić?- krzyknął, a łzy stanęły mu w gardle.
Nie. Za późno już na przeprosiny. Za późno na cokolwiek. Za dużo wstydu, za dużo bólu, za dużo cierpień…nie. Przeprosiny nie są wskazane, nie zostaną przyjęte. Nigdy nie zostaną przyjęte.
-Wybaczysz mi?
-Chyba cię łoś pokąsał.- warknął.- Wybaczyć takie coś…
-Dziś Wigilia…
-A TY BYŚ PRZEBACZYŁ KOMUŚ, KTO WYKORZYSTYWAŁ CIĘ SEXUALNIE?!
-Bill…
-Pieprz się.- syknął Czarny i odszedł.
Odszedł zostawiając mężczyznę samego na środku placyku. Nie obchodziło go co on czuje, czy naprawdę tego chce, czy to podstęp. On za bardzo go skrzywdził, a teraz ma jeszcze czelność przychodzić i przepraszać go. Czarny usiadł na śniegu i przyglądał się swoim pociechom, które zjeżdżały z górki na sankach i śmiały się głośno, a tylko spostrzegawczy mogli dostrzec na jego policzkach ślady, po dwóch sporych łzach…

Alex i Silviia siedziały w pokoju dzieci i udawały, że sprzątają. Tak naprawdę wcale tego nie robiły. Skończyły jakieś 30 minut temu i próbowały w jakiś sposób wymigać się od obowiązków. Alexandra siedziała na łóżku Shirley i co jakiś czas wpatrywała się w swoje paznokcie. Mały rozmawiały. Silviia nie chciała nic mówić o incydencie z krwią, bolała ją głowa i naprawdę, ale to naprawdę czuła się okropnie. Alex natomiast zastanawiała się co było tego powodem. Przecież człowiekowi nie bucha krew nosem od tak sobie, gdy jest się spokojnym.
-Mam nadzieję, że Bill niedługo wróci.- westchnęła ciemnowłosa i wzięła w ręce misia.- Smutno bez niego i bez dzieci.
-No…- przyznała Alex i westchnęła głośno- Pusto…
Ciemnowłosa złapała się za głowę i westchnęła głośno. Miała tylko nadzieję, że uda się jej dziś udawać. Robić dobrą minę do złej gry, ale od jutra leży w łóżku i leci na antybiotykach.
-Źle się czujesz?- zmartwiła się Alex i usiadła obok niej.
-Głowa mnie boli.- westchnęła.- Zwykła grypa i tyle, ale dziękuję, że się martwisz.
-Nie mogłabym się nie martwić.- odrzekła i pogłaskała ją po głowie.- Pare dni w łóżku, tabletki i będziesz zdrowa jak koń…no dobra może to było złe porównanie…- zaśmiały się.- Będziesz zdrowa jak ryba.

Bill pełzł wolno chodnikiem w stronę domu i ciągnął za sobą sanki. Te pare metrów totalnie wykrzesało z niego energię. Gdyby nie to, że założył się z Tomem to teraz nie musiał by go ciągnąć na sankach.
-No szybciej, szybciej.- poganiał go Tom, a Shirley i Charlie śmiali się głośno.
-No przecież idę!- warknął.- Nie moja wina, że wujek Tom waży tyle co dwa dorodnie słonie!
-Sam jesteś słoń!- zbulwersował się Dred i rzucił w niego śnieżką.- Szybciej! Ihaha!
-Jak mi ręce zostaną przy sankach, a reszta pójdzie dalej to mnie nie wołajcie.- mruknął.
Nie ma to gdy kochająca rodzina robi z ciebie idiotę w Święta Bożego Narodzenia.

Rozdział XVIII


Cała rodzina siedziała już przy stole. Shirley i Charlie siedzieli na parapecie i razem z Tomem wypatrywali pierwszej gwiazdki. Z tej racji, że niebo było strasznie zachmurzone, a dzieci powiedziały, że nie usiądą do stołu dopóki nie zobaczą pierwszej gwiazdki więc wujek Tomasz oczywiście musiał coś wymyślić.
-Zobaczcie! Tam!- krzyknął wskazując na pobliską latarnię.
-Wujku, ale to latarnia!- oburzyła się Shirley.- To wcale nie jest pierwsza gwiazdka!
-To gwiazda!- oburzył się Dred.- Ale ona właśnie dopiero wschodzi!
Shirley pokręciła głowa, ale nie zdążyła nic powiedzieć bo Dredziarz chwycił ją na ręce i zaniósł do reszty, potem tak samo zrobił z Charlym i wszyscy byli już przy stole. Wszyscy śmiali się cicho i wymieniali spojrzenia.
Gdy już wszyscy najedli się do syta Tom stwierdził, że musi do łazienki i wyszedł. Reszta rozmawiała, śmiała się, A Shirley i Charly odeszli od stołu i podeszli do okna po czym wspólnie stwierdzili, że gwiazda pozostała na swoim miejscu.
-Mamo!- krzyknęła Shir i przykleiła nos do okna.- Jakiś ktoś w stroju czerwonego mikołaja wyskoczył z naszego okna od kuchni!- oznajmiła.
Bill walnął się ręką w głowę i westchnął głośno. Silviia ledwo powstrzymała śmiech i zatkała buzie dłońmi by stłumić śmiech. Tom jak Tom. Znowu wpadka. Pukanie do drzwi uciszyło wszystkich domowników. Shirley i Charly odkleili nosy od szyby podbiegli otworzyć. Do domu wszedł ,,Św. Mikołaj” z workiem prezentów.
-Hohoho.- zaśmiał się głupkowato grubym głosem.
Ciemnowłosa odsunęła ręce od twarzy i z przerażeniem stwierdziła, że są całe we krwi. Prawie nikt tego nie zauważył. Prawie…Bill siedział naprzeciwko niej i patrzył z przerażeniem na jej dłonie. Silviia zerwała się z siedzenia i pobiegła do łazienki. Znowu to. Czarny pobiegł za nią. Ciemnowłosa opierała się już o umywalkę, a krew ciurkiem ciekła jej z nosa.
-Silviia…- Bill zbliżył się do niej.
-Nic mi nie jest.- mruknęła.- To tylko krwotok…zdarza się.
-Ale nie dwa razy w ciągu dnia.- mruknęła Alex.
Stała oparta o futrynę. Wcześniej nikt jej nie zauważył. Czarny spojrzał zdziwiony na żonę. Ona odwróciła wzrok i nerwowo próbowała zatamować krwotok.
-Dzwonimy po karetkę.- zarządził Czarny.
-NIE!- krzyknęła ciemnowłosa i ścisnęła jego ramię.- To Wigilia…poczekajmy z tym do jutra.
Alexandra westchnęła głośno i wróciła do reszty zostawiając ich w łazience. Bill usiadł na kiblu i złapał się za głowę. Nie rozumiał jej, nie rozumiał jej zachowania. Nie wiedział…nie wiedział dlaczego wszystkie przykre sprawy spadają na jeden dzień. Na dzień, w którym wszyscy powinni być szczęśliwi…

-Tato! Mikołaj ma dredy!- krzyknęła Shirley i ściągnęła ,,brodaczowi” czapkę.
-W Laponii to teraz bardzo modne.- wymruczał ,,święty” i usiadł w fotelu.
Shirley władowała mu się na kolana i od razu wyciągnęła ręce do zielonego worka, który miła ze sobą. Tom tylko pogroził jej palcem i sam włożył rękę do wora. Wyciągnął z niego jakąś paczkę i wyręczył małej. Potem obdarował tak samo Charliego, a potem dawał reszcie. Gdy trafił na paczkę z napisem ,,Tom Kaulitz” przygryzł lekko wargę i niezauważalnie wsunął paczkę pod mikołajową kurtkę.
-Silviia.- powiedział głośno i wyciągnął z worka paczkę.- Gdzie jest ta wyjątkowo niegrzeczna dziewczynka?- zapytał i rozejrzał się.
Jej jednak nigdzie nie było. Nie było ani jej, ani Billa. Zmarszczył lekko brwi i patrzyła wszystkich oczekując odpowiedzi. Alex kiwnęła lekko głową na drzwi wyjściowe. Tomasz nie załapał o co chodzi więc wstał i zarzucił wór na plecy.
-Hohoho. Późno już.- oznajmił.- Czas na mnie. Muszę jeszcze oblecieć cały świat!- krzyknął i ruszył w kierunku wyjścia.
Gdy tylko przekroczył próg salonu rzucił worek pod ścianę i pobiegł do łazienki. W ruchu ściągnął kurtkę i duże mikołajowe buty. Wpadł do środka. Bill siedział na wannie i tępo wpatrywał się w posadzkę, a Silviia opierała się o umywalkę i przyciskała zakrwawioną chusteczkę do nosa.
-Co się stało?- zapytał cicho i powoli.
-Nie widzisz?- warknął Bill i schował twarz w dłoniach.
Jeżeli jej teraz coś się stanie, jeżeli jest na coś chora jeżeli ona…nie. Myśl o tym, że ona mogłaby umrzeć nawet nie przechodziło przez jego głowę. Nie chciał o tym myśleć i kręcił energicznie głowa wyrzucając z siebie negatywne myśli. On przecież też miał taki krwotok kiedyś, ale potem już było wszystko dobrze. To na pewno z przepracowania…tyle siły włożyła w urządzenie domu, teraz ta Wigilia…Tom usiadł obok brata i objął go ramieniem.
-Będzie dobrze. Silviia na pewno jest zdenerwowana tym całym zamieszaniem.- pocieszył go i uśmiechnął się lekko.
-Tak…Tom ma racje.- zgodziła się Sil i sięgnęła po chusteczkę by wytrzeć twarz z krwi.- Nie martw się kochany. Odpocznę i będzie dobrze.
-Najlepiej od razu idź się połóż.- powiedział Mop i wstał.
-Pójdę z tobą!- zaproponował Czarny i poderwał się z siedzenia.
-Nie Bill. Ja z nią pójdę.- oznajmił Tomasz.- Idź do gości. Zmydlij im oczy i powiedz dzieciom, że mama gorzej się poczuła.
On wiedział. Ciemne brązowe oczy straciły swój naturalny blask, a uśmiech momentalnie zszedł z twarzy kiedy tylko Bill zniknął za drzwiami. Oboje ruszyli na górę. Nikt się nie odzywał. Tom wbijał paznokcie w dłonie i zaciskał zęby i próbował panować nad emocjami. Wiedział, że coś już jest nie tak. To nie jest normalne.
-Powiesz mi co ci jest?- zapytał gdy już weszli do pokoju.
-Skąd mam wiedzieć.- mruknęła i usiadła na łóżko.- Myślisz, że to zmęczenia?
-Nie. Wcale tak nie myślę.- odrzekł i usiadł obok niej.- Musiałem powiedzieć coś Billowi…Na pewno nie chcesz jechać do szpitala?
-Nie, nie dziś.

Bill usiadł przy stole i wbił wzrok w barszcz. Wolałby siedzieć z żoną na górze niż tkwić tu i świecić oczyma. Alex siedziała obok niego i mętnie mieszała barszcz w talerzu. Jej też się to wszystko nie specjalnie podobało. Nikt z gości nie zauważył, że coś się dzieje. Tylko Simone i Ville siedzieli nieco zaniepokojeni i uśmiechali się nerwowo, ale nie mogli o nic zapytać bo siedzieli za daleko. Czarnemu odpowiadała ta sytuacja. Nie chciał zbędnych pytań, sam przecież nie znał na nie odpowiedzi, nie mógł na nie odpowiedzieć sobie, a co dopiero innym. Znowu odezwał się w nim stary nałóg. Miał ochotę napić się i zostawić problemy za sobą, ale wiedział, że nie może, wiedział, że obiecał, chciał…chciał być czysty, piękny i trzeźwy dla niej i dla dzieci…już zawsze.
-Gdzie Sil i Tom?- zapytała szeptem Alex.
-Na górze.- odrzekł.- Rozmawiają. Alex…prawda, że będzie dobrze?
-Oh…na pewno.- powiedziała chodź sama do końca nie wierzyła w swoje słowa.
Chociaż nikt nic jeszcze nie potwierdził chociaż to trwa dopiero od dziś…Ona czuła, że to nie jest zwykły krwotok. Bo gdy naprawdę się kocha to czuję się pewne rzeczy, pewne rzeczy się po prostu wie choć czasem wolałoby się o niczym nie wiedzieć, nic Nie czuć i wierzyć…Wyłączyć tak na chwilę przeczucie i żyć nadzieją i wiarą…

Rozdział XIX


Święta, święta i po świętach. Magiczny czas opuścił domy na całym świecie i znowu zapanowała zwykła atmosfera, a dzień był jak każdy inny. Śnieg topniał powoli i zamieniał się w brudne kałuże. Słońce co jakiś czas wyglądało zza chmur, a wesołe promyczki słońca zaglądały do domów. Salon Państwa Kaulitz niemal tonął w słońcu. Czarnowłosy mężczyzna siedział na kanapie i czytał dzieciom na głos bajkę. W kuchni jego żona przygotowywała obiad. Dzień jak co dzień. Jednak tego dnia Silviia czuła się tak dobrze jak nigdy. Ten tydzień był wyjątkowo ciężki. Ukrywała krwotoki i wymioty. Musiała. Nie chciała robić zamieszania. Nie chciała, żeby ktoś się przez nią zadręczał, a już szczególnie Bill i dzieci. Odrzuciła długie włosy do tyłu i podała obiad na stół po czym szeroko otworzyła okno, a by wpędzić do zaduszonego pomieszczenia nieco świeżego powietrza.
-Obiad!- krzyknęła i rzuciła biały fartuszek w kąt.
Czarny natychmiast poderwał się z kanapy i pobiegł do kuchni, a za nim dzieci. Po chwili cała trójka wpadła do kuchni i zajęła miejsce przy stole. Było przy tym trochę rabanu szczególnie gdy do wyścigów przyłączył się pies i całkiem niechcący porwał Billowi spodnie. Mężczyzna zaśmiał się i pogłaskał psa po jego dużym łbie.
-Bill…zostaw psa.- zaśmiała się Sil i usiadła obok Shirley.- Daj dzieciom przykład!
Czarny uśmiechnął się szeroko i zabrał się za obiad. Jak zwykle oczywiście karmił z dziećmi psa pod stołem i na nic były uwagi ciemnowłosej, że tak nie można bo pies się przyzwyczai i będzie nieposłuszny. Bill, Shirley i Charlie twierdzili że pies jest także członkiem rodziny i mu wolno. W końcu Sil ustąpiła bo nie miała sił już się z nimi kłócić.
-Może byśmy wybrali się na spacer?- zaproponował Bill spoglądając za okno.- Taki dziś piękny dzień, że grzech w domu siedzieć.
-Możemy się wybrać.- zgodziła się Silviia.
Silviia i Bill trzymali się za ręce, a przed nimi żwawo kroczyły dzieci z psem na smyczy. Dzień był naprawdę wyjątkowo piękny i widocznie nie tylko oni wybrali się na spacer. Wiele rodzin wyszło ze swoimi pociechami na dwór. Słońce jak magnes wyciągało wszystkich z domu. Zwierzaki biegały po polance i bawiły się, a między nimi kręciły się dzieci. Naprawdę wspaniały widok.
-Idziemy odwiedzić Toma i Alex?- zapytał Bill poprawiając szalik.
-Może nie warto im przeszkadzać? Taki dziś piękny dzień. Oni też na pewno gdzieś wyszli.
-Może i masz rację.- przyznała ciemnowłosa.- Chodźmy na plac zabaw.
Cała czwórka Kaulitzów i pies zwrócili się w stronę niewielkiego placyku dla dzieci.

Tom siedział na nie pościelonym łóżku i trzymał w rękach gitarę. Był ciekawy czy umie jeszcze zagrać coś z repertuaru Tokio Hotel. Pierwsza piosenka jaka przyszła mu na myśl to Durch den Monsun. Piosenka, która kiedyś wybiła ich na szczyt, otworzyła drzwi do świata kariery, a oni bez zbędnych pytań przeszli przez nie i wkroczyli w niezwykły świat show biznesu. Obracali się w około znanych osobistości, mieli tysiące fanów, zajmowali pierwsze miejsca na listach przebojów. Ciągle w trasie, nigdy w domu. Jeździli po całym świecie. Koncertowali i cieszyli się z tego. Aż pewnego letniego dnia Jost wpadł do ich garderoby i wyłożył im przed nosy kontrakt na trasę koncertową z Immortal Dream. I od tamtego dnia wszystko się zmieniło. Bill przez kolejne dwa miesiące miał przegrane życie, on uganiał się za Carol. W ciągu tej trasy zmieniło się całe ich życie. Bill w końcu zaznał prawdziwej miłości, której od dawna już nie mógł znaleźć, a ona przyszła gdy nawet tego nie chciał. Potem ta śpiączki, komplikacje i Ann. Potem znowu przez jakiś czas spokój, nie licząc tego, że Carolina w końcu go zostawiła. Potem alkoholizm Billa, a teraz gdy już z tego wyszedł coś złego dzieje się z Silviią.
Szarpnął mocniej struny. Wczuwał się coraz bardziej, a jego długie dredy oplatały jego twarz. Poruszał noga w rytm muzyki, a ta cała zaistniała sytuacja na siłę wciskała mu słowa w usta.
,, Okno już się nie otwiera. Tu w środku jest pełno ciebie i pusto i przede mną gaśnie ostatnia świeca czekam już wieczność, w końcu jest tak daleko na zewnątrz nadciągają czarne chmury”
Czarne chmury… Nadciągają czarne chmury… Czarne chmury, które on widzi już z daleka, choć wolałby nałożyć różowe okulary i nie widzieć nic. Odciąć się od złych myśli i żyć tym czasem, który obecnie jest do zniesienia…Nie mógł. Ciągle zaglądał w przyszłość, w której widział tylko cierpienie, łzy i Mrocznego Kosiarza, który znowu wybrał się by zabrać kogoś mu bliskiego, by zmienić jego życie w koszmar i zalać świat morzem łez…
Na zewnątrz nadciągają czarne chmury…

Kolejny poranek był w odróżnieniu od powszedniego szarobury i nieprzyjemny. Padał deszcz, a słońce nawet na chwilę nie wyjrzało zza czarnych chmur. Bill otworzył oczy i widząc pogodę za oknem miał ochotę zamknąć je z powrotem i spać dalej, ale nie mógł. Obiecał dzieciakom, że pojadą do miasta na zakupy. Niechętnie wygrzebał się z pościeli i przetarł oczy. Dzień był naprawdę okropny. Silviia spała odwrócona tyłem do niego. Nie chciał jej budzić. Od paru dni była nie do życia. Ciągle zmęczona i zaspana. Chciał, żeby chociaż dzisiaj się wyspała. Pogłaskał ją po włosach i ruszył w stronę szafy.
Parę minut później załadował się z dziećmi do samochodu i ruszył. Pogoda była okropna, a deszcz zacinał w szyby. Czarny od niechcenia włączył radio i po paru minutach skakania po stacjach, w których ciągle mówili tylko o wypadkach i śmierci trafił na piosenkę. Byłe nieco mętna, smutna. Szybko wypełniła samochód i mózg Billa. Słowa piosenki unosiły się w powietrzu, powoli i delikatnie wpływały do jego ucha, przetworzone – wylatywały drugim.
*Step by step, heart to heart left right left, we all fall down like toy soldiers bit by bit, torn apart we never win, but the battle wages on we're toy soldiers

Ciemnowłosa kobieta otworzyła oczy I przejechała wolno dłonią po wolnym miejscu obok siebie. Billa już nie było. Na pewno pojechał z dziećmi na zakupy. Obiecał im wczoraj, że zabierze ich na zakupy i do kina. Powoli podniosła się z łóżka. Znowu wszystko ją bolało. Zignorowała to jednak znowu jak robiła to przez poprzednie dni. Dzień był wyjątkowo mętny. Padał deszcz, było szaro i nieprzyjemnie. Silviia powlekła się do łazienki. Stanęła przed lustrem. Nie wyglądała najlepiej. Była dziwnie blada i miała podkrążone oczy. Odwróciła wzrok. Nie chciała na siebie patrzeć…była okropna. Chwyciła szczoteczkę do zębów i pastę. Szczoteczka rytmicznie przesuwała się po jej białych zębach, a ona patrzyła gdzieś w inną stronę. Nigdy jeszcze nie była tak chora jak teraz, nigdy nie wyglądała jak teraz, nigdy nie chciała być tak chora i nigdy nie chciała tak wyglądać. Odłożyła szczoteczkę i zamarła. Krew. Znowu krew. Bordowa krew spływała z jej ust i rozpryskiwała się na umywalce. Szczoteczka zmieniła swoją barwę z białą na czerwoną. Wszystko znowu było czerwone. Nienawidziła tego koloru. Nienawidziła krwi…nienawidziła siebie i swojego wyglądu. Rzuciła pastą w lustro i wybiegła z pokoju. Teraz nie może już dłużej czekać. Potem może być już za późno…za późno na jakikolwiek ratunek.

We all fall down like toy soldiers…
Bill powoli I ostrożnie obracał kierownicą. Dzieci spały na tylnych siedzeniach przytulone do siebie, a deszcz nieustannie zacinał w okna. Przez te pare minut pogoda nie zmieniła się ani trochę na lepszą. Wycieraczki cały czas w ruchu, śliska jezdnia coraz bardziej śliska. On czujny – coraz bardziej czujny. Przed nim jeszcze parenaście kilometrów drogi.

Tom i Alex siedzieli przy stole i jedli jajecznicę. Dredziarz cały czas patrzył za okno i wzdychał co jakiś czas. Miał dziś wybrać się do brata, ale w taką pogodę szkoda nawet wychodzić z domu. Śliskie jezdnie. Nie daj Boże jakiś wypadek.
-O czym tak myślisz?- zapytała w końcu Aleksandra.
-Co można robić w tak nudny, szary poniedziałek.- odrzekł i podparł głowę ręką.
-No…myślę, że mam parę pomysłów.- oznajmiła i uśmiechnęła się zalotnie.
-No tak wie…- zaczął.
Jego wypowiedź przerwał dźwięk dzwonka telefonu. Zerwał się z krzesła jak poparzony i pobiegł do pokoju po komórkę. W duchu modlił się, że to tylko Georg i że wszystko jest dobrze. Wygrzebał telefon ze spodni, które wczoraj miał na sobie.
-Silviia dzwoni.- przeczytał po cichu i drżącą ręką nacisnął zieloną słuchawkę.- Hallo?

Rozdział XX


-Może chociaż powiesz mi gdzie idziesz?!- krzyknęła Alex.
-Nie ma czasu. Potem.- powiedział szybko i chwycił kurtkę.- Papa, cześć, kocham cię.- wypaplał i wybiegł z domu.
Nie było czasu na jakiekolwiek wyjaśnienia. Nie było czasu na myślenie. Nie było czasu na nic. Niemalże z prędkością światła wskoczył do samochodu i odpalił. Mało nie spowodowałby wypadku cofając, ale na szczęście udało mu się jakoś wyjść z tego bez szwanku. Pędził jak najszybciej mógł. Był zdenerwowany, krew w nim wrzała. Nie wiedział co ma robić, czy ma płakać, czy dalej zgrywać twardziela. Wybrał drugą opcję.

Silviia zbiegła na dół. Była już ubrana i cudem udało się jej zatrzymać krwotok. Otworzyła drzwi. Nie zdążyła nic powiedzieć. Zobaczyła tylko kupę dredów przed oczyma.
-Tom…dajże spokój.- wydyszała i lekko odepchnęła go od siebie.- Przecież nic się nie stało.
-Mówiłem ci, żebyś nie czekała!
-Nie bawmy się w ,,a nie mówiłem”.- warknęła i wyszła z domu.- Jeżeli coś ci nie pasuję to wezmę taksówkę.
-Nie pieprz.- mruknął i wsiadł do samochodu.- Gdzie Bill?
-Pojechał z dziećmi do miasta. Tym lepiej. Nic mu nie powiemy.- oznajmiła i zaczęła grzebać w torebce.
-Zwariowałaś?!- oburzył się Kaulitz i ruszył.- Kto jak kto, ale on powinien wiedzieć. O ile się nie mylę to twój mąż.
-Dlatego właśnie nic mu nie powiemy. Nie ma po co się martwić. Przecież jeszcze nie wiemy co mi jest. Może to zwykła anemia.
Nie odpowiedział. Nie miał zamiaru się z nią kłócić. To jej choroba i jej decyzja. Wiedział jednak, że zwykła anemia to nie może być. Anemia to osłabienie, ale nie do tego stopnia. Miał tylko nadzieję, że to nic poważnego. Położą ją do szpitala, dadzą jej leki, wyleczą i wypuszczą już całkiem zdrową do domu. Tak, inaczej być nie może. Przez całą drogę był spokojny. Wbijał sobie drogę, że tak właśnie będzie. Musi być dobrze, przecież nie może być źle. Nie jej. Jej się nie może nic stać. Przecież to ONA najbardziej pyskata, najbardziej wredna, a zarazem najprzyjemniejsza gitarzystka jaką znał do tej pory. Nie. Ona nie może być poważnie chora. Przyśpieszył. Musieli być szybko na miejscu. Szczęście, że Magdengburg nie jest tak znowu daleko. Parę minut drogi i znajdą się w jednym z najlepszych szpitali. Tam ją wyleczą…
-Mam iść z tobą?- zapytał gdy stali już przed szpitalem.
-Chodź.- odrzekła drżącym głosem i pociągnęła go za materiał bluzy.- Tom…obiecaj mi coś.
-Co?
-Nie powiesz nic nikomu cokolwiek by to było. Nikt nie może wiedzieć. Rozumiesz?
-Ale…
-Obiecaj.- powiedziała z naciskiem.
-Obiecuję…
Powoli ruszyli w stronę szpitala. Ona się bała, on się bał. On był pewien, że boi się bardziej niż ona…przecież jest przyjacielem. Ona była całkiem spokojna. Spokojnie oczekiwała na wyrok. Drzwi szpitala otworzyły się przed nimi szeroko. Weszli do środka. Nie przyjemny zapach uderzył do ich nozdrzy, a oczy powoli zaczęły przyzwyczajać się do białego koloru. Tom zostawił ją przy bufecie, a sam poszedł do recepcji. Po paru minutach kłótni i krzyków, że jest ciężka sytuacja udało mu się wywalczyć numerek do lekarza rodzinnego.
-Musimy czekać.- oznajmił i wcisnął jej numerek w rękę.- Parę minut. Chodź.- objął ją ramieniem i oboje skręcili w jeden z korytarzy.

* I'm supposed to be the soldier, who never blows his composure even though I hold the weight of the whole world on my shoulders i ain't never 'sposed to show it, my crew ain't supposed to know it
Bill wyszedł z samochodu, a za nim wyskoczyły dzieci. Deszcz już przestał padać, ale w około było pełno kałuż, a słońce dalej nie wynurzało się zza chmur. Dzień był tak samo szary jak i godzinę wcześniej, a może było jeszcze gorzej. Ochota do życia uciekała z niego z każdą minutą. Był przybity i nawet nie wiedział dlaczego. Próbował to tylko maskować przed dziećmi i uśmiechał się sztucznie. Nie chciał by one widziały, że czuje się źle. Dziś jest ich dzień i powinny być szczęśliwe.
-Idźcie do sklepu z zabawkami i wybierzcie sobie coś!- zachęcił dzieci Bill.- Ja zadzwonię do mamusi.
-My też chcemy porozmawiać z mamusią!- oznajmiła Shirley.
-Później kochanie, później. Najpierw tatuś.
Dzieci spojrzały na niego spode łba i pobiegły do sklepu z misiami i lalkami. Bill wybrał numer i przyłożył telefon do ucha. Był sygnał. Nikt jednak nie odbierał. Czarny spróbowała jeszcze parę razy. Ciągle nic. Nie odbierała. Ah…Na pewno jeszcze spała i była zajętą…Tak. Na pewno jeszcze spała. Przecież nic złego nie mogło stać się jej w domu chyba, że…nie. Przecież ona już nie miała tych krwotoków…Na pewno nic się nie stało. Nie mogło się stać…
We all fall down like toy soldiers…

Tom siedział w poczekalni na krześle I liczył kafelki. Strasznie się denerwował. Musiał się czymś zając, nawet taką głupotą. Po podaniu objawów lekarz natychmiast zabrał ją na badania. Tak…to nazywa się idealna służba zdrowia. Na pewno ją z tego wyleczą…Będzie dobrze. Musi być. Nerwowo poruszał nogą, przygryzał wargi. Ręce pociły mu się niemiłosiernie. Bał się, trząsł się lekko, prawie wariował. W końcu drzwi Sali otworzyły się. Wyszedł z niej lekarz i Silviia. Narzuciła na siebie kurtkę, a Tom podszedł do niej natychmiast. Miała wypieki na twarzy. Też się bała, ale ona postanowiła tego nie okazywać.
-Muszą mnie zatrzymać na szpitalu.- oznajmiła i ścisnęła dłoń przyjaciela.- Muszą zrobić wszystkie badania…Ale Tom…będzie dobrze…prawda, że będzie dobrze?
-Jasne, że będzie.- odrzekł i uśmiechnął się sztucznie.
Bit by bit, torn apart we never win.
Tom wpadł do domu i pognał na górę. Wyciągnął spod łóżka walizkę i szybko wrzucił do niej piżamę, pastę do zębów, szczotkę do włosów i już miał chwytać za szczoteczkę do zębów, ale natychmiast cofnął rękę. Leżała na umywalce i była zakrwawiona, tak samo jak podłoga.
-Więc to spowodowało, że zadzwoniłaś…

Rozdział XXI


Alexandra chodziła po domu zdenerwowana. Tom wybiegł z domu nie mówiąc o co chodzi. Jego telefon nie odpowiada, Silviia nie odbiera. Ani trochę się jej to nie podobało. Po dłuższym namyśle chwyciła torbę, kurtkę, klucze i wyszła z domu. Skoro oni nie zamierzają jej nic powiedzieć to sama się dowie. Złapała pierwszą lepszą taksówkę i kazała zawieść się do Loichste. Deszcz znowu zaczął padać. Krople uderzały o szyby i rozpryskiwały się na nich na mniejsze jednostki po czym bezwładnie spływały po szklanej powierzchni.

Bill stał przy wielkim oknie i delikatnie pukał w nie opuszkami palców. Deszcz znowu padał. Ciężkie krople opernie ześlizgiwały się po szybie. Bill obserwował dnie z nich i zastanawiał się, która dotrze pierwsza do parapetu. To prawie jak życie. Cholerny wyścig szczurów ,,kto pierwszy ten lepszy” . A przecież każdy z nas skończy tak samo. Skończy pod kupą piachu i różańcem wciśniętym w dłonie. Więc po co to wszystko? Czy życie ma naprawdę jakiś głębszy sens?
-Tato.- usłyszał cichy głos córeczki.- Tato telefon dzwoni.
Bill potrzasnął głową. No tak. Nie usłyszał nawet telefonu. Szybko wydobył go z kieszeni i odebrał.
- Hallo?
- Bill…- usłyszał w słuchawce głos brata.- Muszę ci coś powiedzieć.
-Wal.- odrzekł beznamiętnie.
-Silviia jest w szpitalu…
-CO?!


Ciemnowłosa kobieta przebrała się w piżamę i weszła do łóżka. Wiedziała, że Tom poszedł już zadzwonić do Billa. Nie chciała go denerwować, ale nie miała jak wytłumaczyć kilkudniowej nieobecności. Na Sali leżały jeszcze dwie inne kobiety i jakaś nastolatka. Miała ciemne włosy, kolczyki na twarzy i wyglądała na nieco zbuntowaną. Wyglądała zupełnie jak 16 – letnia Silviia…Tom wszedł do Sali i uśmiechnął się lekko. Schował telefon do kieszeni i wtedy do pomieszczenia wpadła rozwścieczona Alex.
-Ocipiałeś?!- krzyknęła i walnęła Toma torebką w głowę.- Mogłeś przynajmniej powiedzieć, że coś się stało!
-Nie było czasu!- wrzasnął Tom i zakrył twarz rękoma.- Zostaw mnie już no!
Krzyczeli na siebie, a Alexandra biła Toma torebką po głowie. W końcu Dred schował się pod łóżko, a Alex przytuliła przyjaciółkę i obdarzyła ją ciepłym uśmiechem.
-Co się stało?- zapytała.
-Oh…nic takiego. Gorzej się poczułam.
-Krew poszła jej ustami.- mruknął Tom spod łóżka.
-Oh kochana…To dobrze, że poprosiłaś Toma, żeby zawiózł cię do szpitala. Lekarz cię obejrzy. Przynajmniej będziemy wiedzieć co ci jestem.
-Czasem wolałabym nie wiedzieć…- mruknęła ciemnowłosa.
-A co z Billem?
-Już jedzie.- odrzekł Tomasz.- Zaraz tu będzie…

Bill zatrzymał się przed domem matki. Bez słowa wysiadł z samochodu. Wziął Charliego na ręce i Shirley za rękę. Śpieszył się. Bał się. Nie wiedział co się stało. Wiedział tylko, że Silviia wylądowała w szpitalu. Zapukał. Otworzyła mu matka. Chyba gotowała obiad bo była wyraźnie zajęta.
-Oh kochanie. Co się stało?- zapytała czułym głosem.
-Mamo…Ja nie wiem. Wiem tylko, że Silviia jest w szpitalu.
-Ohh.- Simone zakryła usta dłońmi.
-Zajmij się nimi. Proszę.- mruknął i podał jej synka.- Ja musze jechać.
-Jedź skarbie. Jedź i powiedz mi co się stało…
Bill jej nie słuchał. Wsiadł do samochodu i ruszył z piskiem opon. W jego głowie malowały się najgorsze wizje. Ona martwa…nie to niemożliwie. Zamrugał oczami. Jechał szybko, jezdnia była śliska. Musiał uważać. Nie chciał umierać. Jeszcze nie teraz póki ona żyła.
Parę minut później zatrzymał się pod szpitalem. Wyskoczył z wozu i wbiegło szpitala. Recepcja…recepcja. Natychmiast tam pobiegł. Potem na drugie piętro. Potem już wiedział…Tom stał oparty o ścianę i obgryzał paznokcie. Zawsze to robił gdy był zdenerwowany.
-Tom!- Czarny złapał brata za ramiona.- Co się…co się stało? Gdzie ona jest?!
-Bill spokojnie…Silviia jest w Sali, ale błagam. Nie pytaj jej o nic. Nie denerwuj jej. Zaraz zabiorą ją na badania…
-Chwila…jakie badania? O co chodzi? Co w ogóle się stało? Powiesz mi coś czy nie?
-Krew…Myła zęby. Krew zaczęła ciec jej z dziąseł. Zadzwoniła do mnie…Zabrałem ją do szpitala…Bill.- Tom tez położył mu dłonie na ramionach.- Musisz być silny…To ciężki dla was czas…
-Tom…co ty mówisz?
-Bill…historia lubi się powtarzać. Czas zatacza koło, a śmierć znowu przyjdzie…Bill. To nie jest zwykła anemia.
-Nawet tak nie mów! TOM NIE MÓW TAK!- krzyknął Czarny.- Zobaczysz, że ją wyleczą! Zobaczysz! Wypomnę ci to za pół roku! Wypomnę ci gdy ona będzie już zdrowa!
-Oby było jak mówisz…
Bill spojrzał w oczy Toma. Były takie smutne. Nie miały żadnego wyrazu. Jakby jego dusza uciekła wraz z powietrzem…Był smutny. Strasznie smutny i próbował maskować smutek ciepłym uśmiechem. Przy nim mu się nie udawało. Usta Dredziarza lekko zaczęły drżeć, a w kącikach łez pojawiły się dwie przeźroczyste łzy. Czarny wbił paznokcie w jego ramiona i zacisnął usta, zamknął oczy. Poczuł jak ciepłe łzy wypływają spod jego powiek. Tak bardzo nie chciał płakać. Nie chciał, ale ta cała sytuacja wyciskała z niego łzy.
Tom miał rację…jak zwykle miał rację. Historia znowu zatoczy koło, Bóg wyśle swoje sługę by zabrał do niego kolejną czystą, piękną duszę…Ale nie. On nie odda jej tak łatwo. Będzie jej bronił, zatrzyma ją tu na ziemi. Sprzeciwi się Bogu. Poprowadzi z nim konwersację. Po raz pierwszy w życiu chciał z nim rozmawiać, chciał się kłócić…
-Idź do niej…- mruknął Tom i klepnął go lekko.- No. Ona czeka na ciebie.
Bill spojrzał na brata i poczuł nagłą chęć przytulenia się do niego. Tom chyba poczuł to samo bo po chwili objął go lekko i westchnął głośno. Tyle by dał. Tyle by dał, żeby jego mały, kochany braciszek był wreszcie szczęśliwy. On już tyle przeszedł. On i Silviia…wyjątkowo ciężkie życie i na co to wszystko? Żeby teraz rzucić to wszystko na stos? Żeby oddać tą, o którą tak walczył w ręce lodowatej śmierci?
-Bill…ale przecież może być dobrze…prawda?- zapytał Tom.- Zobaczysz. Może się wyleczy. Nie wiemy przecież jeszcze co to jest. No…
-Tak. Musimy być silni.- przyznał Czarny i odsunął się od brata.- Idę.
-Idź do niej. Zobaczysz, że jeszcze się ułoży…chcę, żebyś był szczęśliwy.
-Nie mógłbym być szczęśliwy gdybyś ty był nieszczęśliwy…- powiedział, a na jego twarz wstąpił lekki uśmiech.- Dziękuję, że się nią zaopiekowałeś.
-Ależ nie ma za co Bill…Idź…No idź już.- powiedział i pchnął go lekko w kierunku Sali.
Czarnowłosy powoli wszedł do Sali. Nie wiedział jakiego widoku ma się spodziewać. Nie wiedział w jakim ona jest w stanie, ale wiedział jedno. Ona dla niego zawsze będzie piękna, idealna, zawsze będzie jego ukochaną, wredna Silviią. Nie ważne jak strasznie miałaby wyglądać. Zawsze będzie ją kochał. Bo to nie wygląd się liczy. Serce i dusza czyni człowieka wartościowym…Podniósł wzrok. Ciemnowłosa leżała w łóżku i rozmawiała o czymś z Alex. Wyglądała całkiem normalnie nie licząc bladej twarzy i podkrążonych oczu. Była piękna…była piękna jak zawsze.
-Bill.- ucieszyła się na jego widok i usiadła.- Nareszcie.
Czarny wymusił uśmiech i podszedł do niej. Oby teraz było już tylko lepiej…

Rozdział XXII


Bill leżała obok Silvii. Oboje oglądali album rodzinny. Ciemnowłosa kazała mu go przynieść do szpitala. Zupełnie tak jakby ona też już wiedziała…Znowu bolała ją głowa, było jej strasznie zimno chodź jej czoło i ręce niemalże parzyły gorącem. Jednak nic nie mówiła. Nie chciała martwić Billa i lekarzy. Po co niby? Stanie się to co ma się stać i nikt nie zmieni woli Boga. Jeżeli ma umrzeć – umrze, jeżeli ma przeżyć- przeżyje.
-Nie jesteś śpiąca?- zapytał Czarnowłosy i odgarnął jej włosy z czoła.- Może trochę pośpisz?
-Tak. Chyba się prześpię.- zgodziła się i odłożyła album na szafkę.- Daj mi poduszkę.
Bill podał jej jaśka i otulił ją kołdrą. Wyglądała tak słodko i niewinnie. Ciemnowłosa uśmiechnęła się lekko i zamknęła oczy. Kaulitz spojrzał na nią. Bał się że zaśnie i już nigdy nie otworzy oczu…Bał się, że nie zdąży się z nią pożegnać, że nie zdąży powiedzieć jak bardzo ją kocha…chociaż…ona o tym wie. Wszyscy to wiedzą…Pogłaskał ją placem po bladym policzku i wyszedł z Sali. Usiadł na krześle i zaczął nerwowo poruszać nogami, obgryzał paznokcie i obserwował ludzi przechodzących obok niego. Byli chorzy. Bardzo chorzy. Ręce zaczęły trząść mu się coraz bardziej. W pewnym momencie głośny, przerażający krzyk przerwał ciszę panująca na korytarzu. Ktoś głośno płakał. Ktoś krzyczał…Bill schował twarz w dłoniach. Był załamany.

-Znowu ktoś umarł.- usłyszał głos obok siebie.- Tu zdarza się to prawie codziennie.
Spojrzał w bok. Obok niego siedziała młoda czarnowłosa dziewczyna. Miała dwa kolczyki w wardze i jeden w nosie. Miała na sobie zieloną piżamę w czterolistne kończyki, a na szyi zawieszony łańcuszek z heartagramem.
-Na co chorujesz?- zapytał Kaulitz.
-Białaczka.- odrzekła najspokojniej w świecie.- Niedługo pewnie władują mi chemię.- westchnęła i przejechała dłonią po długich czarnych włosach.- Ojciec mówi, że się wyleczę, ale ja w to nie wierzę. Umrę i pójdę do Pana Boga.
-Nie możesz tak mówić. Przecież jesteś jeszcze młoda…bardzo młoda. Przeżyjesz.
-Wierzysz w to, że ja przeżyję, a nie wierzysz, że twoja żona z tego wyjdzie?- zapytała i zaczęła bawić się łańcuszkiem.- Mógłbyś przynajmniej nie kłamać.
Bill westchnął głośno i ponownie schował twarz w dłoniach. Nawet tak młode dziewczyny umierają w szpitalach…Przecież…niektóre dzieci umierają od razu po porodzie. Śmierć…czym jest śmierć?
-Śmierć to początek nowego życia, nowej przygody.- wypaliła dziewczyna.- Śmierci nienależny się bać.
-Skąd wiesz o czym myślałem?
-Każdy kto tu jest myśli o śmierci, ale naprawdę nie należy. Ja już tylko na to czekam. Nic już w życiu innego mnie nie spotka…tylko śmierć.
-Naprawdę nie boisz się? Ani trochę?
-Nic a nic. Nie ma czego. Chcę iść do Pana Boga. Czuję, że tam jest moje miejsce. Zawsze chciałam być aniołem.- powiedziała i uśmiechnęła się lekko.- Śmierć to tylko początek nowej fascynującej przygody…


-Bill…Bill do cholery jasnej obudź się!
Czarny potrząsnął głowa i spojrzał w bok. Tej dziewczyny już nie było obok niego, ale stał przed nim Tom.
-Gdzie ona jest?- zapytał i znowu spojrzał na miejsce obok siebie.- Była tu! Identyczna! Tylko była młoda!
-Co ty wygadujesz?- warknął Tom i postawił go na nogi.- Silviię zabrali na badania, a ty sobie smacznie na krzesełku spałeś. Ładny z ciebie mąż.
-Spałem?
-Nie, tańczyłeś.- rzucił ironicznie Tom.- Spałeś i bredziłeś coś o śmierci. Chłopie nie dołuj nas jeszcze.
Bill wbił wzrok w drzwi zamykające oddział i był pewien, że były lekko uchylone, a po chwili znowu się zamknęły. Zupełnie jakby ktoś przez nie przechodził…ale przecież nie było tam nikogo…

-No i co z tymi wynikami?- dopytywał się Czarny.- Kiedy będzie wiadomo?
-Spokojnie panie Kaulitz…spokojnie.- mruczał lekarz i przerzucał zapisane kartki.- Wyniki powinny być rano.
-Co podejrzewacie? Powiedźcie! Zniosę wszystko tylko mi powiedzcie.
-Panie Kaulitz…- zaczął lekarz i spojrzał na niego surowym wzrokiem.- Proszę wracać na salę do żony, albo proszę wyjść ze szpitala. Oby pan tylko nie przeszkadzał.
-Oby pan tylko nie przeszkadzał.- mruknął pod nosem Bill i opuścił gabinet.

Silviia jak zwykle czytała książkę i nie zwracała uwagi na otaczający ją świat, a Bill siedział obok niej i miał ochotę zasnąć i znowu spotkać w śnie tą dziewczynę i znowu porozmawiać z nią o śmierci. Chciał znowu usłyszeć jak pięknie o tym mówi. O nowej przygodzie, o nowym, lepszym życiu…O staniu się aniołem, o pójściu do Pana Boga…Pogłaskał Silviię po głowie i uśmiechnął się lekko. Może jednak jeszcze wszystko będzie dobrze…może. Drzwi Sali otworzyły się lekko. Bill nie zwrócił na to uwagi. Tom miał przyjść wieczorem więc to na pewno nie do nich. Zerknął Silvii przez ramię i przeczytał parę linijek. Znowu czytała o miłości, śmierci i nienawiści...
-Bill…Silviia.- usłyszeli nieśmiały głos.
Ciemnowłosa i Bill zwrócili głowy w stronę gości. Przed nimi stała piątka mężczyzn. Czwórka z nich miała brązowe włosy. Tylko jeden wyróżniał się jasną czuprynę. Takiej delegacji jeszcze nie było. Silvii udało się rozpoznać w średnich tylko i wyłącznie Joela. Z nim jednym miała jeszcze kontakt. Domyśliła się jednak, że blondyn to Gustav, a ten obok niego Georg. Po chwili cudem poznała Josha i Shanae.
-Boże chłopaki!- krzyknęła i zakryła usta dłońmi.
Kogo jak Kogo, ale ich się nie spodziewała. Przecież nie widzieli się bite pięć lat, a tu nagle cała piątka zjawia się przed nią. Usiadła i zaczęła przytulać wszystkich po kolei. Łzy cisnęły się jej do oczu. Chciała płakać. Płakać, ze szczęścia, że tyle osób o niej pamięta. Teraz gdy przezywa tak ciężkie chwile w swoim życiu…Właśnie teraz.
-Jesteście kochani.- załkała i wytarła łzy rękawem od piżamy.- Najlepsi przyjaciele na całym świecie…
Bo czasem ludzie przychodzą po wielu latach by się z tobą pożegnać…Świadczy to o ich oddaniu bo…bo przyjaciele pozostają na zawsze nawet jeżeli ich drogi w końcu się rozchodzą…to oni są razem z tobą, w twoim sercu, w twojej głowie…w twojej duszy…

Ciemnowłosa spała z głową opartą na ramieniu Billa. Za oknem królował już zmierzch, a salę oświetlała tylko jedna, nieduża lampka stojąca w kącie pomieszczenia. Wszyscy spali, wszyscy oprócz jego. On siedział i wpatrywał się tępo w swoje stopy. Chciał poznać wyniki mimo, że się bał. Jego sen był dziwny, ta dziewczyna tak bardzo przypominała Silviię.... Nie. Ten sen nie może być jawą. Drzwi Sali otworzyły się powoli i do środka wszedł lekarz. Spojrzał znacząco na Czarnowłosego i kiwnął na niego głową. Kaulitz wstał z łóżka i przypadkowo spojrzał na zegarek. Wskazywał 22: 15. Wyszedł z Sali i poszedł za mężczyzną do jego gabinetu. Oczekiwał dobrych wiadomości, ale wiedział, że takich nie dostanie. Doktor miał dziwną minę. Rzucił jakieś papiery na biurko i usiadł w fotelu.
-Więc…co to jest?- zapytał walcząc ze swoimi drgającymi wargami.
-Panie Kaulitz…nie będę mydlił panu oczu, tak nie można…- odrzekł i ścisnął w rękach białe kartki.
-Powie mi pan co to, czy nie?- zapytał i zacisnął dłonie na drewnianym blacie biurka.- Jestem przygotowany na wszystko…

Ciemnowłosa otworzyła oczy i ziewnęła cicho. W Sali nie było nikogo. Bill gdzieś wyszedł, drzwi były lekko uchylone, a lampka rzucała lekkie światło na ścianę. Było chyba po 22. Silviia usiadła i chwyciła butelkę z wodą. Suszyło ją, pociła się mimo, że było jej cholernie zimno. Napiła się trochę wody i chciała wstać. Chciała iść poszukać Billa, ale nie czuła się na siłach. Położyła się do łóżka i zamknęła oczy…Chciała dalej spać…

Otworzyła oczy. Na łóżku siedział młody chłopak. Oczy mocno podkreślone czarną kredką, włosy postawione na wszystkie strony, mnóstwo czaszkowych motywów i piękne brązowe oczy. Siedział na krawędzi łóżka i uśmiechał się lekko do niej. Biło od niego miłe, nie rażące, białe światło.
-Bill?- zapytała cicho i usiadła.
On tylko uśmiechnął się lekko i odpowiedział.
-I tak i nie. Jestem wytworem twoje bujnej wyobraźni.
-Więc to sen?
-I tak i nie. To wspomnienie. Wspomnienie, które przeżyło w twojej głowie lata.- odrzekł spokojnie i dotknął palcem jej czoła.
Poczuła jak ogarnia ją wspaniałe ciepło. Przez jej ciało przeszedł przyjemny dreszcz. Chciała złapać go za rękę, ale nie mogła. Nie mogła, chodź on mógł dotknąć jej.
-Boisz się śmierci?- zapytał i cofnął rękę.
-Nigdy się nad tym nie zastanawiałam.- odrzekła.- Muszę?
-Każdy powinien. Nikt nie zna dnia ani godziny.
-Śmierć boli?
-Nie. Nie boli. Potem jest już tylko lepiej. Coś się kończy, a zaczyna się coś nowego. Śmierć jest końcem życia na ziemi, tu w tym bałaganie, a początkiem życia w niebie, w lepszym świecie. Życie na ziemi jest pełne cierpień by potem w niebie zostało nam to wynagrodzone. Ziemia jest niczym, niebo jest wszystkim, ziemia jest cierpieniem, a niebo ukojeniem. Śmierci nigdy nienależny się bać. Ona jest straszna tylko wtedy gdy się jej boimy…
Ciemnowłosa odwróciła wzrok i przygryzła wargi. Śmierć…nigdy o tym nie myślała. Nie myślała o śmierci, nie potrzebowała o niej myśleć, nie zastanawiała się co jest Po życiu na ziemi…Nigdy by nie pomyślała, że tak szybko będzie musiała się nad tym zastanawiać.
-Powiedz mi tylko…- zaczęła.
Ale jego już nie było. Wyszedł. Zniknął bez słowa, bez ruchu. Silviia położyła rękę na miejscu, w którym przed chwilą siedział Czarnowłosy, a przez jej ciało znowu przeszedł przyjemny dreszcz, ogarnęło ją ciepło. Nad Aniołami tez nigdy nie myślała…ale chyba powinna…

Silviia ocknęła się i pokręciła głową. Zamrugała parę razy powiekami i szybko usiadła. Rozejrzała się. Była w Sali całkiem sama. Coś trzeszczało. Okno trzeszczało…Było uchylone, a wiatr wpadał przez nie do środka. Ciemnowłosa zadrżała w łóżku i dotknęła miejsca w nogach łóżka. Było tak samo chłodne jak jego reszta…To był tylko sen…Sen, który jak żaden inny wniósł coś do jej życia…
Śmierci nigdy nienależny się bać. Ona jest straszna tylko wtedy gdy się jej boimy…

Rozdział XXIII


Bill zaciskał ręce na drewnianym biurku. Bał się, bardzo bał, ale wiedział, że to nieuniknione. Usta drżały mu coraz bardziej, a lekarz ściskał w dłoniach papiery.
-Panie Kaulitz…
-Niech pan już mówi.- wymamrotał, a po jego policzku spłynęła łza.- Mówiłem już, że przyjmę wszystko.
-Pana żona…pana żona jest chora…na białaczkę.- oznajmił.
Bill nie zareagował, nie poruszył się, nie krzyknął nie odezwał się. Coś w nim pękło, coś w środku. Fala goryczy i rozpaczy zalała jego serce i sparaliżowała ciało. Tępo wpatrywał się w rysę na biurku, zaczął drżeć, łzy mimowolnie spływały po jego policzkach. Nie odzywał się. Wyglądał jak wyjątkowo duża lalka, którą ktoś lekko potrząsał.
-Ona umrze…prawda?- zapytał cicho.
-Białaczka to niezwykle ciężka i…
-Niech pan mi odpowie na pytanie.- przerwał mu stanowczo.
-Tak…- odrzekł i spuścił głowę.- Przykro mi.
Prychnął. Zwykła gadka. Głupie ,,przykro mi”, które niby ma załagodzić ból. Co on może wiedzieć o cierpieniu jakie trafia w człowieka gdy słyszy ,,pana żona umrze”. Nie wiedział. On po prostu to mówił, oznajmiał i słowami niszczył człowiekowi życie.
-Niech pan coś zrobi…- wymamrotał.- Niech pan nie pozwoli jej umrzeć! Nie teraz! Niech pan zrozumie! Mamy dwoje dzieci!- krzyknął i złapał lekarza za ramiona.- NIE TERAZ! ROZUMIE PAN NIE TERAZ!- wrzeszczał i krztusił się własnymi łzami.- Niech pan coś zrobi! Wiem, że pan może!
-Panie Kaulitz..- mężczyzna złapał go za nadgarstek.- Zrobię co tylko mogę, ale nie ode mnie to wszystko zależy…niestety, ale nie ode mnie.
Bill spojrzał w oczy lekarza i zacisnął dłonie na jego ramionach.
-Wiem, że pan potrafi…liczę na pana, tylko w panu pokładam nadzieję.- oznajmił i załkał.- Pieniądze nie grają roli, nic nie gra roli. Oddam wszystko.- oznajmił i zrobił krok w tył.- Proszę.- mówił i rzucał na biurko zegarek, bransoletkę portfel, pasek.
-Nie. Bill nie.- powstrzymał go.- To nic nie da. Pieniądze nic nie dadzą. One nie zwrócą jej zdrowia…Bill…wiara i tylko wiara. Wiara i nadzieja. One umierają ostatnie wtedy kiedy już nic nam nie pozostaje…

Tom przewrócił się na drugi bok. Nie spał. Nie mógł. Coś nie pozwalało mu spać, coś wierciło mu potwornie wielką i głęboką dziurę w sercu. Miał dziwny sen. Śniła mu się Alex, ale była inna…dziwna, młodsza. Nie rozumiał tego, nie rozumiał sensu tego snu…mówiła o miłości i śmierci. O miłości, która pozostaje na zawsze i o śmierci, która spotka każdego z nas. Poczuł dziwne zimno. Otulił się kołdrą, a po chwili zauważył, że okno było uchylone. Alexandrze znowu zrobiło się gorąco. Wstał z łóżka. Noc była jasna i piękna. Gwieździste niebo wisiało nad miastem i otulało je do snu. Tom uśmiechnął się lekko i zamknął okno by już nic nie zakłóciło ich dobrego snu.

Bill powoli i na paluszkach wszedł do Sali. Silviia siedziała oparta o poduszki i tępo wpatrywała się w swoje nogi. Musiała się obudzić gdy wyszedł.
-Gdzie byłeś?- zapytała i spojrzała na męża.- Martwiłam się.
-Nie no…tak wyszedłem. Śpij. Jutro rano porozmawiamy.
Chciał przeciągać. Bał się jej powtórzyć to wszystko co przed chwilą usłyszał od lekarza. Bał się reakcji, bał się, że ona się załamie. Póki co była nawet szczęśliwa i dobrze się czuła. Była taka piękna. Łza znowu zakręciła się w jego oku. Nie chciał, żeby go opuszczała…Nie wyobrażał sobie bez niej życia. Usiadł w nogach łóżka i spojrzał w jej śliczne ciemne oczy. Były teraz takie wesołe, takie…takie pełne życia.
-Co powiedział ci lekarz?- zapytała i ścisnęła jego dłonie.- Byłeś u niego prawda?
-Silviia…porozmawiajmy jutro. Teraz już śpij. Późno jest.
-Powiedział ci, że umrę, prawda?
-Śpij już!- powiedział z naciskiem i wstał.- Porozmawiamy jutro jak wstaniesz. Śpij.
-Ty też. Idź do domu, prześpij się.
-Nie…nie trzeba.- odrzekł.
-Nie spałeś od 3 dni…Bill…
-Dobrze. Pójdę, ale tylko i wyłącznie jak zaśniesz.- oznajmił i założył ręce na piersiach.- Jak ty zaśniesz to ja pójdę.
Ciemnowłosa uśmiechnęła się lekko i ułożyła się wygodnie na poduszkach. Była naprawdę zmęczona. Czarny otulił ją kołdrą po samą szyję i musnął lekko jej usta. On był taki ciepły, taki przyjemny…Sil westchnęła głośno i zamknęła oczy. Próbowała wyrzucić z głowy wszystkie zbędne myśli, żeby spokojnie zasnąć i dać odpocząć sobie, dać odpocząć jemu…
Bill cicho zamknął drzwi od Sali i wybuchnął płaczem. Schował twarz w dłoniach i oparł się o ścianę. Ciepłe, słone łzy wypływały spod jego palców i spadały na podłogę. Były gorzkie, pełne żalu, przepełnione smutkiem. Nie chciał, nie mógł płakać przy niej. Nie wiedział jak ma jaj to powiedzieć. Osunął się powoli na podłogę. Ludzie patrzyli na niego dziwnie, ale nie pytali co się stało. Nie musieli…

- Nie pamiętasz co ci mówiłam o śmierci?- zapytała ciemnowłosa dziewczyna i zaczęła bawić się łańcuszkiem.
-A tobie łatwo by było pogodzić się ze śmiercią u…ukochanego? – załkał nie odsłaniając twarzy.
-Już ci mówiłam…śmierć to nic złego, poważnie. Pan Bóg widocznie teraz potrzebuje jej u siebie…stwierdził, że dość się nacierpiała, że już należy się jej nagroda…
-A co ze mną i dziećmi? Nie pomyślał, że będzie nam trudno? Dlaczego nie wziął
mnie? Ja pójdę za nią.
-Nie Bill. Nie zasłużyłeś jeszcze na niebo. To nie twój czas. Teraz musisz się zająć dziećmi. To twój obowiązek. Musisz odkupić grzechy i krzywdy, które jej wyrządziłeś.- westchnęła i położyła mu dłoń na ramieniu.- Ale nie martw się. Kiedyś jeszcze się spotkacie. Spotkacie się i będziecie szczęśliwi. W niebie wszystko jest inne…Zobaczysz. Będziecie piękni i młodzi, będziecie się kochać.
-A teraz nie możemy?
-Możecie. To, że ona idzie do nieba nie znaczy wcale, że musicie przestać się kochać. Kochać można zawsze. Nikt nie jest w stanie zabrać wam miłości choćby nie wiem jak się starał…


Ciężkie krople deszczu spadały wprost na twarz czarnowłosego mężczyzny. Rozbijały się na jego skórzanej kurtce, spadały na ziemię tworząc obszerne kałuże, mieszały się z jego ciepłymi łzami…Płakał. Nie mógł przestać, nie widział potrzeby maskowania łez. Po co? Nie wstydził się ich. Na pewno nie teraz gdy sytuacja jest tak ciężka. Lekko przeskakiwał głębokie kałuże. Nigdy nie był dobry w sportach, ale teraz gnał przez miasto jak burza. Dopadł do drzwi. Otworzył je i wbiegł do klatki, a potem po schodach na 2 piętro. Zadudnił w drzwi. Nawet nie wytarł łez toczących się po jego bladych policzkach. Czekał chwilę aż ktoś mu otworzy. Tom stanął zaspany w drzwiach i spojrzał na niego z pod byka. Był trochę zły, że go obudził tak późno, ale po chwili doszedł do siebie. Obecność Billa w jego domu, o tej porze nie symbolizowała niczego dobrego…Tom wpuścił go do mieszkania bez słowa i od razu wstawił wodę na kawę.
-No i co się stało?- zapytał po chwili i postawił kawę przed nosem brata.- Mów.
-Byłem u lekarza.- oznajmił i dotknął zimną ręką gorącego kubka z kawą.
-I co? Przeżyje prawda? Będzie dobrze? Bill…prawda?
-Nie.- przerwał mu załamanym tonem.- Umrze.- dodał, a po jego policzkach spłynęła kolejna porcja łez.- Tom to…jest białaczka. Białaczka to nowotwór krwi.
Dredziażowi zadrżały ręce w których trzymał kubek, a gorąca ciecz momentalnie pociekła po jego dłoniach. Poczuł okropne gorąco i syknął z bólu, ale szczerze mówiąc nie przejął się tym aż tak bardzo. Ważniejsze było to co teraz usłyszał od brata…coś co spowodowało u niego gwałtowny wstrząs…Ona umrze…to białaczka. Po chwili jego słone łzy łagodziły lekko sparzoną rękę.
I co oni teraz wszyscy mogą zrobić? Mają zwyczajnie czekać na ten dzień, w którym ich świat runie w gruzach i udawać, że nic się nie stało? Nie. To nie było najlepsze rozwiązanie. Musieli żyć chwilami, które mogli z nią spędzić bo w ich głowach rodziła się myśl, że ona nie będzie zawsze, że pewnego dnia będą chcieli się jej wypłakać, a jej już nie będzie i pozostanie po niej tylko parę zbędnych rzeczy, puste miejsce przy stole i…i piękne wspomnienia oraz jej obraz, który już na zawsze pozostanie w ich sercach…Bo takich osób jak ONA łatwo się NIE zapomina…

Rozdział XXIV


Słońce świeciło wysoko nad małym miasteczkiem znajdującym się w Niemczech. Ptaki ćwierkały wesoło, a dzieci biegały po ulicach i bawiły się w najróżniejsze zabawy zaczynając od gry w klasy i kończąc na podchodach i zabawie w chowanego. Ogród Kaulitzów toną w wesołych promieniach majowego słońca. Ciemnowłosa kobieta siedziała na drewnianej bujawce z książką w ręku. Czytała. Ostatnio to było jej ulubione zajęcie. Miała ochotę przeczytać wszystkie swoje ulubione książki, ale…ale bała się, że nie zdąży więc czytała zawsze kiedy tylko miała chwilkę wolnego czasu, a ostatnio miała go nadzwyczaj dużo. Bill zajmował się teraz domem i dziećmi. Nauczył się gotować co bardzo dużo go kosztowało.
-Mamo!- krzyknęła rozweselona dziewczynka i wdrapała się jej na kolana.- Mamo zobacz znalazłam biedronkę!- oznajmiła i pokazała jej robaczka siedzącego na opuszku jej palca.
-Śliczna.- stwierdziła i uśmiechnęła się lekko.- Policz ile ma kropek.
-Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć! Mamo ma pięć latek! To tyle co ja!
-No widzisz.- powiedziała i pogłaskała córeczkę po głowie.- Idź się bawić dalej, tylko uważaj na biedroneczkę.
-Dobrze.- zgodziła się mała i zeskoczyła mamie z kolan po czym pobiegła do dzieci.
Silviia lekko odepchnęła się nogą od ziemi i wróciła do lektury. Nigdy by nie pomyślała, że kiedyś będzie tak spokojna jak teraz, że kiedyś znowu przeczyta swoje ulubione książki, że będzie tak jak teraz…Ale od momentu gdy usłyszała od Billa, że jest chora, a potem, że umrze życie nabrało całkiem innego sensu. Dopiero teraz zobaczyła jakie jest wspaniałe nawet jeżeli zdarzają się gorsze chwile. Bo wartości niektórych rzeczy, miejsc i ludzi poznajemy dopiero wtedy gdy wiemy, że niedługo je stracimy…Ale nie myślała o tym, a przynajmniej próbowała nie myśleć. Czasem jednak po prostu nie dało się odgonić myśli, które jasno mówiły Uważaj, niedługo możesz już tego nigdy nie zobaczyć, nigdy nie poczuć…Korzystaj z tego póki możesz.
-Znowu czytasz?- zapytał czarnowłosy mężczyzna i usiadł obok niej.
-Tak. Już ci mówiłam, że chcę przeczytać wszystko zanim…
-Silviia…nie myśl o tym. Wyjedźmy gdzieś. Odetnijmy się od świata na parę dni i bądźmy tylko ze sobą…Dobrze?
-Chcesz mnie zabrać wszystkim innym?- zapytała i spojrzała na niego.
-Chcę.- odrzekł bez ogródek i objął ją w pasie.- Nie oddam cię nikomu.
-Jesteś chyba zbyt samolubny Bill.
-Przecież lubisz mnie takiego.
-Tak, ale tylko trochę.- mruknęła i obwinęła sobie w około palca jego czarne jak smoła włosy.
-Gdzie jedziemy?
-Melediwy?
-Kiedy?
-Kiedy tylko chcesz.
-Może być w czerwcu? Wtedy będzie cieplej i w ogóle. Dzieci podrzucimy do twojego ojca i spędzą wspaniały tydzień z dziadkiem, ciocią Caroliną i wujkiem Joshem.- powiedział.
-Niech będzie jak chcesz.
Przytulił ją. Poczuł jej ciepło, jej miłość. Poczuł ją, a w jego głowie rodziła się myśl, że pewnego dnia już nie będzie mógł jej przytulić, że już nigdy nie poczuje jej ciepła…Łzy cisnęły mu się do oczu, ale ze względu na to powstrzymywał je. Tak bardzo ją kochał, tak bardzo jak nikogo nigdy, a Bóg zdecydował, że odbierze mu największe szczęście jakie go kiedykolwiek w życiu spotkało…

Carolina siedziała przy biurku nad kartką beżowego papieru i próbowała przelać swoje myśli na papier. Od bardzo dawna nie pisała listów, ale teraz chciała. Chciała, żeby jej siostra miała coś co ona pisała własnoręcznie, coś co od zawsze lubiła czytać, coś bez czego nie powstało by ID, nie było by trasy, a ona nigdy nie spotkała by Billa i kto wie jakby się jej życie potoczyło, gdyby nie to wszystko. Chciała napisać tekst piosenki. Taki tekst o siebie mówiący o miłości, śmierci i przyjaźni. Wsunęła koniec długopisu w usta i namiętnie zaczęła go gryźć. Musiała cos napisać TERAZ albo nigdy. Później mogło być już za późno…Doskonale zdawała sobie sprawę z tego czym jest białaczka. Śmierć może przyjść z dnia na dzień. Nabazgrała parę słów na kartce po czym przeczytała je i uśmiechnęła się lekko. Nie było wcale najgorzej. Jeszcze parę godzin i uda się jej sklecić coś sensownego, coś co może uspokoi w jakiś sposób jej ukochaną i jedyną siostrę, coś co jej pomoże i wspomoże duchowo. Jej myśli ucięło krótkie i zdecydowane pukanie do drzwi. Carol westchnęła głośno i zeszła na dół. Czyżby Josh znowu zapomniał kluczy? Otworzyła. Ku jej zdziwieniu na progu stał Joel. Był niewyraźny i chyba czymś zmartwiony.
-Dopadł mnie dół.- oznajmił i przejechał palcem po futrynie.- Postanowiłem do ciebie przyjść i zapytać…
-O co?- zdziwiła się.
-Dlaczego my nie jesteśmy teraz przy niej? Chyba powinniśmy prawda? A nie jesteśmy. Siedzimy tu na dupie wiele kilometrów od niej i obijamy się. Zostawiliśmy wszystko na głowie Billa, Toma i Alex. Czy to jest w porządku?
-Joel…Bill mówił, że sobie poradzi i w razie czego…
-Wolisz słuchać Billa czy głosu serca? Czy serce nie mówi ci, że powinnaś tam być? Jesteś jej siostrą czy nie?
Tak…Była. On miał rację, a ona znowu nie pomyślała o tak cholernie oczywistej rzeczy jak wspomaganie ich. Myślała, że telefony, listy i e-maile wystarczą, ale dopiero teraz chęć bycia przy niej i spędzania z nią każdej wolnej chwili opanowała jej mózg całkowicie…

Tom i Bill siedzieli w kuchni, która całkowicie tonęła w majowym słońcu. Dredziarz trzymał w dłoniach mrożoną herbatę i pił ją wolno, a Czarny tępo gapił się w wazon z kwiatami stojący na oknie. Znowu był smutny. Męczyło go to ciągle robienie dobrej miny do złej gry…
Na ustach uśmiech, a w sercu ból – to najtrudniejsza z życiowych ról
-Wykupiłem wyjazd na Melediwy w czerwcu.- oznajmił Bill.- Chcę spędzić z nią trochę czasu sam na sam. Tylko ja i ona…
-Nie bądź samolubem. Nie zabieraj jej nam.
-To tylko tydzień przecież.- mruknął.- Szybko zleci. Nie wiesz nawet jak szybko.
-Oby. Wiesz, że Carol przyjeżdża? Rozmawiałem z nią przez telefon jak szedłem do was.
-Dwa tygodnie temu wyjechała i już wraca…
-A dziwisz się?
-Nie.- westchnął głośno.

Alex i Silviia siedziały w ogrodzie i milczały. Po prostu siedziały obok siebie i obserwowały co dzieję się dookoła. Ostatnio nie milczały nawet o czym rozmawiać. Chyba przegadały już wszystkie tematy, a odwiedzały się dalej bo chciały być obok siebie nawet nie odzywając się słowem.
-Słyszałam, że wyjeżdżacie z Billem.- mruknęła Alexandra.
-No tak. W czerwcu na Melediwy.- odrzekła Sil.- On chce, żebyśmy spędzili trochę czasu we dwoje. Zastanawiam się tylko czy zdążymy.
-Oh! Ależ oczywiście, że zdążycie!- zapewniła ją lekko oburzona przyjaciółka.- I to nie raz!
-Obyś miała rację…
Alex wzięła ją za rękę i spojrzała jej w oczy. Wierzyła, że będzie tak jak mówi. Wierzyła i to mocno. Przecież teraz nie może stać się nic złego. Teraz gdy wszystko jest na dobrej drodze i gdy objawy ustały, gdy leki zaczęły pomagać i gdy ona odzyskała pogodę ducha. Teraz już może być tylko lepiej…Musi być tylko lepiej, przecież nie może być gorzej…

Silviia wślizgnęła się do łózka i zgasiła nocną lampkę. W pokoju zapanowała ciemność. Bill objął ją lekko i obdarzył pocałunkiem jej malinowe usta. Teraz było między nimi tak dobrze jak nigdy nie było. Miłość promieniowała z ich serc z podwójną mocą. Nie było żadnych kłótni, nawet głupich sprzeczek. Chcieli, aby zostało już tak na zawsze tylko…Ile te ,,zawsze” może jeszcze potrwać? Tego nie wiedzieli. Nie chcieli tego wiedzieć. Po co? Żeby oczekiwać tego dnia? Żeby się przygotowywać, zamawiać msze, trumnę, miejsce na cmentarzu? Nie. Tu nie o to chodziło.
-Bill…
-Tak?- zapytał cicho.
-Kochasz mnie?
-Oczywiście, że tak. Co za pytanie.
-Kochałeś, kochasz i będziesz kochać?
-Tak. Dlaczego o to pytasz?
-Bill…chcę, żebyś był szczęśliwy.- oznajmiła i ścisnęła jego dłoń.
-Przecież jestem…
-Ale potem…kiedy to już się stanie. Chcę, żebyś ułożył sobie życie na nowo i…pokochał kogoś. Należy ci się to…kochanie należy ci się.
-Zwariowałaś?- zapytał z oburzeniem i uniósł głowę.- Nawet tak nie mów! Obiecałaś przecież, że nie będziemy o tym rozmawiać. Ja chcę być zawsze szczęśliwy, ale tylko z tobą i z dziećmi. Nie chcę być mówiła takie rzeczy.
-Mówię to teraz, bo potem może już nie być czasu Bill…zrozum, że ty nie możesz być już potem sam bo…
-Zrobię co zechcę.- przerwał jej stanowczo.- Nie rozmawiajmy o tym.
Zamilkła. Nie chciała się z nim kłócić, ale chciała, żeby on potem był szczęśliwy. Przecież…nie może żyć przez nią w celibacie. Ludzie potrzebują miłości drugiej osoby, a kto jak kto, ale on na to zasługuje…
Bill objął ciemnowłosą i ułożył swoją głowę obok jej. Nie chciał być z nikim innym. On już wiedział, że potem nie będzie nikogo innego. On będzie kochał ją na zawsze i najmocniej. Nikogo nie zdoła tak pokochać, wiedział to już od paru lat. Wiedział nawet wtedy gdy ona robiła z niego durnia, wiedział nawet wtedy gdy ona nazywała go Żampolem i Tinkym Winkym, wiedział od zawsze. Wiedział od momentu gdy ją zobaczył, wiedział, że nikogo już tak nie pokocha…Mimo jej wredoty, mimo tego wszystkiego…Kochał i nienawidził jednocześnie…Wtedy wiedział, że kocha ją najbardziej, teraz to wie i za tydzień, za miesiąc, za rok, za wieczność…też to będzie wiedział…

Rozdział XXV


Carolina wysiadła z samolotu i uśmiechnęła się szeroko na widok siostry i szwagra. Tym razem ktoś na nią czekał, ktoś wyczekiwał i to strasznie podnosiło ją na duchu. Naprawdę super jest mieć przyjaciół, być życzliwym dla nich i kochać ich całym sercem. Podbiegła do nich cała w skowronkach i wcisnęła Czarnemu walizkę w ręce, a sama rzuciła się na siostrę. Nikt nie byłby w stanie opisać tej radości, tych krzyków i objęć. Tak to jest gdy siostry spotykają się po długich dwóch tygodniach. Miały tyle sobie do powiedzenia. Od razu ruszyły w stronę samochodu gadając o czymś po cichu, a Bill ruszył za nimi ciągnąc za sobą dużą, czarną walizkę Caroliny.
-Widzę, że dobrze się czujesz.- ucieszyła się Carol i obie wsiadły na tylne siedzenie samochodu.- To świetnie!
-To dzięki Billowi, Alex i Tomaszowi. Trzymają mnie przy życiu.- zaśmiała się.
-Yhym. A ty robisz z nas tragarzy!- oburzył się Czarny i usiadł za kierownicą.
-To nie ja tylko ona!- broniła się Sil i wskazała na siostrę.
Carol zaśmiała się. Jak dobrze znowu być obok tych dużych dzieci. Kochała ich towarzystwo i z podziwem obserwowała ich miłość, która zamiast słabiej, rosła z każdym dniem. Każda przeszkoda umacniała ich jeszcze bardziej. Ona to podziwiała. Chyba nigdy nie potrafiłaby stworzyć tak wspaniałej i zgranej rodziny. A teraz…teraz ktoś chce to zniszczyć, rozdzielić ich, rozerwać rodzinę…Czasem los bywa niesprawiedliwy i zawsze obrywają ci, którzy nic nie zawinili…

Alex stanęła przy oknie i spojrzała w dół na rozświetlone ulice. Samochody gnały szybko wymijając siebie nawzajem. Znowu ten pieprzony wyścig szczurów. Kto pierwszy ten lepszy, ale czasem ludzie nawet nie zauważają jak w tym pośpiechu gubią sen życia, mijają ludzi, którzy mogli by zmienić w ich życiu bardzo wiele. Oni nie szukają miłości, próbują zastąpić ją zielonymi banknotami i świecidełkami, a przecież nie wszystko złoto co się świeci…W dzisiejszym życiu miłość, przyjaźń i zaufanie znacznie tracą na wartości. Liczą się pieniądze, zemsta i sława. Nic więcej…
Czarnowłosa westchnęła głośno i oparła czoło o zimną szybę. Jak t dobrze, że jednak na ziemi żyją jeszcze ludzie dla których te uczucia nie straciły na wartości i cieszyła się, że może przebywać w ich gronie, a nie udawać kogoś kim wcale nie jest.
-Silviia czuje się kapitalnie świetnie.- oznajmił Tom wchodząc do pokoju.
-Oh! To super!- ucieszyła się Alexandra i spojrzała na ukochanego.- Jak dobrze wiedzieć, że jest dobrze.
-Tak…póki co jest dobrze.- mruknął cicho Tom.
Alex podeszła do niego i objęła go mocno. Cieszyła się, że jest dobrze z jej ukochaną przyjaciółką, ale z drugiej strony wiedziała, że to może się szybko zmienić. Choroba atakuje wtedy kiedy najmniej się tego spodziewamy i już myśli, że wszystko może być tylko lepsze gdy nagle cały świat wali się nam na głowę…Oby tylko nie było tak w tym przypadku, oby tak NIE było…

Shirley siedziała na kolanach cioci Caroliny i obie czytały bajkę o Śpiącej Królewnie. O dziewczynce, która spała sto lat, a później została obudzona przez Pięknego Księcia. Ah. Któż z nas nie zna tej bajki.
-I żyli długo, długo i szczęśliwie.- zakończyła kobieta i odłożyła książkę.- Podobało ci się?
-Bardzo.- odrzekła dziewczynka i uśmiechnęła się szeroko.- Też chciałabym poznać takie przystojnego księcia.- oznajmiła.
-Księcia, mówisz panienko?- zapytał Tom i wstał z podłogi.
Chwycił zabawkowa koronę Shirley i zamocował ją sobie na głowie. W sumie bardziej wyglądał jak ośmiornica z opaską, ale…chęci się liczą. Dziewczynka zaśmiała się i wyciągnęła ręce do Księcia Tomasza. Dred zaśmiał się i wziął chrześnicę na ręce.
-Wujku, ale ty masz już narzeczoną i jesteś dla mnie za stary.- oznajmiła ciemnowłosa.
-Ja za stary?- oburzył się.- Ja jestem w kwiecie wieku!
-Ostatnio jak wracałeś z zakupów z Alex to narzekałeś, że twój kręgosłup jest już za stary na takie ciężary!
-Wiesz co? Powiem ci coś!
-Słucham wujku.
-Jesteś taka sama jak twoja matka.- oznajmił i postawił małą na ziemię.- Zabierz mi to cholerstwo z głowy!- zdenerwował się i podjął próbę zdjęcia korony, która uczepiła się jego dredów.
-Wujku, skoro nie umiesz być Księciem to bądź konikiem!
-Co? Ja? Nie, nie, nie.- wykręcał się.
-Taak, takk!
Tom westchnął ze zrezygnowaniem i klęknął na kolana podpierając się rękoma. Shirley zawiązała mu skakankę w około szyi, która miała jej służyć za lejce po czym wskoczyła na jego plecy.
-Ałuuu!- zawył Tomasz.- Mój kręgosłup!
-Przecież niedawno mówiłeś, że jesteś w kwiecie wieku.- przypomniała mu Alexandra.
-Ja tak…ale mój kręgosłup nie.- burknął.

Silviia i Bill wracali ze szpitala. Badania kontrolne były całkiem niezłe co było powodem do uśmiechu, do szczęścia i radości. Ciemnowłosa opierała się wygodnie o oparcie fotela spoglądała na świat za oknem. Drzewa, krzewy i zwierzęta szybko przeskakiwały przed jej oczyma. Tak szybko, że w pewnym momencie zaczęły boleć ją oczy. Bill uśmiechał się promiennie pod nosem i całkiem spokojnie prowadził pojazd. Nie było w nim złych emocji. Tylko te dobre, które prowadziły go do celu, prowadziły go do domu.
-Teraz już będzie dobrze.- oznajmił i uśmiechnął się szeroko.- Nie zdziwiłbym się gdybyś przeżyła kolejne 483 lata. Wyglądasz nadzwyczaj dobrze.
Ciemnowłosa uśmiechnęła się lekko i spojrzała w nieduże lusterko. Rzeczywiście. Wyglądała bardzo dobrze. Jej twarz nie była już blada, nabrała lekkich, różowych rumieńców, włosy były zdrowe, mocne i lśniące. Jak to dobrze, że nie zgodziła się na chemię. Chemia niby pomaga, a tak naprawdę wyniszcza tylko ciało człowieka…
Czarny zatrzymał się pod ich domem. Oboje szybko wyskoczyli z samochodu. Chcieli przekazać dobrą wiadomość reszcie i to jak najszybciej. Gdy weszli do domu usłyszeli dzikie krzyki i skomlenia dochodzące z salonu. Uśmiechnęli się lekko do siebie.
-Tomaszu! Rodzice wrócili!- krzyknęła Shirley.- Zawieź mnie do nich!
Chwilę po tych słowach na korytarz wczołgał się Tom z małą i Charlym na plecach. Shirley trzymała w rękach dwa końce skakanki i poganiała ,,konika”, który ledwo zipał.
-Ohh Shirley.- zaśmiał się Bill i wziął córeczkę na ręce.- Nie wolno tak męczyć starego Wujka Toma.
-Nie jestem wcale stary!- oburzył się Tom i padł na podłogę jak długi.- Sil…weź ze mnie swoje dziecko.- poprosił.
Ciemnowłosa uśmiechnęła się lekko i wzięła na ręce Charliego, który był bardzo zadowolony z przejażdżki, ale jeszcze bardziej z powrotu rodziców. Ten dzień był dla wszystkich niezwykle radosny. Dobre wyniki i majowe słońce zrobiły swoje. Nikt się tego dnia nie smucił, nikt nie płakał, wszyscy się cieszyli i chcieli by było już tak zawsze, ale wiedzieli, że to raczej niemożliwe. Wiedzieli, że kiedy już przyjdą czarne chmury nie będzie odwrotu…nie będzie już odwrotu…

Silviia siedziała przez lusterkiem i czesała swoje długie, lśniące, brązowe włosy. Uwielbiała je. Jej mama miała takie same…Tak, jej mama. Ona też umarła, umarła i zostawiła dwójkę dzieci i kochającego męża, a teraz…teraz z nią będzie tak samo…Historia zatoczyła koło. Oby tylko Bill nie wrócił do nałogu…Oby umiał bez niej żyć, oby dobrze zajął się dziećmi, oby o niej nigdy nie zapomniał…Przeczesała swoje włosy parę razy i przełożyła je przez ramię tak, że teraz swobodnie opadały jaj na piersi. Uśmiechnęła się lekko i spojrzała w lusterko. Znowu trochę pobladła i poczuła się słabiej, ale to całkiem normalne. Mało dziś spała, dużo robiła. To na pewno ze zmęczenia…
-Kładź się już spać kochanie.- do pokoju wszedł Bill.- Dzieci już śpią, my też możemy iść spać chyba, że masz…Silviia? Źle się czujesz?- zapytał i podszedł do niej.
-Jest okej.- skłamała.
Znowu poczuła się gorzej, znowu pobladła, znowu dopadła ją gorączka, ale nie chciała go martwić…On uśmiechnął się i usiadł obok niej. Obserwował jak czesze włosy i gładził ją lekko po ramieniu. Cieszył się. Że wszystko się polepszyło, że teraz już będzie tylko lepiej.
-Zobacz Bill…jak to historia lubi się powtarzać.- powiedziała cicho nie odwracając wzroku od lustra.- Moja mama umarła i zostawiła dwójkę dzieci i ukochanego męża…rock mena. Myślisz, że to zbieg okoliczności? Może tak miało być? Może mama za mną tęskni? Jak myślisz?
-Prosiłem cię…nie rozmawiajmy o śmierci. Ja wiem i ty wiesz, że…
-Że umrę.- dokończyła za niego całkiem spokojnie.- Nie boję się…wiesz?
Mówiła jak w transie. Ciągle patrzyła w lustro, a obraz powoli rozmywał się w jej oczach. Ból głowy uderzył niespodziewanie, poczuła przeraźliwe zimno, ale nic nie mówiła. Dalej mechanicznie czesała włosy, zupełnie jakby ją tak ktoś zaprogramował…jakby była do tego stworzona. Miły rumieniec zniknął z jej policzków. Znowu pobladła.
-Silviia…źle się czujesz?!- zapytał Bill i złapał ją za ramiona.- Zadzwonię po lekarza!
-Nie, nie, nie.- odrzekła i energicznie zaczęła kręcić głową.
Czarny wziął ją w ramiona i spojrzał w jej oczy. Były dziwnie puste, bez wesołych iskierek, bez wyrazu tak jakby ona była pusta…Znowu była blada, znowu była gorąca. Złapała go za ramiona i ścisnęła je lekko. To wszystko przyszło tak nagle, że nawet nie zdążyła sobie wszystkie przemyśleć do końca. Umrzeć teraz? W jego ramionach?
-Bill.- wydyszała.- Zawieź mnie do szpitala szybko.- wymamrotała.

Rozdział XXVI


Bill szybko zbiegł po schodach i dopadł się do telefonu. Ręce mu drżały i o mało nie opuścił słuchawki, ale cudem udało mu się wykręcić numer.
- Hallo. Potrzebuję karetki!- wykrzyczał zdenerwowany.- Moja żona zemdlała ona…
- Omdlenie? Proszę przywieść ją samemu. Nie mamy tyle karetek, żeby wysyłać je na każde omdlenie.- odezwał się zimny głos kobiety.
-Ale proszę Pani ona…
-Proszę ją przywieźć samemu.- zakończyła i odłożyła słuchawkę

Czarny rzucił telefonem o ścianę i szybko pobiegł z powrotem na górę. Shirley wychyliła swoją główkę z dziecinnego pokoju. Widziała zdenerwowanego ojca, wbiegł do sypialni, a już po chwili wybiegł z niej z mamą na rękach. Ona była taka blada, a on taki smutny, taki zapłakany i zdenerwowany jednocześnie. Ciemnowłosa dziewczynka cicho zamknęła drzwi pokoju i wróciła. Nie wiedziała do końca o co chodzi i co się stało, ale postanowiła się nie odzywać. Było źle, coś było nie tak. Tylko tyle potrafiła zrozumieć…
Bill szybko usiadł za kierownicą i ruszył. Jechał szybko. Musiał jechać szybko, a zarazem ostrożnie. Nie mógł przecież spowodować wypadku. Spocone dłonie lekko ściskały się po kierownicy, krew się w nim gotowała. Nie mógł zrozumieć jak ludzie mogą być tak egoistyczni. A myślał, że dzisiejsza służba zdrowia chodź trochę się polepszyła. Mylił się. Jak zawsze się mylił. Nic się nie zmieniło. Było coraz więcej śmierci, coraz mniej dobra i miłości. Świat stał się jednym wielkim polem do walki o pieniądze i lepsze życie…Odwrócił głowę. Silviia leżała na tylnych siedzeniach, a jej stan nie zmienił się ani na lepsze ani na gorsze. Modlił się aby zdążył, żeby te cholerne minuty, w których niepotrzebnie dzwonił do szpitala nie zaważyły na jej życiu. Przyśpieszył. Nie wiedział czemu, ale nie bał się o wypadek. Zupełnie jakby wiedział, że Pan czuwa nad nim i pozwala mu przekroczyć granice, aby tylko zdążyć na czas...Nigdy by nie pomyślał, że kiedyś uwierzy w tego tam Wielkiego, w tego na górze. Czasem jednak niektóre sytuacje zmieniają nas doszczętnie…
Aniele, Boże, Stróży mój, ty zawsze przy mnie stój…
Bill zatrzymał się pod szpitalem z piskiem opon. Szybko wyskoczył z samochodu i wyjął z niego żonę. Wbiegł do szpitala. Popychał ludzi, wpadał na pielęgniarki. Gnał od razu na drugie piętro…Mimo, że mijał tylu ludzi, tylu lekarz, tyle pielęgniarek…Nikt nie zapytał co się stało, nikt nie zaproponował mu pomocy, nikt…
-Niech mi ktoś pomoże!- krzyknął wbiegając na oddział.- Ona umiera!!!

Tom stał na balkonie i obserwował gwiazdy świecące na niebie. Nie mógł spać. Coś mu nie pozwalało, coś cisnęło go w sercu, coś nie pozwalało spać. Wlał w siebie całą szklankę wody i spojrzał w niego. Czarne chmury przypływające gdzieś ze wschodu zasłoniły jasno świecący księżyc i gwiazdy.
Na zewnątrz nadciągają czarne chmury…
Momentalnie spadł deszcz. Duże i ciężkie krople zaatakowały Dredziarza z każdej strony. Piękna gwieździsta noc zamieniła się w wojnę dobra i zła, w wojnę czarnych chmur i jasno świecącego księżyca, który co parę minut próbował wybić się przed chmury. Niestety bez skutku...
-Tom czy ty zwariowałeś?- zapytała Alex i położyła mu dłoń na ramię.- Jest strasznie zimno i pada. Wracaj do łóżka.
-Nie. Nie mogę spać.- odrzekł.- Mam złe przeczucia.
-Ale Tom…na pewno ci coś się śniło. Przecież wyniki Sil są dobre…Tom. Nie bój się. Wszystko będzie dobrze. Musi być. Rozumiesz? Już teraz nic złego nie może się stać.
-Obyś miała racje.- westchnął głośno i objął ją ramieniem.- Obyś miała rację. Tak bardzo chciałbym ci w to wierzyć, Alex…tak bardzo bym chciał.
-Więc uwierz Tom…uwierz.
Nie odpowiedział. Nie wiedział co. Mimo, że tak bardzo chciał to chyba już nie potrafił dobrze myśleć o tym wszystkim, ale gdzieś w głębi serca miał nadzieję, że jego niepokój jest bezpodstawny, a jutro zostanie obudzony telefonem od Billa, że Silviia czuje się prześwietnie i że wpadną do nich po południu z dzieciakami…Tak bardzo tego chciał…

Niebiosa otwierają się przed nami przejdziemy przez to razem ponad końcem świata, który rozleciał się za nami.
Bill podparł głowę rękoma i tępo spojrzał w drzwi za którymi przed chwilą zniknęła jego ukochana i paru lekarzy. Nie mógł tego zrozumieć. Jak to możliwe? Jak to się stało? Przecież wyniki były całkiem dobre, przecież dziś wyglądała tak pięknie, tak zdrowo, tak dobrze się czuła…Dlaczego właśnie teraz? Dlaczego ona? Dlaczego nie on? Ona nic nie zawiniła, on powinien umrzeć i smażyć się w piekle do końca świata. On był tym złym, on krzywdził i on bił, nie ona…Ona nic nie zrobiła. Ona kochała, ufała i wybaczała. Dlaczego choroba spotyka zawsze tych ludzi, którzy nic nie zawinili, a ci szmaciarze i oszuści żyją sobie jak panowie długimi latami?
- Bo widzisz Bill…Ona została wynagrodzona, a oszuści i szmaciarze żyjąc tyle lat na ziemi – męczą się.
-Ale ona jest zbyt młoda, żeby umierać!
-To nie moja działka Bill…Nie możesz kłócić się z Bogiem, nie możesz, chodźby nie wiem jak tego chciał…

Czarny wstał z krzesła i podszedł do okna. Otworzył je mimo wyraźnego zakazu. Otworzył je na oścież i wychylił się przez nie patrząc z niebo. Padało. Krople deszczu szybko rozmazały jego makijaż i sprawiły, że włosy oklapły i ociekały wodą.
-Dlaczego mi to robisz?!- krzyknął w stronę nieba.- Dlaczego teraz?! Nie rób tego! Proszę!- wrzasnął żałośnie i zacisnął ręce na parapecie.- Proszę…
Nikt mu nie odpowiedział…tylko cisza. Spuścił głowę i spojrzał w dół. Dla niego świat tracił sens. Powoli przestawał wierzyć w cokolwiek. Powoli przestawał wierzyć w siebie, przestawał wierzyć w to, że lekarz zaraz wyskoczy z Sali i powie, że to tylko ,,Prima Aprilis”. Nawet nie byłby wtedy zły, nie. Cieszył by się jak głupi.
-Powiedz, że to żart!- jego głośny krzyk przerwał ciszę.- PROSZĘ NIECH KTOŚ MI TO POWIE, ŻE TO ŻART! Głupi sen! Koszmar, niech mnie ktoś uszczypnie! Niech ktoś powie, że to nie dzieje się naprawdę!
Kaulitz rzucił się w kąt korytarza i złapał się za głowę. Nie mógł sobie jeszcze tego wszystkiego uzmysłowić, nie chciał. Płakał jak małe dziecko, które zostało pozbawione ukochanego misia. Zachowywał się jak obłąkany, jak chory…jak chory z miłości. Inaczej nie umiał, nie umiał opanować swoich emocji, które rozrywały jego duszę i serce od środka.

Tom leżał w łóżku i tępo wpatrywał się w sufit. Dalej nie mógł spać. Nie pokój nie pozwalał mu zmrużyć oczu chodźby na sekundkę, a on leżał przykuty do łóżka i czekał na dźwięk dzwonka w telefonie. Czekał i czekał, czekał aż brat zadzwoni i powie, że wszystko jest w porządku, że nie ma o co się martwić i że powinien się przespać. Telefon jednak nie dzwonił, a on czekał…Czekał nadaremnie.
Trzymam straż...dla Ciebie

Czarnowłosy mężczyzna siedział skulony w kącie. Nogi podciągnięte miał pod brodę. Łzy spływały po jego policzkach i wsiąkały w jeansowy materiał jego spodni. Czekał. Czekał już drugą godzinę. Nikt nawet nie raczył udzielić mu informacji o stanie zdrowia jego żony. Walił pięściami w drzwi Sali, ale kiedy zauważył, że to nic nie daje – zrezygnował. Uspokoił się po godzinie płaczu i rzucania się z kąta w kąt. Zaczął myśleć racjonalnie i po tej całej histerii znowu przyszła nadzieja na to, że jednak będzie dobrze. Przecież siedzą już tam drugą godzinę. Ona musi żyć, ona żyje – tego był pewien.
Jego rozmyślania przerwał zgrzyt otwieranych drzwi. Bill automatycznie poderwał się z podłogi i podbiegł do lekarza, który dopiero co wyszedł z Sali.
-Panie doktorze…- zaczął.
-Bill…- mężczyzna przerwał mu stanowczo.- Bardzo mi przykro, ale…muszę ci coś powiedzieć.
-Ale, ona żyje prawda? Prawda że żyje?
Lekarz spojrzał na niego znaczącym wzrokiem, ale nie uśmiechnął się. Bill miał nadzieję na uśmiech, który wszystko rozjaśni, który rozwiąże sytuację, który zmieni wszystko na lepsze…Nie doczekał się go jednak…

Rozdział XXVII


-Żyje czy nie?!- zdenerwował się i złapał mężczyznę za ramiona.
-Żyje.- odrzekł.
Czarny złapał się za serce i odetchnął z ulgą. Tego się spodziewał, to chciał usłyszeć.
-Bill…Wiesz, że białaczka to choroba śmiertelna. Bill…nie daję ci gwarancji ile ona może jeszcze…
Drzwi Sali znowu się otworzyły. Bill puścił słowa lekarza mimo uszu i podbiegł do ciemnowłosej, którą właśnie wywieźli z Sali. Ciągle była nieprzytomna, ale wyglądała już nieco lepiej. To tchnęło w niego kolejną małą chmurkę pełną nadziei i spokoju. Chwycił ja za dłoń. Nikt nawet mu nie powiedział, żeby ją zostawił, żeby odszedł. Od razu zabrał się na salę z lekarzami. To była ta sama sala, w której leżała wcześniej. Ta sama lampka w kącie, te same ściany.
-Będzie dobrze?- zapytał cicho Czarnowłosy nie odrywając wzroku od żony.
Nikt mu nie odpowiedział. Mężczyźni wymienili znaczące spojrzenia, a jeden z nich klepnął go energicznie w plecy.
-Zostań z nią. Poczekaj aż się obudzi. Potrzebujesz jej, a ona potrzebuje ciebie.- oznajmił.

Carolinie wreszcie udało się uśpić dzieci. Shirley i Charlie zasnęli w jednym łóżku, w łóżku rodziców. Nie chcieli zostać u siebie. Mało rozumieli z tego całego zamieszania, mało rozumieli, nie wiedzieli co się dzieje w około nich, nie wiedzieli, że nie niedługo być może zabraknie im osoby, którą tak bardzo kochają, która uczyła, kochała, pocieszała…Zabraknie im matki. Matki, która tyle serca wkładała w ich wychowanie, dbała, żeby było im dobrze, a teraz…teraz miało jej zabraknąć.
Carolina po raz kolejny próbowała dodzwonić się do Billa. Na daremne. Nie odbierał. Wcale mu się nie dziwiła, teraz była ważniejsza Sil i jej zdrowie. Czarnowłosa podeszła do okna i dotknęła dłonią zimnej szyby, która oddzielała ją od wiatru, deszczu i zimna panującego na zewnątrz. Szkoda tylko, że szyba oddzielająca ją od bólu i smutku pękła tak szybko. Pękła w momencie gdy straciła matkę i tak samo teraz Shirley zostanie jej pozbawiona…Charlie był za mały by jeszcze zrozumieć śmierć, był za mały by zrozumieć cokolwiek…Carol zacisnęła pięść tak, że jej długie, zadbane paznokcie wbiły się w dłonie. Dlaczego rządzi się niesprawiedliwością i rządzą władzy? Dlaczego światem nie rządzi miłość?
-Ciociu.- usłyszała cichy szept Shirley.- Co się stało mamie? Gdzie ona teraz jest?
-Mama? Mama źle się poczuła.- odrzekła czarnowłosa i usiadła obok dziewczynki.- Ale wszystko będzie dobrze. Panowie doktorzy mamusię wyleczą i lada dzień wróci do domu.
Mówiła tak, chodź sama nie wierzyła w swoje słowa. Wiedziała, że kiedyś nadejdzie ten dzień…dzień, w którym świat tych wszystkich dla których ona była ważna, dla tych którzy ją kochali…dla tych ludzi nadejdzie taki dzień, w którym świat się zawali, po którym nic już nie będzie takie samo. Nawet słońce już nigdy nie będzie tak samo jasne, skoszona trawa nie zapachnie tak samo, a miód straci na wartości smaku. Nawet miłość już nie będzie taka jak kiedyś…Wszystko straci na wartości. Dosłownie wszystko…

Bill siedział na skraju łózka i lekko gładził dłoń ukochanej. Nie mógł oderwać od niej wzroku, chciał na nią patrzeć. Karmił się jej widokiem, delikatnością jej skóry i spokojnym oddechem. Dopiero teraz zrozumiał jak bardzo ją kocha, jak bardzo kocha każdą część jej ciała. Każdą równie mocno. Zdał sobie sprawę, jak bardzo kochał jej duszę, każdy jej obszar tak samo. Jak bardzo kochał jej cechy charakteru, wszystkie razem i każda z osobna. Zdał sobie sprawę, że przez tych parę lat uzależnił się od niej. Od jej bliskości, od jej ciepła, od jej oddechu, od jej głosu, od jej miłości. Nie wyobrażał sobie życia bez niej, nigdy by nie pomyślał, że kiedyś…że kiedyś będzie musiał tak żyć.
-Nie zostawiaj mnie samego.- załkał cicho i ucałował jej dłoń.- Nie teraz, nie teraz ani nigdy. Kocham cię, wiesz przecież jak bardzo. Nie możesz mnie zostawić, wiesz, że nie możesz. Nie poradzę sobie bez Ciebie, bez Ciebie jestem nikim, bez Ciebie usycham, bez Ciebie moje istnienie nie ma sensu…bez Ciebie ja nie żyję…
-I ja bez ciebie bym nie mogła żyć…- powiedziała cicho.- Jesteś wszystkim tym co mam, jesteś najlepszym co spotkało mnie w życiu…
Uniósł głowę. Obudziła się. Autentycznie obudziła się i spoglądała na niego z bladym uśmiechem. Wyglądała tam pięknie, była taka spokojna i biło od niej nadzwyczajne ciepło. Takiej jeszcze jej nie widział. Teraz…teraz już musi być dobrze.
-Jak się czujesz?- zapytał i przysunął się do niej lekko.
-Świetnie.- odrzekła.- Tak jak nigdy. Nic mnie już nie boli.
-Teraz będzie już tylko lepiej…prawda?
-Bill…oczywiście, że będzie już tylko lepiej. Nie może przecież być już gorzej niż jest.
- To dobrze. Niedługo znowu zabiorę cię do domu. Znowu będziesz czytać książki. Ja będę czytał z tobą…Te wszystkie o miłości.
-Tak. Będziemy je czytać razem.
Uśmiechnęli się lekko do siebie. On w to wierzył, wierzył, że naprawdę tak będzie, że najgorsze już minęło. Wierzył chodź wiedział, że nie zdążał przeczytać ich wszystkich…Wiedział, ale nie chciał. Ona też wiedziała, wiedziała doskonale. Czuła to, ale nie chciała zepsuć tych ostatnich chwil spędzonych z nim. Tak bardzo go kochała, a on ją jeszcze bardziej. Nie chciała, żeby cierpiał. Nigdy nie chciała, żeby przez nią cierpiał, teraz też…Zapanowała cisza. On bawił się kosmykami jej długich, brązowych włosów, a ona spoglądała na jego twarz. Chciała zapamiętać go jak najlepiej. Każdy szczegół jego twarzy, każdą rysę, każdy pieprzyk. Przecież widzą się już ostatni raz…
-Nie bądź smutny.- poprosiła i wytarła łzy płynąca po jego policzkach.- Przecież nie ma potrzeby.
Zamilkli. Silviia ułożyła się wygodnie, a on położył się obok niej. Leżeli obok siebie i nic nie mówili…Mowa jest tylko źródłem nieporozumień.
Ona była zmęczona. Tak bardzo chciało się jej spać, ale wiedziała, że gdy zamknie oczy to już nigdy ich nie otworzy, nigdy go nie zobaczy. Chciała jeszcze z nim rozmawiać, chciała być obok niego najdłużej jak tylko mogła. Chciała to przeciągnąć. Miała mu jeszcze tyle do powiedzenia.
-Jak myślisz, co teraz robi Tom?- zapytała i spojrzała na Billa.- A Alex, Carol? Jak myślisz. Co robią? A Shirley i Charlie?
-Dlaczego o nich mówisz?- zdziwił się lekko.
-Kocham ich.- westchnęła głośno.
Znowu cisza. Zakręciło się jej w głowie. Zamknęła na chwilę oczy i zobaczyła ciemność. Czy tylko to przypadnie jej po śmierci? A co on zrobi po jej śmierci? Będzie w stanie zając się dziećmi? Może będzie chciał być z nią mimo wszystko, mimo śmierci? Nie mogła przecież na to pozwolić. Nie mogła pozwolić by dzieci wychowywały się bez ojca.
Bill miał już plan. Wiedział, że gdy ona odejdzie to on pójdzie za nią. Tak bardzo chciał., żeby byli razem szczęśliwi w tym lepszym miejscu, żeby byli razem…
-Musisz mi coś obiecać…zanim…zanim będą mogła spokojnie odejść i nie martwić się o ciebie.
-S…Słucham.
-Obiecaj mi, że zawsze będziesz szczęśliwy, że ułożysz sobie życie i nie będziesz cierpiał. A przede wszystkim, że nie będziesz chciał złączyć się ze mną poprzez śmierć…
-Nie mogę ci tego obiecać.
-Ale musisz. Inaczej nie zasnę spokojnie.
Więc jednak będzie musiał zostać w tym bałaganie. On będzie tu, a ona tam. Nie chciał tego, nie chciał i nie mógł się z tym pogodzić, ale wiedział, że będzie musiał.
Spojrzał na nią i dopiero teraz zauważył, że jej stan widocznie się pogorszył. Serce zwolniło, oddech był nierówny, a ona bardziej blada niż zwykle. Wiedział, że te wszystkie słowa się do czegoś sprowadzają…sprowadzają się do pożegnania. Wiedział to i widział. Jej stan pogarszał się z każdą sekundą, serce biło coraz wolniej, a dusza wyrywała się z jej ciała. Wiedział, że niedługo się rozstaną, rozstaną się już na zawsze. On nigdy już nie przyjdzie do niej z różami, nie przeprosi jej, a ona mu już nie wybaczy. Już nie będą razem nigdy.
-O…Obiecuję.- wyjąkał.
-Bill…tak bardzo cię kocham. Nigdy nikogo nie kochałam tak bardzo, nikomu tak nie zaufałam jak tobie, byłeś jedyny, najważniejszy, ciągle jesteś i zawsze będziesz…Kocham cię i chcę, żebyś o tym pamiętał nawet jak już mnie nie będzie. Zrobię wszystko byś cały czas czuł moją miłość Bill…ludzie, których kochamy tak naprawdę nigdy nie umierają. Są zawsze w naszych sercach. Wystarczy, że zajrzysz do swojego i…zobaczysz mnie w nim. Wtedy już nic nie będzie tak niebezpieczne i ciemne…Musisz mi zaufać, kocham cię. -Nie. Nie żegnaj się.- krzyknął błagalnym tonem i objął ją mocno.- Jeszcze nie teraz. Nie możesz odejść. Nie zostawiaj mnie…Kocham cię…
-Nie zapomnij o mnie.- szepnęła.
-Nie zapomnę. Nigdy. Ty o mnie też nie zapominaj…
Ona nie była już w stanie nic powiedzieć. Głos stanął jej w gardle, ciało zaczęło odmawiać posłuszeństwa. Już nie mogła go dotknąć ani pocałować. Chciała jeszcze raz mu powiedzieć jak bardzo go kocha i że nigdy nie zapomni. Ale nie mogła…Już nie mogła.
Strumienie łez wyrwały się spod jego zaciśniętych powiek. Smutek i żal rozrywały go od środka. Serce rozrywało się na miliony kawałków, zupełnie jakby było sercem z papieru, wyciętym z bloku rysunkowego, pomalowanym czerwoną kredką. Dusza krzyczała, łzy przepełnione żalem spływały po jego policzkach.
Sala była wypełniona ich miłości, ich miłością i jego łzami. Kochali się tak bardzo, że nic nie mogło ich rozdzielić. Nawet lodowata śmierć, która wkradła się między nich i zabrała ją do siebie. Prawdziwej miłości nikt nie zniszczy i będzie ona zapisana w wieczności, będzie trwać zawsze… Nie zauważył nawet gdy jej serce przestało bić, a oddech zamarzł, zniknął. Leżał obok niej i obejmował ją. Chciał tak leżeć do momentu aż sam umrze. Chciał teraz umrzeć, chciał odejść z nią, chciał iść z nią za rękę przez całe życie aż po bramy niebios. Chciał razem z nią stanąć przed obliczem Boga, chciał razem z nią oczekiwać na ostateczny koniec…Cały czas trzymając ją za rękę…

Rozdział XXVIII


Czarnowłosy mężczyzna siedział na wąskiej drewnianej ławeczce i trzymał w rękach czerwoną różę. Był tu. Był tu jak co niedzielę. Mimo, że to już drugi rok mija od wydarzenia, które zmieniło jego życie o 180 stopni, mimo, że powoli zaczyna się z tym oswajać…To mu pomagało. Mógł jej wszystko powiedzieć i wiedział, że ona go wysłucha. Wysłucha go jak nikt na ziemi. Położył czerwoną różę na stercie innych kwiatów i wrócił na ławkę. Miał jej tyle do powiedzenia. Tyle zdarzyło się w tym tygodniu, że aż nie wiedział od czego zacząć.
-To był naprawdę piękny, a zarazem skromny ślub.- westchnął.- Prawie taki jak nasz. Alex była taka szczęśliwa. Chyba po raz pierwszy od…wtedy. Śmiała się tak ładnie. Olśniewająco wyglądała w sukni. Naprawdę było cudownie. Szkoda tylko, że nie mogłaś iść ze mną, ale byłaś tam prawda?
Była. Była zawsze tam gdzie on jest.
-W ogóle brzuszek się jej zaokrągla i coraz bardziej widać. Tom mówi, że to będą takie kochane bliźniaki jak ja i on. Ty na pewno powiedziałabyś, że jedno urodzi się upośledzone i z dredami.
Uśmiechnął się lekko pod nosem. Zawsze lubiła żartować.
-Shirley nauczyła jeździć Charliego na rowerze. Są tacy wspaniali i tacy grzeczni. Tęsknią za tobą, a mała ciągle pyta kiedy Cię pocałuje i kiedy się obudzisz…Kiedyś będę musiał jej powiedzieć prawdę, ale jeszcze nie teraz. Jest za mała. Poza tym koniecznie chcą założyć z Charlym zespół rockowy. Mówią, że chcą być jak my i nazwą się Tokio Dream albo Immortal Hotel.- zaśmiał się.- Są tacy kochani. Chciałbym z tobą porozmawiać…
Bo marzenia czasem się spełniają, nawet jeżeli są tylko snem…

Czarnowłosy mężczyzna rozejrzał się. Siedział na środku pustego lotniska. Nie wiedział co tak dokładnie tu robi, ale nie czuł lęku. Czuł dziwne ciepło i spokój.
-Nie pamiętasz tego miejsca?- usłyszał cichy głos.
Odwrócił głowę. Obok niego siedziała jego ukochana. Długie brązowe włosy opadały jej na plecy i piersi. Uśmiechała się promiennie, a obrana była w białą szatę. To od niej biło te przyjemne ciepło i spokój.
-To jakieś lotnisko. Ma coś wspólnego z naszą karierą?
-Z naszą miłością.
-Dlaczego?
-Dokładnie 11 lat temu, dokładnie o tej godzinie stał tu tłum fanów, dwa samoloty i dwa całkiem różne zespoły. Wtedy zobaczyliśmy się po raz pierwszy…
* -Tak. Pamiętam.- powiedział i dotknął ręką czoła.
-Kochasz mnie jeszcze?- zapytała.
-Kocham.
-A tęsknisz?
-Tęsknię.
Uśmiechnęła się lekko.
-Dziękuję, że przychodzisz do mnie tak często. Lubię słuchać jak opowiadasz.
-Mogę przychodzić częściej.
-Nie potrzeba. Wystarczy mi ten raz w tygodniu. Teraz musisz się zająć dziećmi, a ja i tak jestem cały czas z wami.
-Jak jest w niebie?
-Wspaniale.- odrzekła.- Kiedyś się sam o tym przekonasz.- Ale jeszcze nie teraz. Będziesz żył długo. Zupełnie jak mój ojciec.
-Wszyscy jesteśmy do siebie tak podobni…Ja do twojego ojca, Ty do swojej matki, a dzieci do ciebie i Carol…
-Bill…proszę cię tylko nie znajduj nikogo podobnego do Jonny.
Zaśmiali się i zbliżyli się do siebie znacznie. Radość rozpierała jego serce. Tak bardzo się cieszył, że chodź przez chwilę mógł być obok niej i porozmawiać z nią. Miłość naprawdę czyni cuda. Dotknął jej ust. Smakowały zupełnie tak samo jak zawsze. Delikatne, malinowe, lekko różowe. Pocałował ją, ona pocałowała jego. Złączyli się w pocałunku miłości. Pocałunku, który wyrażał wszystkie pozytywne uczucia zebrane w ich sercu. Kochali się tak bardzo, tak bardzo, że nawet podstępna śmierć nie była w stanie ich rozdzielić.


Miłość i nienawiść. Dwa całkiem różne uczucia, a mimo to pozwalają na zbliżenie się do drugiego człowieka. Bywają takie zdarzenia, w których nienawiść zanika w czeluści naszych serc i zaczyna się tworzyć coś między ludźmi. Jakaś niezidentyfikowana więź, rodzi się pewne uczucie, które szybko przeradza się w namiętną miłość. Razem trzymając się za ręce chcemy iść przez życie z ukochana osobą, chcemy dzielić z nią dni i noce, dobre i złe chwile. Chcemy być zawsze przy niej i nie opuszczać jej na krok. Czasem jednak na szczęśliwej drodze życia pojawiają się kamienie, którymi są zawistni ludzie. Chcą zniszczyć tą miłość za wszelką cenę i czasem tak bywa, że im się udaje. Jednak miłość cały czas łączy te dwa serca. Prawdziwa miłość nigdy nie zanika. Jest w nas by odrodzić się przy kolejnym spotkaniu i obiecać sobie, że już nigdy tak nie będzie…Ale potem na drodze wyrastają chwasty. Nie wyrywane zmieniają się w całe krzaki i drzewa nieszczęść, bólu i smutku. Popadamy w nałogi, które znowu zaczynają niszczyć naszą miłość, znowu powstają pewne rysy. Nie możemy odgonić się od chęci chwycenia butelki, czy papierosa. Lecz miłość ciągle jest…ona nie umiera. Kocham się znowu, jesteśmy razem jako jedno ciało i wtedy…Wtedy na świat przychodzi mały człowieczek, który potrzebuje ciepła i miłości. Bierzemy się w garść. Rzucamy nałogi w kąt i znowu stajemy się idealnymi rodzicami. Miłość bucha w naszych sercach. A potem…Potem nagle trafiamy do szpitala i z rozpoznaną chorobą żyjemy kilka miesięcy. Jesteśmy szczęśliwi, kochamy się i dopiero wtedy zauważamy pewne wartości. Dopiero teraz gdy mamy je stracić…I wreszcie nadchodzi dzień, w którym umieramy. Leżymy obok siebie, ściskamy się, powtarzamy jak bardzo się kochamy i …umieramy. Druga połowa cierpi, krzyczy i wyklina Boga, a po nas zostają wspomnienia i puste miejsce przy stole.
Czasem zastanawiamy się czy warto cierpieć dla miłości, czy warto kochać innych ludzi pomimo ich licznych wad…Otóż warto. Warto bo gdy umieramy…nie umieramy sami. Wraz z nami umierają nasi przyjaciele i najbliżsi. Pogrążają się w smutku by potem martwych wstać i brnąc dalej przez życie ciągle o nas myśląc. Na świecie jest coraz mniej miłości, teraz panuje pieniądz i władza, ale mimo wszystko…kochajmy się bo miłość jest największym szczęściem jakiego doświadczamy w naszym ziemskich życiu…

Bill wyszedł na balkon. Słońce dopiero co zaczęło swoją wędrówkę po niebie i wiał lekki wiatr. Mężczyzna oparł się o barierki i nabrał powietrza w płuca. Zawsze tak zaczynał każdy dzień. Zaczynał ten dzień z nią i z jej miłością, która była wszędzie w około niego. Czuł ją w powietrzu, w słońcu i w deszczu. Czuł ją w sobie… Czuł ją zawsze, chodź nigdy jej nie widział.
Nasza miłość jest jak wiatr, nie widzimy jej, ale czujemy…



Dedykacje


Opowiadanie dla wspaniałego, jedynego i niepowtarzalnego Billa Kaulitza, który naprawdę istnieje, który żyje gdzieś daleko od nas i cieszy się światową sławą, lecz niestety nie może znaleźć miłości…Miejmy nadzieję, że kiedyś mu się uda, że ułoży sobie życie z ukochaną osobą, nie koniecznie tak jak tu i nie koniecznie za mną. Do miłości nie możemy nikogo zmusić. Ona przychodzi sama, ale tylko wtedy, gdy o nią nie prosimy.

Dla kochanej Alex, którą miłość opanowała od stóp do głów. Czasem jest zbyt intensywna, ale piękna. Oby spełniły się jej marzenia, oby kiedyś mogła zagościć w sercu starszego Kaulitza, oby już nigdy nie cierpiała przez innych ludzi. Dziękuję Ci za wszystko to co dla mnie zrobiłaś. Było tego naprawdę bardzo wiele.

Dla Caroliny, która jest wspaniała i bez, której to opowiadanie nigdy by nie powstało. Wspierała, pomagała i była i jest i zawsze będzie. Miłość połączyła nas w nieszczęściu…

Dla Kingi, której opowiadanie było inspiracją do napisania Immortal Dream. Zakochałam się w nim i nie mogłam po prostu nie napisać tego co napisałam. Dziękuję za wszystko.

Dla Oli, która zawsze była przy mnie, wspomagała i podnosiła na duchu. Zawsze słuchała i pomagała. Dziękuję za wszystko, za rozmowy, za pomoc, dziękuję za to, że jesteś.

Dla Ani. Dla mojej kochającej Ani, która była i jest ze mną na dobre i na złe, która ostatnio tchnęła w moje życie radość i szczęście, sprawiła, że uśmiech częściej pojawiał się na mojej twarzy. Dziękuję skarbie.

Dla Marty, która ma wspaniałe opowiadanie, poczucie humoru i co najważniejsze wielkie serce. Oby w życiu spotykały ją same dobre rzeczy.

Dla Klaudii za to, że pomagała, podsuwała pomysły, czytała, była, jest, będzie...za wszystko.

Dla Toma Kaulitza. Tak, właśnie dla tego Toma Kaulitza, który nie zna miłości, który w nią nie wierzy. Uwierzy. Miłość zaskoczy go znienacka i zaatakuje jego serce. Oby tylko była prawdziwa, jedyna i udana.

Dla wszystkich tych, którzy kochają i dla tych, którzy jeszcze nie potrafią. Miłość spotka każdego z nas. Jednemu da w kość, drugiemu przygotuje wspaniałe życie, a trzeciemu zrujnuje życie. Są jednak na świecie ludzie niezdolni do miłości. Za nich należy się modlić i im należy współczuć…
Nie żałuj umarłych, żałuj żywych, którzy żyją bez miłości

Komentarze [0]